Image Slider

[18]

[30 Dec 2013]

(...)
Biskwitowi stuknęło dni czternaście.
Pora rozejrzeć się po tej Badenii.
Zima tu łagodna,  od dekady bezśnieżna, ale czerwiec to nie jest.
Jak zatem i w co ubierać zimowe dziecko?
Frustrujące.
Nie odzieję przecież w kombinezon, bo mi się zagotuje.
Czapkę i skarpety za kolana ściąga sobie Biskwit w try miga jak Houdini.
No to kupiłam kawałek niegdyś żywej owcy, by wyścielić wózek.
Noszę przy sobie siedemdziesiąt  kocyków, by owijać  a’la Loligo.
A co, gdy się przecknie i zda sobie sprawę, że umiera z głodu?
Pal licho, gdy w wagoniku kolejki linowej.
A gdy w szczerym polu?
Na wysokości pięćset nad poziomem morza, gdy nagle zaczyna sypać śniegiem?
Nie usiądę przecież pod gruszą, pod którą Kaiser karmił gołąbki...
Do tego, nie mam pojęcia, jak się tutejszemu narodowi widzi publiczne karmienie piersią?
Czy mnie ktoś nie zdzieli parasolką? Nie splunie?
(Znieważenie werbalne mi nie straszne, gdyż i tak pewnie nie zrozumiem.)
Względem tego, jak i gdzie karmić dziś, na przykład, przymusowy pit-stop w restauracji  dla desperatów.
Gdzie albo kluski, albo Apfelstrudel, oba w cenie sugerującej, że dodają do nich płynnego złota.
Wewnątrz pięć innych rodzin z karmiącymi matkami.
A wszystkie niemowlęta obite futrami z podpinką.
A ja tu z siedemdziesięciu piernatów dobywam Biskwita w wiosennym kubraczku i bez skarpet, bo zezuł...
Karmiące matki zamarły ze zgrozy .
Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak stroić tego Biskwita, by się nie spocił, nie zmarzł, nie przegrzał, nie nadtopił i nie roztopił.
Fatalnie być zimowym dzieckiem.

(...)


(...)
Za parkanem mamy supermarket.
Wschodnioeuropejski.
Same cuda.
Peklowane w ogromnych słojach plastry arbuzów, ogórki gatunku zakuska, sok z mołdawskich pomidorów.
Siedemdziesiąt rodzajów śledzi pod Gorbaczówkę.
Asortyment win i likierów gruzińskich.
Nalewka babuni.
Twaróg.
Wędzone warkocze serów.
Majonez z dodatkiem cyrylicy.
Gargantuiczne puszki kawioru.
Butelkowany wywar na soljankę lub żur.
Kilka rodzajów kwasu chlebowego i radioaktywna lemoniada w butelkach PET.
Gęsta śmietana do blinów w plastikowych woreczkach.
Aleja kiełbas imienia ‘polska receptura – niemiecka jakość’.
(Obrazić się?)
Morożennyje lady pełne pielmieni, tureckich rzeźb w mrożonym mięsie oraz kultowych wyrobów firmy Marlenka z Frýdku-Místku (!).
Najgorzkniejsza czekolada z Kazachstanu.
Chałwa.
Mołocznyje chrupki kukurydziane i lepkie lizaki przyozdobione Maszą i Niedźwiedziem.
Suszone ryby w torebkach jako alternatywa dla czipsów.
Ciepłe lody.
Mleko z sacharom w konserwie.
Czekoladowe masło w kostkach.
Owinięte w niewybredną, srebrną folię lody w kostkach, a może smalec z sobola? Nieomalże jak Bambino, rocznik 1979.
Dwa regały pełne tłustych czekoladowych konfietów, że oto bierz w garść i syp sobie w torebkę.
(Niech się schowa Pick & Mix z Ikei. Wniebowzięta Dynia pobrała Burewestnik, Korowkę, egzemplarz ‘Mieszanki Krakowskiej’ o smaku malinowym, jakąś pralinę wyprodukowaną przez ‘Solidarność’ i masljaną gołowuszkę, bo miała na owijce zachęcającego kogutka.)
A przy kasie czekolada Aljonka produkcji Zakładów ‘Czerwony Październik’.
(- Ale co niby  wspólnego ma czekolada z U-bootem?  - docieka historycznie nieuświadomiony Norweski.
Niechże mu ktoś wyjaśni.)
A do tego konsumenci.
Jaki społeczny przekrój! Jakie perhydrolowane loczki, jakie makijaże, jakie oczy na zielono, jakie brwi węglem malowane, jakie dresy, jakie skórzane saszetki u pasów, jakie lateksowe, aerodynamiczne wdzianka, jakie sygnety ze złota lub tombaku, jakie wąsy ormiańskie, jakie ‘kurwa, Zdzichu, tylko śledzika nie zapomnij’!
Z rebionkami, dziecionkami (oraz jakkolwiek rebionek-dziecionek brzmi po turecku), z koszykami, ze stulitrowymi  torbami w paski, z reklamówkami, w drodze z cerkwi, z meczetu, z pasterki, z Kazachstanu, ze Stambułu, z Pułtuska, przeciw Pussy Riot, jak również i za.
Ach, usiąść tam z zeszytem między wódką i zakąską i notować ku uciesze.

©kaczka

[17]

[24 Dec 2013]

(...)
W tym roku Dynia łaskawie wykonała jedną świąteczną kartkę.


Istnieje nawet podejrzenie, że nie osobiście.
Proszę się nie łudzić, koniunktura Wam nie sprzyja.
Nam też nie.




©kaczka

[16]

[21 Dec 2013]
(...)

Poetki, Poeci, Literaci, Prozaicy, Lepiejczycy, Czytelnicy!
 

Gdy nad ranem, jak dwie ćmy siedzimy z Biskwitem przy barze, czytamy komentarze i  wznosimy za Waszą życzliwość toasty.
Setka pod tę setkę!
Szpitalny wypis oficjalnie potwierdza narodziny dodatkowego obywatela i przyszłego podatnika Republiki Federalnej o ostrym jak zimowe sople norweskim imieniu.
(Acz  doskonale rozumiem tych,  którzy mówią, że pokazałam światu stare zdjęcie Dyni z doprawionym tupecikiem i ogolonymi uszami.)
Suspens nie do końca, niestety, był zamierzony.
(Choć gdybym wiedziała, jak wprowadzenie do fabuły nowego bohatera podnosi wirtualne statystyki, rozważyłabym sekretne powicie bliźniąt. Możliwe jednak, że to z euforii cyfry mnożą mi się w oczach, bo nigdy jeszcze wejść nie liczono tu w tysiącach. Tysiąc Biskwitów na tysiąclecie!)
Prawda natomiast jest taka, żeśmy się z Biskwitem ślizgały w tej ciąży jak na skórkach od bananów, ba! wyłożyłyśmy się nawet na najostatniejszym, porodowym zakręcie.
Stąd jakby przymusowe incognito, prochowiec, dziura w gazecie oraz ‘nie, nie jestem w ciąży, obsesyjnie kradnę piłki lekarskie’.
Oraz po kruchym lodzie stąpanie, spluwanie przez lewe ramię, drabin omijanie, rozstajne drogi, nowenny.
Toniesz, chwytasz się deski, źdźbła, wykałaczki, krewetki lub kryla.
Byle nie zapeszyć’.
Ale oto jest.
Siedzi ze mną przy barze, gapi się w gwiazdy, podsypia i nadużywa trunków.
Cztery kilo Biskwita, mały budda, zaprojektowany tak, by bez szwanku odpierać czułości Starszej Siostry.
Pamiętniki okresu prenatalnego istnieją, bez obaw, gdzieś – taka kaczki natura - musiałam odkładać sprawy, których na bieżąco nie mogłam unieść. (Żaden ze mnie Atlas, ani nawet Globus.)
Gdzieś musiałam notować złote myśli Dyni  na temat rodzicielstwa, pielęgnacji niemowląt i wychowywania dzieci. (Wśród ‘Rezolutnych Lisków’  którym Dynia od miesiąca samozwańczo prowadziła prelekcje o wyższości posiadania rodzeństwa oraz ćwiczenia terenowe z karmienia i przewijania, Dynia ma dość kontrowersyjną reputację Giny Ford.)
Gdzieś, chciałam zapamiętać.
Choć nawet zapisane nie gwarantuje, że kaczka wyciągnie z tego jakiekolwiek wnioski na przyszłość.
Bo gdyby wyciągała, gdyby synapsy działały, to kaczka przenigdy nie zdecydowałaby się ponownie przeprowadzać na miesiąc przed porodem.

©kaczka

[15] (r)ewolucja

[15 Dec 2013/ 3:42 am]

(...)
Zapotrzebowanie:


Wydano (dodajmy, wydano z niemałym wysiłkiem):

Happy Biskwit (Dynia wersja beta 2.0)




©kaczka

[14]

[11 Dec 2013]

(...)
Zaburzone struktury płci w placówce edukacyjnej nie pozostają bez wpływu na jakość zen, który staram się tu ostatnio uprawiać.
Scenariusze o poranku są dwa.
Dynia wstaje i odmawia udania się do placówki, gdyż prześladuje ją tam ‘niegrzeczny chłopiec o czarnych włosach’.
(Dynia nie zadaje sobie trudu, by zapamiętywać imiona współosadzonych.)
Targana matczyną troską udałam się do wychowawczyni ‘Rezolutnych lisków’ by zapytać, co zacz.
Wychowawczyni wyłuskała dziesięciu potencjalnych przestępców i ustawiła ich na miarę konfrontacji policyjnej za weneckim lustrem.
Zerknęłam i przyznaję, argument upadł.
Żaden z nich nie mógł się fizycznie znęcać nad Dynią, bo każdy jeden sięgał jej do pasa i był o pięć kilo lżejszy.
Mogliby ją najwyżej kąsać po kostkach.
Do tego ponoć, odkąd Dynia krzyknęła tubalnym głosem, że mają natychmiast sprzątać zabawki, bo tak powiedziała ‘nasza pani’, każdy z nich sika w gacie na widok Dyni.
Drugi scenariusz dotyczy ‘my new beft friend’, czyli Laloliny.
Lalolina jest przemiłym dziewczęciem, ale nie pomaga, że oprócz Dyni, jedynym w grupie.
Lalolina ma warkocze i kolczyki, co na cito dość trudno zorganizować nawet najbardziej obrotnej matce.
Dynia tedy wstaje i odmawia udania się do placówki, gdyż nie ma kolczyków, nie ma warkoczy, nie ma spódnicy z koronką,  na majtkach występuje niezadowalające zagęszczenie Hallo Kitty na centymetr kwadratowy,  nie pozwalają jej wyjść z domu w srebrnych pantofelkach, a odcień rajstop jest zupełnie  do kitu.
I przyznaję, nie wiem, który scenariusz bardziej rozstraja mnie nerwowo. Szczególnie w sytuacji, gdy dyskusje wsparte zawodzeniem godnym hinduskich płaczek odbywają się na klatce schodowej.
(A sycylijski wściekły szpic ma sen dość lekki.)
Do tego dodajmy, że dziś wróciła Dynia do domu wygladając jak utopiec. 
Z błotem w uszach, na łokciach, brzuchu i kolanach.
Jedni twierdzą, że placówka (porzucona wszak przez amerykańską armię) podtrzymuje tradycję i zorganizowała ćwiczenia NATO.
Ja bardziej się skłaniam ku wersji, że 'Rezolutne Liski' wykopały właśnie ostatni fragment tunelu i testują drogę ucieczki. Wszyscy ‘niegrzeczni chłopcy o czarnych włosach’ zapewne wymkną się przezeń nawet niezgarbieni, tylko Dynia musi się czołgać.


