Image Slider

[134]

[26 Dec 2014]

(...)
Scenariusz jasełek zainspirował prawdopodobnie program Familien im Brennpunkt.
Było o patologii, złych warunkach lokalowych, braku przywilejów dla ciężarnych i przemocy w rodzinie [1].
Rolę w jasełkach przy (nad)użyciu protekcji zorganizowała Dyni Hauptcioteczka.
Reżyserka – bliźniacza siostra Angeli Merkel – zaklinała się, że od pięciu lat wzwyż, że nabór do trupy już zamknięty, że próby trwają od wakacji. Na nic się to nie zdało. - Quatsch! – powiedziała  Hauptcioteczka i musiała Angela wcisnąć w scenariusz osiem sekund director’s cut.
Tak się szczęśliwie złożyło, że grupa owczarków i owczarek niemieckich według literackiego zamysłu autora scenariusza wypowiadała chórem ostrzeżenie: ‘Wir kommen!’ (z bańką mleka i koszykiem nabiału.)
Tedy nikogo nie zdziwiło (a miał się kto dziwić, bo na widowni zasiadło ponad trzysta osób), że przez ten tłum przepycha się rozedrgana od emocji Dynia (owczarek podhalański?) i dyszy prosto w mikrofon, tak wzruszająco, jak dyszeć potrafią tylko czterolatki z notorycznie powiększonym migdałem: ICH GEHE MIT! AUCH! [2]
Powiadam wam, z tego zrobione są święta.
...


[1] Melchior przydzwonił Baltazarowi w ucho. Baltazar ciepnął dary na posadzkę i z bekiem uciekł do matki. Przez moment nieomal zaistniała obawa, że przez ten ubytek cała historia będzie mieć alternatywne zakończenie.

[2] Oryginalny tekst zakładał, że Dynia powie: Ich komme auch mit!, ale mimo nieautoryzowanej podmiany publiczność ogarnęła przesłanie.

(...)
Pod choinką kaczka znalazła słownik języka niemieckiego als Fremdsprache. Bez obaw, nie pozostała dłużna romantycznemu ofiarodawcy. Ofiarodawca otrzymał dwa bilety na ‘Śpiącą Królewnę’ (balet!) w wykonaniu Teatru Bolszoj. Do spożycia razem z córką.
Podobno przedstawienie trwa dwie godziny i trzydzieści pięć minut.

(...)
Dwanaście potraw? Nic prostszego.



©kaczka

[133]

[22 Dec 2014]

(…)

Z okazji sezonu świątecznego, w ramach prac zespołowych Dynia i Ryfka wykonały pełną mistycznej symboliki ekumeniczną kartkę świąteczną. (W ramach cementowania przyjaźni Ryfka przyjmuje dary od świętego Mikołaja, a Dynia z zapałem dekoruje drejdel. Przy oficjalnych spotkaniach rodzinnych oni ‘nie wspominają o wojnie’, my o Palestynie.)
Zderzona z dziełem upadłam na kolana, powstałam, a następnie zacżęłam wnikać w detal.
- Kot? – wnikałam. – Drogie dziewczęta, czego symbolem jest ten kot? To specjalny kot Chanuki, czy nawiązanie do chińskiego roku Kota, a może hołd dla kultury starożytnych Egipcjan?
- Po prostu zawsze chciałyśmy narysować tygrysa! – prychnęły artystki. - BO UMIEMY!
Tak jak Cocteau.

(...)

Od miesiąca, gdzie nie splunąć, świąteczne jarmarki.
Smażone wursty, pieczone karkówki, naleśniki z nutellą, pierniki dekorowane rubaszną frazą, grzane wino ze sznapsem, likier z jaj.
Migdały w cukrze i najlepsze kasztany z placu Pigalle.
Ela, ela, karuzela.
(Nasze konie są przynajmniej stylowe. Początek ubiegłego stulecia. Ogony mają z prawdziwego włosia. Niezły odpustowy vintage. Gdzie indziej to sobie można co najwyżej na kaprawym kaczorze Donaldzie pojeździć.)
Jabłka w lukrze, cukrowa wata, chór portowych emerytów śpiewa ze sceny ‘Una Paloma Blanca’, tłum lezie na ślepo od straganów z gyrosem po ‘aryuvedyczne kryształy homeopatyczne w balsamie’ rozdeptując przy tym mikroskopijną, wstydliwie skrytą pod drzewkiem szopkę z drewnianym Jezuskiem.
Anioł upada twarzą w słomę.
Ludzkość też tak jakby.
Miejscami.
Ale zawsze tli się jeszcze nadzieja, prawdaż?

(...)
Trend: bikini.

Dynia, jak każda Miss Świata, życzy sobie pokoju.
Pokoju dla lalki.
I lalki.
Tymczasem użycza swoich talentów dramatycznych miejscowej kompanii teatralnej przygotowującej jasełka.
Biskwit miał wystąpić jako Zbawiciel złożony w żłobie, ale wycięto go ze scenariusza, bo wtykał głowę między szczeble i istniała obawa, że utknie.


©kaczka

[132]

[16 Dec 2014]

(...)
Rok temu, tyle pamiętam, noc z czternastego na piętnastego grudnia była nieszczególnie wygodna.
Biskwit próbował opuścić me gościnne tkanki kontrowersyjnymi metodami i nie przyjmował do wiadomości, że wali głową w gumowy mur.
I choć dziś nie przypomina już Biskwit miniaturowego boksera po nokaucie w osiemdziesiej czwartej rundzie (taka fizis wychyna z pierwszych zdjęć wykonanych na porodówce). Choć nam tu Biskwit wypiękniał, wysmuklał i pokrył łysą głowinę najmiększą z możliwych, pachnącą świeżym sianem blond peruczką to nas nie zmyli. Bezbłednie rozpoznajemy Biskwita po straceńczym, wrodzonym uporze.
Codziennie.
Uczciliśmy tedy rocznicę  narodzin Biskwita akademią ku czci i częścią nieoficjalną.
Przez te obchody nawet Komitet DezOrganizacyjny Robótki spotkał się przy kuchennym stole między tęczową posypką cukrową do ciastek ‘ADHD instant’ a  ‘ucieraj, a chyżo, bo ciasto w dzieży nadal przypomina glut’.
Część oficjalną i nieoficjalną Biskwit przesiedział w wysokim krzesełku kontemplując urodę regaliów jakimi został obdarowany.
Berło i korona!
Wreszcie ktoś się domyślił!
Nic już nie było Biskwitowi potrzebne więcej do szczęścia. A już z pewnością nie towarzystwo zaproszonej młodzieży niestabilnej emocjonalnie i charakteryzującej się skłonnościami do destrukcji i przemocy.

(...)
Krajobraz po.
(Biskwit pozwolił Bebe przymierzyć koronę.)


(...)
W kuluarach Dynia specjalizuje się w produkowaniu sloganów dla Brytyjskiej Izby Turystyki.
- Mama! I want to live in England!
- Dlaczego? (Przebóg, dlaczego?!)
- Because EVERYTHING IS SO PRETTY THERE! [1]

(Widzę to! Widzę! Spot reklamowy. Tamiza z lotu ptaka. Kamerzyści BBC filmują przyczepieni do motolotni. Rowan Atkinson zwisa ze wskazówek Big Bena. Lot koszący nad czarnymi misiami gwardzistów. Herbata PG w styropianowych kubkach. Japońscy turyści zagubieni przy Trafalgar Square. Nelson macha z kolumny do społeczeństwa. Zbliżenie na self-checkout w Tesco. Hampton Court. Japońscy turyści zagubieni w pałacowym labiryncie. Job center w Woking. Księżniczka Anna przecina wstęgę otwierając centrum rekreacyjnego w Wherethehellville. Królowa kupuje choux buns w M&S przy Oxford Street. W Iceland oferta: siedem mrożonek w cenie jednej. Z nieba śnieg czipsów Walkers (vinegar flavour).  Czipsy powoli zasypują wejścia i perony w londyńskim metrze. Pociągi grzęzną. Powracający motyw skonfundowanych japońskich turystów. Kamera przeskakuje do mieszkania Jemimy B., która w dwóch pokojach z kuchnią (semi-detached) zgromadziła największą na świecie kolekcję popielniczek. Podkład muzyczny: Elton John przy różowym fortepianie w duecie z Paulem McCartneyem grającym na dudach. A z offu głos Dyni (Dorset accent): ‘Visit UK… because EVERYTHING IS SO PRETTY HERE!’)

