Image Slider

[350]

[26 Apr 2017]

(...)
Najpierw wiosna zaczęła się na trawniku przed naszym domem. Standardowy prolog z magnolii, forsycji i akwizycji uczuleń wziewnych. Odczekaliśmy nieomal do napisów końcowych i ruszyliśmy na Północ. U Haupcioteczki wiosna przydarzyła się nam od początku po raz kolejny. Magnolie, forsycje, akwizycje. A potem, jeszcze raz, zupełnie nowa wiosna w Sztokholmie. Tyle, że tam, dodatkowo zdobiona zmarzniętymi żonkilami w celofanie rozłożonymi na chodnikach wzdłuż  Drottninggatan.
Boleśnie i nienaturalnie.
Może to nie było siedemnaście mgnień, ale nawet Stirlitzowi za trzecim razem oko zaczęłoby latać.
Wróciliśmy.
Jest zimno i pada.
Brygada Górali z Wisły (‘a Małysza pani zna?’) zamurowuje nam grzyba.
Ponieważ rzucają raufazę na mokry tynk, przypuszczam, że grzyb jak Barbara Ubryk zaraz zacznie czymś w nas ciskać. Na przykład, raufazą.
Wylewność górali nie ogranicza się wyłącznie do tynków, cementów i posadzek betonowych.
Już po kilku godzinach spędzonych wśród ekipy moglibyśmy razem z powodzeniem wystartować w jakimś rodzinnym teleturnieju, gdzie kluczem do sukcesu i głównej nagrody jest znajomość chorób skórnych wujecznego dziadka z Murzasichla (wymień w porządku alfabetycznym), nałogów szwagra stryjenki spod Bukowiny (przyporządkuj do odpowiednich paragrafów kodeksu karnego) albo losów masy spadkowej po teściu bratanka z Chicago, którego z łez padołu odwołały powikłania po resekcji wyrostka robaczkowego (przelicz w pamięci z dolarów na złotówki po kursie NBP z 14 marca 1978 roku).
Za to na konkretne pytania branżowe, na przykład: Czy ta raufaza jednak nie odpadnie? albo Na kiedy przewidziany jest koniec prac budowlanych?, Górale niezmiennie odpowiadają, że jak Bóg da.
Serio, panowie? Bóg?! Nie mówimy tu przecież o powtórnym stworzeniu świata w wersji 2.0, a o pospolitej ścianie między klozetem a sypialnią!
Zatem, jeśli Bóg przekwalifikował się na budowlankę to kto zajmuje się  naprawdę palącymi problemami ludzkości? Głód, wojny, globalne ocieplenie? Kto w tym robi?
Zaprawdę, powiadam nawet kult polskiego rzemieślnika powoli traci mnie w roli wyznawcy.

Do tego home-schooling to jednak nie zawsze taka czteropasmówka sukcesów, jak mogłoby się, oceniając po okładce, wydawać.
Dynia po powrocie z Północy obeszła sąsiadów z opowieścią, między innymi o tym,  jak to jej rodzice płynnie i z polotem mówią po... hiszpańsku (!).
Długo nie trzeba było czekać na konsekwencje. Jeden sąsiad już pytał, czy możemy pośredniczyć w zakupie hacjendy pod La Manchą. Drugi zaś chciał się wreszcie dowiedzieć, co tam ma napisane na tatuażu, który w stanie intelektualnej nieważkości dał sobie wydziergać w Magaluf.
SCHWEDISCH! Dyniu! To był SCHWEDISCH! Nie SPANISCH!!!
Odmówiwszy  z oczywistych względów (a najoczywistszy to ten, że znajomość hiszpańskiego ogranicza się nam do Hasta la vista!), dołożyliśmy sobie do reputacji na dzielni, żeśmy nieużytymi egoistami brzydzącymi się okołosąsiedzką pomocą.
(Opinię na temat znajomości szwedzkiego Dynia wyciągnęła na podstawie naszych rozmów z ulicznymi sprzedawcami hot-dogów. O czym czuję się w obowiązku napisać, zanim ktoś zapyta, czy przejrzymy dokumentację dotyczącą inwestycji w fabrykę nart pod Kiruną.)

To nie wszystko. Dynia okazała naszpani od Mastodontów swoją powieść o podróży do Sztokholmu, w której, jak na aspirującego Hemingway'a przystało, więcej jest o konsumpcji koktajli w barze niż o wartościach edukacyjnych zwiedzania. Był cień nadziei, że naszpani nie odcyfruje fonetycznego zapisu: KOGTEL, ale Dynia dla pewności wykonała, nie pozostawiający złudzeń rysunek poglądowy baterii drinków.
A Biskwit na nieuniknione pytania, co mu się zrobiło z twarzą (przypominam: Kliczko, jedenasta runda), wszem i wobec insynuuje powściągliwie: Matka.
Zatem, gdyby wyglądało, że zamilkłam to może właśnie wcale nie milczę, ale akurat gęsto tłumaczę się opiece społecznej.
Byle do wiosny, chociaż właściwie to już wcale nie wiem, której.


©kaczka

[349] kaczka i syndrom sztokholmski

[21 Apr 2017]

(...)

(...)
Jako że cały niemiecki romantyzm roztrwonili Goethe do spółki z Hardenbergiem, nic dziwnego, że dla reszty narodu został tylko pragmatyzm.
A Norweski to już w ogóle po ten pragmatyzm wracał do kolejki, lekko licząc, osiemset czterdzieści osiem razy. (Liczbę tę ekstrapoluję na podstawie ilości standardowych przebiegów Norweskiego po darmową dolewkę soku z żurawiny w Ikei.)
Zatem, gdy Norweski mówi ‘Mam dla ciebie niespodziankę’ to może to być oczywiście wszystko, ale raczej tak bardziej coś między kompletem brązowych męskich sznurowadeł a wyciętym z gazety kuponem na bezpłatny kartonik soku z żurawiny, objętość 200 mililitrów.
Takoż zachwiał mi się światopogląd i musiał mocno przytrzymać się stołu, by nie osunąć się w omdleniu na podłogę, gdy pewnego dnia Norweski po triumfalnym ‘Mam dla ciebie niespodziankę’ okazał plik biletów lotniczych.
- Sztohholm? – zapytałam naówczas, gdy dotarłam do koordynatów. – Ale dlaczego akurat Sztokholm?
(Logika podpowiadała, że może mieć to związek z dostępnością płynnej żurawiny.)
- Chciałem, żeby było ciepło i bezpiecznie. – odpowiedział Norweski.
Byłam, wróciłam, mogę wypowiedzieć się w obu kwestiach.
Adidasy Norweskiego przymarzły mu podczas wysiadania z samolotu do płyty lotniska.
Natomiast, gdy nocą obudziła mnie cisza spadających, tłustych jak kacze pióra płatków śniegu, gdy wymknęłam się z hotelu narzuciwszy kurtkę na pidżamę i gdy na sąsiednim skwerze zaczęłam wydeptywać na nietkniętym ludzką stopą śniegu fantazyjne mandale to już po kilku minutach razem ze mną zaczął ten skwerek dyskretnie okrążać policyjny radiowóz. I na tej podstawie, wysoce oceniam swoje bezpieczeństwo w Sztokholmie o godzinie 3:45 nad ranem.
To była dobra podróż.
Tuż przed wyjściem z domu Hauptcioteczki Biskwit rozbił sobie nos i po samodzielnym zatamowaniu krwotoku przy użyciu rękawa swojej bluzki oraz całokształtu mojej odzieży stawiliśmy się na lotnisku wyglądając jak Wladimir Kliczko, jego trener i ekipa towarzysząca po dziesiątej rundzie na ringu.
Kwestia krwotoku i usuwania plam krwi odwróciła naszą uwagę od troskliwie hodowanego przez Dynię lęku przed lataniem.
Ponieważ post-romantyczny, niemiecki pediatra poradził Dyni na te lęki, żeby ‘wzięła się w garść’ (nie ukrywam rozczarowania, gdyż liczyłam raczej na receptę na twarde narkotyki), Dynia – o dziwo - wzięła się w garść w czym, zasadniczo najbardziej pomogło jej siedem kilogramów tic-taców z wolnocłowego.
(Cena siedmiu kilogramów tic-taców to zaprawdę promil kosztów oficjalnej psychoterapii, którą usilnie zalecała nam Lufthansa po ostatnim locie Dyni (WE ALL GONNA DIE!!!!), więc wychodzi na to, żeśmy jeszcze nawet zaoszczędzili.)
Biskwit wziął nowy kraj szturmem. Skrótem przez hotelowy bufet.
Po pierwszym śniadaniu wycieczka emerytowanych amerykańskich nauczycielek ochrzciła Biskwita mianem ‘rozkosznego generała MacArthura’, podczas gdy wycieczka emerytowanych włoskich geodetów obstawiała raczej ‘milutkiego Mussoliniego’. Biskwitowi było wszystko jedno, co o nim mówią, byleby miał wyłączność na kontener z jajkami ugotowanymi na twardo i nielimitowany dostęp do książęcych parówek.
(W Sztokholmie toaletowe biogazy są paliwem dla środków komunikacji publicznej, zatem już po jednym Biskwicim śniadaniu ludność śmiało mogła rozważać podróż nawet do Linköping.)
Biskwit zaskoczył nas wielokrotnie podczas tej wyprawy. Choćby wtedy, gdy w skupieniu, przez ponad pół godziny słuchał narracji z przewodnika audio opisującego mijane pośród kanałów zabytki.
Dodajmy, bo to istotne dla rozmiarów naszego dysonansu, że ta narracja była po fińsku.

Rzecz jasna, podróż z nieletnimi wyznacza nieprzewidywalne kierunki zwiedzania.
Samoistnie odpadło tedy muzeum Nobla (Norweski), muzeum Abby (ja), ale za to zażyliśmy bliskich kontaktów ze skandynawską literaturą dziecięcą i jej artefaktami, wiemy, w którym sklepie mają najlepszy wybór Godis na wagę i potrafimy wymienić z pamięci lokalizację czterdziestu toalet publicznych w centrum miasta. W wyniku negocjacji wspartych argumentami natury wysokokalorycznej udało nam się z cherubiętami pobieżnie obejrzeć wyżęty z wody okręt Wasa.
Tu, już po wyjściu, trzeba nam było wymieniać się notatkami, sprawdzać fakty i tkać gobelin historii z mocno rwanych wątków. W międzyczasie Biskwit próbował bowiem bezcześcić zwłoki złożone w gablotach, a Dynia uparła się, by samodzielnie zdobyć odznakę Wzorowego Zwiedzającego, co wymagało wypełniania formularzy i gwałtownego przemieszczania się pomiędzy sześcioma piętrami.

W Sztokholmie Dynia dobrowolnie napisała książkę o swoich przygodach, dzięki miejscowej walucie wciągnęła się w dodawanie i odejmowanie powyżej dwudziestu oraz  nauczyła się kilku szwedzkich słów i zwrotów (głównie tych, które w ojcowskim narzeczu oznaczają coś zupełnie innego). Przyznaję, przez moment poczułam mistyczne uniesienie, ekstazę home-schoolingu, ale szczęśliwie (dla nas wszystkich) moją uwagę zajęły intensywne badania terenowe odmian kultowych cukierków Polly.

W ostatnim dniu, na sielankę wakacji podniosła rękę reprezentantka linii lotniczych, która jak Rejtan rzuciła się między nas a drzwi samolotu, żądając opłaty za wózek. Zdziwiło nas to szalenie, bo nikt niczego od nas wcześniej nie oczekiwał, a już na pewno nie w koronach. Być może dlatego, że spacerówka Biskwita jest najpaskudniejszym wytworem niemieckiej myśli technologicznej, którego kolor oraz ogólny stan sanitarny przyprawia o mdłości i ludzkość zwykle woli udawać, że nie widzi tego upadku moralnego na czterech, cholernie nieskrętnych kółkach? Reprezentantka była jednakoż pierwszy dzień w pracy i czuła – doskonale rozumiem – imperatyw. No, ale jakże to! – wyraziłam ubolewanie nad cherlawą konsekwencją SASu. – W jedną stronę płacić? W drugą nie płacić? I jeszcze płacić milionkrotność aktualnej rynkowej wartości pojazdu? (Serio, widywalam bezdomnych, którzy przewozili swój dobytek bardziej luksusowymi spacerówkami!). I tak pewnie stałybyśmy na tym lotnisku do teraz, zastanawiając się, co zrobić, ale reprezentantka nagle się wycofała. Norweski twierdzi, że to przez bagienne wyziewy z wózka. Ja natomiast bardziej skłaniam się ku teorii, że zaniepokoiło ją, że znudzony dyskusją Biskwit wlazł do pojemnika do mierzenia bagażu podręcznego i zaczął od niechcenia wyginać rękami stalowe pręty.