©kaczka

[13]

[11 Dec 2013]

(...)

Tryptyk: 'Bulion pierwotny' (Primordial soup), 2013, kolekcja prywatna

(Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że aminokwas wychodzi z zupy dość zadowolony i o własnych nogach.) 

©kaczka

Komunikat specjalny

[7 Dec 2013]

Na wszelki wypadek.
Istnieje bowiem podejrzenie, że na skutek zobowiązań rodzinnych, kaczkę lada moment odetnie na chwilę od internetu.
Trudno przewidzieć długość tej chwili.
(Metr? Półtora metra?)
Uzależnionym (kaczka sobie tu schlebia), poleca się trzecią część ‘Macierzyństwa bez lukru’, która to już za chwilę i do której kaczka dołożyła pióra.
Bo intencja nad wyraz szlachetna, a cel wielce godny.
Do tego – uwaga spojler! – w  tym wydaniu MbL kaczka ujawnia, że tak naprawdę jest emerytowaną, bezdzietną bufetową z baru mlecznego ‘U Bożenki’ w Otwocku.
A do tego ordynarnie sprzedaje jeszcze kilka innych sekretów.
Kupcie, co?

No i jest:

Linki:
1. do zakupów
2. do strony startowej wydawnictwa 
3. do notki premierowej na blogu MbL
4. do tłumaczenia, o co w tym wszystkim chodzi

'Lepiej kupić embeela,
Niż się winem sponiewierać.'


©kaczka

[12]

[5 Dec 2013]

Wprawka pierwsza: Szklanka, telefon i moneta.
(z inspiracji Fidrygauki)

(...)
Mam w domu Moneta.
Monet ma siedemdziesiąt cztery tysiące dwieście dwadzieścia trzy kredki, a dokładnie, jako sam rzecze, jest tych kredek: 'forty fifty Siben Acht'.
(Mówiąc oględnie, Monet liczy słabo, wychodząc prawdopodobnie z założenia, że to z nim należy się liczyć.)
Ma Monet kredki archeologiczne. Po matce. Kredki nadal w oryginalnych opakowaniach  – 12 sztuk kredek artystycznych produkcji Pruszkowskich Zakładów Materiałów Biurowych, gdzie żółty i cytrynowy mają ten sam kolor stanu przedwojennego, a ‘błękit pruski’ niewiele różni się od ‘karminowego’  – albo też i kredki woskowe z Shanghai Colour Products Factory, non-toxic, 'Great Wall', których opakowanie nijak nie mieściło się w chińskim piórniku, rocznik 1980/1981.
Ma kredki po ojcu – Staedtler GmbH, Bawaria, późne lata siedemdziesiąte, w odcieniach, których nie przewidziała fizyka rozszczepionego światła.
Ma ołówek do szkła wysiedlonego z Prus Wschodnich pradziadka.
Ma kredki dwudziestopierwszowieczne, po sobie, kredki z Lidla, kredki wyniesione z placówek zbiorowego żywienia, kredki w księżniczki, kredki w puderniczki.
Ponieważ Monet jest samozwańczym prekursorem lakonicznych nurtów malarskich tedy używa głównie czarnego długopisu podwędzonego z mej torby.
Używa, bo oddał się na służbę muzom biurokracji, cenzury oraz korekty.
Nie ma bowiem – Monet udowodnił – takiego urzędowego dokumentu, którego nie da się odręcznie ulepszyć czarnym długopisem.
(‘Mama! Look! This is papa!’ – i ziuuu... odręczny portrecik w ‘tu wklej swoje zdjęcie, bez okularów, bez grzywki i bez najmniejszych znamion uśmiechu’.)
Odkąd posiedliśmy tę wiedzę, akty narodzin, wygrane kupony loteryjne, prawa stałego pobytu oraz dobrobytu trzymamy na wysokości powyżej metra siedemdziesiąt (metr siedemdziesiąt równa się Monet, stołek, wyciągnięta ręka Moneta.)

(...)
Szukając pośród kartonów kubka na wysypujące się zewsząd kredki, rozpakowałam szklanki.
Spadek po erefenowskiej babce.
Spomiędzy szklanek wypadło zdjęcie.
Na zdjęciu las po kolana w śniegu, w zaspie dziadek w mundurze Wermachtu.
Norwescy skrzętnie sprzątają przede mną historię dwudziestego wieku, ale czasem niespodziewanie wypada ona z szaf, ręczników, resztek alianckich spadochronów i ślubnych szklanek z manufaktury w Bohemii.
November 1940.
Na pamiątkę wizyty u Kamerada Hermanna.

(Raczej nie Goeringa).
W nierozpoznawalnej nazwie lasu dużo śmiesznych liter.
Umlaut za umlautem.
Finlandia.
Za drzewami na zdjęciu być może rozpala ognisko partyzantka Muminków.
A może mała Mi zasadza się na ogon martwej wiewiórki, by ‘zrobić sobie z niego śliczną mufeczkę’.
Właśnie z Monetem czytamy ‘Zimę Muminków’.

(...)
Dzwoni Monet.
Przez plastikowy telefon w sieci świni Peppy.
Mama! Liebe dich! Tulić you?

(...)
Nie ma w tej historii początku i końca.
W rwącym nurcie zdarzeń kreślonym rozmaitymi kredkami każdy może sobie umyć nogi.
I szklanki.

©kaczka

[11]



[3 Dec 2013]

(...)
Podobno placówka obiad serwuje w postaci samoobsługowego bufetu.
Nie krytykuję, acz.
Wczoraj Dynia pobrała trzy dokładki bio-eko-organicznych klusek z niezmodyfikowanym genetycznie serem.
Dziś trzy razy przystawki w postaci wolnej od pestycydów sałaty i cztery razy wolno wypasające się na alpejskich łąkach danie główne.
(Drwię tylko trochę, bo tak naprawdę jestem szalenie wdzięczna, że ktoś wreszcie wyjął mi z rąk tę warząchew.)
CZTERY RAZY! A to dopiero wtorek!’ -  o czym na stronie poinformowała mnie nieco zdumiona obsługa.
Zaczną wydzielać, czy podniosą czesne?
Wątpliwości na temat wyboru placówki trapią mnie nadal.
Odkąd odbieram Dynię o rytualnej porze, pośród innych rodziców, orientuję się powoli w strukturach demograficznych placówki, a głównie w tym, że najsłuszniej winnam dziecku chyba jednak zacząć czytać ‘Zbrodnię i karę’ w oryginale.
Zda się, że wśród tutejszej, dosadnej rosyjskiej emigracji nastała (trwa?) moda na tę placówkę.
(‘Ty nie govori po russki!’  - scenicznym szeptem strofują matki swoje rebionki pod znaczkiem z żabką lub kotkiem.)
Na razie Dynia nie zażądała jeszcze zawieszenia na szyi Chrystusa Pantokratora na złotym łańcuchu, obleczenia w kołnierz z syberyjskich soboli, ani by ją podrzucać na miejsce jaguarem.
Jeszcze.
Ale lada chwila może zacząć dostrzegać, że dojeżdża proletariackim tramwajem.

©kaczka

[10]

[1 Dec 2013]

(...)
Ze wstępnego porównania koncepcji edukacyjnych wychodzi mi, że poprzednie, wyspiarskie placówki stawiały na rozwój duchowy i intelektualny kurdupli.
A tutejsza?
Wydaje się, że nielegalnie zatrudnia dziatki przy produkcji cegieł.
Oddajemy dziecko o świcie w miarę domyte, czasem nawet przyczesane.
Odbieramy brudne jak prosię.
Gumowy kombinezon już w poniedziałek przybrał maskujące kolory ziemi, a ja zupełnie bez sensu, uprałam go w środę wieczorem, po to tylko, by w czwartek po południu identyfikować go po inicjałach. No, bo już nie po kolorze.
W piątek musiałam skrobać gumowce w celu rozpoznania właściciela, bo Peppa była na nich po ryj w glinie.
Tyle naszego, że personel przykłada się do domywania facjat, bo gdyby nie, to prawdopodobnie mogłabym zabrać do domu cudze dziecko.
A ponieważ obejrzałam sobie dokładnie plac zabaw (suchy!) to spekuluję, że albo cegielnię ukrywają w piwnicach, albo też grupa ‘Rezolutnych Lisków’ kopie tunel pod ogrodzeniem przy użyciu łopatki z misiem.
Eskapiści?
To wyjaśniałoby, dlaczego glina i kamienie sypią się z dziecka nawet po opuszczeniu placówki.
I z pewną nostalgią wspominam czas, gdy Dynia spędzała czas w ochronkach czytując dzieła filozofów wystrojona w białe tiule i koronki.

(...)
Grudzień.
Sezon jarmarczny.
W powietrzu dufty i aromaty.
Świerkowa żywica.
Mróz.
Pieczone kasztany, prażone migdały, lukrowane pierniki, lśniące cukrem jabłka, lukrecjowe słodycze.
Tu muzykanci z Bremy, tam orkiestra symfoniczna ministrantów pod wezwaniem, za rogiem ochotnicza straż pożarna z puzonem.
Grzane wino dostępne również w formacie dziecięcym.
(Choć resztę wieczoru Dynia przepędziła śpiewając głośno i publicznie, może zatem wydawało nam się, że w formacie dziecięcym, albo pomyliliśmy naczynia?)
A nade wszystko pogrom parzystokopytnych.
Z cebulką.