Czekam, kiedy poprosi, by wydziergać jej z resztek włóczki ocieplacz na czajnik do zaparzania herbaty (!).

[1]
- A co z twoimi nowymi przyjaciółmi? Z Ryfką, Jackiem Londonem, czy Peneolpą Cruz?
- Yyyy... (pauza, trwa intensywny synaptyczny bulgot) ... I have a good idea. I better stay here.


©kaczka

[131]

(...)
[Post, który powinien sponsorować Doktor Szmetker, psychiatra specjalizujący się w terapii ataków paniki matek dzieci wcielonych do placówek edukacyjnych.]

Dziś o  tym, że zasadniczo wszyscy jesteśmy Afroamerykanami, ale kiedy przychodzi co do czego...

Zacznijmy od tego, że najpierw przyszłam ja, nocą po kompletach z języka i gdy już ogarnęłam lęki separacyjne u całej rodziny, zorientowałam się, że za osiemnaście godzin Małpiatki inaugurują pieśnią sezon świąteczny.
Pieśnią biesiadną.
Drobnym drukiem i bezbarwną czcionką Dyrekcja dopisała, że skoro biesiadną to 'wykorzystajmy ten błogosławiony czas, aby w domowym zaciszu, przy wtórze kolęd przyrządzić razem z cherubinkami jakieś danie o duchowym wymiarze świątecznym'.
(To znaczy prawdopodobnie tak właśnie chciała napisać, ale wyszło jej  coś na kształt:  ‘Każda rodzina przynosi wypiek z dzieckiem’.  Wiem, wiem, prawnicy podkreśliliby nieograniczone możliwości interpretacyjne powyższego komunikatu.)
Zbliżała się północ i przez myśl mi przeszło, że na tym etapie już nie zdołam cherubiny dobudzić.
(Ani żeby wykorzystać ją jako siłę roboczą, ani jako składnik.)
Norweski wystąpił jako namiastka, co zresztą okazało się brzemienne w skutkach.
Wyjęło się foremkę na bałwanki z ciasta, wyjęło się okolicznościowe papiloty pod renifery, kopyścią zamiesiło się w dzieżach dwa rodzaje ciast – to ważne – z czekoladą i bez. Precyzyjnym rozlewaniem w otwory matryc, rozniecaniem i podtrzymywaniem ognia zajął się Norweski.
Ja wyjęłam z pieca obie partie.
Partię czarnoskórych bałwanków i albinotycznych reniferów.
[Aaaaaaaa!!!]
Norweski mętnie tłumaczył, że bałwanki wziął za kominiarczyków, ale argument ten słabo się bronił.
Żadna z religii nie przyszła nam z pomocą obierając sobie za przedmiot kultu czyściciela kominów.  Norweski próbował jeszcze dowodzić, że jeden z trzech królów był jakoby Afroamerykaninem, ale wiarę w tę wersję utrudniał nos z marchewki.
(Pomysł żeby przetopić i odlać ponownie albo przynajmniej przypalić na brąz renifery upadł nawet bez głosowania.)
Nie bardzo mogliśmy również udawać, że taka była koncepcja artystyczna produktu, gdyż karnacja bałwanków była nieomal identyczna z karnacją Pana od Małpiatek i mogło to nasuwać skojarzenia szkodliwe dla oceny z zachowania.
Z pomocą o poranku przyszedł doktor Szmetker – uczciwa, niemiecka chemia gospodarcza – z zestawem do make-up’u.
Biskwit i ja poszłyśmy poń w w piamach.
Nakładałam ten make-up razem z Biskwitem a’la Kate Titanic, zatem fakt, że produkt finalny wyglądał tak, jak wyglądał to doprawdy cud świętego Kominiarczyka.
Na miejscu Małpiatki odśpiewały pieśni okolicznościowe, wykonały pospiesznie i na odczepnego jakieś zet-pe-te, a potem rzuciły się do bufetu.
Nasza fauna poszła na pierwszy ogień,  zgodnie z zasadą, że nadnaturalne barwniki mają właściwości magnetyczne.
Małpiatki wbiły zęby w cukier, zapiły go gęstym od pianek kakao i zaczęły przegryzać sobie tętnice.
Był to znak, żeby ratować zastawę, docenić codzienną katorżniczą pracę personelu i ewakuować się z lokalu.
Co uczyniłam z dużą ulgą, gdyż Biskwit (w porywach do dziesięciu kilogramów) przesiedział imprezę w bocianim gnieździe mych ramion. Zstępowanie na ziemię okazało się zbyt ryzykowne dla kolekcji farb plakatowych i szopki z paper mache.

Imprezę uznać można by za udaną. Personel pochylił się nad wypiekiem, skomplementował wysiłek włożony w angażowanie progenitury w zajęcia z cukiernictwa, wypunktował pedagogiczne zalety współpracy nad plackiem, postawił za przykład... milczałam unikając wzroku oraz imitując skromność, nieśmiałość i wychowawczy profesjonalizm... i  wtedy do bufetu dopadła Dynia i wskazując palcem na bałwanki, zapytała oskarżycielsko z nienaganną dykcją i poszanowaniem zasad gramatyki: 'MUM, DID YOU DO... THIS? WHEN?'

(...)



©kaczka

[130]

[7 Dec 2014]

(...)
Żem półżywa.
Gdyż weekend obfitował.
Powiada Budda: 'Daremnie próbuje osiągnąć doskonałość ten, kto zaprzęga dzieci do prac okolicznościowych.'
Wpadka z kartkami świątecznymi i słoikami brokatu niewiele mnie nauczyła.
(A przecież wciąż jeszcze błyszczę i wydłubuję brokat spod paznokci.)
Uparcie idę poboczem zen. Na własne życzenie lezę w pokrzywy i tarzam się  w cierniowych krzakach.
Wychodzę z siebie i zamiast liczyć oddechy, dyszę.
Czasem żądzą mordu, czasem ledwie.
Fakt, że sąsiedzi z dołu odpalili choinkę w ogródku (patrz, kaczko, skomentował Norweski, każdy ma chyba taki Annual Rockefeller Center Christmas Tree Lighting na jaki zasłużył), skłonił mnie by wyjąć  stolnicę i zaprosić dzieci do współudziału.
Tak mi się atmosfera rzuciła na mózg.
Trzydzieści osiem pierników póżniej, edycja bardzo limitowana moją psychiczną wytrzymałością, odesłałam progeniturę przed telewizor, a ciało swe słabe złożyłam na kurhanie z mąki, gotowa na ostateczne namaszczenie lukrem.
Długo sobie nie poleżałam, bo PandeMonia sprowokowała poetry slam (poetry sram?) iżeśmy lżyły się poezją póki nie zamknięto baru.
(Lżenie rymem jest szalenie wyczerpujące.)
Robótka wygenerowała w mej skrzynce pocztowej półsetki wiadomości, ciepłych, czułych i wymagających responsu. Ten respons utrudnia niemowlę, które odkąd wyprostowało nogi, nieustannie odtwarza Kate Winslet na dziobie Titanica.
(Choć Robótka wciąż świeża to raduje się serce, że nie znalazł się jeszcze żaden malkontent.)
Niemowlę, powiadam, utrudnia odrabianie zadań domowych z języka.
Tedy Norweski wyprowadził niemowlę. Razem z Dynią zasiadłyśmy przy biurku. Dynia przy sztalugach, ja przy słownikach.
Dorabiałam aktualnie podpisy do ilustracji, gdy Dynia rzuciła okiem i dostrzegłszy moje wahanie, pyknęła paluszkiem w obrazek: 'Hier, Spazierengang gehen' a podawszy tym samym prawidłową odpowiedź z czarownym Wurstiańskim akcentem pozostawiła mnie w szoku pourazowym.
To są te chwile macierzyńskiej tortowej wisienki.
Ten moment, gdy człowiek przyłapuje rozum i rozsądek in statu nascendi we własnym potomku.
Ten moment, który wynagradza szarpaninę pod wieszaczkiem, sceny dramatyczne w tramwajach i ujemne IQ przedstawiane w kontaktach z psychologami i służbą zdrowia.

(...)
Wątek świątecznych dekoracji. 
[i] Edycja limitowana.