Wchodząc do domu Hauptcioteczki Biskwit potknął się o próg i tym razem podbił sobie oko.
Kliczko.
Runda jedenasta.

©kaczka

[348]

[9 Apr 2017]

(…)
Prawie siedmiolatki to taka osobliwa grupa demograficzna, która jeszcze poważa naszpańskie autorytety.
Zatem, gdy tydzień temu naszpani od arizońskiego zapowiedziała piknik i gdy rzekła młodzieży (cytuję, bo podsłuchiwałam pod drzwiami): ‘Jeśli chcecie, możecie przynieść ze sobą coś słodkiego dla wszystkich, na przykład, mufiny?’ to ta młodzież wydestylowała z tego oczywisty przekaz: ‘naszpani k a z a ł a przynieść mufiny’.
W rezultacie tego eksperymentu życie udzieliło nam wszystkim pouczającej lekcji, iż ośmioro cherubiąt nie jest jednak w stanie zjeść stu czterdziestu kul z ciasta w ciągu dwóch godzin.
Nawet popijając wodą z parkowej fontanny.

(...)
Przez ostatni tydzień Biskwit przynosił uporczywie z placówki okołowielkanocne artefakty. A to nadnaturalnej wielkości kurę z papier-mâché, a to wieniec (!) z malowanych wydmuszek, a to jajo na kiju, a to hydroponiczną plantację trawy dla kota, a to baranka na patyku od szaszłyka, a to zająca poddanego, jak Wayne Rooney, amatorskiemu przeszczepowi sierści.
Cała ta konfekcja tak obca zamiłowaniom kolorystycznym Biskwita (w tym sezonie czerń i lila), tak odbiegająca od jego  interpretacji szczegółów anatomicznych (raczej Picasso niż dojczrealizm) wyraźnie wskazuje, że naszpanie z placówki świętego Pulchercjusza z Erfurtu szukają ucieczki w terapii przez sztukę.
Swojej ucieczki.
Nie mam im za złe, nawet jeśli to oznacza, że jestem niedobrowolnym biorcą klonów monstrualnych kur, które schodzą im z prywatnej taśmy. Fala upałów w komplecie z oszczędnym i nieprzewiewnym metrażem przedszkolnych pomieszczeń nadzwyczajnie poluzowała Szwabskim Kluseczkom subordynację na złączach. Ponoć jedynie Biskwit niewzruszenie siedzi w balowej sukni w kącie z narzędziami i konsekwentnie realizuje jakiś tam swój projekt Manhattan.
Ten sam Biskwit zbojkotował program kulturalno-artystyczny na cześć wiosny, którym to chyba naszpanie próbowały zadać sobie jeszcze więcej cierpień moralnych i fizycznych.
Recital pieśni okolicznościowej miał miejsce w sali gimnastycznej, w której zgromadziło się tysiąc rodziców i dwa tysiące stopni Celsjusza (w większości sponsorowanych przez flesze rodzicielskich smartfonów.)
Całość recitalu Biskwit przestał na scenie odwróciwszy się do publiczności i zarzuciwszy sobie spódnicę na głowę.
W ten sposób nie tylko skutecznie ochronił swój wizerunek, ale jednocześnie zadkiem obleczonym w rajstopki zepsuł – na co mściwie liczę – kilkaset powidoków w wirtualnych albumach rodzinnych.

(...)
Tymczasem zmierzamy na Północ z bagażnikiem okołowielkanocnych artefaktów.
Hauptcioteczce wszak też się coś od życia należy, prawdaż?

©kaczka

[347]


(...)
Analiza bytu. Dynia nokautuje Heideggera.

(...)
Wyszło słońce, więc dzieciny znów zaczęły łączyć się w stada.
Podwieczorek u Jacka Londona.
Młodsi – w fazie żartów fekalnych - z upodobaniem symulują emisję toaletowych węglowodorów, starsi – grupa wiekowa prawie siedmiolatków – zamknęła się w pokoju przed ekranem z przeżutą wielokrotnie popkulturą.
Ja, której w tym gronie wiek najdokładniej ustali jedynie datowanie węglem radioaktywnym, niosę starszym  talerz węglowodanów.
Już mam otwierać drzwi, a tu przez szparę w tychże przeciska się następująca narrracja:

- ...pamiętasz, Dynia? Kiedyś, kiedy byliśmy młodzi, naprawdę cię kochałem. – mówi London rozwleczony na szezlongu jak na kozetce psychoanalityka. Wzrok wbity w sufit. Twarz posępna. Gniew i grzywka Jamesa Deana.
(Na ekranie Jerry próbuje upiec Toma w maszynie do wafli.)
Dynia siedzi na podłodze, tyłem do Londona i  wklejona w kreskówkę kompletnie ignoruje strumień monologu .
Jedną ręką się podpiera, drugą kręci sobie loki.
Dekadencja
Podsłuchuję dalej w towarzystwie talerza ciastek z marmoladą.
- Kochałem cię, ale to już przeszłość. – ciągnie London, a sufit przygarnia jego zwierzenia. – Odległa przeszłość. Nic już nie ma między nami. Koniec. The end. Finito!
(Na ekranie Jerry eksperymentuje z dynamitem.)
Dynia nawet na moment nie odrywa wzroku od telewizora.
- A teraz to mam dwie dziewczyny. Rozumiesz? DWIE!
(Tom po eksplozji dynamitu ląduje wbity w skrzynkę pelargonii. Napisy końcowe. The end. Finito.)
Dynia odwraca się ku szezlongowi.
- Te, a popcorn też masz? Bo zaraz będzie następny odcinek.

No co?
Jakie Beverly takie Hills.
Opcjonalnie #MadeinChelsea #nowageneracja


©kaczka

[346]


[31 Mar 2017]

(...)
Zabrałam Biskwita do teatru.
Brzmi prosto, ale tak naprawdę stoi za tym zawiła, mentalna logistyka.
Przede wszystkim, było to przedstawienie od lat pięciu, a więc dla trzylatka  potencjalny  odpowiednik ‘Resident Evil’ ze ścieżką dźwiękową z ‘Obcy ósmy pasażer Nostromo’.
Poza tym Biskwit zdemolował Norweskiemu poprzednią premierę domagając się nieustannego dostępu do napojów. I to Norweski jeszcze byłby może jakoś zniósł. Jednak, gdy nieunikniona żądza klozetu objawiła się w kulminacyjnym momencie spektaklu, w dramatycznej chwili, gdy wilk sprawdzał wytrzymałość murowanego domku wynajmowanego przez świnki, i gdy Biskwit zasiedział się w tym klozecie tak długo, że ominęły Norweskiego i owacje na stojąco, i napisy końcowe, i ciasteczka i sok, to poprzysiągł Norweski, że z Biskwitem więcej do teatru nie pójdzie.
Ale jak tu nie zabrać Biskwita skoro wszyscy idą. I Dynia, I Łukaszek, i siostra Łukaszka, i Ryfka, i brat Ryfki.
A tu jeszcze premiera w niedzielę, o świcie, czyli gdzieś koło jedenastej, dzień wcześniej zwanej dziesiątą.
Doprawdy (!)
To znaczy dla matki Ryfki jedenasta to już popołudnie, bo jej dzieci od urodzenia  ustawione są na czas we Władywostoku, czy Tel Avivie i  codziennie wstają o czwartej rano.
(Czasem, między jednym ziewnięciem, a drugim, matce Ryfki wyrywa się z piersi tęsknota za służbą wojskową, gdyż tam podobno sypiała dłużej i z nikim nie musiała dzielić łóżka.)
Stoimy tedy pod teatrem, ja i Norweski, profesjonalni, niedzielni katatonicy, niezdolni nawet, by zagrać w papier-kamień-nożyce i tą metodą, zdecydować, które z nas rzuci Melpomenę na pożarcie dzieciom, a tu nadbiega matka Ryfki z potomstwem i mówi, że bez kawy zaraz zemdleje.
- W promieniu dziesięciu kilometrów nie sprzedają tu w niedzielę kawy – mamrocze pod nosem Norweski. – Wiem – powiada i patrzy na mnie wzrokiem pełnym wyrzutu. – Wiem, bo szukałem wtedy, gdy wysłałaś nas tu na kurs rzeźbienia w bio-pietruszce, na warsztaty sypania mandali z bezglutenowych zbóż i na lekcje wypiekania dietetycznych sufletów.
- Sprzedają! – upiera się matka Ryfki. – Wiem, bo znalazłam kawiarnię, gdy Ryfka miała tu lekcje grania kolęd na puzonie, a brat Ryfki – wstęp do akrobatyki cyrkowej połączony z warsztatami robienia potpourri. Chodź, kaczka, zaraz ci pokażę!
Gdyby Norweski był bardziej przytomny to może zauważyłby, że zostaje sam na sam z gromadą cherubiątek, które to cherubiątka wpatrują się weń z upodobaniem jak sępy w wątrobę Prometeusza.
Acz nim zdążył zaprotestować byłyśmy już prawdopodobnie kilka ulic dalej. Jak na kogoś, kto nie jest szczególnie wysoki, matka Ryfki przemieszcza się bardzo szybko. Tłumaczy to albo zew kofeiny albo trening odebrany na wzgórzach Golan.
I oto jest.
Siedemnaście załułków dalej, siedem przecznic i osiemnaście zakrętów później.
Kawiarnia.
Wewnątrz siedzą ludzie.
Trzymają w rękach filiżanki.
Dopadamy drzwi.
Szarpiemy klamkę.
Zamknięte!
Na drzwiach kartka: Zamknięte!
Ale przecież siedzą w środku! Piją! To nie może być fatamorgana!
I wtedy z bocznych drzwi wychodzi mężczyzna, podchodzi do nas i pyta, czy my też na kurs ‘Jak uczynić swoje życie lepszym?’
Te długie kilkanaście sekund  zawieszenia zanim udzieliłyśmy odpowiedzi odmownej wskazuje chyba, że pokusa jednak była.
Nawet dość silna.
Ostatecznie kawę kupiłyśmy na stacji benzynowej.
Wszystkie dzieciny odpękały premierę.
Biskwit zachował się nieomal bez zarzutu.
Może to przez porównanie, bo Łukaszkowie przyprowadzili ze sobą nowego, importowanego z Londynu opiekuna do dzieci, który potwierdza ich własną teorię, że w dziedzinie opiekunów do dzieci Łukaszkowie przyciągają wyłącznie jednostki, które potrafią zgubić się w domu w drodze z kanapy do toalety albo którym trzeba do obiadu przeżuć kotlecik i pokroić frytki na plasterki.
Finał przedstawienia, owacje, napisy końcowe i sok z ciasteczkami spędziłyśmy z Biskwitem w kolejce pod toaleta.
Trochę dlatego, bo Biskwit wypił litr wody, ale głównie, bo to akurat w tej toalecie zaciął się opiekun Łukaszka i chwilę potrwało zanim go wydobyto.
A potem wszyscy poszliśmy oglądać jak Ryfka i jej szkoła wita wiosnę.
Niezbędnymi akcesoriami do witania wiosny były precle oraz wydmuszki obsadzone na kijach.
Ponieważ kije były ustandaryzowane i miały średnicę około dwóch centymetrów, pełna podziwu zapytałam matkę Ryfki,  jak, do diaska, udało jej się nadziać na ten kij wydmuszkę? Ostatecznie, nomen omen, nie w kij dmuchał, żeby w skorupie kurzego jaja wyciąć dwucentymetrową dziurę!
Matka Ryfki obiecała, że kiedyś mi opowie. Kiedyś, gdy zasklepią się jej psychiczne rany.
I że, gdybym chciała, to ona ma w lodówce piętnaście omletów.
I że gdyby procesja była w nocy to doceniłabym, wszyscy byśmy docenili, efekty specjalne polegające na przypadkowym zmieszaniu cementu z fluorescencyjnym klejem do polichlorku winylu.

(...)
Placówka imienia błogosławionego Fluorescencjusza z Luminatu zażądała w tym roku pół tuzina wydmuszek na dziecko.
Pół tuzina!
Mając na uwadzę ubiegłoroczną odmę płucną nabytą po sprokurowaniu trzech sztuk, udałam się do sklepu dla artystów i nieudaczników, gdzie kupiłam sześć sztuk jajecznych wydmuszek prosto od kury.
Holendrzy zwęszyli dobry interes. Wiercą otwór w dnie i przy zastosowaniu zaawansowanych technologii wysysają białka i żółtka, a potem sprzedają skorupki.
Biskwit poniósł te wydmuszki do placówki, cud, że doniósł wszystkie sześć w całości i wrócił  do domu z uwagą w dzienniczku, że - uwaga! - prawidłowo wykonana wydmuszka  posiada dwa otwory: wlot i wylot.
Wlot i wylot!
A ja tu z jajem jednokierunkowym!
Moja droga do doskonałości  zdaje się być wybrukowana wieloma skorupkami, które czymś  za młodu nie nasiąknęły.