©kaczka

[9]

[28 Nov 2013]

(...)
Odnotowałabym tu jakąś błyskotliwą, filozoficzną myśl Dyni, ale przechodzimy aktualnie ostrą fazę humoru urynalno-fekalnego, który to bawi samą autorkę i czasem (głównie przez grzeczność), jej najbliższych.
Nie ostał się chyba żaden wiersz w polskiej literaturze dzieciecej, którego nie zbeszcześciliśmy klozetową parafrazą.
Przyoszczędzę przykładów.
Gdybyż tego było mało, dziś o świcie Dynia powstała z łoża i z perfekcyjną dykcją wyartykuowała następującą frustrację: ‘DAMN IT! WHERE IS MY BLOODY PRINCESS KLEID?
(Tak, powinnam mieć na uwadze, co mówię, gdy próbuję odnaleźć otwieracz do butelek lub zimową kurtkę, a jedyne, co mi wpada w ręce to precyzyjnie zapakowane w cztery warstwy szarego papieru pudełko po lodach – osobno pudełko, osobno pokrywka, razem osiem arkuszy papieru  – w które jeden kraj temu pakowałam Dyni spyżę na obiady w zakładach wychowawczych.)
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Dynia podzieli się nowymi zdobyczami wokabularzyka w przedszkolu, tak jak ochoczo wyznała dentyście, zapytana:  - jakie jest twoje ulubione jedzenie?  - CZEKOLADA!, a na egzaminach wstępnych do placówki: - czy grywasz w gry komputerowe? - ALL DAY LONG!
Dynia nie ma lekko w nowych okolicznościach.
W ramach dni adaptacyjnych pocina do placówki na siódmą trzydzieści, skąd wydobywam jej zezwłok w okolicach jedenastej.
Żebym choć ja mogła się wyspać, gdy już wyjdą z domu i Dynia, i Norweski.
A skąd.
Od siódmej trzydzieści cała ulica zaczyna witać dzień unosząc z hukiem zewnętrzne, okienne żaluzje.
W każdym pokoju łącznie z psią budą i domkiem dla ptaków.
Jedni skończą, następni się inspirują.
Nie ma co w bezsilności gryźć poduszkę, wstać należy i rozpakowywać kartony.
Dziś musiałam wyglądać nad wyraz biednie, bo personel w placówce sam zaproponował, że przygarnie jutro Dynię do trzeciej.
Jest szansa, że wyśpimy się, ona tam, ja tu.
A gdy nie śpię i gdy nie rozpakowuję to gładzę błyszczące chromem artykuły gospodarstwa domowego.
Zapomniałam, że mogą być i ładne i funkcjonalne.
Patrz: nasza wyspiarska lodówka.
Do wyboru mieliśmy jedną, bo tylko tę można było wcisnąć w szparę między drzwiami a szafką.
Ale też i nie przesadzajmy, w sklepie stało pięć modeli, co ogromnie ułatwiało podjęcie decyzji.
(Bierze lodówkę? Nie bierze? Lepiej bierze, bo to ostatni egzemplarz! Odkurzacz? Tylko niebieskie. Że nie pasuje do wystroju wnętrza? DO WYSTROJU CZEGO?! Nie, nie można obejrzeć.  W magazynie stoi. Trzeba kupić. Potem można tu w sklepie rozpakować i jak się nie podoba to można na miejscu zwrócić. Nie, nie można wypróbować. Nie mamy wtyczek dla klientów.)
Gdy się włączała ta lodówka, bękart myśli technicznej narodu, który przecież rozpoczął rewolucję przemysłową, gdy się włączała, wprowadzała podłogę w niekontrolowane wibracje, oferując bezpłatny masaż stóp.
Człowiek tę lodówkę otwierał i już po kwadransie zapalało się w niej światło.
(Przy takich luksach światła Kuba Rozpruwacz prowadził prawdopodobnie swą praktykę chirurgiczną.)
Warto nadmienić, że nic się w niej nie mieściło.
Ani standardowa w obrębie kraju butelka z mlekiem, ani napój gazowany w butelce PET.
A taki produkt Republiki Federalnej Niemiec?
Stoi w kącie, łagodnie szumi, a gdy otworzyć drzwi z miejsca oślepia jak ten otwierający się spodek z ‘Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia’.
Za każdym razem wciąż jeszcze się spodziewam, że z wnętrza wyjdzie mi na spotkanie jogurt anonsując ‘przybywamy w pokoju!’.

(...)
W królestwie - równouprawnienie.



©kaczka

[8]

[26 Nov 2013]

(...)
Dzięki postępowi technologicznemu Dynia pozostaje w stałym kontakcie audiowizualnym z Rubenitem i Pięknym Edkiem.
Zwykle wygląda to tak.
O zmroku Dynia wypolerowawszy zęby, wdziewa pidżamę i przypomina sobie nagle, że bezzwłocznie, tu teraz i natychmiast, musi nawiązać z Rubenitem kontakt wizualno-werbalny w celu wymiany krytycznych dla istnienia galatyki informacji.
Gdyż, uwierzcie lub nie, tysiąc kilometrów dystansu do sprawy i Rubenito awansował do tytułu ‘majn beft friend’.
Zwykle próby wywołania Rubenita w sieci na cito są daremne, gdyż ten, albo śpi, albo je, albo myje zęby, albo robi kupę, albo konwersuje z Abuelą.
Dynię z tej okazji ogarnia okrutny Weltschmerz, ma nam wszystkim bardzo za złe, utrzymuje, że wszystko to z naszej winy, po czym streszcza to, czym chciała się z Rubenitem się podzielić, niestety nie w formacie ‘executive summary’.
Za pośrednictwem telefonów komórkowych skrzykujemy tedy z Matką Rubenita najwcześniejszą możliwą, poranną konferencję.
Rubenito na tę okoliczność (tak jak na każdą inną od miesiąca) obleka się w strój Gruffalo.
Dynia na tę okoliczność (oraz jak na każdą inną od miesiąca) obleka się w szaty i insygnia królewskie, a na widok Rubenita na ekranie, milknie, spuszcza wzrok i zaczyna skubać wstążki.
Delikatnie ponaglana przez dwie matki w pidżamach, nieprzytomnie kiwające się nad kubkami kawy przy kuchennych stołach (‘no i cóż takiego chciałaś powiedzieć’), królewna wzrusza ramionami i mówi ‘Donoł!’.
W tle podskakuje Eduardo, nadal w ostrej fazie separacyjnej rozpaczy, drąc się ‘WAAAAAAAAAAAAAAANT DYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYNIA!’.
Sznurek konwersacji przejmuje Rubenito, który na tę okazję zawsze trzyma coś w rękawie, coś, czym można zadać szpanu lub posolić niezasklepione rany.
Typu: ‘Patrz! Mam nową figurkę Angry Birds!
Dynia przebija Birds plastikowym truchłem Hallo Kitty.
Rubenito przynosi najnowszy film ze świnią Peppą. Christmas Limited Edition 2013.
Dynia na to trzy DVD z Barbie.
Rubenito idzie po nowy odkurzacz.
Dynia próbuje wciągnąć do kuchni swoje nowe łóżko.
Rubenito pokazuje rower.
Dynia domaga się okazania naszego telewizora.
Rubenito idzie przynieść ogród.
Dynia chce, abym poszła po tramwaj.
Rubenito sięga po ostateczny argument i podciąga do kamery za szyję lub szelki swego brata (‘Mam brata! HA!’).
Dynia uderza w ryk.
Przyduszony Eduardo uderza w ryk.
Strofowany Rubenito uderza w ryk.
W tle dwóch, ojców w pidżamach, zwabionych syrenim śpiewem swych dziatek, stoicko przekrzykuje soprany omawiając swe poglądy na najnowszą metodę syntezy cząsteczki  beznadziejanu czasu lub atłasu.
Dwie matki próbują o pogodzie.
Gdy poziom decybeli zaczyna przekraczać dopuszczalne normy, następuje gwałtowne pożegnanie.
Z tej przyczyny dziatki uderzają w jeszcze głośniejszy ryk.
Nie wiem, jak u Rubenita, ale u nas Dynia idzie się dramatycznie rzucić w piernaty, a po drodze zdarzy jej się trzasnąć drzwiami.
Rodzice tymczasem idą sobie wlać do kawy wódki.
(A konkretnie, wylać zimną  kawę i nalać wódki. Po drugiej stronie kanału – wylać zimną kawę i nalać sherry?)
Zastanawiam się, kiedy naturalizowani Sycylijczycy z dołu uznają, że jest za głośno.

©kaczka

[7]

[22 Nov 2013]

(...)
Względem nowej placówki wychowawczej, do której odesłałam Dynię, mam uczucia cokolwiek mieszane.
Ale nie zapeszajmy, dzień jeszcze młody.
Dajmy im szansę.
Odesłana wygląda na zadowoloną, bo ileż można nabywać atrofii mózgu ogrywając matkę w loteryjkę obrazkową, gdy tymczasem wzywa zew grupy rówieśniczej.
Grupa rówieśnicza, tradycyjnie, jest grupą męską, zatem gaśnie nadzieja, że Dynia przestanie jednak o sobie per ‘good boy’.
Grupa rówieśnicza konflikty rozwiązuje w bezpośrednim sparringu i jest przy Dyni, nie dosyć, że przykrótka i cherlawa, to i psychicznie dość miękka i mocno niedojrzała.
Niektórzy niedojrzeli jeszcze nawet do nocnika.
(Co przyznaję, nieco mną wstrząsnęło.)
Ale są szczoteczki do zębów, kapcie na zmianę, obowiązkowe codzienne wietrzenie na  świeżym powietrzu w przyległym zagajniku, bioorganiczno-ekologiczny katering (żegnajcie dwojaki!)  i dużo  okazji, by kontynuować rolę ‘pupilka naszej pani’.
‘Nasza pani’ jest z Arizony i wychowuje dzieci przy użyciu pani z Edynburga.
To hadronowe zderzenie akcentów sprawia, że większość grupy milczy, ale Dynia sprawę chromoli, gdyż zawsze ma coś do powiedzenia w licznych kopiach (niekoniecznie na temat) i bez skrupułów wykorzystuje każdą spację w rozmowie.
Do tego wiejskie dziecko odkryło światła wielkiego miasta i fakt, że z placówki możemy wracać tramwajem wstępując po drodze na Nusskipferl.
Chwilowo ekstaza.