[ii] Listonosz wniósł wczoraj na piętro przesyłkę. Pod pierwszą warstwą papieru, kryło się pudełko z wiele obiecującym napisem ‘hunting & outdoor’.  Wewnątrz pudełka – cztery słoiki. Sposób unieruchomienia słoików w paczce przypomniał jako żywo, sceny z westernów, gdy broń szmuglowano między okładkami Biblii, alboteż sceny z kryminałów, gdzie policja obrysowuje zwłoki.  I tak oto, mamy adwentowy kalendarz, słoik małmazji na każdy tydzień, a nadto Biskwit docenił  szczodrą dostawę styropianu. ESD, czyli Eksperymentalne Słoiki Dżemu, rozsypały mnie na bozony. Mrau!

[iii] Lajfstajl, dizajn i architektura.
Budynek mieszkalny w Pekinie, znaleziony pod śmietnikiem, przemalowany przez Bebe i Wiewióra  na zamówienie Dyni na kolor ‘wściekła i niekompatybilna z niczym fuksja’, a wczoraj przeludniony bohaterami pozytywnymi i negatywnymi.
Mikołaj miał w tym roku z górki.
Zdjął z szafy i ustawił pod ścianą.
Potem ze zgrozą obserwował przyrost demograficzny.


©kaczka

[129]

[4 Dec 2014]

(...)
Jack London jest wyjątkowo urodziwym młodzieńcem.  I Jack, i Dynia są o głowę wyżsi od pozostałych Małpiatek, może więc i dlatego mają się ku sobie? Dwa samotne serca, które spotkały się w stratosferze? A może chodzi o to, że Dynia cynicznie wykalkulowała, że mięśniopak Jacka gwarantuje jej solidny immunitet pod wieszaczkiem?
Pech, natomiast, że London ma słabą konstrukcję psychiczną i ta konstrukcja udziela się Dyni.
Jeszcze ostatkiem sił do głosu dochodzi zdrowy rozsądek.
Dynia, na przykład, rozważnie wybiera miejsca dramatycznych performansów na temat ‘I waaaaaaaant it NOW!’ (Gdzie ‘it’ nieodmiennie jest szkodliwe, tuczące, niemoralne lub nieetyczne oraz zawiera konserwanty wycofane z obrotu we wszystkich krajach z wyjątkiem Atlantydy.) i nie robi scen leżąc na środku głównej ulicy miasta. Ma bowiem na względzie, że jeśli rąbnie w kałużę to pobrudzi sobie giezło księzniczki. Wybiera zatem miękkie, suche i wygodne, by wić się w swych udrękach.
Mam jednak złe przeczucie, że ta bieżąca sielanka [1] może nie trwać wiecznie.


[1] Sielanka! Przesunięcie semantyczne sponsoruje macierzyństwo.

(...)
Człowiek patrzy na Biskwita z daleka i raduje mu się serce.
Biskwit siedzi przed domkiem dla lalek i łagodnie sobie igra lokatorami.
Podejdź bliżej, a okaże się, że to zajęcia z dekapitacji i defenestracji.
Biskwit, który na placu zabaw tkwi w wózku, nieporuszony, jakby pozował Cranachowi do ‘Mistycznych zaślubin świętej Katarzyny’, w domowym zaciszu nauczył się opuszczać  zwinnie swój leżaczek.
Leżaczek ma konstrukcję katapulty.
Biskwit wychodzi górą.
Spodziewam się, że pewnego dnia wejdę do pokoju, a Biskwit będzie wisiał na lampie, a przy dobrym rozrzucie nawet i na przeciwległej ścianie.
A jeśli dziś odczuwacie zaburzenia pola grawitacyjnego to też prawdopodobnie Biskwit.
Grawitacja podstawiła wczoraj Biskwitowi nogę na prostej i gładkiej drodze.
Biskwit otarł rękawem krew z rozbitego nosa i wygląda na to, że będzie się mścił.
Moja konstrukcja psychiczna wymaga solidnego liftingu.



(...)
Dziś Robótkę promują Dynia i Elżbieta W. 
Przez przypadek.

http://jestrobotka.blogspot.de/

 ©kaczka

Projekt listopadowy: 'Historia mojej emigracji.'

[2 Dec 2014]

Post sponsorowany przez:

http://klubpolek.blogspot.de/

Projekt listopadowy: 'Historia mojej emigracji.'

Dlaczego wyjechałam?
Gdyby słuchać opinii publicznej, to dlatego, że potrafiłam.
- Ja bym tak nie potrafiła - ileż to razy tak mi mówiła opinia. –  Bez mazurka Dąbrowskiego na utwardzanym od Piasta Kołodzieja spodzie. Bez chleba na przodków zakwasie. Bez spraw korzennych. Bez wsparcia. Bez oparcia. Bez  przyjaciół. Bez rodziny.
Załóżmy zatem, że wyjechałam, bo potrafiłam [1].
Jeśli tak, to w jednorazowym, niestrzelistym akcie odwagi.
Gdyż, po pierwsze z natury jestem nadzwyczaj bojaźliwa, a po drugie, żaden ch*j mnie  nie strzelił.
Jak przez mgłę pamiętam.
Owszem finansowo może nie było płynnie, ale młodość mi to usprawiedliwiała, a do tego, nade wszystko, wyznawałam kult błogosławionej Skłodowskiej, patronki ubogich dysertantów i pocieszycielki piszących granty [2].
Wieszałam wota, ustawiałam ołtarzyki, zdjęcie nosiłam w portfelu  i we wszystkim wierzyłam jej na słowo [3].
- Dajcie mi wiadro uranowej blendy, a gołymi rękami będę wam rad i polon oddzielać od maku. – zdaje się, tak właśnie postulowałam pod gabinetem rektora, ale nikt się nie kwapił, żeby mi podsypać.
Traf chciał, przejeżdżał autobus z  tablicą ‘Emigracja’, więc zabrałam szczoteczkę do zębów, jedyne-w-swoim-rodzaju 'Delicje E. Wedel dawniej 22 lipca' i głębokie przekonanie, że reprezentuję Mesjasza Narodów.
I wsiadłam.
Przez ciekawość chyba.
Żeby zerknąć, co jest za rogiem i wrócić.
(Bo wcześniej zawsze wracałam. Z kolonii, z oazy, z harcerskich obozów, z Jugosławii, z Falklandów, z Midlandów, z Enerde, ze stypendium, z Włoch, z Brukseli, z Ohio, czy z Ameryki Południowej.)
Nikt mnie specjalnie nie zatrzymywał. Nikt się też pod koła nie rzucał.
Proza. Żadnego melodramatu.
I oto jestem. Dziesieć lat później i cztery kraje dalej.
Królowa życiowej prowizorki.
Kilkaset razy zmieniłam szczoteczki do zębów, kilkanaście razy mieszkania, zamiast Delicji jadam bez grymasu Jaffa Cakes, zamiast krakowskiej podsuszanej, gotowaną bawarską, a zamiast, 'że się nam należy, bośmy tę wojnę dla was wygrali' [4], wolę ‘należy nam się, bo ciężko tu, tam, czy jeszcze gdzie indziej pracujemy’.
Gdzieś w drodze zaczęła się moja własna rodzina.
Gdzieś w drodze urodziły się córki.
Gdzieś właśnie wtedy w głowie zakiełkowała myśl, że najosobliwszą emigracją jest macierzyństwo.
I tak naprawdę nawet nie zachodzę w tę głowę, czemu wyjechałam.
Ani przecież po lepsze, ani po gorsze.
Po inne chyba.
Czyli kwestia gustu.
A o tych się nie dyskutuje.


[1] Hipoteza to chybotliwa, bo jak udowodnił  Tom Hanks, człowiek, gdy zechce to potrafi sobie ząb łyżwą wyrwać bez zawracania głowy dentyście.  Cóż więc taki wyjazd w porównaniu z autoekstrakcją siekacza bez znieczulenia?
[2] do Komitetu Badań Naukowych.
[3] ‘Nikomu z nas życie, zdaje się, bardzo łatwo nie idzie, ale cóż robić, trzeba mieć odwagę i głównie wiarę w siebie, w to, że się jest do czegoś zdolnym i że do tego czegoś dojść potrzeba. A czasem wszystko się pokieruje dobrze, wtedy kiedy najmniej się człowiek tego spodziewa.’ (Ewa Curie, 'Maria Curie')
[4] W ubiegłym tygodniu w ramach komentarza do polityki imigracyjnej Camerona, brytyjska telewizja sprowadziło do studia osiadłego na Wyspie polskiego kombatanta wojennego. Kombatant był roszczeniowy w obyciu i domagał się dla rodaków przywilejów akonto dywizjonu i odkrycia (!) Enigmy. Wykazując daleko idącą niewdzięczność, nieśmiało zauważam, że można by tak zaktualizować narodowe zasługi. Jestem przekonana, że coś dobrego na pewno się przez te sześćdziesiąt lat zdarzyło między zdobyciem Berlina, a polskim hydraulikiem.