(...)
Trwa wiosna.
Już przekwitają magnolie.
Dla osobnika krótkowzrocznego trawnik u Sycylijczyków wygląda jakby wybuchnął nad nim pojemnik od przepełnionego dziurkacza do papieru, dopiero w zbliżeniu widać, że to plaga stokrotek.
Nawet naszpanie z Fluorescencjusza poczuły skwierczenie witaminy D i zaordynowały grupową wycieczkę Szwabskich Kluseczek do lasu z użyciem środków transportu publicznego.
Widziałam, gdy wracali.
Dwadzieścioro czerwonych homarów ugotowanych żywcem w płaszczykach, kurteczkach, szalikach i czapeczkach.
Rano bywa chłodno, ale w południe dociąga do dwudziestu dwóch stopni, znaczy skoro rodzice dali dziecinom futra i , widać żal nie założyć.
Zdziwiłam się, że nikt nie wymagał mej towarzyszącej obecności podczas tej leśnej przygody. Dotychczas w takich wypadkach, zawsze powoływano z rezerwy matki najmłodszych uczestników.
- Ach, nie ma potrzeby! – powiedziały naszpanie. – Biskwit jest taki spokojniutki, zawsze tak grzecznie dłubie sobie coś tam w kąciku z narzędziami. Czasem to prawie zapominamy, że jest obecny.
No więc, jeśli to miało mnie uspokoić... to jednak nie.
Oraz jestem pewna, że to samo słyszała matka Oppenheimera, gdy odbierała go z placówki.
 

©kaczka

[345]

[23 Mar 2017]

(...)
Zachodzi podejrzenie, że Ryszard z Naprzeciwka jest objęty programem ochrony świadków. Po pierwsze, w celu kamuflażu Ryszard kilka razy dziennie zmienia kolor slipów. Po drugie, w bocznej furtce, którą wykonano z tej samej materii co i ekrany, Ryszard zastosował technikę, która pozwala mu uniknąć rozpoznania. Wygląda to tak, że cały ogródek Ryszarda opleciony jest aktualnie taśmą z palonych opon i lewitujących głazów, a furtka pozostała przezroczysta. Z wyjątkiem jednego, jedynego fragmentu na poziomie metr sześćdziesiąt (plus minus dziesięć centymetrów), który Ryszard zasłonił taśmą będąc zapewne przekonanym, że listonosza, jako i płatnych morderców, rozpozna po butach.  Płatni mordercy nie będą mieć łatwego zadania, bo jak zidentyfikować Ryszarda, gdy ten występuje z paskiem zasłaniającym mu oczy, a do tego przejawia wyjątkową niekonsekwencję względem koloru gaci?
Tymczasem nadal suszymy Roqueforta.
Nie pytacie, ale i tak wam opowiem.
Pierwsza ekipa postawiła suszarkę przed ścianą, włączyła ją i poszła.
Kolejna ekipa, która pojawiła się po dwóch tygodniach, naukowo potwierdziła, że ściana nie wyschła, a u Sycylijczyków to nawet jeszcze nie zaczęła schnąć, bo wstawiono im zepsutą suszarkę.
Następna ekipa pojawiła się po tygodniu, naukowo potwierdziła, że ściana nie wyschła, bo rzecz jasna, dmuchanie z z jednej strony i z odległości w Roqueforta  mogło mu najwyżej podkręcić loki w grzybni na 'mokrą włoszkę', ale raczej na pewno nie przymusić do opuszczenia lokalu.
(O czym, zresztą mówiłam od początku, ale jako świadka mam najwyraźniej jedynie Roqueforta i Hauptcioteczkę.
Roquefort odmówił zeznań. Z Hauptcioteczką stosunki nam się dość znacząco ochłodziły, gdy nie skorzystałam z porady, aby przestać narzekać i tego grzyba sobie p o  p r o s t u wywietrzyć. )
Ta następna ekipa wpuściła suszarki w ścianę, kafelkom za tysiąc dojczmarek przyłożyła jakąś płytę grzejną podpartą moim kijem od szczotki i całość obudowała foliowym namiotem przyklejonym do ściany taśmą klejącą. Wychodząc trzasnęli drzwiami i konstrukcja natychmiast się zawaliła.
Od tej pory wzywaliśmy ich jeszcze trzy razy.
Każda następna ekipa wnosiła do tego projektu Biosfery 3 jakiś element racjonalizatorski. A to więcej kijów od szczotki, a to więcej taśmy klejącej, a to dwa gwoździe wbite w bazaltową ścianę. W końcu wczoraj Norweski przyniósł z pracy standardowy zszywacz biurowy i jemu jedynemu udało się jak na razie trwale zszyć namiot ze ścianą. (A Biskwitowi rozsypać opakowanie tysiąca zszywek.)
Niedawno odwiedziliśmy znajomych.
Znajomi są bezdzietni, mają dom pełen doniczek na chybotliwych stojakach, kolekcjonują porcelanę, a na białych kanapach od razu widac czekoladowe odciski palców.
Dyni i Biskwitowi bardzo się podobało.
Dom ma dwa lata i postawiono go w dzielnicy, gdzie wszystkie domy z urzędu mają być białe i udawać lokalne Santorini.
Ryszard długo by tam nie pomieszkał, bo nawet wymiary tarasowych desek są ściśle, co do centymetra, regulowane, buda dla psa wymaga uzyskania pisemnego pozwolenia, a właścicieli domów regularnie nachodzą komisje i kontrole.
- Nic to – myślę, jedną ręką ratując chińską porcelanę, drugą, uzbrojoną w szmatkę, obsesyjnie przecierając własne dzieci. – Urząd-srurząd! Kredyt-sredyt! To po porstu cena wolności od grzyba i Wynajmcowej!
Była to myśl zbyt pospieszna, bo najpierw okazało się, że ten szum, który dochodził z piętra domu to nie Morze Egejskie, ale pięć osuszaczy powietrza porozstawianych po piętrach. Architekt nie uwzględnił w projekcie domu za pierdylion ojro ani izolacji, ani wentylacji. Kanalizacja działa, ale  już ta u sąsiadów za ścianą jest dość narowista i co jakiś czas emituje przyciężki wyziew z dna kloaki.
Ale to jeszcze nic.
Pewnej wrześniowej soboty znajomi zasiedli do późnego śniadania z widokiem na swój ogródek. Koktajl z jarmużu i imbiru, bio-rzodkiewki, chrupiące bułki, eko-margaryna, poranna gazeta, świeżo parzona kawa w pięknej porcelanie. Sielanka. Nagle do ich ogródka wskakuje przez niski żywopłot dwóch mężczyzn, jeden z łopatą, drugi z drzewem pod pachą. Ten z łopatą odmierza pięć kroków od furtki, dwa kroki na lewo, przesuwa ogrodowy stolik i zaczyna kopać dół.
Znajomi w szlafrokach wypadają na zewnątrz domagając się wyjaśnień.
Okazało się, że w pierwotnych planach architekt w każdym ogródku namalował drzewo. Pięć kroków od furtki, dwa kroki na lewo.
Po dwóch latach skrupulatny urzędnik z Działu Planowania Przestrzennego dzielnicy Das Santorini zauważył brak drzewostanu i nakazał deweloperowi nasadzać po dobroci. Motywując do działania obietnicą kar finansowych za opieszałość.
Stąd też i obecność w ogródku dwóch panów z łopatą i drzewem.
- Biorą państwo jabłonkę?
- A co jest do wyboru?
- Właściwie to już tylko jabłonki.

Nie wiem, co najbardziej przygięło mnie do ziemi? Insynuacje Wynajemcowej, że sama zasadziłam grzyba, żeby doprowadzić ją do ruiny? Jej żądanie, aby wszystkie okna w domu były przez okrągły rok non-stop  otwarte? Hauptcioteczka z hipotezą, że Roquefort ciągnie ku światłom wielkiego miasta i jak mu poświecę to sam wyjdzie? Niczym nie otulony dom za pierdylion ojro? Folia, która czterokrotnie zaatakowała mnie rzucając się na mnie ze ściany? Bezskuteczne próby przemawiania do rozsądku kolejnym przedstawicielem firmy ‘Giń grzyb!’? Wizja, że można przekąszać bio-rzodkiewką i zapijać jarmużem, a i tak obcy wlezie i posadzi ci w ogródku baobab? Nieustanny szum silników boeinga, który towarzyszy nam od miesiąca? Fakt, że tydzień po generalnym remoncie dachu w placówce świętego Adelozjusza z Bambergu  w Szwabskich Kluseczkach już stoją trzy wiadra zbierające deszczówkę? A może to, że w przedszkolu za rogiem wiosenna mżawka zalała właśnie dwie sale lekcyjne (‘Giń grzyb!’, wiem od sąsiadki, zdeponował tam wczoraj kolejne cztery silniki od boeinga. Zaczynam coraz chętniej wierzyć, że grzyb to spisek producentów energii elekrtrycznej i ‘Giń grzyba!’.) Poziomu serotoniny nie podniosły też dwie tabliczki belgijskiej czekolady zjedzone na raz, butelka martini (uprzedzając insynuacje: rozłożona w czasie), sznycel z frytkami , ani ser pleśniowy, który dźgany widelcem w tym wypadku posłużył również jako wielofunkcyjna laleczka voodoo.
Dorzućmy do tego głód na świecie, wojny, terroryzm, grzyby (!) atomowe, moralny rozkład ludzkości, płot Ryszarda i mojżeszowy koszyczek pełen moich ślicznych dzieci płynący tym oceanem niegodziwości i już mamy prawie pełen obraz udręki.
Czując, że golf życia ciśnie mnie w szyję, poszłam po prozac do Rodzinnej.
- No, nieeeeeeee... - powiedziała Rodzinna. - Kasa chorych mi nie zwróci za prozac. Po prozac trzeba do specjalisty! Ale mam tu korzystne, refundowane alternatywy!
Lista korzystnych alternatyw refundowanych przez kasę chorych obejmuje oczyszczanie aury, przeczyszczanie czakr, akupunkturę, terapię buddyjskimi gongami i usg serca (to ostatnie za dopłatą stu czterdziestu pięciu ojro).
To ja już chyba lepiej pójdę poprzytulać się do drzew w parku.

(...)
Właśnie zmierzałyśmy, by odebrać Dynię z zajęć pozalekcyjnych, gdy Biskwit przypomniał sobie, że natychmiast musi skorzystać z toalety.
Najbliższa była na piątym piętrze domu towarowego.
Wbiłyśmy się do windy, rzutem na taśmę wskoczyła do niej jeszcze para z niemowlęciem przytwierdzonym taśmami do ojcowskiej piersi.
Biskwit postanowił oszołomić nas swoją elokwencją i beznamiętnym głosem zapodał erratę do podręcznika nefrologii klinicznej. Szło to mniej więcej tak: Psy sikają. Koty sikają. Wiewiórki sikają. Gąsiennice sikają. Jednorożce sikają. Tęcze sikają. Biskwity sikają. Mama sika. Papa sika. Dynia sika. Naszpani sika. Gołąb sika. Marchewka sika. Duchy sikają. Świat sika. Gwiazdy sikają... – wyliczał Biskwit na głos, aż w okolicach trzeciego piętra matka niemowlęcia się złamała i powiedziała, że czuje, że musi do toalety.
Ojciec z potomkiem wysiedli na czwartym i zostałyśmy we trzy w windzie pędzącej ku piątemu.
... windy sikają. Ryby sikają. Jogurt sika. Wszystko sika. – Biskwit postanowił sobie nie przerywać.
- To mój pierwszy raz, gdy jestem sama od chwili urodzenia syna!  Pierwszy raz od czterech miesięcy. – wypaliła matka najwyraźniej znokautowana tym niespodziewanym zefirem wolności. – Co ja mam robić?!
SIKAĆ! –  Biskwit uprzedził mnie nim zdążyłam przedstawić własne alternatywy.
(Ja stawiałam na ‘uciekać’ ze wskazaniem, że w toalecie na piątym nie ma okienek, żeby przez nie się przecisnąć, więc najlepiej to przez dach, ale po tych kilku minutach w windzie może sama wyciągnęła odpowiednie wnioski?)