©kaczka

[6]

[21 Nov 2013]

Podzieliłabym się wynikami badań nad ludnością autochtoniczną, nad Aborygenami Szwabii, nad Aztekami Wurstenbergii, nad Indianami Gór Harzu, problem w tym, że ich nie spotykam.
(Lub gardzą mymi szklanymi paciorkami?)
Spotykam za to Rosjan w ilościach tak hurtowych, że zaczynam wątpić, czy nie przedłożyć poezji Majakowskiego nad lekturę wczesnych dzieł  Rainera Marii.
Spotykam Turków, którzy najwyraźniej odrobili straty liczebne po łupniu pod Wiedniem.
Za sąsiadów mam Sycylijczyków z zarażonym wścieklizną miniaturowym szpicem.
Elektrykę ogarnia nam Herr Melchizedek.
A lekarka, która wczoraj załamała ręce nad kartą szczepień Dyni, okazała się rodaczką.
Miasteczko wessane przez trzy inne miasta za dnia i nocą wygląda na wymarłe.
Nocą nad dachami  domów – ot,  lokalny folklor – suną wagony kolejki linowej transportującej azbest, cement lub rudę uranu.
(Indagowani na okoliczność tubylcy migają się od odpowiedzi.)
Jedyny kontakt z rdzenną ludnością następuje pod ladą chłodniczą, gdy owa goni za Dynią z szajbą kiełbasy ‘für Schätzle’.
Lub, gdy ludność przywozi mi kredens i próbuje się migać od wniesienia go pod drzwi, mętnie tłumacząc się brakiem kręgosłupa.
(Punkt dla ludności, nie cuchnie tytoniem.)
Lub, gdy dzwoni, by powiedzieć, że dostarczy piekarnik w sobotę.
- I cóż sobie na tę okoliczność ugotujemy, Rodzino? ¬ - pytam, szukając przepisu na homara w truflach.
- Mirácoli! Z Aldi. Z torebki! Bo śni mi się po nocach. – odpowiada Norweski, który tymże żywił się przez sześć do dziesięciu lat studiów. Codziennie.
- Fish and chips.  – odpowiada Dynia.
Mam szczęście, są dość prości w obsłudze.

(...)
A za autostradą, na lewo, jest miejscowość o nazwie Orzesza Dziura.
(Dziury to zresztą przewodni motyw tutejszej miasteczkowej nomenklatury.)
I nie mogę pozbyć się myśli, że zamieszkują ją ogromne wiewiórki.


©kaczka

Ogłoszenie nadzwyczajne: Jest Robótka. Dzięki Wam po raz CZWARTY!

Znajomi i Nieznajomi,
Nie ma zimy bez Robótki.
Nie ma Robótki bez Was.
Klikajcie w przecudny sztandar autorstwa Bebe, czytajcie naszą prośbę i chwytajcie za pióra.
Jedna świąteczna kartka, kilka słów i ziuuuu... rusza lawina dobra i radości.

http://la-terra-del-pudding.blogspot.de/p/robotka-2013-under-construction.html
©kaczka

[5]

[17 Nov 2013]

(...)
W środę o świcie zapukało do drzwi dwóch nasiąkniętych machorką i zażądali żebym poszerzyła im od ręki ulicę.
Przyznaję, nie przyszło mi do głowy, że dobytek przywiozą Lewiatanem. Ostatecznie powieźli go w dal mizerną furgonetką. Jednakoż, mogli przecież ostrzec, prawda?
Skąd mogłam wiedzieć, że szwajcarska armia planuje mobilizację i uzna za stosowne przeprowadzić w komplecie z naszym dobytkiem siedem innych rodzin?
Oceniając po oryginalnych kształtach paczek, prawdopodobnie również owiniętych w szary papier i zdeponowanych pod plandeką.
Dwóch nasiąkniętych machorką wniosło nasze osiemdziesiąt osiem paczek na pierwsze piętro  (bez windy) i wyglądało na to, że lada moment dostaną zapaści.
Przy tym mówili jeszcze, że te to żadna robota, bo następnego dnia muszą wyładować w Genewie.
Trzy razy.
Czołg, zegar z kukułką i ogrodowy zderzacz hadronów.
I tak tu sobie od środy rozpakowujemy, rozwijamy i szukamy po omacku w tych pudłach.
Raz się znajdzie kalosze, innym razem kubek z koronacji Elżbiety, innym razem opakowanie tranu.
Zwykle nie to, czego człowiek szuka.
Dodatkowo utrudniał nam nieco brak światła. Dokuczliwy w mrocznym sezonie jesiennym.
Poprzedni lokatorzy, Szwajcarscy Robinsonowie, zostawili nam, co prawda, kuchenne szafki do złożenia, ale zabrali wszystko inne.
Żarówki, kostki, kable, haczyki do podłączenia lamp, nawet łańcuch do drzwi, klucz do skrzynki pocztowej i korek do wanny.
Oszczędny to i zapobiegliwy naród.
Od wczoraj przynajmniej iluminują gdzieniegdzie z sufitu gołe żarówki.
Nadal nie mamy ni lodówki, ni pralki, ni piekarnika.
Mieszkamy za to na zapleczu Ikei, więc wieczorami traktujemy ją jako przedłużenie naszego salonu i kuchni.
Dla Dyni to już taka oczywistość, że tematem przewodnim każdej zabawy jest handel meblem i projektowanie wnętrz. Z ołówków wyniesionych z Ikei moglibyśmy prawdopodobnie zbudować kilkanaście regałów Billy.
Dynia, która zjawiła się tu w czwartek, całą sprawę przeprowadzki znosi z nieopisaną dojrzałością i niezachwianym optymizmem.
Po miesiącu rozpoznaje bohaterów narodowych (‘Look mama! Sandmännchen!’), gotowa jest żywić się wędzonym śledziem w occie, Maultasche oraz Leberkäse z bawarską musztardą przyjmując jako dietetyczną oczywistość, godzinami  bez protestów przesiaduje z nami w urzędach lub sklepach, skręca meble, nosi śrubokręty, rozpakowuje kartony i ciągle jeszcze celebruje otwieranie drzwi do ‘my new house’ nieomal jak z przecięciem wstęgi i nożyczkami na poduszce.
Nie złamał jej nawet brak telewizji równoznaczny z brakiem dostępu do kanadyjskiej wersji szwedzkiej Pippi Langstrumpf z niemieckim dubbingiem.
Norweski zapewniany przez aramejską rodzinę, że na dachu jest antena satelitarna, której przez lata nadużywał poprzedni wynajemca, ten sprzed Robinsonów, przyniósł do domu telewizor.
Telewizor stoi, lśni i uświadamia nam, że przegapiliśmy dwadzieścia lat postępu technologicznego.
Nasz ostatni telewizor miał bowiem mniejszą przekątną ekranu niźli głębię kineskopu.
Podłączyliśmy telewizor do satelity i oto jesteśmy dumnymi posiadaczami stu czterdziestu dziewięciu kanałów.
Wszystkich po turecku.
Teorie są dwie, najemca sprzed Robinsonów był znad Bosforu lub Robinsonowie zabrali wszystkie inne programy razem z korkiem do wanny.
Cóż, Dynia znosi lepiej brak dostępu do Pippi niźli Norweski prohibicję wyścigów F1.
Wiele jej jesteśmy już winni.
Oferowaliśmy przedłużenie pobytu u Hauptcioteczki, ale postanowiła zostać w Ruinach i Zgliszczach.
(Choć, na naszą obronę, jej własny pokój, składany z podzespołów nocami, działa bez zarzutu i jest przystanią stabilności.)
Do tego odnoszę wrażenie, że się temu narodowi od dobrobytu i trzystu rodzajów jogurtu porządnie przewróciło w głowie.
Pracownicy Ikei strajkują od dwóch miesięcy, co wpływa znacząco na ciepłotę serwowanych sznycli oraz ilość wydzielanych mięsnych kulek, gdyż domagają się tego, co już i tak mają.
Bo tak.

(...)
Kliniczny przypadek tutejszej pastelozy.



©kaczka

[4]

[11 Nov 2013]

(...)
A zatem już nie w Kansas.
Spakowaliśmy porcelanę po Norweskiej babce i udaliśmy się na Południe.
(Porcelana – produkt Made in Poland, garnitur do kawy wyprodukowany czterdzieści lat temu w Chodzieży. Do tego jeden talerz z takiej samej zastawy -‘odrzut z eksportu’- na jakiej kaczka za młodu jadała kluski z serem.)
Na Południu jak to na Południu.
Palmy, plantacje, Aldi Süd.
Norweski sam zbudował internet.
Mieszkanie puste, odmalowane na biało jako ta panna na wydaniu, jeszcze pachnie farbą.
Zajęliśmy jeden pokój, rozbiliśmy obóz, czekamy.
Na dziecko (w czwartek), na nasz dobytek (w środę), na meble z Ikei (jeszcze nie zamówione), na mityczny kredens (cztery do sześciu tygodni).
Mam wrażenie, że jest tak jak poprzednio.
Choć, nie. Poprzednio mieliśmy przynajmniej leżak i piekarnik.
Teraz mamy przeraźliwie dużo miejsca.  
(Jeśli wraz z kolejnymi przeprowadzkami przestrzeń powiększa się nam nieomal w postępie wykładniczym, przy kolejnej przeprowadzce spodziewam się pałacowego metrażu.)
Muszę od nowa przyzwyczaić się do sąsiedzkich dźwięków.
Do otwieranych żaluzji, szczekania psa, włoskiego dziecka, które odmawia poddania się codziennemu obowiązkowi szkolnemu, stukania holenderskich chodaków na schodach, i że, gdy Johann z drugiego piętra stojąc pod prysznicem potrzebuje ręcznika to głośno o tym informuje swą Frau.
W ciągu minionych trzech tygodni zwiedziłam nieprzeliczoną ilość Zamtów.
Józefowi K. mogłabym rysować mapy.
W nowych współrzędnych geograficznych część tych wizyt (w tym odwlekaną, w Auslanderrauszamt) jak przypuszczam, trzeba będzie wykonać od nowa.
- ‘Wiesz, kaczko’ – mówi Norweski – ‘kiedyś  nadejdzie lato. I wtedy będę siadał na balkonie z filiżanką kawy, cieszył oko widokiem doskonale utrzymanego ogrodu i ze współczuciem  spoglądał na tego nieszczęśnika z dołu, przycinającego ten ogród nożyczkami do paznokci.
Ciekawe, coż ja będę robić latem?
Tymczasem pora opuścić macierzysty statek i wyjść na spotkanie tutejszej cywilizacji.

(...)
Językowi puryści niech odwrócą wzrok niźli mieliby mnie zlinczować pociskami z dyftongów.
Mama! LOOK! Oma hat gegessen a lot of my gruszkas! Tell her not to do this AGAIN!
Przy życiu trzyma mnie jedynie, to, że możną ją wysłać ‘do kuchni, po jedną torebkę kawy z brązowego opakowania’ albo ‘po kubek w żółte kwiatki z szafki pod zlewem’ i przyniesie dokładnie to, o co się ją prosi.


©kaczka

[3]

[5 Nov 2013]

(...)
Dla Dyni to jest jednak jakaś odmiana raju.
Gdzie nie pójdziemy, mam na myśli sklepy z asortymentem spożywczym, wszędzie nieletnich dożywiają gratis.
Czasem wolontaryjnie, czasem należy się upomnieć.
Dynia – ależ niespodzianka (!) –  błyskawicznie nauczyła się upominać.
One szajbe Wurst’ krzyczy pod ladą chłodniczą, a obsługa usidlona błękitem pruskim ócz nie tylko przytnie szajbę grubą na rzeźniczy palec, ale jeszcze po bułeczkę wielkości rondla poleci.
Dyni się tak od tego poprzewracało w głowie, że czasem nadgryzie i gdy uzna, że jej nie konweniuje z kubkiem smakowym, próbuje oddać i wyłudzić w zamian nogę szynki parmeńskiej.
Dziś przyłapałam Dynię i Hauptcioteczkę na konsumpcji promocyjnej kiełbasy typu metka cebulowa przegryzanej sałatką ze śledzia matiasa. Na spróbowanie. Na oko pół kilo.
Nie mam nad tym kosmosem żadnej kontroli.