(...)
A teraz do Robótki!

http://jestrobotka.blogspot.de/
 
http://jestrobotka.blogspot.de/

(Kusimy Biskwitem z biskwitem.)

©kaczka

[128]

[28 Nov 2014]

(...)
Biskwit bije rekordy swego różowego PR na wynos.
Zdybał i omamił wycieczkę Chińczyków.
Wycieczka Chińczyków wykonała kilka tysięcy zdjęć Biskwita z fleszem i bez, tłumacząc, że pierwszy raz spotyka dziecko o takim odcieniu białości.
(Przewodnik miał mi za złe. Widziałam, jak zaciska chińskie pięści na kijku z chorągiewką. Też mu pobielały.)
Jeśli będziecie przypadkiem w Pekinie, rozejrzyjcie się, proszę, warto byłoby wiedzieć, czy Biskwit wisi tam już na bilboardach reklamując wybielacze rodzimej produkcji.
Wczoraj Biskwit uwiódł ekskursję dwunastu przedstawicielek Federacji.
Przedstawicielki zdezorganizowały kolejkę do kas sklepowych, by obstąpić Biskwita i na wyprzódki produkować komplementy na temat nadzwyczajnej urody, wysublimowanych manier i niepospolitych zalet ducha.
Przy ‘Gospodi pomiłuj... toż ona jak laleczka’, mając na względzie okres burzy i naporu, który aktualnie przerabiamy na metrażu, jedyny komentarz, jaki przychodzi do głowy to: 'I owszem, laleczka...
Laleczka Chucky.'

(...)
U Małpiatek zaczął się sezon godowy i czas łączenia w pary, trójkąty oraz czworokąty.
Skutkiem ubocznym jest wynoszenie dziatek z placówki z kawałkami futryny lub z elementami garderoby wybrańca, a czasem jeśli narzeczony/narzeczona okazują się wagi piórkowej to się wynosi i z nimi. Pech, że Dynia upodobała sobie Jacka Londona, który ma metr dwadzieścia dwa i emabluje czteropakiem, a ja mam słaby kręgosłup i standardowo jedną rękę zajętą niemowlęciem.

(...)
W ramach zajęć z wychowania obywatelskiego Małpiatki miały za zadanie przygotować paczki z prezentami świątecznymi  dla rówieśników z Mołdawii.
Pomysł Pana od Małpiatek, aby podzielić się własnymi, ukochanymi zabawkami był wielce szlachetny, ale nie wypalił. W ramach rozmów pod wieszaczkiem okazało się, że Małpiatki, jak jeden mąż, darzą uczuciem kompletny demobil. Rozpadające się autka, beznożne plejmobile, zagłaskane maskotki, kocyki, których oryginalnego koloru, kształtu, czy składu nie da się już ustalić lub rozsypujące się książki.
Biskwit dorzuciłby tu pogniecioną butelkę po kokakoli, a Dynia w spazmach – podarty portfel.  Pomysł upadł od rozmiaru traumy i skali zagrożenia sanitarno-epidemiologicznego. Małpiatki udały się zatem na zakupy (przebóg, nie razem! każde z osobna!) i  jeśli generalizować, na przykładzie koszyka Dyni, to prawdopodobnie za rok do Mołdawii powinien wyruszyć konwój dentystów. (Dla uspokojenia sumienia dołożyliśmy pastę do zębów.) Motywem przewodnim Dyniowej paczki był róż, hiperaktywizujące syntetyczne barwniki oraz konserwanty wycofane z obrotu. A wszystko to zawinięte w  świąteczny papier.



(...)
Na kompletach z języka przypadki, co chodzą po ludziach.
Dativ, Nominativ, Oskarżacz.
Na każdej lekcji zstępują na mnie jakieś okołolingwistyczne epifanie.
Zamiast budować ten język od podstaw, z konieczności i przez okoliczności towarzyszące przeprowadzam tu renowację mocno zdezelowanego wychodka bez fundamentów.
Biegam po rusztowaniach i doklejam der, die das z utrwalonym w oczach wytrzeszczem zdziwienia.
Mam od tego mocno spoconą szarą masę.

(...)
Na niedoczynność wzruszeń i niedobór endorfin razem z Bebe polecamy suplemetację Robótką. Do nabycia bez recepty. Nie konsultuj z lekarzem.


http://jestrobotka.blogspot.de/


©kaczka

[127]

[25 Nov 2014]

(...)
Minął rok.
Wnieśliśmy na pierwsze piętro kredens. Na półkach ustawiliśmy wyjęte z kartonów książki.Tu i ówdzie zasłoniliśmy gołe żarówki abażurem.  Na podłodze rozłożyliśmy stary dywan.  Codziennie siadamy przy nowym stole. Kupiliśmy trzy rodzaje kieliszków  i siedem niepraktycznie ładnych talerzy z Bolesławca. Rzeźnik wie, że raz w tygodniu w czwartek jadamy dokładnie cztery patriotyczne parówki z polskich, eko-sreko, indyków.
Mamy kartę do biblioteki, bilet miesięczny, znaleźliśmy dentystę, podłączyliśmy do telewizora itv1 i Pana Tumble’a.
Dzieci zapisaliśmy na lekcje gry na trójkącie dla młodzieży przedszkolnej  i kurs tańca towarzyskiego dla niemowląt.
Popołudniami wystajemy pod zjeżdżalnią na placu zabaw, bo tam po lekcjach się rozstrzyga, kto jest samcem, a kto samicą alfa wśród Lisków, czy Małpiatek.
Krzątaliśmy się gorliwie, budowaliśmy żarliwie.
Wreszcie usiedliśmy w zadowoleniu patrząc na nowy fundament.
I wtedy Dynia zapytała, kiedy wracamy do domu.
Tego na Wyspie.

©kaczka

[126]

[21 Nov 2014]

Na kolonii w Kolonii...


... dokąd udaliśmy spotkać się z kulturą wysoką, a konkretnie z Artystką Wasiuczyńską, która odpowiada specyfikacji.
Jest wysoka i bardzo kulturalna.
Dni poprzedzające spotkanie wypełniły nam niskie atrakcje.
Gdyśmy tak z poziomu ziemi zadzierali głowy pod katedrą, żeby dostrzec czubek z kogutkiem, przydybała nas stacja SAT1 z kamerą i mikrofonem w futrze i na kijku. SAT1 był zainteresowany opinią Norweskiego na temat spadających z katedry cegieł.
Że pierdut. Na bruk. Pod stopy turystów.
- Yyyyyyy? – odpowiedział Norweski uparcie odrzucając koła ratunkowe podsuwane przez ekipę telewizyjną: ‘Czy jest pan oburzony?’, ‘Czy to panem wstrząsa?’, ‘A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców... ’ Nie, Norweski twardo obstawał przy 'yyyyyyyy?')
[Nie można wykluczyć, że bezpośrednią przyczyną spadania cegieł było głośno wyartykułowane rozczarowanie Dyni na wieść, że w poniedziałki Muzeum Czekolady jest nieczynne, a pech chciał, że dowiedziała się o tym w poniedziałek. Cegłami mogła również ciskać Artystka Wasiuczyńska, która podobno w tym terminie krążyła po dachach katedry. Nie że przez złosliwość ciskała. Po prostu strącała przez nieuwagę muskając anielskimi skrzydłami.]
Norweskiego nie wyemitowano w paśmie najwyższej oglądalności.
I na ten temat posiadam stosowne hipotezy. Pierwszą, że z samego 'yyyyyyy?' nawet najzdolniejszy realizator dźwięku nie sklei zdania choćby, li tylko, nierozwiniętego. Drugą, że najbardziej utalentowani montażyści SAT1 polegli próbując wyciąć z tła irytującą kobietę z dwójką dzieci, która wyskakiwała znienacka zza pleców respondenta, by przemycić pozdrowienia dla rodziny albo przymusić dziateczki do zademonstrowania swych umiejętności przed kamerą (Sami rozumiecie Biskwit nauczył się klaskać, a Dynia potrafi odtańczyć rosyjskiego kujawiaczka...).
Przyznaję, zraziliśmy się do katedry przez te cegły, więc nie złożyliśmy wieńca pod urną z Rychezą, ani pod sarkofagiem z Trzema Królami.
Późne pobudki, niskie pobudki, więc z Kolonii pamiętamy właściwie wyłącznie radioaktywne pączki, sklep Lego, w którym można było sobie poukładać oraz sklep marki Primark (nostalgia i dziesięć podkoszulek).