©kaczka

[344]

[17 Mar 2017]

(...)
Wiosna.
Wiosnę rozpoznajemy po tym, że właściciele posiadłości ziemskich wstają we wtorek i wpadają w amok liftingowania swoich posesji.
I jeśli rok temu myślałam, że nie da się usypać nic ohydniejszego niż mur z kamieni, który oddziela Chińczyków od Sycylijczyków, tak właśnie wyprowadził mnie z błędu nasz Rodak - Ryszard z Naprzeciwka.
Tenże wstał we wtorek o świcie, wyszedł na trawnik przed domem, zassał płucem resztkę nikotyny, wdeptał w ziemię niedopałek, splunął i odpalił sznurkiem piłę mechaniczną.
Piła była do baobabów, więc przeciągnęła Ryszarda od jednego końca trawnika po drugi. Całe dziesięć metrów wzdłuż i dwa wszerz.
Ryszard ściął zatem szpaler cyprysów odgradzający go od Sycyliczyków, a przy okazji odciął jedną nogę od trampoliny i przepołowił plastikowe ogrodowe krzesełko.
Córka Ryszarda - WijoLetta i małżonka Grażyna nie były zachwycone.
Kiedy piła skończyła ciskać Ryśkiem, bo zabrakło w niej gazoliny, Grażyna rzuciła się opatrywać fizyczne rany meblom ogrodowym i zadawać psychiczne małżonkowi (z opinii Grażyny wynikało, że Ryszard jest zręczny jak złamany SZUJ), a Sycylijczycy pospiesznie wybiegli z domu ratować psa i wciągać do domu własne krzesełka.
Na miejscu cyprysów Ryszard-nasz-Rodak posadził ekrany dźwiękochłonne z rodzaju takich, jakie można spotkać przy autostradach. Nikt już teraz Ryszardowi  nie będzie w karkówkę z gryla zaglądać Nikt już nie będzie ślinić się na okolicznych balkonach. Nikt już z zazdrości nie rzuci uroku, gdy Ryszard odkapsluje sobie o parapet dębowemocne. A gdyby nie przypadkiem ucięta noga trampoliny byłaby też szansa, że WijoLetta już nigdy więcej nie wystrzeli do ogródka Sycylijczyków, by tam, jak meteoryt tunguski (otyłość u dzieci jest niestety smutnym faktem) swoim upadkiem doprowadzić do wyginięcia monokultury drzewek oliwnych. (Teraz trajektorię lotu Wijoletty ograniczą ściany ogródka i to będzie prawdopodobnie taki ludzki pin-ball. WijoLetta ma do tego idealnie sferyczną sylwetkę.)
Jeszcze przez moment miałam nadzieję, że szkielet ekranu będzie podporą pod pomidory albo, że Grażyna obsadzi go pachnącym groszkiem albo winoroślą i że będą w tym gaju wspólnie razem z Ryśkiem siadać, sączyć dębowemocne i słuchać Grechuty.
Niestety.
Rysiek skoczył do niemieckiej wersji Lerua-Merlena i przytaszczył stamtąd tysiąc kilometrów taśmy w kolorze opon. Tę taśmę, skrupulatnie, jakby wyplatał wielkanocny koszyczek, przewlókł przez szkielet ekranów, a że do tego ma Ryszard jeszcze naturę estety, to tak dwa metry nad ziemią dorzucił po pasku taśmy z nadrukiem głazów narzutowych. O zmroku daje to efekt unoszących się w powietrzu kamieni.
Yoda płakał, gdy zobaczył.
I teraz, gdy wychodzę na balkon to z jednej strony  mam chiński mur, który przez porównanie z arcydziełem Ryśka jest nagle piękny i subtelny i głosowałabym nań w plebiscycie: jaką zjawiskową ziemską budowlę powinno pokazać się cywilizacji pozamieskiej w trakcie bliskiego spotkania trzeciego stopnia? (Acz możliwe, że ten mur, tak jak prototyp już widać z kosmosu.)
Naprzeciwko zaś widzę lewitujące głazy i jak się okazuje, nadal mi nie umknie, co tam wynosi z domu na gryla Grażyna albo w jakie slipki opiął Ryszard swój testosteron, aby ścinać trawnik. Albowiem Ryszard przyoszczędził, tak na oko, dziesięć centymetrów na wysokości ekranów i uzyskał przez to niepełny efekt intymności.
Stało się to pewnie dlatego, że Grażyna uparła się przyozdobić ekrany błyszczącymi, srebrnymi kulami wielkości melonów, więc Rysiek nadwyżki gotówki zainwestował w te kule, ale i tak starczyło mu jedynie na cztery.
Obsadził  Rysiek te kule po tej stronie, gdzie jego podwórko graniczy z podwórkiem kompletnego abnegata ogrodniczego, którego choć potępiam, to, z którym wewnętrznie się utożsamiam. Mam bowiem taki sam dar, że oddany mi pod opiekę chlorofil zamieniam w brązofil.
Czemu akurat tam  Rysiek nadział te kule na słupy?  Chciał coś udowodnić abnegatowi, którego własny płotek z siatki smutno chyli się ku brunatnej glebie?
- Kula ci w oko, Ryszard za ten gwałt na cyprysach! – myślę trzaskając drzwiami balkonu.
Chociaż ze wszystkich nowych dekoracji Ryśka, te mają niewpliwą zaletę.
Słońce się w nich odbija i oślepia człowieka i już  przed oczami latają tylko mroczki, a nie ten brązowy ogródek, ten upleciony przez Ryśka płot, czy te motyle 3D z rajstopy, motyle w rozmiarze archeopteryksa, które Grażyna pierdyknęła sobie na klej po całej elewacji.
No i nigdy nie wiadomo, a może te kule będą zwabiać pioruny?

(...)
Biskwit przywlókł z placówki uaktualniony bronchit, wersja 2.1.
W tej ulepszonej wersji glut wycieka z nosiciela bez przerwy, więc aby oszczędzić Szwabskim Kluseczkom poślizgów na glucie, podjęłam niepopularną decyzję o jednodniowej, domowej kwarantannie Biskwita.
Nie kłamię, ten dzień trwał rok. Normalny, długi rok. Nawet nie przestępny.
Nocą, korzystając ze przywilejów pacjenta i mojej umysłowej agonii Biskwit wstał o drugiej i przyszedł do naszego łóżka.
Pół godziny upłynęło zanim ułożył się według zasad własnego feng shui i zanim przestał kasłać mi prosto w twarz z odległości dwóch centymetrów.
Ledwieśmie ponownie usnęli, a tu kwadrans po trzeciej u wezgłowia pojawiła się Dynia łkając, że straszliwie boli ją ucho, ale jeszcze bardziej rozdziera ją myśl, że przez to ucho opuści występy objazdowej trupy artystycznej, które tego dnia miały mieć miejsce w szkole.
Reanimacja ucha zajęła trzy kwadranse, po czym Dynia korzystając z przywilejów pacjenta postanowiła nie wracać do swojego łóżka i uszczęśliwić nas swoim towarzystwem.
Biskwit przez sen wywąchał tę truflę równości i sprawiedliwości społecznej, obudził się i zaczął protestować.
Zrobił się z tego (pół)żywy torcik Linzera.
Pod spodem my, miękka marmolada, poobijane jagódki o odbitych nerkach i perforowanych płucach. Na wierzchu kratka poplątanych cherubięcych nożyn i ramion. W przepisie stoi że z kruchego ciasta, ale w rzeczywistości –  mój Boże! – ze stopu żelaza z granitem.
(Razem to ponad dwa metry i pięćdziesiąt kilogramów przyszłości narodu!)
Chyba i ja w końcu usnęłam, choć bardziej prawdopodobne, że któryś z ciosów pozbawił mnie przytomności.
Gdy ją odzyskałam, przy nieznacznej pomocy Biskwita, który siłowo otwierał me powieki, okazało się, że zwisam z jednej strony łóżka bardziej siłą woli niźli mięśni, co w jakiś pokrętny sposób tłumaczy dlaczego leniwce masowo nie spadają z drzew.
A trupa artystyczna – Pinokio im w plecy –  odwołała występy.
Z powodu choroby.

(...)
Tak mógł wyglądać Newton, gdyby matka odebrała go z placówki zaraz po tym jak oberwał w czerep jabłkiem.
Biskwit na mój widok w drzwiach, rzucił wszystko i z błędnym wzrokiem i wypiekami na licu przebiegł przez całą salę Szwabskich Kluseczek, żeby mi oznajmić, że...
- MAMO! PSY NIE LATAJĄ!
Bałam się zapytać, czy ta wiedza została poprzedzona jakimś eksperymentem.

©kaczka

[343]

[13 Mar 2017]

(...)
Wywiadówka była nadzwyczajnie krótka.
Naszpani usiadła przed nami na krzesełku dla krasnoludków, nerwowo wyrównała leżący przed nią na mikroskopijnym stoliku stos odręcznie (!) wypisanych dokumentów i rozłożyła bezradnie ręce, przyznając, że mimo wielu lat praktyki zawodowej, Dynia nie zmieściła się w żadnej skali, którą naszpani próbowała doń przyłożyć.
Rzecz jasna, próbowałam dociekać, czy to wina wybranych narzędzi statystycznych, czy defekt obiektu badania? Zasugerowałam też ocenę opisową.
Naszpani przystała na taką opcję i nawet wyemitowała wstęp: 'Bo ona jest... jest... jest... jest...'
I na tym jest się niestety zawiesiła, tłumacząc, że nie znajduje adekwatnych słów by opisać nasze dziecko.
Luz, pomyślałam, ja próbuję od sześciu lat i też mi nie wychodzi.

[Na drugim planie tego wydarzenia towarzyskiego Biskwit, blondwłosa słodycz w zwiewnej sukience, usadzona za naszymi plecami w szkolnej ławce z czystą kartką i zestawem szkolnych kredek, sprowadza zebranych na ziemię wkurzonym okrzykiem: SZAJSE! Nie mają tu żadnych porządnych kredek!]

Nie wychodzi mi też rodzicielstwo bliskości. Chronicznie nie ufam i powątpiewam.
Rok temu w sierpniu, pamiętam jak dziś, mówiłam Norweskiemu, że to się nie uda.  Że ktoś, kto tak jak Dynia, neguje istnienie liter i koncept składania ich w wywrotowe treści, przenigdy nie nauczy się czytać.
A tu znienacka dziesiątego grudnia Dynia wstała rano z łóżka i ot tak, po prostu, zaczęła czytanie.
Z żarliwością wygłodzonego wyżła poezji i prozy.
Ani trochę nie przesadzam, bo Dynia tropi słowa jak pies myśliwski.
Cały świat nagle składa się wyłącznie ze słów.
Iść z Dynią przez miasto to jak spacer z audiokomentarzem dla niewidomych i słabowidzących.
Szyldy, tablice informacyjne, skład proszku do pieczenia, nazwy serów, rozkłady jazdy, nazwiska na skrzynkach pocztowych, naklejki na samochodach, gazety, liryka naściennych fresków pod wiaduktem...
- Maaaaaaaaamo! A co to znaczy: LEGIA SZUJE?
- Akhem... Dyniu tu akurat CH na początku czytamy jednak jak H.
Dzięki Rodacy, wielkie dzięki (!)