(...)
Przystanęłyśmy w sklepie z odzieżą.
Dynia zajęła kanapę przed telewizorem z kreskówką, ja kilka metrów dalej przerzucałam wieszaki, gdy oto nagle na kanapie obok Dyni przysiadła urocza, nieletnia, elokwentna autochtonka i najwyraźniej próbowała Dynię zająć rozmową.
Dynia nie zdzierżyła i nadeszła z oryginalną, tubalną na pół sklepu pretensją.
Mama! Why this boy [1] wants know my name?! I don’t want to say my name! I WANT WATCH. WATCH IN PEACE!
Autochtonka uciekła z płaczem.
Pierwsze kontakty z nową cywilizacją bywają złożone.
Tubylcy winni się jednak cieszyć, ostatecznie zwyczajem Pizarra nie wymieniła tyfusu na frytki.

[1] Ludzkość składa się nadal wyłącznie z boys (nieletni) oraz pani (dorośli). Błogosławiona niech będzie Miss Niles, która tak intensywnie rozwijała w Dyni poczucie własnej wartości, że ostatecznie utrwaliła w Dyni i jej płeć w nierozerwalnym zestawie ‘I am clever girl’.
- Kim jesteś, Dyniu?
- Iamclevergirl!



©kaczka

[2]

[4 Nov 2013]

(...)
Jako beneficjentka in spe miejscowej opieki socjalnej uznałam, że stosownym jest podjąć lekcję oszczędnego gospodarowania, przyoszczędzić na kawiorze, szampanie i blinach, zainteresować się przepisami na Eintopf z rzodkiewki i pasternaku oraz skoro Hauptcioteczka zaprasza, wstać o świcie, by uczestniczyć w wielkiej wyprzedaży w Lidlu.
O nostalgiczna podróży w lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku!
O socjologio społeczna in vivo!
O siódmej pięćdziesiąt nie było już wolnych miejsc na parkingu, a kolejka oplatała sklep tak ściśle jak wstążka brytyjski fruit cake.
Trzon kolejki stanowił element klasyczny nordycki oraz napływowy element turecki, czemu być może sprzyjał malutki jak pudełko zapałek meczecik na zapleczu. (By wzywać na pokuszenie tuż przy monopolowym.)
Nordycka masa sunęła w sposób zorganizowany wczepiona w swe wózki. Element napływowy siał ferment i robił Wiedeń prując pod prąd lub metodą ‘mam ze sobą babcię staruszkę lub siedmioro maleńkich dzieci’.
Miałam tę przewagę, iż nie planując kupna lodówki, ani przemysłowej sprężarki nie pobrałam wózka, nie przytroczyłam też do piersi Dyni, gdyż po pierwsze, prosta to droga do przepukliny, po drugie wątpliwe, abym zbudziła ją przed ósmą. (Mimo przeprowadzki Dynia pozostaje w poprzedniej strefie czasowej, do tego zarzuciła popołudniowe drzemki, zatem REM trzyma ją do dziewiątej.)
Krążyłam tedy jak wolny elektron, co szybko spotkało się z dezaprobatą elementu nordyckiego.
Tenże próbował mnie zlinczować kabanosami (sześć sztuk za dwa ojro), gdy odważyłam się naruszyć algorytm postępowania i przerzucić paczkę pieluch na prośbę z sąsiedniej alejki.
Nauczona tym doświadczeniem, dwadzieścia puszek mleka kokosowego przerzuciłam tedy w pełnym kamuflażu zyskując w zamian przepis na ryż po karaibsku od obfitej damy z przedmieść Jamajki.
Fascynujące, że element napływowy żarł czekoladki  wprost z opakowań, podczas, gdy element nordycki ze stoickim spokojem zbierał to, co zostało i metodycznie składał sobie zeń własne zestawy.
Takoż i z proszkiem do prania.
Ubytki w kartonach napełniano zbytkami z innych kartonów. Niekoniecznie kompatybilnych.
Dziwne, zamiast uprać sobie na miejscu?
A w tym wszystkim chyba najdziwniejsze, że nikt nikomu nie wykradał z wózków, choć aż się prosiło.
I tę myśl wyniosłam ze sklepu razem z parą rękawiczek ogrodowych, pięcioma puszkami mleka kokosowego, pudełkiem klocków, mydełkiem Fa, spodniami niemowlęcymi w sam raz na Edwarda, grą planszową, przyprawą do steków, pastą z sardeli, ciastem w proszku, opakowaniem flamastrów i trzema pełnometrażowymi filmami o przygodach Barbie.
Wyjątkowo udany poranek.

(...)
Dynia mówi.
Możliwe, że wcześniej gdy nie spędzałyśmy ze sobą razem tyle czasu, umknął mi rozmach jej krasomówstwa.
Możliwe, że to zmiany w scenografii uaktywniły nagle jakieś wcześniej niemrawe ośrodki mowy.
Dynia mówi. Używa słów, o znajomość których nikt jej nie posądzał (‘I am too little to have boobs. When I have boobs, I can clean toys, ok?’ cytat na miarę ‘All I Really Need To Know I Learned In Kindergarten’). Ujawnia, że rozumie o wiele więcej niż nam się zdaje.
Mówi jednak nadal karkołomnie i z naciskiem na ilość niż na jakość.
Irytuje ją konieczność sortowania języków.
Odnoszę wrażenie, że uznaje to za stratę czasu, denerwującą pauzę w jej zewnętrznym monologu, a może po prostu nadal nie ogarnia, że to trzy odrębne systemy?
Po trzech latach systematycznego recytowania Kaczki Dziwaczki, a dodajmy do tego jeszcze minimum sześć miesięcy prenatalnej lektury, wczoraj zdaje się wreszcie zrozumiała fragment fabuły: Mama? Fryzjer cutting hair, not selling cheese!
(Otworzyłabym szampana, lecz cóż jeśli to stały trend? Po trzy lata na strofę?)
Mówi nieustannie.
Przez sen również.
Do tego pisze.
Przezornie notuje każdą swoją złotą myśl na każdym dostępnym skrawku papieru.
I nie wychodzi z domu bez minimum dwunastu długopisów.
Nierozsądnie jest zostawiać ją sam na sam w towarzystwie urzędowych dokumentów i formularzy.
Do tego obrała konkretną ścieżkę kariery zawodowej. Będzie princessą, kontessą, baletnicą, narciarką, wygra Wielką Pardubicką, zostanie chirurgiem (to z naszej winy, bo pozwalamy jej oglądać M.A.S.H), a po godzinach będzie stemplować dokumenty i jeździć do pracy porzucając dzieci w ochronce.
Przez angielszczyznę zaczyna się przedzierać mowa ojców.
(Hast du Angst, mama? Bist du fertig? Ich mag...)
I coraz wyraźniej do mnie dociera, że Dynia jest w kraju ojców.
Że kurczy mi się przestrzeń na promocję bigosu, opłatka, dwuznaków i Bogurodzicy.
Jutro.
Pomyślę o tym jutro.
Albo w przyszłym tygodniu.
Albo w ogóle zaprzestanę myślenia.


©kaczka

[1]

[29 Oct 2013]

(...)
Pierwszy dom był z widokiem na zatokę i stał na szczycie szklanej góry.
Z tej przyczyny porzuciliśmy samochód wpół drogi i przeklinając szpetnie podjęliśmy wspinaczkę.
Szklana góra, sam czubek, dwadzieścia wykutych w skale schodów by dostać się do budynku, apartament na pierwszym piętrze, a gdyby tego było mało (oprócz chorągiewki ‘Tu byłem Hillary i Tenzing’) właściciel prztyknął w nim sobie schody.
W dół.
Takie w formie stopni przykręconych do metalowej rury.
Oczami duszy widziałam Dynię zjeżdzającą po rurze oraz siebie wbijającą się zimą pod tę górę z siatami z Aldiego.
Cały ten kompleks architektoniczny projektował zapewne jakiś lokalny Frank Lloyd lub wysoce wyspecjalizowany kret, bo wszystkie okna były na poziomie gruntu, a wyeksponowane mniej więcej od prekambru warstwy geologiczne ogródka łączyła sieć skomplikowanych mostów i tuneli (Gaudi? Partyzanci z Wietnamu?).
Karą za naszą próżność, by zamieszkać w tej lepszej dzielnicy, była oprócz popękanych od wysiłku żył i płuc rozdętych od rozrzedzonego powietrza, konieczność wysłuchania historii każdej klamki, szuflady i zawiasów w drzwiach.
Herr Herrmann okazał się wyjątkowym detalistą.
Drugie mieszkanie miało dwieście (!) metrów kwadratowych i wyłożone było marmurem, złotem oraz kadzidłem.
Wanna na złotych nóżkach na środku łazienki, aniołki ze stiuku, kominek i ogólnie ‘pan wzywał, milordzie?’.
Nie wiem, czy na histerycznie niską cenę wynajmu miało wpływ siedem polskich nazwisk na skrzynce pocztowej w sąsiednim apartamencie lub może lord tam zabił lordozę i w tym zamku po prostu straszyło?
Kusiła nas sauna w jednej z osiemnastu łazienek, ale ze smutkiem przyuważyliśmy, że nam Dynia nie wyrabia w kapciach na marmurowych zakrętach i ukręciliśmy łeb wizji mieszkania w pałacu.
Ostatecznie odnajęła nam aramejska rodzina bez uprzedzeń względem przyrostu.
Zamożni posiadacze dwudziestotrzypokojowego (!) domu mieszczącego Najświętszą Panienkę nadnaturalnej wielkości, pięciu synów, ich wszystkie żony oraz piętnaścioro wnucząt.
Dynia gładko zaprzyjaźniła się z wnuczętami, wymieniono bileciki wizytowe, a dodatkową zaletą sytuacji jest całkowita niemożność zatracenia jej w tej masie dziatek. Na tle aramejskiego fenotypu Dynia wygląda jak niedoprany albinos.
(Do tego liczmy, że Dynia podłapie aramejski i w ramach pracy zarobkowej zacznie tłumaczyć Stary Testament.)
Za wadę należy zapewne uznać, że już po pierwszym kontakcie z aramejską grupą rówieśniczą Dynia zażądała na cito złotych kolczyków i złotych pantofelków.
(Podsumowując, po tygodniu mieszkania w Republice Dynia gardzi zastaną formą rządów, promuje rojalizm, przedstawia się jako princessa, chce korony, klejnotów i dostępu on-line do produkcji filmowych o Barbie w roli baletnicy. Sypia na srebrnych pointach.)