Pamiętają nas za to doskonale w Muzeum Czekolady (otwarte we wtorek), gdyż prawdopodobnie i Dynia i Biskwit wygrały konkurs na ‘kto najwięcej razy wróci po czekoladkę?’  Strategia ‘nigdzie się stąd nie ruszę, od biedy mogę przesunąć się o centymetr w tył, a następnie natychmiast w przód’ okazała się strzałem w dziesiątkę. Tak jak i wtarcie sobie w twarz pierwszej czekoladki, by z tej twarzy przypominać nikogo i tak zamaskowanym imitować czterdziestoosobową kolejkę do ludzkiego podajnika pralinek.


Tymczasem Artystka Wasiuczyńska krążyła po okolicy w ramach swej trasy koncertowej [1] rozdarta między nieruchliwą twórczością Picassa i szybkobieżnymi, dziewięćdziesięcioosobowymi grupami przedszkolaków domagającymi się uwagi, głośnej lektury i cytuję:‘wąchania pach przez psa Pypcia’.
Zastaliśmy Artystkę Wasiuczyńską przy pracy.
Nosiła pewne znamiona wyczerpania.
(Nic dziwnego, trzeci dzień wąchania Pypciem i animowania Katastrofą!)
Nosiła (razy kilka) TE korale, spódnicę i torbę.
I czarną pelerynę.
(Informuję, bo nie każdemu po drodze, a przecież w ten oto prosty sposób można sobie wydrukować i złożyć z podzespołów swoją własną Artystkę Wasiuczyńską. Za bezcen!)
... i roztaczała wokół siebie taką czarodziejską aurę fantastyczności, że przemknęło mi przez myśl, że nawet okiem nie mrugnę, jeśli wejdzie tu zaraz jednorożec.
Nie wszedł.
Ale chętnie zastąpiłam.
(Bardziej jako nosorożec niż jednorożec, ale chęci szczere!)
Na swój widok Dynia i Artystka Wasiuczyńska padły sobie w ramiona i już było pozamiatane.
Eksplodujące tęcze, żetem, fajerwerki, ciociaela, CIOOOOOOOCIA!
Ledwie się dopchałam.
Artystka Wasiuczyńska wysłała nas nawet po złote runo, by zapewnić sobie wyłączność Dyniowego towarzystwa.
Niestety, nie przewidziała, że za lekcje rysunku Dynia pobiera honorarium  w kiełbasianej walucie.
Na wiele więc raczej  nie wystarczyła skromna torebka kabanosów.
Do tego, tu płonę wstydem, bo powinnam powstrzymać, Artystka Wasiuczyńska prawdopodobnie wydała całą swoją gażę, by wykarmić kaczą rodzinę romantycznym posiłkiem przy świecach, a na drogę wcisnęła nam jeszcze oscypek, całą obsadę Pana Kuleczki, najnowszą Musierowicz, prasę ojczystą,  korale, zawrót głowy, palpitacje i euforię.
(W rewanżu, w porywie serca, sporządziłam Artystce biznesplan podboju nowych rynków czytelniczych i zaoferowałam, że od teraz mogę jej wszystko, łącznie z instrukcją obsługi piły tarczowej, tłumaczyć ze szwedzkiego na jidysz.)

 [Konsultacje społeczne: cynoberek, cynaderek, czy ultramaryna?]
...
I jeśli wydaje się wam, że to już wszystko, to nie.  Artystka Wasiuczyńska potrafi tak utrefić wiązankę kwiatów w kuble na śmieci, że człowieka zatyka z zazdrości, wierzy, że to stały element dekoracyjny i goni ze skargą do hotelowej recepcji, że mu do łazienki nie wstawili identycznej ikebany!

(Plan zwiedzania Kolonii opracowałam na podstawie cennych wskazówek Hieny
I udowodniłam, że można zobaczyć mniej.
)


[1] Program Wymiany Smoków Partnerskich oraz akcja 'Cała Polska czyta Niemcom'

©kaczka

Ogłoszenie jeszcze bardziej specjalne

[20 Nov 2014]

Tak, wiem, z poślizgiem [1]. Tym bardziej nie ma co zwlekać, gadać po próżnicy, tylko trzeba nam za długopisy łapać i pisać.
Padam tu na krzywe kacze kolana i proszę: Piszcie z nami! [KLIK w sztandary i banery] Jest blog, jest facebook! Jest fajnie!



http://jestrobotka.blogspot.de/
https://www.facebook.com/events/533619573407962/


[1] Mam usprawiedliwienie wystawione przez Artystkę Wasiuczyńską (uczestniczkę programu wymiany smoków partnerskich Polska-Erefen), że mnie tu nie było w słusznej sprawie. Słuszna sprawa wymaga detalicznego opisania, co nieuchronnie nastąpi, gdy tylko oporządzi się prozę życia.

©kaczka

Ogłoszenie specjalne

[15 Nov 2014]

... gdyż trzeba wam wiedzieć, że w tym roku, z okazji pięciolecia Komitet Dezorganizacyjny wynajął  dla Robótki  pustą halę wystawową na samym końcu internetu. I ostatnio właśnie tam się głównie krząta w ramach roboczoblogogodzin.
Bebe maluje ściany w rzucik,  wiesza obrazy, przycina frazy i krzyczy na kaczkę, gdy ta maca czcionki. 
kaczka maca czcionki, leje wodę i rozstawia słowa po kątach.
Bebe chodzi [1] za kaczką, wzdycha ciężko, nadmiar słów pakuje w czarne foliowe worki i wrzuca do pojemników z frazą używaną.
Jeszcze chwilę, dajcie nam jeszcze chwilę.
Otworzymy drzwi z nadzieją, że ustawiona pod nimi kolejka Robótkowiczów wpadnie do środka jak na wyprzedaż w niemieckim supermarkecie.
(Szczerze się ucieszę, jeśli przy tej okazji zostanę stratowana.)
Że się znów żaden z Dzieciaków Starszaków nie ukryje przed kartką z życzeniami.
Że się wam tam spodoba.
Że podlinkujecie, podacie dalej, że się dobro będzie toczyć.
Jeszcze chwilę, dajcie nam jeszcze chwilę, dobrze?

[1] mimo kolana popsutego przez Potomka
 
©kaczka

[125]

[12 Nov 2014]

(...)
Naukę niemieckiego porównuję odważnie do układania okrągłej  kostki Rubika.
Z zawiązanymi oczami.
Na czas.
Nic dziwnego, że mi to nie wychodzi, ale wszak nie od razu Berlin zdobyto.
Norweski nie jest w tej materii szczególnie przydatny, gdyż ortografii uczył się za Bismarcka i nigdy nie zadał sobie trudu, by przyswoić postrewolucyjne zasady.
Bywają więc te niesłychanie rzadkie momenty, gdy wiem lepiej.
Ale zasadniczo, co tu kryć, nie wiem nic.
Ma to swoje dobre strony, gdyż wszystko mnie cieszy.
Na przykład, brak nazewniczego polotu, osobliwa semantyczna dosadność i to, że Goethe rymował (zaznaczam! to subiektywne odczucie) dość ciężką ręką, nieomal jak ‘w nosie –prosię’.
Język , dostrzegam, wiele mówi (sic!) o narodzie.
Ostatnio prowadząca nam zaniemogła i przysłano zastępstwo.
Zastępstwo pochodziło z Federacji i zachodzę w głowę, czy reprezentowało wrodzony, czy nabyty model dydaktyki języków obcych?
Zastępstwo było wrażliwe na przerwy na myślenie (Schnell! Schnell!) i wydawało się, że najchętniej lało by nas wszystkich linijką po łapach przy każdym źle wykrztuszonym umlaucie.
Dla mnie nostalgia i powrót do piątej klasy podstawówki. Anglosasi niby wykazali jakieś zarzewie buntu, ale ostatecznie zaczęli oficjalnie przepraszać, że żyją.  Jugosłowianie natychmiast ruszyli kolaborować z systemem i donosić na mniej rozgarniętych. A Japonka, chyba trochę z natury niezdolna, by artykułować co bardziej karkołomne zbitki niemieckich sylab, miała nieprzenikniony wyraz twarzy i kłaniała się nam po każdym ćwiczeniu.
Zastępstwo cisnęło nam na odchodne dwieście dwadzieścia nowych słówk, które kazało wykuć na pamięć na czwartek. Ozdobiwszy uprzednio każde jedno nieodłącznym derdiedas.
Czy cieszę się, że nie zapisałam się na kurs intensywny? I owszem. Bardzo.
Ale podział jakiego dokonało Zastępstwo, podział na słowa ważne oraz te wyłącznie ‘zum dekorieren’, winien moim zdaniem być oficjalną jednostką w lingwistyce.