©kaczka

[342]

[8 Mar 2017]

(...)
Najpierw była kartka ze szkoły, format A4, wysłana do domu dzieckiem pocztowym, a na tej kartce spis dat i terminów. Z dołączonej instrukcji (osobna kartka) wynikało, że życzeniem naszpani jest, abyśmy wybrali sobie terminy n a j d o g o d n i e  j s z e na wspólną gawędę o przyszłości narodu spersonifikowanej w osobie Dyni.
Jako, że zaproponowane przedziały czasowe obejmowały godziny ósmą do jedenastej lub trzynastą do szesnastej i wykluczały piątki, soboty oraz niedziele były to, powiedzmy szczerze,  terminy najdogodniejsze dla naszpani. Przeanalizowaliśmy z Norweskim wielokrotne  użycie w tekście sformułowania ‘dni robocze’ i doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie naszpani jak Milla Jovovich obudziła się w świecie po apokalipsie i wydaje jej się, że jest jedyną ocalałą, która uprawia pracę zarobkową na etacie.
Wybraliśmy losowo daty i odesłaliśmy naszpani kartkę dzieckiem pocztowym.
Dwa dni później, tym samym dzieckiem pocztowym, nadleciała kartka z podziękowaniami za zaangażowanie w wybór dat i obietnica, że gdy tylko naszpani skończy obróbkę danych, natychmiast podzieli się z nami wynikami.
Dzień przed feriami otrzymaliśmy kolejną kartkę, format A4, kserokopia, zawierającą harmonogram spotkań wszystkich rodziców oraz intymne szczegóły typu: Aureliusz ma przynieść zaświadczenie od pedagoga i proktologa, a Zenobiusz opinię od psychiatry.
Yyyyyy...
Jako, że przy mojej przyszłości narodu nic nie napisano, a jednocześnie mam tu tyle rozgrzebanych własnych wojen z Systemem, udałam, że nie widzę publicznie obnażonych informacji o Aureliuszu i Zenobiuszu.
W poniedziałek po feriach dziecko pocztowe przyniosło ustny telegram, że któryś z Mastodontów tydzień tamu zapomniał zabrać do domu kartki z harmonogramem spotkań. Kartki nie były podpisane, więc nie wiadomo, kto porzucił swoją. Naszpani prosi żeby sprawdzić.
We wtorek okazało się, że część młodzieży sprawdziła, część zapomniała zapytać, pozostali zapadli na jelitówkę (kolejna epidemia) zatem naszpani wykonała kolejne dwadzieścia pięć kopii o proktologu Aureliusza i ponownie rozdała je Mastodontom, aby zaniosły do domu.
Intryguje mnie, nie ukrywam, jaki jest ukryty cel tego eksperymentu wychowawczego?
Bo chyba, nie chodzi tu o poglądową lekcję, jak oszczędzać papier albo jak żyli ludzi zanim wynaleziono internet, ani tym bardziej o przegląd skutecznych metod komunikacji?
Ale to jeszcze nic.
To było dopiero pół ryzy papieru.
Do harmonogramu spotkań dołączony był bowiem formularz sprawozdania z rozwoju przyszłości narodu, a w nim pytania, na które rodzice powinni naszpani odpowiedzieć.
Pytania typu: czy dziecko ma porządek na biurku? czy nie brudzi się, gdy pracuje? czy pracuje schludnie i starannie? czy pracuje bezbłędnie? (tylko ja dostrzegam tu jakąś niezdrową fiksację na tle higieny?), czy rozumie treść zadań domowych? (trudno powiedzieć, wszak to nie ja je zadaję), czy szuka kontaktu? (z kim, na Dänikena, szuka kontaktu?! z obcą cywilizacją?) czy przestrzega reguł? (na małą skalę - reguł gry w bierki? czy z grubej rury - siódme: nie kradnij?)
Ale to jeszcze nic. Naprawdę, wszystko to, co powyżej to nic, w porównaniu z graficzną formą tego sprawozdania.
Pytania naszapani umieściła w tabelce.
Obok każdego pytania jest skala.
Skalę, nie bez wysiłku wytnij-wklej-skseruj, skonstruowano... z jabłonek z jabłuszkami.
Tym samym – zbiorowo przytrzymajmy się krzeseł –  odpowiedź na pytanie, czy dziecko ma porządek na biurku, należy wyrazić w ilości jabłuszek zwisających z drzewiny.
Od zera do trzech.
...
...
...
...
Wydaje mi się, że ja też obudziłam się jak Milla. Tyle, że po innej apokalipsie i w zupełnie innym świecie niż naszpani. Tak innym, że nie ma w nim takiej ilości jabłuszek, żeby udowodnić jak bardzo innym.

(...)
O, wątpiący! Oto dowód rzeczowy, a przy okazji można też powiedzieć kaczce, co się o niej myśli.


Oczywiście, że dorysowałam jabłonkę. W porównaniu ze stajnią Augiasza, biurkiem własnego ojca i tym, co pozostawia po sobie Biskwit w łazience, Dynia jest Małgorzatą Rozenek naszej rodziny.


©kaczka

[341]

[3 Mar 2017]

(…)


(...)
Uff.
Przysięgam na Flandrona, Walona i na wagon stołecznej brukselki (z frytkami w majonezie), żeśmy z Biskwitem podbiły fragment księstwa Beneluksu.
Było to tak, że Biskwit wszedł do pierwszej belgijskiej frytury, gdzie natychmiast ukoronowano go platynową tiarą z diamentami z chińskiego polichlorku, co interpretujemy jako symboliczny gest przekazania władzy nad narodem i jego zapasami czekolady.
(Wiozłam tę tiarę przez dwa kraje, ani na moment nie wypuszczając jej z ręki, tylko po to, by u progu mieszkania Biskwit w nią wdepnął udowadniając, po pierwsze, że chińska platyna jest dość nietrwała, a po drugie, że jednak można zagłuszyć te dwa silniki od boeinga, które pod naszą nieobecność wstawiono do lokalu, by suszyły odarte z Roqueforta ściany. Sąsiedzi się nie wyprą, że nie zauważyli, że znów jesteśmy w domu.)
Biskwit, odnoszę wrażenie, odnalazł wreszcie T E N kraj, w którym docelowo winien się urodzić, ale jak wiemy,  coś się omsknęło i trafił obok.
Trudno mieć prentensje. Belgia rozmiarem przypomina środek tarczy do rzutek, więc zaiste nawet Opatrzności może drgnąć ręka podczas desantu.
Pech, bo Belgia skrojona jest pod Biskwita i jego życiowe ambicje, szczególnie te skoncentrowane wokół węglowodanów.
To kraj wyjątkowo nieprzyjazny diabetykom, hiperglikemikom i wrogi względem tych, którzy nie tolerują laktozy.
Jeszcześmy dobrze w tej Belgii nie usiadły, a już jako dodatek do mojej kawy Biskwit otrzymał tyle czekoladowych pastylek, ile ważył, wiadro bitej śmietany, kruche ciasteczko, metr placka i wreszcie trochę cukru w kostkach na wypadek, gdyby to, co przyniesiono było niewystarczająco słodkie. A wszystko to wjechało na stół po tym, gdy poprosiłam w kawiarni o odrobinę (!) mleka (!) dla spragnionej dzieciny.
Karbohydraty i skrobia.
Kakao i frytki.
Zaiste to materia, z której wycina się fundament pod małe, wygodne, wysokokaloryczne ojczyzny.

Podróż do Belgii, sześcset kilometrów w towarzystwie trzyletniego infanta, pretendenta do belgijskiej korony, była zaskakująco gładka. Jakość siedzeń w niemieckiej flocie pociągowej tak skonfundowała Biskwita że do samej granicy obstawał by zapinać nieistniejące pasy i do końca wierzył, że lada chwila pojawi się stewardessa Lufthansy oferując mu piwo, wino i słone orzeszki, a pilot zaprosi go do zwiedzania kokpitu. Regionalne linie belgijskie obniżyły ten wyśrubowany standard. Gdy jak zwykle oszołomiona szaradą podwójnych nazw miejscowości [1], na chybił trafił wybrałam kolejny pociąg, gdy wciągnęłam doń po stu podniebnych schodach wózek z Biskwitem, gdy wreszcie przecisnęłam się przez wąskie drzwi do przedziału (zaklinowana przez cztery kilo kabanosów w bocznych kieszeniach plecaka), gdy wreszcie padłam na siedzenie, to po pierwsze, okazało się, że nie działa ogrzewanie, po drugie, że cały ten pociąg pachnie nostalgicznym zapachem PKP! Takim zapachem, który niechybnie konstruowany jest z kurzu, potu, tłuszczu, łupieżu i sfermentowanych jabłkowych ogryzków. W tym pociągu zostałam przypadkową superbohaterką, albowiem uwolniłam uwięzioną w klozecie murzynkę imponujących rozmiarów. Klozet był elektronicznie elektryczny, przypominał puszkę po fasolce rozsuwającą się po naciśnięciu sekwencji guzików. Jak przypuszczam, dama wypełniwszy puszkę swoją cielesną powłoką nacisnęła pośladkami wszystkie możliwe guziki rozscalając układy scalone i dezorientując elektronicznego krasnoludka odpowiedzialnego za fotokomórkę. (Osobiście uważam, że należałoby przełożyć plany kolonizacji Marsa na czas, gdy ludzkości uda się już poskromić elektroniczne wychodki, by nie otwierały się w najmniej odpowiednim momencie, nie strzykały wodą w oko, ani nie przetrzymywały wydalających w charakterze zakładników.)

Pogoda może i nie dopisała, sztorm wyrwał naszym gospodarzom drzewo z korzeniami, grad łupał w dachy, a deszcz wlewał się do butów, ale zaprawdę, czym są zjawiska atmosferyczne skoro na śniadanie można smarować chleb pomadą z pokruszonych ciastek lub rzucić na ten chleb tabliczkę czekolady?
Jedyny defekt Belgii  to według Biskwita nieposkromiona skłonność tubylczych kurdupli do obcałowywania obcych i postronnych użytkowników placów zabaw. Tu niby orewuar,  tu już buty ubiera, a jeszcze skubany endemit podskoczy i znienacka oślini oba policzki. W opinii Biskwita – niewybaczalne naruszanie personalnych dystansów.

W drodze powrotnej, w regionalnym znów nie działało ogrzewanie, znów zaklinowałam się w drzwiach (tym razem w bocznych kieszeniach plecaka cztery kilo czekolady i dwa litry czekoladowego mleka) i znów toaleta była niepokojąco dysfunkcyjna, choć tym razem nie brała zakładników. W Brukseli naraziłyśmy się ekspedientce w sklepie z cukierkami, przed Kolonią połowa współpasażerów chciała wyskoczyć z pędzącego pociągu zorientowawszy się, że wpadłam w pętle czytania na głos dziecku jedynej posiadanej, dziesięciozdaniowej powieści o misiu, który zgubił czapkę, a za Frankfurtem Biskwit pozbawiony innych rozrywek obsesyjnie zwiedzał pociągową toaletę. Ot, powszednia i pospolita podróż bez fajerwerków.

Niniejszym podziękowania dla Drużyny A (która zarzuciła pisanie bloga, więc – jammer! – nie mogę ich oznaczyć) za gościnę, rozrywki kulturalno-towarzyskie, dwieście metrów (!) wspólnie przebytej drogi do Composteli, za gulasz na pierniku, majonez do frytek, syrop z tymianku i wiśniowe piwo!

Jako suwenir  z Belgii przywiozłyśmy sobie z Biskwitem po bronchicie. Siedzimy zatem w domu, wzajemnie doprowadzamy się do szału, pijemy syrop z bluszczu z gwinta, sąsiedzi donoszą nam chleb, a my czekamy na powrót pozostałych członków rodziny.  Zaskakujący rozmiar tęsknoty Biskwita za Dynią jest  zjawiskiem paranormalnym albo zasłoną dymną jakiejś grubszej afery.




[1] Dodatkowo, każda stacja kolejowa w Belgii nazywała się Gamma przynajmniej do chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że to jednak nie brak inwencji , a reklama hipermarketu budowlanego niezamierzenie (?) stylizowana na dworcową tablicę

(...)
Hipnotyzująca, belgijska sztuka ludowa
 ©kaczka

[340]

[20 Feb 2017]