Kontrakt podpisaliśmy po spożyciu kilkunastu litrów kawy po turecku i dwudziestu sześciu dań obiadowych. Wszystkich z ofiarnego baranka.
I tak oto zamieszkamy między dworcem a matką Borisa Beckera.
Z widokiem na ogród włoskiej rodziny z trójką dzieci.
Czy chcę znać powody, dla których lokal w popłochu opuścili Szwajcarzy zostawiając nam do złożenia układankę z dwunastu, bardzo przyzwoitych kuchennych szafek?
Nie.
Jeśli tam też straszy, zaprawdę Lebensraumu na tym metrażu wystarczy dla wszystkich – urodzonych, przyrodzonych i nadprzyrodzonych.

Ponad tysiąc kilometrów, które przejechaliśmy wczoraj, w ciągu jednej doby (błogosławione, gładkie jak stół, rysowane od linijki teutońskie autostrady), by to wszystko obejrzeć i ostatecznie odnająć Dynia zniosła z nieopisaną godnością.

Tysiąc kilometrów to jedyne dwadzieścia razy ‘The Best of Elmo’ z karaoke z tylnej kanapy i maksimum dwie przerwy na siku.

©kaczka

Zmaltretowany początek

[24 Oct 2013]

(...)
Monumentalność zmian jeszcze do mnie nie dociera, gdyż dla resztek zdrowia psychicznego biorę na klatę po fragmencie rzeczywistości. Dla najświętszego spokoju żyję z godziny na godzinę. Od rozmyślania o przyszłości najprawdopodobniej bym się rozpadła na subatomy, zatem stawiam sobie nieskomplikowane wyzwania. Takie, które nie nadwyrężają sznurka i plasteliny, na której trzyma się mój duch niegdyś niezłomny, acz ostatnimi czasy mocno przechodzony.
(Gdzie popełniłam błąd, czy popełniłam błąd, i jak wyglądałoby moje życie gdyby? Gdybym była mniej harda? Uparta? Spolegliwa? Stadna? Bardziej przywiązana do ziemi? Miedzy? Kruszyny chleba?
Myślenie, zauważam, jest mocno demoralizujące.)

W drodze na prom oddaliśmy klucze Srajgencji, którą mimo licznych znaków (listy, emaile, telefony, osobiste wizyty) mocno zdziwiło, że opuszczamy kraj (- oh, how exciting when?well, za trzy godziny?), ale nie do tego stopnia, by chcieć zanotować nasz nowy adres lub telefon.
(Głupio się powtarzać, ale jak oni tę wojnę? JAK? W oparciu o społeczne zaufanie? Wiarą, że Adolfowi zrobi się w końcu przykro i jednak odniesie klucze?)

W stronę Dover BBC Radio 4 zasponsorowało nam nastrój przejmującym słuchowiskiem ‘Goodbye’ (główna bohaterka przez ponad godzinę umiera na raka piersi osierocając liczne dziatki) i ten nastrój trzymał się nas pod teutońską granicę, gdzie od drożdżowego ze śliwkami i śmietanowego z truskawkami zrobiło się przez chwilę lepiej.

(Rzecz jasna, nie powinnam narzekać, mogliśmy przecież ciągnąć ze sobą Dynię, która z tylnej kanapy wymagałaby nieustannych przerw na siku, paszę oraz odtwarzania ‘The Best of Elmo’. Bez Dyni mogliśmy tedy odtwarzać U2 i przez trzy granice grać w Państwa i Miasta. Na marginesie, granie w Państwa i Miasta jest wyjątkowo bez sensu, jeśli na wstępie nie ustalić, ortografia, którego języka jest ortografią urzędową. Wrocław? Breclau? Szmeclał?)

Obecnie stacjonujemy u Hauptcioteczki, co wiadomo, ma swoje jasne, niejasne i bardzo ciemne strony.

O ile się nie mylę, za dziesięć dni Norweski, obecnie główny żywiciel rodziny, winien podjąć pracę zarobkową na drugim końcu Republiki. Problem w tym, że nikt się nie kwapi odnająć nam tam choćby i stajenki. Co więcej, właścicieli stajenek charakteryzuje albo zbiorowa niechęć ku rodzinom z dziećmi ('bo porysują parkiety!') albo jakiś defekt mózgu, który pozwala im wierzyć, że gdybym miała miesięcznie na zbyciu pięć tysięcy ojro to nadal wolałabym za tę kwotę od nich odnająć niźli, na przykład, powiększyć sobie biust, kupić pięć tysięcy zdrapek, albo pobrać kredyt na bungalow w Magaluf.

Ja wiem, że przychodzę z krainy, w której metraż nie ma znaczenia, ale wypowiedź Frau Klopke, która sto dwadzieścia dziewięć metrów kwadratowych pragnie odnająć jednej, góra dwóm osobom, a najlepiej to już wdowie (po zbrodniarzu wojennym z Argentyny?) i żeby 'one, te osoby żyły po bożemu, nie miały dzieci, ani innych zwierząt' stanowi dla mnie jakieś smutne rytualne przejście z jednego zaścianka Europy w inny zaścianek. W kolejny zaścianek meandrów ludzkiego mózgu i zwieraczy odbytu.

Taka Frau Müllhäuser może nawet by i odnajęła, ale ostatecznie orzekła, że jedno dziecko to za dużo, a supozycję, że zawsze możemy przekroić przyjęła z niemieckim poczuciem humoru.
Udając się po piłę tarczową.

Niczego sobie był również Herr Schatke, który rzucił na wstępie, że 'nauczycielom z definicji nie odnajmuje...' za to Norman Bates może wprowadzić się bez kaucji i nawet za matkę mu się nie policzy.

I nie iżbym się spodziewała, że Angela mi przyśle powitalny telegram, a UKIP zrzuci na pożegnalny wieniec, ale nosiłam gdzieś w głębi duszy nadzieję, że świat w ciągu ostatnich kilku lat jednak poczynił jakiś postęp w zakresie globalnego IQ.

O bogowie, lada moment zauważę, że oprócz grzyba i pleśni Srajgencja nie rzucała kłód pod nogi całkiem nieźle wychowanemu przyrostowi naturalnemu. A ponieważ dla tych resztek zdrowia psychicznego nie jest to droga, w którą winnam skręcać skoro moje meble są gdzieś jeszcze w Londynie, więc...

Więc tak naprawdę, wiszę gdzieś pomiędzy. Żyję po kawałku. Po milimetrze. Oddycham półgębkiem. Symuluję życie rodzinne. Pielęgnuję idiotyczne rutyny. Chadzam na długie spacery. Gotuję pożywne obiady. Co i rusz w myślach obracam, skąd mi się wzięło, że to lepiej, że Dynia będzie Niemką? Wypełniam wielostronnicowe formularze nijak w dzisiejszych czasach nie przystające do wędrówek ludów i układu z Schengen. Kupuję placek ze śliwkami. Odsiaduję swoje w korytarzach w urzędach. Dziwię się, jak tanie mogą być jabłka. Jem nabiał o konstrukcji, która nie śniła się Brytyjczykom. Kontempluję globalizację, w tym ogólnodostępność fasoli Heinz, zbóż Frootloops i czipsów z octem. Czekam na lepsze. Nie wiem co dalej.
I sypiam przy otwartych oknach.
Dynia ku zgorszeniu okolicznych kum biega w sandałach i skąpej odzieży.
Dwadzieścia jeden stopni w cieniu, w fermentującej listowiem jesieni, zobowiązuje.
Na Wyspie nazywaliśmy to latem.

(...)
Czasem pyta o to gdzie jest jej dom.
Gdzie jest jej bul samochód? Gdzie są jej zabawki?
Na razie wystarczają proste odpowiedzi.
Kolejny dylemat, w którą stronę językowo?
Wysłać do międzynarodowego przedszkola z urzędowym angielskim w wersji szwedzko-teksańskiej?
Oddać pod opiekę niemieckim guwernantkom?
Zatrzymać w domu i obok mortadeli futrować też słowiańską prozą?
Wiem, że nikt nie obiecywał, że to wszystko będzie proste i nie mam żalu, ale byłoby miło, gdyby jednak czasami jakiś dyskont lub dyspensa od odpowiedzialności za przyszłość tak naprawdę bóg jeden wie jakiego narodu.
Przyszłość bóg jeden wie jakiego narodu budzi się tymczasem rano, wygląda przez okno i krzyczy:
'Mama, guck, Frau Heike ist draussen!'
… i mnie trochę od tego jednak ściska.

(...)
Fascynacja alfabetem wymyka się spod kontroli.


(...)
Żywa natura. W butach. (2013) Kolekcja prywatna.


©kaczka

Koniec. Metaforyczny.

[18 Oct 2013]

(...)
Lada chwila trzech cuchnących machorką, krzepkich mężczyzn z kompanii przeprowadzkowej wyciągnie spode mnie biurko i krzesło, ale co zdąże to moje.
Oko cyklonu.
Sześć lat życia owiniętych w szary, ekologiczny papier z etykietą ‘Fragile’.
Osiemdziesiąt osiem pudełek złożonych gdzieś w depozycie.
Najbardziej rozbolało od rozstania z zakładem wychowawczym.
Bo choć bez butów na zmianę, pidżamy i szczoteczek do zębów to była naprawdę dobra, bezpieczna i szczęśliwa przestrzeń dla kurdupli.
I mimo świadomości, że skutkiem wytycznych idiotycznego systemu ta sielanka trwałaby i tak jedynie do czerwca  (bo we wrześniu Dynia musiałaby obowiązek szkolny, i mundurek, i  bógwieco...) to czuję, że coś tej Dyni jednak odebrałam i nie bardzo mam co jej teraz darować w zamian.
A Dynia?
Dynia dotarła do celu.
By uniknąć dramatycznych, czy łzawych scen na lotnisku wcisnęłam jej w jedną rękę ilustrowany magazyn zdobiony plastikowym stetoskopem, w drugą – ilustrowany magazyn zdobiony poliestrowym smartfonem, a wszystko to z podobizną Peppy, i zapowiedziałam, że może otworzyć dopiero po drugiej, bezcłowej stronie.
Błąd.
Poważny błąd.
Ledwie zdążyłam ją okadzić dydaktycznym smrodem ‘myj ręce, myj zęby, oszczędź Hauptcioteczce szeregu zgryzot... choć pssst!... kilku możesz jednak dostarczyć’, ona już wyślizgnęła się z uścisku i biegła prześwietlać siebie, stetoskop i bagaże.
Może mi chociaż pomachasz?’ – krzyknęłam ku jej plecom.
Don’t be silly, mama! Majn have no FOUR hands!’ – odpowiedziały plecy.
Miecz obosieczny.
Prawie dokładne tłumaczenie mego własnego, standardowego, będącego w nieustannym zużyciu, ostrzępionego na brzegu sylab: ‘Dyniu, wstrzymaj się przez chwilę z roszczeniami, bo mam tylko dwie ręce’.
Czasem dzwoni. Choć mam wrażenie, że nie dobrowolnie.
Dzwoni głównie, żeby powiedzieć, że nie ma czasu.
Gdybym nie siedziała teraz na skrzynce po pomarańczach, a wieczorem mogła wyskoczyć do kina, rzekłabym ‘chwilo, trwaj!’
Gdybym nie była, aż tak zmęczona, zaiskrzyłabym błyskotliwą refleksją.
Tymczasem.
Kotwica w górę.
Koniec.
Kolejny koniec.