(...)
Z okazji świętego Marcina Derekcja przebrała się za Simona i Garfunkela i uderzając w struny gitary, ze śpiewem na ustach przeprowadziła dziateczki na drugą stronę dwupasmówki.
Jak Mojżesz.
Widziałam to.
Setka dzieci, każde z latarenką nietrwale osadzoną na patyku i podłączoną do obwodu elektrycznego z żarówką. (W trakcie imprezy odntowano kilku porażonych, którzy postanowili podłączyć się do baterii zamiast żarówki.)
Personel i rodzice.
Matki z wózkami. (Z nieznanych przyczyn, największa troska Derekcji i powód jej nerwowej agitacji.)
Niemowlęta (a raczej po prostu Biskwit) bez czapeczek. (Bezpośrednia przyczyna lęków napadowych Derekcji.)
I poszli świecąc, choć dzień jeszcze był jasny.
Derekcja jak samotna boja z gitarą powstrzymała ruch na dwupasmówce.
Kierowcy trąbili, lżyli Derekcję słowem wulgarnem, grozili sankcjami i prokuraturą, światła sygnalizacji zmieniały się raz po raz, Rezolutne Liski splątały druciki  od latarenek i rozplątywały je na środku przejścia dla pieszych, matki wymieniały się przepisami na kluski, chodnik po drugiej stronie ulicy okazał się zbyt wąski, przedszkolaki zablokowały całe skrzyżowanie, zapanował bezruch i stagnacja, a Derekcja stała na środku jezdni przygrywając sobie na gitarze.
Piękne.
Ale w końcu coś drgnęło i dotarli do Domu Spokojnej Starości.
Wyłuskani z kurtek, oskubani z nadopiekuńczych rodziców ruszyli przez ciemne korytarze śpiewając ‘Laterne, laterne’, a ja nie nadążałam rozdawać chusteczek.
Nawet koreańskie matki, które dotychczas wydawały mi się pozbawione jakichkolwiek mięśni mimicznych twarzy, łkały wzruszone.
I tak się niosło to ‘Laterne’ przez mrok, wibrując uroczym niemieckim ‘ehr’. (Dowód na to, że do piątego roku życia człowiek faktycznie przyswoi każdy akcent jak gąbka.)
Po występach święty Marcin, uderzająco podobny do Pana z grupy Oposów ' [1],  rozdał dziateczkom po bułce ulepionej na kształt Golema z rodzynkowymi oczami. Teoretycznie, Derekcja przykazała dzieciom, by zgodnie z tradycją odpaliły rodzicom po kawałku tej bułki.
Dynia udawała, że tej części przemówienia nie zrozumiała.
Nocą obudziło mnie ‘Maaaaaaaaaaaaaaamo!’
Pobiegłam łamiąc nogi.
Obudzona Dynia siedziała na łózku gotowa by zadać pytanie:
Why Saint Martin had no HORSE?! Where was THE HORSE?!
No właśnie, droga Derekcjo, gdzie koń?


[1] Na nic się zdały okulary przeciwsłoneczne (!) na pół twarzy.


(...)



(...)
I najważniejsze!
Lada moment ruszamy z Robótką! Edycja 2014!
Można ustawiać się w blokach startowych.
(W tym roku na specjalne życzenie Robótkowiczów rozbudowana na miarę możliwości i limitu znaków, charakterystyka Bohaterów.)


©kaczka

[124]

[7 Nov 2014]

(...)
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Biskwit w tej fabule obstawia role wyłącznie drugoplanowe.
Nic bardziej mylnego.
Złudzenie optyczne.
Biskwit jest mistrzem marketingu, heroiną public relations, a swoim jestestwem  (wiadomość z ostatniej chwili: dziewięć kilogramów i siedemdziesiąt cztery centymetry) zasłania wszystkie plany.
Och, gdybym to ja miała takie spokojne dziecko!’ – zwierzają się ze swoich najdzikszych marzeń matki przedszkolne, które swoje niemowlęta ubierają przez nokaut lub obezwładnienie paralizatorem. ‘Patrz jakie ono grzeczne! Patrz i naśladuj!’ – pouczają potomstwo zwisające z lamp lub wygryzające dziury w lamperiach. ‘Toż to anioł wcielony! Ono nigdy nie płacze! Ileż bym dała za taki egzemplarz!’ – mówią popatrując zazdrośnie.
W miejscach publicznych Biskwit dba o swoją reputację.
Siedzi nieruchomo w wózku, emituje szarm i uśmiecha się łagodnie, z wyrozumiałością, jak pielęgniarz do pacjentów na oddziale zamkniętym.
Niedawno zgubiłam się z Biskwitem w windzie.
Budynek użyteczności publicznej miał trzysta pięter.
Zależało nam, aby wysiąść na trzynastym.
Winda ciskała nami po wszystkich piętrach, łącznie z piwnicami i strychem, starannie omijając trzynaste.
Gdzieśmy się nie zatrzymały tam zawsze ktoś do windy wsiadł.
Zazwyczaj - taka specyfika urzędu - mocno zirytowany.
I wystarczylo, słowo daję, jedno spojrzenie na Biskwita, jedno sztachnięcie się Biskwicią emanacją, a petenci odmieniali swe życie.
Wychodzili z windy tańcząc, przytulali przechodniów, czynili zmiany w testamentach na rzecz schroniska dla zwierząt, wybaczali zniewagi kuzynowi z Poppenbüttel oraz  przysięgali na kolanach, że od dziś już będa lepsi i nie zapomną o regularnym zażywaniu witamin.
(Powinnam chyba pobierać prowizję?)
Tak postrzega Biskwita opinia publiczna.
Czarodziejskie, zrównoważone emocjonalnie niemowlę o uśmiechu, który kota z Cheshire wpędziłby w kompleksy.
Czarodziejskie niemowlę w gabinecie lekarskim zabawia personel pokazując, że potrafi suchą nogą przejść przez wodę samodzielnie wypijaną ze szklanki.
Personel bije brawo.
Matka za plecami personelu przeciera oczy w zadziwieniu.
Ta sama sztuczka za zamkniętymi drzwiami i bez widowni kończy się symulacją potopu i ciskaniem szklanką w matkę. Również w Matkę Ziemię.
Przez Biskwita rozdwaja mi się jaźń jak końcówki zaniedbanej koafiury.
Biskwit w domu to 'Ballada o Januszku'.
Kto nie widział dziesięciomiesięcznego niemowlęcia, które w histerycznym spaźmie tłucze pięściami w podłogę, bo mu ograniczono dostęp do tasaka, nożyczek, prądu stałego, żyletek lub rolki kolczastego drutu,  ten nic nie widział.
W domu podstawową odmianą retoryki Biskwita jest wrzask. Biskwit suponuje przez krzyk, a implikuje przez pisk.
Sztuka perswazji obu stron oparta jest głównie na działaniach siłowych (niemowlę), albo tłuczeniu głową w ścianę (matka). Bo co zrobić w sytuacji, gdy Biskwit nie chce oddać łyżki, którą życzy sobie być karmiony? Albo gdy próbuje przekąsić zestawem peruk z plejmobilu i zaciska przy tym szczęki jak mastiff? Albo gdy nie chce wyjść z kosza na śmieci?
Nadto Biskwit upodobał sobie sparringi, a w nich ciosy powyżej pasa. Szczególnie łamanie nosów ‘z główki’ i przegryzanie tętnic szyjnych.
Biskwit nie ma względów dla nikogo, nawet dla Dyni.
To nieco zrozumiałe, bo Dynia przenosi Biskwita w różne miejsca, zwykle niezgodne z wolą transportowanego. Biskwit szybko sobie wykoncypował, że przenoszenie ma związek z łamaniem praw człowieka i ograniczaniem mu dostępu do luksusowych dóbr.  Wypracował zatem dwie techniki, albo namolnie wraca, albo czeka aż Dynia wyjdzie z domu. Ostatnio wyszła i nie zamknęła w sejfie trzystu dwudziestu dwóch nalepek z geografią polityczną państw Ameryki Południowej.
[uczcijmy minutą ciszy]
Biskwit, który na mieście ubiera się w trymiga, postawiony przed tym zagadnieniem w domu wciela się w ośmiornicę pracującą nad ścieżką dźwiękową do 'Egzorcysty'.
Wreszcie tenże Biskwit, który przy licznej widowni ... pstryk... i zasypia od ręki, w samotności swej sypialni karmi się dramatem, urządza demonstracje, szlocha i smarka, protestuje przykuwając się do szczebli łóżka, ciska w przechodniów pociskami z wypchanych zwierząt i stopą blokuje drzwi między jawą a snem.
Jeśli odłowicie kiedyś butelkę po Nervosolu, a w niej kartkę ‘RATUNKU!’ to na pewno moja.