(...)
Są ludzie skazani na sukces i jest kaczka.
Są ludzie, którzy jakoś tak, od niechcenia przynależą do wyższych sfer – glamour, błysk, hajlajf, a gdy potykają się na ulicy to wyłącznie dlatego, że poślizgnęli się na brylancie. Takim ludziom to nawet, gdy na ścianie rośnie grzyb to ten grzyb okazuje się być zaginionym ogniwem ewolucji, praprzodkiem wszystkich trufli. Noma skupuje go od nich za zylion od strzępki, napycha do pozłacanych ravioli i napełniwszy je helem pozwala im dryfować w powietrzu w kierunku ustawionych na stołach  talerzy z bulionem upędzonym na chrobotku.
Są tacy ludzie i jest kaczka.
I to nie spekulacje, ani sezonowy deficyt endorfin, ani konkluzja znaleziona na dnie butelki koniaku, ani też załamanie nerwowe.
To po prostu przeznaczenie.
Kiedy w listopadzie odwiedziliśmy Kościół Wyznawców Montessori, tym, co natychmiast mnie do nich przekonało, była jakość świątyni.
Mój Boże! Co to za świątynia! Rocznik 2016. Chrom, stal, szybkobieżna winda na dziesiąte, widok na cały świat, okna jak w oceanarium, podgrzewana podłoga, bidety w dziecięcych łazienkach, szemrzące strumyki, delfinoterapia, ogród zen, natura, ikea, hygge i ani jednej kartki z cyklu: 'Dziś w menu jelitówka, a na drugie wszy.'
Jaka rozkosz dla oczu po krwistoczerwonych, jak oczy zirytowanego amstaffa, szkolnych lamperiach. Jaka ulga dla zmysłów po codziennym obcowaniu z serią przedszkolnych naściennych, neorealistycznych fresków o tematyce 'Sekretne życie krasnali'.
- Patrz, Norweski - powiedziałam pokrzepiona wystrojem wnętrz świątyni. - Choć jedno z naszych licznych dzieci miałoby szansę odebrać edukację w cywilizowanych warunkach!!!
Nie zwlekając złożyliśmy dokumenty.
Mimo, że jedynie pięć miejsc i te dwa tysiące chętnych.
O dziwo, zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną.
To znaczy, po pierwsze, wcale nie tak o dziwo! Szanujmy się! W końcu Biskwit sam sobie namalował zdjęcie w formularzu. I na miejscu rekrutujących ze zwykłej ciekawości chciałabym osobiście poznać dziecko o sześciu nogach i wystających z uszu czterech rękach, z których każda trzyma w dłoni po pierogu nadnaturalnych rozmiarów.
Po drugie, nie o dziwo, gdyż zachwycona dekoracjami przegapiłam fakt rejonizacji i istnienia dwóch bliźniaczych placówek. I gdy piszę b l i ź n i a c z y c h to niestety nie mam na myśli bliźniąt jednojajowych, a raczej takie bliźnięta, że jedno urodziło się w 2016 i ma szybkobieżną windę zapowiadającą piętra w siedemnastu językach, a drugie już przed pierwszą wojną światową było jakąś jaśniepańską, mikroskopijną stajenką, czy inną obórką i tylko cud sprawił, że zostało skanalizowane.
Jak nietrudno zgadnąć, Biskwita wciągnięto na listę chętnych do obórki.
Nieszczególnie pamiętam, o co pytano nas podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bo siedziałam na brzegu krzesła w zimnej piwnicy, w obórce wstawionej między węzeł kolejowy (intercity z częstotliwością co dziesięć minut ziuuuuuuuuuuuu...) z widokiem na squat hippisów, w którym akurat budziło się życie (wiadomo, dochodziła osiemnasta), sączyłam ziołową herbatę i wewnętrznie darłam szaty opłakując utracony bezpowrotnie glamour, hygge i windę w siedemnastu językach.
(Ale nic po sobie nie dałam poznać, nawet gdy jedna z rekrutujących pokazała mi, że część toalety wydzielono na kącik do zabawy, bo gdzie indziej już się nie zmieścił, choć w sali wciśnięto nawet antresolę, a część dzieci z uwagi na braki lokalowe podwiesza się pod sufitem.)
Jedyne co utkwiło mi w pamięci to naleganie na opowieść o narodzinach Biskwita, a to temat, który mogę eksploatować zawsze i mniej więcej w tylu samo językach co i winda, więc jeśli komisja myślała, że jestem głuchoniema to jednak nie.
Norweski twierdzi - taka konstruktywna krytyka po fakcie - że w każdym z tych języków powinnam zadbać, by ograniczyć krwiste detale.
Trudno.
Najwyżej nas nie przyjmą, ale nawet jeśli  to raczej nie przez realizm moich opisów, a tradycyjnie, przez pierwsze wrażenie.
Oto stoimy u wejścia do obórki, dwie minuty przed wyznaczoną godziną spotkania, ja w szoku pourazowym po czołowym zderzeniu z rzeczywistością, cherubięta pchają łapy ku kołatce, drzwi powoli się otwierają, wypływa z nich jakaś dygająca konkurentka do  miejsca w obórce, jej nienaganne maniery, jej rodzice w krawatach i garniturach oraz nobliwa komisja kwalifikacyjna w merynosach i alpakach, a tu Biskwit na cały głos, w ojcowskim narzeczu:
- SZAAAAAAJSE! WEŹ SIĘ PRZESTAŃ PCHAĆ DYNIA! TO MOJE PRZEDSZKOLE!
Właściwie jaka obórka, taka kindersztuba.
W ogrodzie zen między delfinami zabrzmiałoby to gorzej.

©kaczka

[339]

[12 Feb 2017]

(...)
Miałam gorączkę.
I to było dobre, oprócz tego, że złe.
W placówce imienia błogosławionego Pretensjusza z Klagenfurtu nad Menem, w grupie Szwabskich Kluseczek odbyło się rodzinne spotkanie integracyjne.
Rodzina wystawiła mnie do wiatru.
Norweski – ofiara nieżytu - miał urzędowe zwolnienie lekarskie, a Dynia powiedziała, że status społeczny, który osiągnęła nie pozwala jej pokazywać się w towarzystwie przedszkolaków. Poza tym, klasa ninja miała tego popołudnia zgłębiać arkana anihilowania przeciwnika siłą umysłu, więc z czym do ludzi!
Tośmy poszli się integrować. 
Ja i Biskwit.
Biskwit pokazał mi w jakiej książce chowa sobie codziennie po fajrancie młotek, pozwolił zajrzeć w portfolio (seria psychologicznie niepokojących, żałobnie antracytowych kucyków, acz opisy prac typu  'Zimowe igraszki', 'Kosz z owocami – martwa natura', wskazują, że naszpani woli wierzyć, że Biskwit maluje na zadany temat) i zademonstrował, jak zrobić z siebie chmurę przy użyciu dozownika na podczerwień i mydła w pianie.
Gorączka niepostrzeżenie ugotowała mi neurony jak homary we wrzątku, zatem nawet nie byłam w stanie głośno zaprotestować, gdy ześlizgnęłam się znów w to samo, doskonale mi znane miejsce, na dno leja edukacyjnej czasoprzestrzeni. (Na ścianach rozpoznałam dużo naskrobanych wulgaryzmów i podpisów: Tu byłam – kaczka.)
Na Myszkina! Putina! Gagarina! Co ja tu robię? Siedzę na miniaturowym krzesełku, mam kolana pod brodą i kolebię się pod akordeon unplugged, z którego naszpani wyciska torturą podkład pod pieśń 'Heute ist Walpurgisnacht'...
Znowu.
Już tu byłam. 

Z Dynią.
Już siedziałam na tym krzesełku.
Już śpiewałam te same piosenki.
Już igrałam w towarzyskiego salonowca.
Wiem, co zdarzy się za chwilę!
Ratunku!

Siedząca naprzeciwko Frau Özil, samotna matka siedmiorga dzieci, z których każde podczas obcowania z systemem zaliczy minimum cztery wieczory integracyjne z akordeonem i bałałajką, (lekką ręką dwadzieścia osiem spotkań, miesiąc życia kraszonego fałszowaną, nostalgiczną dumką), wyglądała jak wyjęta z wody ryba, składająca korale ust w bezgłośne: HELP (a konkretnie, jego turecki odpowiednik).
Resztką świadomości zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy zakładnikami naszpań. Że nie poczęstowały ciasteczkiem. Że przeprowadzają na nas psychologiczne eksperymenty z użyciem akordeonu. Że powinnam wstać, wyrwać naszpani ten akordeon, nasadzić jej na czerep i poprowadzić nas wszystkich ku wolności.
Ale powiadam, straszliwie trudno jest godnie poderwać się do rewolucji z krzesełka, na którym mieści się jeden pośladek!



(...)
Biskwit tymczasem włączył: ‘Heute ist Walpurgisnacht...’ do stałego repertuaru i gdy tak krąży wieczorami, metr człowieka w nasennym kombinezonie z różowego pluszu (na piersi:  I love you, Peppa Pig!) i  śpiewa, że 'Heute ist Walpurgisnacht...' to trudno powiedzieć, czy to groźba końca, czy zapowiedź nowej cywilizacji.
Koniec cywilizacji zapowiadają również inne znaki.
W chińskim sklepie próbowano mi sprzedać coś, co miało średnicę frisbee spersonalizowanego pod Godzillę, a pani sprzedająca, przenosząc TO z miejsca na miejsce wózkiem widłowym mówiła, że to zapakowany próżniowo plaster cukinii skrzyżowanej z melonem (tyle wywnioskowałam z mowy ciała, bo wystarczy, że nie znam niemieckiego, a cóż dopiero, gdy ten podlany jest sosem do kaczki po pekińsku).
Nie kupiłam. Do domu może bym doturlała, ale gdzie trzymać skoro metraż już i tak okrutnie obcięty przez Roqueforta?
Kupiłam puszkę kwiatów lotosu.
(Zaprawdę, tego mi potrzeba! Tysięcy kwiatów lotosu, choćby i w konserwie.)
Chociaż nie były na jeziorze, ale jedynie w zalewie.

©kaczka

[338]

[6 Feb 2017]

(...)
Mówiono, że nie sposób rozwiązać problemu wszy głowowych. Gadzina ponoć uodporniła się na płonącą naftę, na posypkę z DDT, na rozłupywane o czerep izotopy uranu, na  glutaminian, na czosnek i na srebrne pociski.
Dzisiejszy dzień odmienia bieg historii ludzkości i zapisuje się polerowaną zgłoską w historii czynienia sobie ziemi i jej biomasy poddaną.
Oto dziś Dyrekcja placówki imienia Ofiar Holocaustu pokonała pandemię wszawicy!
W dwa dni!
TOT i KAPUT!
W dwa dni dokonała tego, czemu latami nie potrafiły sprostać najbardziej zaawansowane laboratoria chemiczne imienia Polopiryniona z Teb, czy  Aspiryniusza z Bajern!
Triumfalny pochód intelektu Dyrekcji rozpoczął się w piątek listem, który Dynia przyniosła ze szkoły. W liście tym Dyrekcja poinformowała o pandemii iskania, która wymknęła się spod kontroli.
Opis był apokaliptyczny, a do tego zdobiony odręcznym szkicem insekta.
(Jeśli ilustracja powstała na podstawie osobistych doświadczeń Dyrekcji to zaryzykuję, że nie tylko kot i Ripley uciekli z Nostromo. Twarzołap wydaje się być gustowną broszką w porównaniu z wszą z portretu Dyrekcji.)
Do opisu dołączona była ankieta, którą należało wypełnić, podpisać własną krwią i dostarczyć w poniedziałek rano razem z dzieckiem.
Na awersie tego papieru wartościowego, tego zyliarda dolarów w czystym intelekcie stało: zaklinam się na prochy przodków, niech szczeznę, niech mnie piorun trafi i niech mnie na miejscu połknie morderczy królik, jeśli łżę mówiąc, że moje dziecko nie ma wszy.
Na rewersie zaś: ja niżej podpisany potwierdzam, że moje dziecko ma wszy i zobowiązuję się zatrzymać je (dziecko oraz wszy) w domu, do czasu niemienia.
To, jak należało przypuszczać, od ręki rozwiązało sprawę epidemii wszawicy, albowiem zwrotność ankiet i odpowiedzi potwierdzających absencję wszy, szczególnie wśród rodziców pracujących zawodowo, wyniosła 120%.
Wyniosłaby i 150%, ale część kudłatych cherubiątek zapomniała lub zgubiła kartki na trasie dom-szkoła.
I tu Dyrekcja zmuszona była konsekwentnie dotrzymać danego sobie słowa i odmówić rzeczonym wstępu na lekcje oraz zawezwać telefonicznie rodziców do stawienia się po odbiór młodzieży.
Mastodonty, jak to katalogowe sześciolatki, mają szlaki pamięciowe tak długie i zawiłe jak metro z Młocin na Kabaty. Od biedy pomieści się tam czterysta imion kucyków Pony, jakaś lakoniczna asocjacja, który kucyk w jakim odcieniu, może adres sklepu z lizakami, może nawet kilka obscenicznych wulgaryzmów, ale urzędowy kwitek to już raczej pójdzie po torach piechotą. (Dodajmy jeszcze, że zapewne pójdzie w odwrotnym kierunku.)
Dynia mówi, iż najmniej uradowany był ojciec Eliasza, który jechał po syna dwie godziny ze Stuttgartu, żeby tę ankietę znaleźć przyklejoną do wewnętrznej podszewki tornistra.
A ponieważ Mastodonty bez kwitów z rodzicielskim podpisem należało odseparować i przeprowadzić oficjalny proces wydawania ich nadciągającym protoplastom, to do reszty, która nie miała wszy, ale miała kwity, zawezwano... TAK!...  panią od religii.
Nadal ewangelickiej.
Pani opowiadała dzieciom o rzezi niewiniątek.
(Diagnozuję syndrom zawodowego wypalenia!)

(...)
Myślę, że Szymon Słupnik po całej tej egzystencji na ograniczonym metrażu i pośród przeciągów, gdy już wyzionął ducha i gdy otworzyły się przed nim wrota raju all inclusive, musiał mieć minę taką, jak dziś Biskwit, gdy o poranku biegł ku drzwiom placówki krzycząc: EEEEEEEEEEEEEENDLICH!
Czuję się głęboko urażona.