©kaczka

1683-1685

[12-14 Oct 2013]

...6...5...4...

(...)
Poszliśmy z wizytą.
Na wizycie pewna pięciolatka emablowała zebranych alfabetem produkowanym ołówkiem masowo na dostępnych papierkach. Alfabet za alfabetem z wydajnością Gutenberga.
Tłum przy każdym kolejnym okazaniu falował entuzjastycznie i nie szczędził pochwał.
Dziecko nasze stało w kącie i widać było, że żywcem żarła je ambicja i trzęsła mu się broda na granicy ‘rozpłakać się z niemocy, czy nie?’. I widać było, że odbywa się weń  jakaś wewnętrzna walka o rządy nad nieposłuszną materią.
Powróciwszy do domu zamknęło się dziecko w swym pokoju przy nowym swym biurku z otworem na inkaust i obsadkę [1], i po kwadransie okazało światu swe dzieło.
Przez hieroglify, grekę po dość luźną interpretację cyrylicy.


[Jak rzadko się wzruszam, tu i owszem.]

[1]

(...)
Przeprowadzka tylko chwilami podnosi ciśnienie.
Firma przeprowadzkowa zagroziła nam, dla przykładu, że nas nie przeprowadzi, jeśli w ciągu czterdziestu ośmiu godzin nie dostarczymy następującego dokumentu:
Signed letter from the embassy (private move) stating employment details abroad (also for German Citizens), confirming they have been residing outside EU for a period of at least 12 months.
Aleśmy sobie w kwaśnej rozmowie wyjaśnili geografię polityczną współczesnej Europy i powiedzieli, że ksero paszportu im chyba jednak wystarczy.
Chyba.
Tym, że srajgencja wynajmu nie odbiera moich telefonów, ani nie odpowiada na listy, któż tym by się przejmował.
Klucze mogę im wysłać z Dover, albo zostawić w drzwiach.
Pojutrze Dynia z kartką na szyi leci do Europy.
Po załamaniu nerwowym, jakie przeszła na widok wynoszonego z domu regału, dobytek rozdajemy za jej plecami.
Samochód sprzedaliśmy nocą na rozstajnych drogach.
I utrzymujemy, że nadal stoi w garażu.

(...)
Na marginesie zdarzeń Dynia prowadzi bar mleczny z tradycjami.
- Mama, you order. – i wyciąga notes, i ostrzy ołówek.
- Proszę bułkę z serem.
- No bułka. No cheese.
- Pizza.
- Finished.
- Lody czekoladowe.
- No ice-cream.
- Truskawki.
- No.
- Herbata.
- No drinks.
- To co jest?
- Toast and dinner.


(...)
W ramach prezentu pożegnalnego dla Miss Niles, Dynia wyprodukowała psychodelicznego królika z abojawiem? myksomatozą?



A dla przedszkolnej grupy kurdupli zażądała zakupienia placka dla arachnofilów.




©kaczka

1681-1682

[10-11 Oct 2013]

...8...7...

(...)
Telefon do wiejskiego ośrodka zdrowia.
- Interesują mnie wyniki mego szpitalnego wymazu z niedzieli.
- Nie ma.
- Co mam zrobić?
- Czekać. Albo zadzwonić do szpitala.


Telefon do szpitala.
- Interesują mnie wyniki wymazu z niedzieli.
- Pacjentom nie podajemy wyników przez telefon.
Wyniki wysłaliśmy na oddział, który autoryzował zlecenie.
- Jeśli tam zadzwonię to mi je podadzą przez telefon?
- Nie.

- Co mam zrobić?
- Zadzwonić do ośrodka zdrowia, żeby zadzwonili do nas to podamy im wyniki przez telefon.

Telefon do wiejskiego ośrodka zdrowia.
- ... yyyy... ale my nie możemy dzwonić do szpitala po wyniki ustnie.
- Co mam zrobić?
- Zadzwonić do nich, żeby wysłali faksem.


Telefon do szpitala.
- ... yyyy... ale my przecież nie wysyłamy faksem, wysyłamy emailem... w drodze wyjątku... ojezujezu... tak, faksem.

(Po godzinie)
Telefon do wiejskiego ośrodka zdrowia.
- ... yyyy... jeszcze nie ma w systemie, bo trzeba zeskanować i dołączyć do elektronicznej dokumentacji.

Kurtyna wiesza się na kablu od telefonu.

Uaktualnienie.

(Po dwóch godzinach)
Telefon do wiejskiego ośrodka zdrowia. Ta sama recepcjonistka.
- To ja. W sprawie tych wyników, które miały nadejść dwie godziny temu.
- Jakich wyników?
- Posiew.
- Ale ja tu tylko w systemie mam krew we wrześniu.
- Posiew. Wyniki ze szpitala. Dwie godziny temu.
- Ale ja nie mogę podejść do faksu, bo szkolę nową recepcjonistkę i ABSOLUTNIE  nie mogę zostawić jej samej
. Jest nowa, chyba rozumiesz?
(Faks stoi dwa metry od biurka.)
- Ha! Szpital wysłał też emailem.
- Uuuuuuuu... ale ja nie pamiętam hasła do poczty.
- A czy jest ktoś kto pamięta?
- Tak. Mamy zapisane przy faksie.


(Po dwóch godzinach i dwudziestu minutach)
W wiejskim ośrodku zdrowia. Ta sama recepcjonistka trzymająca za rękę pretendentkę do tytułu.
- Chciałabym odebrać wyniki posiewu. Niedziela. Szpital. Miały być przed dwiema godzinami.

[W tym momencie pretendentka dosypuje dramatu:
- KOBIETA W SŁUCHAWCE MÓWI MI, ŻE JEST W CIĄŻY I JĄ BOLI!!!
Recepcjonistka: Niech ci opisze, jak ją boli.
Pretendentka (przeprowadza wywiad): ... yhy... yhy... Jezu, ona mi mówi, że NIEDOWYTRZYMANIA!
Recepcjonistka:  To jej powiedz, że dyżurny doktor może do niej zadzwonić za piętnaście minut.]

- Jakie wyniki? Krew?
- Posiew. Emailem. Ze szpitala.
- Oooo! Tu mi wyskakuje: pending.
- Czyli?
- Czyli link do wyników nie jest aktywny.
- A kiedy będzie aktywny?
- Bojawiem? W poniedziałek?



©kaczka

1678-1680

[7-9 Oct 2013]

...11...10...9...

(...)
Kiedy rodzisz pierwsze dziecko, po prostu umierasz’ powiedziała lub napisała Rachel Cusk.
Nie.
Irytował mnie ten überpatos wyznania, masochistyczna potrzeba do dłubania w odsłoniętym nerwie, rozdrapywanie strupów niewykorzystanych okazji i jej neurotyczny foch, że rzeka do, której się wchodzi nie jest ciągle ta sama, a świątynna, rozdarta kurtyna po zszyciu na okrętkę omujeju nie wygląda już tak wyjściowo.
Nie, nadal nie uważam, że od rodzenia się po prostu umiera.
Zmienia, przepoczwarza, przechodzi z jednego w inne. Kwestia semantyki?
Ale cytat mnie prześladuje.
Bo oto nagle, wbrew wrodzonej niechęci do słów lakierowanych i nadętych, oto nagle czuję, że kiedy się przeprowadzasz, to po prostu umierasz.
Odchodzisz bezpowrotnie z miejsc znanych i oswojonych, twoje własne miejsca zajmuje ktoś inny, rozdajesz, oddajesz, znikasz, wiedząc, że wielu z tych, którzy nieustannie byli w tle, prawdopodobnie już nigdy więcej nie spotkasz.
Nie wiesz, co jest po drugiej stronie.  Orzeł, czy reszka? Restauracja Paradiso, karczma Rzym, nicość samolubnych genów, sens, bezsens, szóste życie kota, reinkarnacja, alienacja?
Do tego nagle bombardują cię przedagonalną miłością, wybaczają przewiny, jeden sąsiad bezinteresownie strzyże ci trawnik, drugi o świcie podwozi cię na dworzec, ochronka odbiera dziecko z dostawą zwrotną na wycieraczkę, w kawiarni na wyprzódki wiedzą, co podać i nawet kot sąsiadów, ten który zawsze cię ignorował, gotów jest okładać swym futrem twoją psyche.
Umierasz.
Znikasz i wiesz, że ten świat, który był twoim światem, przez dzień lub dwa będzie pamiętał, a potem mu wyblakniesz w zbiorowej pamięci.
Umierasz.
Tania, ale dosadna symulacja.