©kaczka

[123]

[4 Nov 2014]

(...)
Z okazji Halloween Biskwit przebrał się za dynię.
Dynia złożyła sobie samodzielnie kostium z sukienki Kopciuszka (po transformacji), z brokatowych rajtek, ze srebrnych pantofelków i z kapelusza.
Wyszło bardzo tanio. Po pierwsze, wszystkie podzespoły kostiumu były ogólnodostępne w szafie. Po drugie, najważniejszy element przebrania Dynia robiła twarzą.
I am a crossed princess!’ i tu następowała seria wykrzywień podkreślających zaawansowane zdegustowanie jej królewskiej mości.
U Małpiatek monotematycznie. Wszystkie dziewczynki były księżniczkami (o różnym stopniu zadowolenia z życia), wszyscy chłopcy rycerzami, a pan od Małpiatek przemalowawszy pół twarzy na biało był monochromatyczny.
Tubylcza młodzież, która wieczorem masowo napływała z siatkami po węglowodany, wywarła na nas wyjątkowo dobre wrażenie. ‘Dzińdbry, dwidzenia, najuprzejmiej dziękujemy, było nam bardzo miło, mamy nadzieję, że nie przeszkadzamy, czy byłaby pani tak łaskawa...’ i tych węglowodanów przywłaszczali sobie tak po garsteczce. ‘Ależ proszę, proszę, może więcej?’ ‘Ach nie nie, dziękujemy, w zupełności wystarczy.’ [1]
Amatorszczyzna!
Ich anglosascy rówieśnicy w adekwatnej sytuacji zazwyczaj odgryzali ręce trzymające miski z węglowodanami. Pierwszego listopada angielskie pobocza dróg były pełne pustych misek, odgryzionych rąk i papierków po cukierkach.

[1] Nie wykluczam, że ta powściągliwość mogła mieć związek z formatem węglowodanów. Nasze miały kształt gałek ocznych wyłupanych przepracowanemu wyrobnikowi korporacji.

(...)

(...)

(...)
Ledwie przeminął Halloween już trzeba się brać za bary ze świętym Marcinem.
W tym roku Małpiatki z latarniami i śpiewem na ustach przemkną przez dwieście pięter domu spokojnej starości.
Derekcja jest przejęta rozmachem wydarzenia i niewiele brakuje, a przygotuje trójwymiarową makietę operacji, nada jej kryptonim i opracuje symulacje zdarzeń przy użyciu pionków od warcabów przesuwanych grabiami krupiera.
Jako jednoosobowa trójka klasowa spędziłam już półtorej godziny nurzając się w temacie. Biorca Derekcyjnych dylematów: którędy wejść, którędy wyjść, czy w kurtkach, czy bez, kto będzie pilnował plecaków, w którym miejscu przeciąć gromadnie ulicę i czy włączać w wydarzenie służby bezpieczeństwa i lokalną prasę?
Tyle mojego, że pod te dylematy Derekcja podała wino i krakersy, które zażywałam bez ograniczeń.
Norweski tymczasem reaktywuje wiedzę na temat ogniw połączonych, albowiem latarnia wymaga źródła światła, a nikt przy zdrowych zmysłach nie wręczy Małpiatkom świeczek i nie wpuści ich do pomieszczeń, w których emeryci i renciści mogą być podłączeni do butli tlenowych.


(...)
Od niedawna też uczęszczam na lekcje języka, co jest logistycznym koszmarem, a i specjalnie nie obfituje w zabawne historie, które można sprzedać na blogu, albo przerobić na scenariusz filmu.
Może z wyjątkiem tej, że Anglosasi  zupełnie nie odnajdują się w systemie, denerwuje ich koniugacja z deklinacją, za nic mają okoliczniki i bezokoliczniki  i życzyliby sobie, żeby prowadzący podał im do bezrefleksyjnego  przyswojenia na  pamięć pięćdziesiąt zdań typu: ‘Wydaje mi się, że ta gicz cielęca jest nie pierwszej świeżości.’, ‘Gdzie mogłabym  kupić pomarańczowe guziki do żakietu?’ oraz ‘To my wygraliśmy tę wojnę.’


(...)
Just nice?!

©kaczka

[122]

[30 Oct 2014]

(...)
Powróciwszy z placówki Dynia wyjawiła, że phi! mogę wreszcie przestać się czepiać, albowiem Dynia czuje, że w końcu opanowała dialekt ‘proszę’ w stopniu przynajmniej zaawansowanym.
Brzmiało to mniej więcej tak: ‘Maaaama! I CAN now speak ‘ploszę’, i poparte było triumfalnym  nananananana...
- Mówże! – zachęciłam.
[cisza]
- Opowiadaj!
[cisza]
- To co potrafisz powiedzieć po polsku?
- ... I know! I know! I can say: MAAAAAAMO!
Tak z pierwotnej zupy przypadków wyłonił się wołacz.
W wersji Dyni bardziej rozdarcz lub pożądacz.
I zastąpił wszystko inne.
kto? co? MAMO
komu? czemu? MAMO
kogo? co? MAMO
...
Tej samej nocy przyśniła mi się Konopnicka.
Miała brodę, wąsy, czapkę z pawim piórem i dwurzędowy surdut.
Stałyśmy pod moją  korporacyjną wiatą, w miejscu wyznaczonym dla palących.
Konopnicka strząsała popiół z cygaretki na moje buty (cygaretka obowiązkowo w długiej lufce) i krzyczała głosem pożyczonym od jednej z moich polonistek: 'JAJA SOBIE ROBISZ, TAK?!!!'

©kaczka

[121]

[28 Oct 2014]

(...)
Z południa skoczyliśmy na północ.
Dynia była kontenta, gdyż na północy jest Klimahaus, który zwiedziła już w życiu płodowym, a teraz, proszę, trafiła się okazja by pod ówczesną ścieżkę dźwiękową podłożyć obraz.
Stanowi pewną pociechę, że młodzież w wieku Dyni wchodzi do obiektu za friko, albowiem bilet wstępu kosztuje jedenaście ojro, a na pytanie, co się Dyni najbardziej w obiekcie spodobało, Dynia odrzekła, że kafeteria.
- A w szczególe, Dyniu?
Może tropikalne ryby? Pustynia? Las przeciwdeszczowy? Dojenie szwajcarskich krów?
Nic z tych rzeczy.
W szczególe Dyni najbardziej spodobał się promieniotwórczy napój w kafeterii.
A także, od biedy, precel.
Gdyby Biskwit potrafił udzielić artykułowanej odpowiedzi, rzekłby prawdopodobnie, że i owszem ryby akwaryjne były godne uwagi, ale z całej północy najbardziej zachwycił go Zakład Gastronomiczny Sióstr Chow Main z bufetem ‘zapłać i zjedz ile zmieścisz’.
Siostry Chow Main, jak podejrzewam, nie przewidziały w kosztorysie niemowlęcia, które mieści i je tyle ile waży.
Ryż sypki, kluski wielojajeczne, frytki, sajgonki, a nade wszystko ten osobliwy rodzaj drożdżowego pieczywa o smaku do złudzenia przypominającym amatorsko wykonane, kiepsko wyrośnięte pączki.
(Szczególnie w połączeniu ze śliwkowym sosem od kaczki po pekińsku - o nostalgio! - jak z kart poradnika ‘Nastolatki gotują’.)
Biskwit odwiedził bufet czternaście razy dekorując trasę resztkami spyży.
Siostry Chow Main najpierw radowały się zdrowym niemowlęcym apetytem. Jednak w miarę upływu czasu, schowane za kuchenną zasłoną z plastikowych pasków, znacząc tasakiem na framudze kolejne Biskwicie wizyty w bufecie,  znać było, że nerwowo obliczają aktualną marżę.
W międzyczasie Hauptcioteczka znalazła w piwnicy chodzik po Norweskim i nie omieszkała rozpędzić w nim Biskwita. Architektura chodzika [1] jest dowodem na to, że i w erefenie można było mieć trudne dzieciństwo.
W międzyczasie Hauptwujaszek obraził się śmiertelnie na wszystkie cukiernie od Flensburga po Berlin, gdyż w żadnej nie serwowano pączków posypanych cukrem. Cukrem kryształem o kryształach ściśle określonego, znanego tylko wujaszkowi, rozmiaru.
Wszędzie tylko ten lukier, puder i czekolada.
W rezultacie Biskwit uważa, że raczkowanie jest przereklamowane, a Hauptwujaszek uważa, że jest o krok od ujawnienia ogólnoświatowego spisku producentów pączków.
Ja uważam, że to nie na moje nerwy.