(...)
Dynia wstaje o poranku i okazuje się, że spała na dwunastu klockach Lego. Biskwit wstaje, a ja na prześcieradle znajduję pięć śrubek i nakrętkę.
Dowód na to, że moje córki nie są księżniczkami, a Biskwit to prawdopodobnie nawet nie jest człowiekiem!

©kaczka

[337]

[3 Feb 2017]

(...)

Biskwit z motylkiem. Autoportret. (2017)

(...)
To nie tak, że nie przeczuwałam.
Było wszak jasne, że Biskwit uda się do placówki, wytarza się raz czy dwa we włosie wykładzin podłogowych, gulnie ze wspólnego kubeczka, ktoś weń  wytrze nos, ktoś się podzieli kabanosem...
Szwabskie Kluseczki, eksperyment biosfera, zamknięty układ ekologiczny, gigantyczna szalka Petriego, mutageneza in vivo  – raj dla Kolumbów mikrobiologii.
No, ale przeczuwać, a doświadczyć to jednak bolesna różnica.
Ni trochę nie przesadzę, mówiąc, że zamknąć się w domu z chorym trzylatkiem trąci scenariuszem filmów s-f. Jesteś ostatnim członkiem załogi Nostromo i próbujesz bezskutecznie chronić się przed naturalną (no, bo przecież nie sztuczną), rozżaloną internowaniem inteligencją, która depcze ci po piętach i strzela w ciebie plazmą smarków.
Po trzech dniach uwięzienia czuję się właściwie jak bufet dla sępa.
Knajpa pod Prometeuszem.
All you can eat. Wszystkie rodzaje kaczego foie gras w cenie wstępu.
W całym Erefenie nie ma już chyba takiego telemarketera, który dzwoniąc do nas nie usłyszałby od Biskwita, że helouuuu helouuu tu Comtessa Monte Christo, matka zamknęła mnie podstępnie w wieży i nie pozwala realizować obowiązku przedszkolnego!
(Komunikat ten Biskwit emituje głosem tak nieszczęśliwym, że doprowadził już do płaczu kilka automatycznych nagrań oferujących nam kredyty bez pokrycia i ubezpieczenia od życia.)
W opinii Biskwita matka próbuje również zniszczyć jego obiecującą karierę someliera analgetyków bez skrupułów reglamentując dostęp do syropów przeciwgorączkowych i konkocji wykrztuśnych. Biskwit ogląda je pod światło, kręci kieliszkiem, wącha nakrętkę, uwalnia owocowe bukiety, degustuje i ocenia.
(Ibuprofen o smaku landrynek – wyborny. Destylat kodeiny o smaku syntetycznych truskawek – znakomity. Ale już taki paracetamol wyprodukowany przez Hexal i zdobiony aromatem estromalin niechybnie zbieranych przez Balladynę po laboratoryjnych śmietnikach to  wyjątkowo zły rocznik!)
I być może ja też zmieszałam jakieś syropy, wylizałam dna kieliszków, dolałam sobie ginu do kodeinu, bo wydaje mi się, że wczorajszy dzień spędziłam na urodzinowym przyjęciu u pluszowej foki.
Były świeczki, konfetti i tort z mortadeli oraz chleba tostowego w filiżankach z rosyjskiej porcelany.
A w prezencie puszka sardynek, słoik kaparów i karton przecieru pomidorowego owinięte z uczuciem w chiński periodyk reklamowy.

(...)
U Mastodontów też szaleje zaraza.
Pani od religii katolickiej nadal nie zrosła się kończyna, pani od wuefów nie odkręciła kostka, wszyscy pozostali emitują zarazki gryp i nieżytów.
Opatrzność oszczędziła jedynie panią od religii ewangelickiej, ale ukarała ją w dwójnasób zastępstwem za wuef i religię katolicką.
- ... i tak jak ekumenizm jest bliski memu sercu, Norweski – rzekłam wczoraj po kolacji. – To jednak trochę się niepokoję treścią ewangelicką, bo Dynia tłumaczyła mi dziś, że Trzej Królowie chodzą po domach i kradną pieniądze, ale mają przy tym magiczny, samozastawialny stoliczek, który generuje pieczone kurczęta i piętrowe torty.
Na szczęście zanim wywołałam wojnę religijną, Norweski wydobył z Dyni, że po dwóch godzinach malowania kolędników na lekcji religii, na kolejnych dwóch godzinach wuefu, pani od ewangelickiej nie miała już na nic siły i przez dwie godziny czytała Grimmów.
To wyjaśniałoby fuzję.


©kaczka

[336]

[30 Jan 2017]


(...)
Pracownik holdingu 'Der Toten Pilz', prywatnie afgański potomek proroka Mahometa przybył z odsieczą i po grzecznościowych Salam alejkum naprzemiennie z Guten Tag  opowiedział o wyższości architektury w Kabulu, wykonał akupunkturę ścian i na pocieszenie okadził grzyba mgłą perhydrolu. Kiedyś podobno wróci, aby rozebrać nam mieszkanie do naga i wydłubać Roqueforta spod podszewki, jak przysiągł, do ostatniego zarodnika.
Może nawet wróci szybciej niż otworzy się nowe lotnisko w Berlinie?
(Po głębszym zastanowieniu, jednak nie stawiałabym na to wszystkich posiadanych fistaszków.)
Potomek proroka rzekł bowiem, że jest akurat sezon na odgrzybianie, nie wiadomo, w którą grzybnię ręce wkładać, pleśnieje całe miasto, a on się przecież nie rozerwie.
Takie szczęście, że zwolniło się akurat miejsce numer dwieście trzydzieści osiem na liście i z uwagi na dobro nieletnich dziatek potomek wciśnie nas przymykając oko w miejsce Herr Doppelgängera, który nie doczekał.
(Nie wnikałam, czy Herr Doppelgänger ewakuował się z posiadanego lokalu, czy idąc za ciosem również z ziemskiej powłoki. W jakimkolwiek utknął obecnie wymiarze, życzę mu szczerze, niech będzie to miejsce wolne od pieczarek i kropidlaków.)
To był piątkowy poranek, dzieci poupychane po placówkach opiekuńczych, w lodówce ser pleśniowy (!) i brak mleka do kawy.
Poszliśmy zjeść śniadanie w lokalu.
Tak jak chyba cała reszta mieszkańców Erefenu!
Nie wiem, kto w ten piątkowy poranek wyrabiał PKB skoro wszyscy zeszli się jeść kiełbasy i słodką musztardę przy Salvarsanstrasse.
Taki tłok, że Andriej, który pełni tam rolę sprzątaczki, ozdabiacza wypieków, bouncera, kelnera oraz pakuje na wynos wybrane ciastka, aż musiał przesunąć kolumnę podtrzymującą strop, żeby nam w tej remizie dostawić stolik przyniesiony spod toalety.
Z jednej strony kolumna kretyńska, z drugiej stół, na którym tańczą zakonserwowane w bursztynie z Zoppot, zapieczone jak jabłka w Apfelsztrudlu niemieckie emerytki. Farbowane jak lisy, koafiury piętrowe, zęby porcelanowe. Pomiędzy kiełbasą a musztardą tabletki  na cholesterol, cukrzycę i dychawicę. Waltrud, Ingetraud, Hannelore, gore, dederon, Charon, obol, sobol, wdzianka w rzucik z oczopląsu, do protez klej, hej! Andriej, prosecco lej! Cera z karbowanej, marszczonej różanej bibułki, na palcach rubiny, cekiny, mąż nieboszczyk, wnuki w whatsappie, liftingi pęcherzy, metaloplastyka rzepki, na młodość koktajl z imbiru i marchewki.
Długośmy nie posiedzieli, bo trudno było ruszając łokciem przy jedzeniu nie strącać ze stołu kruchych emerytek, a do tego Andriej ciągle pytał, czy już, mając zapewne na względzie stuosobową kolejkę za naszymi plecami.
W piątek Biskwit powrócił z placowki z haraczem. Miał w pudełku cztery (!) przekładane ciasteczka, w tym jedno z odciskami zębów. Nie poddałam się pokusie analizy, czy to odcisk szczęki Biskwita, skruszonego zbrodniarza, czy może przypadkowej ofiary i niedobrowolnego donora ciasteczek?
(Przedszkole, drogie dziecko, przedszkole to poligon ewolucji - powtarzam to codziennie ranno pod wieszaczkiem, zapinając Biskwitowi klamerki przy brokatowych kapciach i wysyłając na psychologiczną wojnę. - Survival of the fittest! Cmok, cmok! Niech Darwin będzie z tobą!)
W sobotę odkapslowałam wino na konto ostatecznego zwycięstwa Biskwita nad materią zwieraczy. To pyrrusowe zwycięstwo, przyzna każdy, kto doświadczył sytuacji, że w nieznanym sobie terenie musi w ciągu piętnastu sekund zlokalizować publiczną toaletę i dobiec do niej z kurduplem.
W niedzielę odkapslowałam wino na konto kontraktu, który za trzy lata Biskwit może podpisać z lokalnym siódmoligowym klubem hokejowym ‘Krwiożercze Pingwiny z Klopfenbuttel’. Wczoraj Biskwit wciąż jeszcze trzymając mnie za rękę wykonał kilkadziesiąt bardzo szybkich okrążeń, następnie zdrzemnął się (!) przez pięć minut na ławce rezerwowych, a gdy wstał, sam wyszedł na lód i wszystko wskazuje na to, że nie jesteśmy mu już do niczego potrzebni. No chyba, żeby przepraszać za to, że Biskwit gardzi przepisami ruchu drogowego na tafli i uparcie jeździ pod prąd. 
Jest poniedziałek.
Pora iść uzupełnić zapasy wina.


©kaczka

[335]

[25 Jan 2017]

(...)
Centaur
(...)

Wiersz jakby biały
(...)
Społeczeństwo pyta ostatnio dość regularnie, czy mi smutno, że Biskwit uczęszcza do placówki, czy kłuje mnie od tego w mięśniu sercowym oraz czy Biskwit już się trwale i nierozerwalnie zrósł z tkanką Szwabskich Kluseczek, czy ten przeszczep się przyjął? I tak, jak na pierwsze pytanie, mogę z ręką na wspomnianym kardiomięśniu rzec, że ni trochę, tak w kwestii udanej transplantacji nadal wstrzymuję oddech.
Biskwit to Biskwit.
Zwoje sprytnego DNA poupychane w szarej masie, neurony pospinane mostkami tak, że nie udowodnisz, że pobiera inteligencję poza oficjalnym  licznikiem IQ, motoryka kasiarza ('Mów mi Kwinto!'), a do tego skłonność do konsumpcji zemsty w wersji frappe.
Profilaktycznie codziennie podaję Biskwitowi jakieś węglowodany, słowodany ('Jak słowo daję Biskwicie, jak ty pięknie uczęszczasz!'), motywanty, czy inne werbalne antydepresanty jako lek zapobiegający odrzuceniu przeszczepu. Czynię to jednak bardziej by podtrzymać tradycję niźli wierząc, że w ten sposób mogę kupić u Biskwita immunosupresję względem nowych dekoracji i okoliczności.
Ta codzienna niepewność, co zastanę, gdy przyjdę dziecinę odebrać po całym dniu igraszek!
Nerona z zapalniczką Zippo? Atyllę tłukącego Teodozjusza pudełkiem domino? Ekskalibur wbity w biurko Dyrekcji? Naszpanie przywiązane do indiańskiego totemu?
Przenikam dziś, dla przykładu, w struktury placówki, a tam Biskwit siedzi samotnie przy stoliku z miną wskazującą na ogromne  rozczarowanie rzeczywistością. Uuuu... znam tę minę. Ścina w człowieku krew i inne płyny. Biskwit z tą miną siedzi i wali młotkiem w deskę gwoździ:
ŁUP... ŁUP... ŁUP... ŁUP... ŁUP... ŁUP...
a stolik podskakuje po każdym uderzeniu.
Biskwit wyklepuje z tych gwoździ promień zagłady, widły apokalipsy, kieszonkowy koniec świata.
Dookoła wszyscy przemieszczają się na palcach i mówią szeptem.
Naszpani wciąga mnie pod wieszaczek i mówi, że stała się rzecz straszna:
KTOŚ ZEŻARŁ BISKWITOWI PRZEKŁADANE CIASTECZKO!
To znaczy, naszpani jest nieomal pewna, że widziała, że Biskwit je sam jadł, a potem chyba po prostu zapomniał, ale Biskwit obraził się na taką insynuację i od dwudziestu minut wali młotkiem odwrócony do wszystkich plecami.
Nic to, że przeprowadzono dochodzenie, wizję lokalną, zdjęto odciski palców, wykonano obdukcję okruchów, testy oddechowe potencjalnych podejrzanych i na wszelki wypadek wszyscy złożyli publiczną samokrytykę, a Timur nawet zaofiarował swój osobisty, cytrynowy wafelek jako fajkę pokoju (albo raczej jako rosyjski pokojowy papieros marki 'Mińsk' bez banderoli; spotkałam pod wieszaczkiem ojca Timura, gdy akurat przez telefon zamieniał czołg na dwa wagony tytoniu, więc ani trochę nie przesadzam.)
Nic to.
Biskwit milczy i robi ŁUP... ŁUP... ŁUP...
Na Zeusa,  to i tak cud, bo zwykle mniej Biskwitowi potrzeba by pojechać z realistyczną rekonstrukcją wojny trojańskiej.
Na cito.