(...)
Dziś, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz’. – mówi Pismo i rzecz będzie o zaparciu.
Oraz o tym, że wszystkie możemy być Chrystusami.
Przypadkiem.
Gdyż opowiedziała mi Matka-Polka taką przypowieść.
Jak to po raz pierwszy udała się do szkoły odebrać swe czteroletnie dziecko.
W szkole dzieci wydaje się podobno według spisu inwentaryzacyjnego za pokwitowaniem.
Pod drzwiami kolejka rodziców. W drzwiach jedna dama z listą i ołówkiem pyta ‘po kogo?’, gdy uzyska odpowiedź przekazuje ją dalej, gdzie reszta personelu odławia i odstawia przydybańca pod farmugę, by opiekać go w krzyżowym ogniu pytań: 'Kim jest ta pani/pan? Znasz? Jak ma na imię? Jesteś pewien? NA PEWNO PEWIEN? SURE?'
Stoi sobie zatem personelowi nieznana, anonimowa Matka-Polka w kolejce i gdy nadchodzi jej kolej, zwierza się damie broniącej framugi, że przybyła po syneczka swego najukochańszego, dla potrzeb fabuły nazwijmy go Tomaszkiem.
Odławiają Tomaszka.
Na pytanie: 'Kim jest ta pani?' Tomaszek odpowiada ‘don’t know
Na pytanie: 'Znasz?' Tomaszek ogląda sobie czubki butów.
Na pytanie: 'Jak ma na imię?', Tomaszek ze łzami w oczach rzecze bezradnie rozkładając ręce: ‘I DON’T KNOW!
Kolejka za plecami Matki-Polki ponoć zamilkła i zaczęła szemrać gotowa do linczu na potencjalnej porywaczce dzieci.
Matkę-Polkę zaproszono do gabinetu dyrekcji, sprawdzono zdjęcia w dowodzie osobistym, wiarygodność podpisów, zgodność DNA ze zdeponowanymi próbkami, opinię dzielnicowego i kościelnego, wykonano kilka telefonów do osób zdolnych rozpoznać ją po głosie, by ostatecznie wobec niezbitych dowodów (czy ja wiem? blizna po cesarce?) wydać jej jednak wyrodnego potomka.
Powstrzymawszy chęć ukatrupienia Tomaszka na szkolnym parkingu (gdyż z pewnością dyrekcja zerkała zza firanek), Matka-Polka dowiozła w grobowym milczeniu dziecko do domu, a gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi zapytała potomka: 'WTF?!!!' (oraz och jakże rozsądnie – postraszyła ekspektatywą wizyt opieki społecznej, domem dziecka, przytułkiem, odebraniem praw rodzicielskich, jeśli gówniarza będą się trzymać TAKIE żarty)
WTF?!!!
Ano tak.
Panie wychowawczynie przyuważyły, że Tomaszek wyłuskał sobie w tłumie innych dzieci kolegę znad Wisły, z którym zaczął nawijać po polsku. By położyć kres tak niecnemu procederowi zawezwały obu czteroletnich przestępców przed swe sądu ostatecznego oblicza i wyjaśniły, że obca gadka pod groźbą straszliwej kary  jest w tym przybytku zabroniona (w tonie: NUR ENGLISCH! FERSZTEJEN? JA?!).
Tomaszek tak sobie wziął do serca, że zalewając się łzami, rzekł matce: 'NIE MOGŁEM ODPOWIEDZIEĆ, JAK MASZ NA IMIĘ... BO NIE WIEM JAK JEST PO ANGIELSKU MARLENA!'
Kurtyna opada.
David Copperfield – ten z powieści Karola – szyje sobie z niej spodnie.

©kaczka

1676-1677

[5-6 Oct 2013]

...13...12...

(...)
Raz w roku, po sianokosach, mamy we wsi odpust i karnawał.
Siermiężny jak te snopowiązałki, na których występują uczestnicy.
Siermiężny jak moje fotografie.
Rio na miarę fasolki na toście.
Mogłabym drwić, ale poczucie wspólnoty , które łączy zapaleńców odpowiedzialnych za tę imprezę, nieodmiennie mnie wzrusza.
Bo oni te traktory, z gruba ciosane dekoracje, pucułowate królewny w kategorii wiekowej pięć-trzynaście, staruszki poubierane w iluminacje z choinkowych lampek, orkiestry dęte, gimnastyczki ze wstążkami, a wszystko to z datków i składek miejscowego rzeźnika lub przychodów z bingo w domu spokojnej starości...  oni to wymyślają przez rok cały aż do pażdziernikowej kulminacji.
I wyciąga tedy naród stołki przed dom, na chodnik przy głównej ulicy i się rozsiada w atmosferze porównywalnej chyba jedynie z oczekiwaniem na papieża, by cieszyć przez godzinę swe synapsy.
Samodyscyplina jest wysoka. Nie ma płotków, barier, ani elektrycznych pastuchów. Dla dziatek zawsze znajdzie się miejsce przy krawężniku, na wąskim chodniku zawsze pozostaje przejście by przecisnąć się z wózkiem, dzieckiem, lub biorąc pod uwagę specyfikę wsi – emerytowanym inwalidą lub kombatantem.
I my mieliśmy, że odnotuję z nostalgią, swe stałe miejsce stojące na zakręcie wśród psychodelicznie kolorowej waty z cukru, wiatraczków z bateryjką i nosiciela hot-dogów.
(Hot-dogów tubylcy nie potrafią prokurować –  słona, smażona parówka ze smażoną tłustą cebulą urąga kanonom.)
Minione imprezy Dynia przyjmowała z godnością, wczorajszą przeżywała każdym nerwem, domagając się popuszczenia lejców i włączenia jej do grona uczestników.
Majn like this game!’ – obwieszczała światu, a na widok odzianych w srebrny lateks, politycznie poprawnych, młodych gimnastyczek z nadwagą i trzycyfrowym BMI, nieomal omdlała z zachwytu.
Następny przystanek, Dyniu – Fasching.


(...)


©kaczka

1674-1675

[3-4 Oct 2013]

...15...14...

(...)
Zakład wychowawczy do puli rozrywek włączył program Boosting Language Auditory Skills and Talking.
Dzięki temu Dynia od niechcenia odtwarza teraz co piątą linijkę tekstów popularnych nursery rhymes.
Z lokalnym akcentem.
Z dość nienachalnym podejściem do metrum, trzynastozgłoskowca, fleksji,  refleksji i tradycji.

Umpty Dumpty had a great faaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaall,
Ul the kings’orses
Couldn’t put Dumpty AGAIN!


Tudzież:

Little Miss Muffet
Sat on the tuffet
Eating her curdwhey.
…yyy… Spider AWAY!


Oraz:

Ickory dickory dock
Mouse run down the cock (!)
Tick tock, tick tock.


Lub:

Pat a cake, pat a cake, baker’s man.
… yyyyyy…
FOR ME AND THE BABY!


Jakoirównież:

Little star,
‘ow I wonder what you’re.
Up ‘igh,
like a diamond in the sky.


I:
Row, row, row your boat,
Gently down the STREET!


I to chyba wszystko, co odtwarza.
Tyle, że wersji infinitive loop.
Dynia może bowiem emitować ad finis orbis bez przerw na oddech.

(W samochodzie – bonus –  karaoke do The Best of Elmo Songs.
Przy czterdziestym szóstym występie pod: 'It’s incredible where you can go with your imagination' mam objawy ataku apopleksji.
)

Po kilku godzinach odbioru, życzyłabym sobie, aby zakład wychowawczy wyposażył ją również w przycisk: MUTE.


(...)
- Mama, majn like Miss Niles [och, jak ja uwielbiam tę zdystansowaną, Dickensowsko-wiktoriańską formę, w takiej sprzeczności do ‘a co robiłaś dziś z ciociami w przedszkolu’ Ciocie, zasadniczo, nie przechodzą mi przez gardło. Nie i już.] Very much like.– mówi coraz częściej Dynia, o swojej zakładowej wychowaczyni.
Co w bieżących okolicznościach i cieszy, i jednocześnie wielce smuci.
Do kitu.

©kaczka

1672-1673

[1-2 Oct 2013]

...17...16...

(...)
Trenuję parkowanie.
Tylna kanapa zeżarła mordoklejkę, odzyskała fonię i szafuje szowinistycznymi, zblazowanymi komentarzami:
 ‘Mama! You better no driving! Let papa driving!
Oraz.
Mama! Look! Papa is EVERYWHERE! EVERYWHERE!
Yyyyy?
‘Here!’
‘Gdzie?’
‘Here! T jak TATA!’

Nie przyszłoby mi do głowy.

©kaczka

Wichrowe Wzgórza, Exmoor

[27-30 Sep 2013]


(...)
Pod wiatr, we mgle, przez krzaki, wśród endemicznej fauny.
Dynia szła, ale klęła pod nosem.
O dziwo, wylazła znad poziomu morza na poziom góry na własnych nogach.
(Choć się nie zapowiadało.)
Ale klęła pod nosem.
Gdy nie klęła, dzwoniła po helikopter różowym telefonem marki ‘Mister Tumble’ i kłuła w oczy kompletem różowych kluczyków do wyimaginowanego samochodu.
Żaden z Dyni Bear Grylls.
Ale wlazła na tę górę, choć spluwając na widoki.
A widoki zapierały,  po troszę za sprawą oceanicznej wichury, głównie jednak, bo  Wyspa, gdy chce, potrafi być piękna.
Zdziczale piękna.
Mam słabość do posezonowego morza.
Od zawsze.
Dynia nie podziela.
Ale od biedy dla rozrywki ciśnie głazem w fale.
Refleksyjny weekend, bo tyle jeszcze możnaby zrobić tu na Wyspie razem z ubóstwianą grupą rówiesniczą, a tu trzeba się pakować
Były jeżyny zarte prosto z krzaka, grzyby – prosto z krzaka, dzikie konie, udomowione konie, gdzie się nie poślizgnąć, koński nawóz luzem, wrzosy i klify.
Nad poziomem morza. Pod poziomem morza.
Fish and chips i bar Tapas.
Drogi tak strome, że dostawaliśmy zadyszki na pierwszym biegu.
Plaże z głazów narzutowych.
Wiatr odrywał nam głowy.
Pachniało prawdziwym lasem.
Takim, którego nie obsadzono w rządkach sosenkami z hodowli hydroponicznych i takim, który nie kończył się po dwustu krokach.
Takim, którego w całości nie wycięto na maszty dla Cutty Sarka.
I hotel miał ten ambiance, że jeszcze Churchil pewnie w nim kładł tapety.
W menu Full English, z kontynentalnego to państwo sobie zjedzą płatki z mlekiem lub niemiecki (!) jogurt, ale boczek z fasolą uczciwie przysmażone,  a Dynia – dziecko z hodowli na Wyspie – zje każdą kiełbasę i chrzani, czy ktoś wsypał do niej wiadro gałki muszkatołowej, czy nie.
Jak zwykle, dobre zbyt szybko się kończy.

(...)
Na szczęście jest Dynia, która dba o to, by poziom atrakcji i rozrywek pozostawał constans.
O dziesiątej wieczorem głos z piernatów: ‘Mama, majn think I ate lamp’.
Głos ociekający poczuciem winy, w ręku drewniana lampa z domku dla lalek pozbawiona koralika imitującego włącznik.
I żerca utrzymujący, że koralik nadal tkwi mu w gardle.
Z izby przyjęć wróciliśmy o trzeciej w nocy wypisani z istotną dla dalszej fabuły diagnozą ‘take her home, she is tired’.
Z różowym misiem. Hojnym darem miejscowej Loży Masońskiej.
Majn have the same at home! BUL! Majn have four [1] now.
(… niekoniecznie, gdyż niebieskiego wyniosłam tydzień temu do Armii Zbawienia… i nie wiem, jakie alibi opracować na wypadek nieuniknionej akcji poszukiwawczej? Aż kusi ‘Nie możesz znaleźć? Może zjadłaś?)

Epilog.
O siódmej rano:
- Dyniu, wypad z łóżka. Czas do ochronki.
- Majn can’t!
- Czemu?
- Mama! Doctor said majn tired.


[1] Dwa to four. I już.

(...)





©kaczka