Lepiej żeby to ciasteczko się do jutra znalazło.
A przynajmniej jego udana replika.

©kaczka

[334]

[22 Jan 2017]

(...)
Podczas, gdy w kuluarach trwają dyskusje techniczne na temat: z czego zbudować kucyka trojańskiego i czy Wynajemcowa ma w domu odpowiednią ilość kabanosów, aby Biskwit poczuł motywację, by opuścić brzuch kucyka i palić, i grabić, i w wychodku napisać 'Wynajemcowa jest gupia', w ramach przerywnika utrwalmy prehistoryczną historyjkę o Norweskim.
Norweski, faktycznie, rzadko tu bywa bohaterem na blogu, gdyż jak sam powiada, gardzi sławą. Jest Norweski jak taki rozjaśniony po całości perhydrolem Barack Obama chemii organicznej. Żadnych skandali, żadnych afer. Albo struga z pasją w samotności octany i butany, albo dla rozrywki ogrywa sam siebie w szachy korespondencyjne.
Z pozoru idealny Norweski ma oczywiście pewien zestaw wad. Na przykład, nie wychodzi z bufetów 'All You Can Eat' póki nie zje w s z y s t k i e g o; jako ostatni opuszcza salę kinową po seansie albowiem wierzy, że najważniejszy twist fabuły zostanie ujawniony dopiero po napisach końcowych (nawet w przypadku 'Przygód Pszczółki Mai'); lubi, gdy rzeczy dzieją się zgodnie z planem (po tygodniowych warsztatach dla chemików zdezorganizowanych przez Hiszpanów na włoskim uniwersytecie, przez rok odbudowywał swoje życie przy pomocy psychoterapeuty, acz do dziś nie wymawiamy przy Norweskim słowa 'Florencja') oraz kompletnie nie odróżnia od siebie języków obcych (onegdaj wysłuchał siedem rozdziałów audiobooka po norwesku będąc przekonanym, że lektor czyta mu kryminał po szwedzku).
Prehistoryczna historyjka dotyczy właśnie lingwistyki stosowanej oraz tak jakby i kulturoznawstwa.
Wiatr historii dmuchnął Norweskiemu w oczy dwa lata temu, gdy kombinat, w którym Norweski struga, zatrudnił  trzech chemików z Doniecka.
Chemicy – Czechow, Pechoff i Karamazow – nie mówili po niemiecku, Norweski nie mówił po ukraińsku.
Znajomość jakiegoś jednego wspólnego języka ograniczała się właściwie do mowy ciała.
(Po dwóch latach, odnotowuję z kronikarskiego obowiązku, sytuacja nie uległa znaczącej poprawie.)
Ten, kto wymyślił, że Norweski obejmie kulturowo-światopoglądową pieczę nad tą Drużyną Benzenowego Pierścienia był dość nachalnym optymistą.
Niechcący zostałam więc asystentem kulturowym tej gromady, gdyż wiadomo, lepszy rydz niż nic, a polski w niczym wszak nie różni się od ukraińskiego, czeskiego, czy fińskiego, prawdaż? (To odważna hipoteza, którą Norweski rzuca w twarz wszystkim neurolingwistom.)
I tak, pewnego dnia, dwa lata temu, odbieram telefon.
W słuchawce poirytowany Norweski. Mówi, że coś tam ważnego uskrobał, połączył wreszcie te karbony w überaspirynę, zamienił kamień węgielny na filozoficzny, paproszki w złoto, a musztardę w platynę. Teraz tylko musi to wypolerować, skrystalizować i anihilować, ale nie może, bo musi Czechowa, Pechoffa i Karamazowa zawieźć do Urzędu do Spraw Naturalizacji i Neutralizacji po pieczątki w paszportach. A tymczasem Czechow z Pechoffem liczą dolary i pchają je do koperty, a Karamazow łazi za Norweskim i go nęka, gdzie kupić WI-FI? Że  od rana tak chodzi, nawet w klozecie nie da Norweskiemu spokoju i ciągle, obsesyjnie o tym WI-FI! A przecież mają! Jest łaj-faj! Jest bezprzewodowy internet!
Dedukcji uczyłam się od Cumberbatcha, antropologii od Malinowskiego, psychologii od Milgrama, a z rosyjskiego pamiętam jeden wiersz Puszkina, więc już tak mniej więcej po godzinie wszystko było jasne.
I do dziś nie wiem, kto z tej Drużyny Pierścienia był socjologicznie bardziej wstrząśnięty? Czy mój Frodo-Norweski, gdym mu wyjaśniła, że Karamazow nie pyta o WI-FI, ale o... WIE VIEL?!!!
Czy może chłopaki z Ukrainy, gdym rzekła 'Druzja, dobra rada, na litość Boha Atca, nie próbujcie dolarami w kopercie przekupywać niemieckiego urzędnika!!!'

©kaczka

[333]

[18 Jan 2017]

(...)
Co za dzień.
Najpierw w aptece, w kolejce po syrop od kaszlu, stratowała mnie niemiecka staruszka. Staruszka była kompletnie głucha, co objawiało się brakiem jakiejkolwiek reakcji na moje oburzone, słowiańskie, podgrunwaldzkie 'pantuniestał', ale nie na tyle kompletnie, żeby nie usłyszeć, że siedem okienek dalej dorzucają do analgetyków i panegiryków darmowe cukierki ziołowe.
W kolejce w supermarkecie ledwie uniknęłam linczu, gdyż sztuką gruszki, której nie uwzględniały żadne cenniki zablokowałam kasę i nieletniego, pryszczatego kasjera. Nim znaleziono nalepkę, piętnaście karnie stojących w kolejce osób szemrało już całkiem głośno o ludzkiej nieżyczliwości, ostrzyło nagie miecze z puszek po skumbriach i sekretnie życzyło mi śmierci w męczarniach na skutek odgruszkowego skrętu kiszki.
Nieszczęścia chodzą parami, takoż wracam do domu z gruszką i syropem, a tam na wycieraczce Wynajemcowa i Wynajemc.
- I co? I co? Chyba się nie pogorszyło, prawda? – krzyknęła na mój widok Wynajemcowa, a w głosie dźwieczął jej taki, nieomal wzruszający, koktajl prozacu, nadziei  i urojeń.
- Nie, pani Wynajemcowo – odrzekłam. –  Przecież to oczywiste, n'est-ce-pas? Grzyb, który nigdy nie był grzybem wyprowadził się sam, a na odchodne pozamiatał i jeszcze ścianę po sobie pomalował (!)
Jako samozwańczy antropolog codzienności odnotowuję, że dotarcie do sedna sarkazmu zajmuje Wynajmcowej kilka godzin.
Gdy po tych kilku godzinach Wynajemcowa powróciła na naszą wycieraczkę (cóż ją tak dziś ciągnie, zapytacie, czy te przyjemne halucynacje od wdychania grzyba, czy rozpacz na tle glazury łazienkowej? ) z nowiną, że jest przekonana, że rura pękła u sąsiadów na górze, więc to się jakoś załata, a u nas wysuszy się ścianę suszarką, treść naszej rozmowy najlepiej podsumowował komentarz Dyni: 'Mamo! Nie wiedziałam, że ty tak pięknie potrafisz krzyczeć!'
Powiadają, do trzech razy sztuka, a los zaprawdę zawziął się na Wynajemcową, albowiem zrzucona przeze mnie werbalnie ze schodów, musiała przybyć ponownie dwie godziny później, aby wiadrem po popcornie (!) wynosić wodę z piwnicy.
Pękła najlepsza niemiecka pompa za tysiąc dojczmarek kupiona za czasów Ericha Honeckera i z katakumb zaczęły wypływać zbiory Don Corleone – trzynaście walizek od Bólencjagi, klatka po norweskiej papudze błękitnej, kolebka, kolekcja kasetonów z amorkami, osiemdziesiąt słoików z sycylijską marmoladą, deska surfingowa, sześć dziecięcych rowerków, latający dywan i trzy telewizory.

Ale to jeszcze nic.
Wszystko to bowiem stanowi wyłącznie jedynie jakąś żenującą przedmowę do księgi Hioba.
Oto turkmenistańscy sąsiedzi z góry wreszcie zorientowali się, że to u nich w łazience bije to źródełko wody półżywej, przyjęli do wiadomości, że to u nich w ścianie, w rurze od klozetowej spłuczki zaczyna się sieć wewnątrzściennych naczyń limfatycznych Roqueforta.
W rurze, na bogów, w rurze!
Wewnątrz ściany!
Co zatem zrobili Turkmenistańczycy w akcie jakiejś szalonej, samobójczej desperacji?
Pojechali do supermarketu budowlanego i kupili pozłacaną, najdroższą hiszpańską muszlę klozetową, którą to muszlą  próbują zastąpić swój bieżący klozet, a instalują ją samodzielnie przy pomocy kolegi z Kazachstanu lub Afganistanu.
Kiedy kolega zszedł na dół i delikatnie pukając do naszych drzwi prawie je wyważył, a następnie wypełnił całym sobą framugę oznajmiając, że 'Eeeee, no! Teraz niech się nikt nie waży sikać, bo inaczej to się źle skończy.' to nawet Biskwit posłusznie spiął zwieracze.
Biorąc pod uwagę gabaryt hydraulika amatora i jego fryzurę a’la Legia Cudzoziemska trudno jednoznacznie orzec, czy była to prośba o litość, czy groźba karalna?
Według kartki, którą wsunęła mi pod drzwi Wynajemcowa wynika, że jutro do turkmenistańskich sąsiadów wchodzi ekipa, która ma zerwać kafelki za tysiąc dojczmarek, wyrwać K L O Z E T i skuć całą ścianę w poszukiwaniu usterki.
TEN KLOZET, który oni tam właśnie na górze wyrwali z podłogi i zastępują fabrycznie nowym???

Ale to jeszcze nic.
Z obawy, że to fabuła filmu s-f i że Roquefort to nie grzyb, a przybysz z obcej planety, który zaczyna doprowadzać wszystkich do szaleństwa, a takiego Don Corleone to nawet do wywlekania na światło dzienne stanu cnoty Wynajmcowej i  publicznych kpin z drugorzędowych cech płciowych Wynajemca, zarządziłam ewakuację.
Dynia pognała na komplety z niemieckiego, a my z Biskwitem do baru.
Bar to właściwie kawiarnia przy ulicy, której dość niefortunnie i nieapetycznie patronuje bohaterski, polsko-niemiecki pogromca krętków bladych.
Mają tam ladę chłodniczą długą na kilometr, a w tej ladzie bazylion rodzajów tortów, ciast i ciasteczek  – raj hipoglikemika, poligon niewyżytego cukiernika, restauracja i konserwacja endorfin.
Człowiek idzie i idzie wzdłuż tej lady, a za szybą każdy gatunek! Jak w zoo dla węglowodanów! Kopce profiterolek ledwie domykające się od słodkiego farszu, puszyste jak poduchy serniki, kruche bezy, ośmietaniałe rolady, zalukrowane baby, stupiętrowe torty, kandyzowane wisienki, glazurowane gruszki, gładkie rodzynki po rumowym botoksie, najczekoladowsze sachery, zapudrowane gofry, strzykające marmoladą pączuchy, gruzły kruszonki na owocach sezonowych...
No i bezpłatna toaleta.
(Nie bez znaczenia, gdy Legia Cudzoziemska zabrania dostępu do osobistego klozetu.)
- Co będziesz jadł Biskwicie? Wybieraj! – zachęcam i sypię szczodrze mamoną. – Torty? Baby? Sachery?
A Biskwit w ryk.
Bo chciał kanapkę z jajkiem.
...
Co za dzień.
Niechże mnie ktoś przytuli.

©kaczka