[1] Skrzyżowanie trampoliny ze stojakiem na kwiaty i liczydłem. Na kółkach.

(...)
Derekcja z wyraźnymi objawami migotania komór przyszpiliła mnie wczoraj pod wieszaczkiem w szatni jak entomolog motylka. Komory migotały Dererkcji albowiem otrzymała anonim domagający się natychmiastowej rewizji programu dorocznej, świątecznej akcji charytatywnej.
ANONIM!
(E-mailem?! Anonim?! Cóż było złego w wycinaniu liter z gazet i tygodników i ich transfiguracji w tekst przy pomocy kleju Plastuś? )
[ ‘… a do 1990 roku porwania staną się dominującą metodą interakcji społecznych’  Woody Allen. Złowróżbnie.]
Anonim domagał się odrzucenia nieergonomicznej, bezgratyfikacyjnej wysyłki paczek do Turkmenistanu i ogarnięcia troską miejscowych uchodźców, których główną zaletą byłoby to, że muszą być wdzięczni. Okazana przez uchodźców wdzięczność live uwarunkowałaby klasycznie nieletnich i pchnęła ich ku dalszym nieskrępowanym napadom szlachetności.
- A przecież! A przecież!  – zaszlochała Derekcja. – Ja nie mogę. Sumienie mi nie pozwala. Przy nieustannie zmieniającej się liczbie uchodźców mogłoby się zdażyć, że dla któregoś z tych dzieci zabrakłoby paczki i co wtedy? Przecież nie możemy, ten tego, sprawiać, że ktoś poczuje się wykluczony!
Łał!
Tak, wiem, mogłam zasugerować, że zamiast paczek Matka Hildegardy zorganizuje dla uchodźców przyjęcie urodzinowe z recitalem przy akompaniamencie puzonu, ale przegapiłam okazję, gdyż zajął mnie problem, czy winnam zaopatrzyć się w przenośny defibrylator?
Derekcja sprawia wrażenie, że obsługa placówki jest zajęciem bardziej stresującym niźli bycie prezydentem USA, naziemnym kontrolerem lotów i niewidomym neurochirurgiem z prawem wykonywania zawodu.

(...)
Tryptyk.
(Przyjemna odmiana po ckliwych landszaftach szkicowanych przez naszpanie od Lisków.
Oraz kredki! Są kredki!)



©kaczka

[120]

[21 Oct 2014]

(...)
We Frauenkirche Dynia ofuknęła japońskich turystów, że przecież 'No photos', tu tu stoi na piktogramie, że 'No photos', a następnie sama wykonała serię zdjęć  (głównie selfies z fragmentami świętych, gdyż Frauenkirche obfituje w relikwiarze), a potem płynnie przeszła do zadawania trudnych pytań z dziedziny teologii fundamentalnej ‘A kto tu wisi i dlaczego?’ lub opiniując na podstawie wyrazu twarzy Ukrzyżowanego  ‘Is he crossed?’ [1] Na szczęście głód fizyczny był u Dyni większy niźli głód wiedzy, płynnie zatem ominęliśmy zagadnienie świętości wody święconej i  obraliśmy ortodromę na laickie frytki. Przy Marienplatz.

Odbyliśmy zagraniczną pielgrzymkę.
Do Bawarii.
By na własne oczy obejrzeć Terytorium Okupowane.
Podróże, wiadomo, kształcą.
Po przekroczeniu granicy przez wiele kilometrów analizowałam fenomen występowania w katolickiej Bawarii tak nieprzeliczonej ilości meczetów. Gdzie okiem nie sięgnąć, minaret! Wieża za wieżą w zabawnej czapce i z głuchoniemym muezzinem (nikt do niczego nie nawoływał!). Dopiero później, facepalm, okazało się, że Bawarczycy lubią swoje kościoły ‘z cebulą’.
Terytorium Okupowane okupuje piętro z widokiem na rondo. To szalenie wygodne, gdyż może ze swojego balkonu odbierać niekończące się defilady na cześć własną lub cudzą.
Z balkonu widać też sklep z piętrowymi tortami. Tu nie sposób nie pochwalić zapobiegliwości kobiety w ciąży. Przecież może się zdarzyć, że obudzi się pewnej nocy i uzna, że musi natychmiast wgryźć się w szwarcwaldzki na kremie. Wzuje wtedy kapcie, w ręce chwyci łom i w pidżamie pójdzie po swoje.
Najechaliśmy na Terytorium Okupowane i z miejsca stało się ono Oblężonym.
Dynia przejęła kredki, Biskwit klocki.
Dynia dekorowała ściany, Biskwit podłogi.


Lśniące parkiety pokryły prochy kukurydzianych chrupek. Na szybach objawiły się niezidentyfikowane odciski palców. Na umywalkach ślady pasty do zębów. W dywany wdeptywano przystawki,  a w gobeliny wcierano desery.
Terytorium Okupowane w odwecie wyrządziło nam placek (krzywdę dla każdej diety) oraz zorganizowało rozrywki intelektualne o charakterze gier planszowych.
Cel jednej z gier był moralnie dość wątpliwy. Należało zlikwidować głównego bohatera na śmierć i bez świadków.
Czy to przypadek, że najzręczniejsza okazała się w tym kobieta w ciąży, szczególnie upodobawszy sobie za narzędzie zbrodni, o ironio!, wypchaną (plackiem?) kaczkę?



A następnego poranka w celu zminimalizowania dalszych strat, opuściliśmy lokal, by zaznać stolicy i ekstraordynaryjnej, letniej pogody. Nie przypominam sobie, żeby  był w czasie tego zaznawania taki moment, w którym  Dynia akuratnie czegoś NIE jadła!
Zatem wersja przedstawiona dziś o poranku w placówce:  ‘It was a lovely, silly day. Nothing to eat. Nothing to sit. Only walking.  Lovely but very silly.’ wymaga solidnego retuszu.

[1] Prawdopodobnie. Ja bym była. Na większą część ludzkości.

©kaczka

[119]

[16 Oct 2014]

(...)
Dynia chodzi na lekcje gry na trójkącie.
Gdy dzielę się tą informacją z opinią publiczną, tą, która ma rozeznanie w możliwościach wokalnych pozostałych członków rodziny (live lub unplugged), napotykam na rozmaite reakcje.
Jednych trzeba cucić krócej, innych dłużej, a niektórzy mówią, że coś im pękło i świat odtąd już nigdy nie będzie dla nich taki sam.
Cóż poradzę?
Widać dobór naturalny jednak działa.
Po pierwszej lekcji trzeba było Dyni wyłamać palce, bo nie chciała oddać trójkąta, ale liczę, że entuzjazm nieco zgaśnie, bo cotygodniowe łamanie palców może zamknąć jej drogę kariery w Nowojorskiej Orkiestrze Symfonicznej.
Czekam na Dynię na korytarzu, zwykle między klasą trójkąta, a klasą akordeonu.
Z klasy trójkąta dochodzą dźwięki wskazujące na to, że prędzej jednak to zięby Darwina niźli kwartet Małpiatek  wystąpią podczas The Last Night of the Proms.
Z klasy akordeonu słychać Biełyje Rozy albo Kalinkę.
Bo nieoficjalnym językiem urzędowym tej muzycznej placówki jest cyrylica, a nauczycielki mogłyby pozować jako Śnieżynki do zdjęć z Dziadkiem Mrozem.
Widać, wnoszę po frekwencji, taki mus, by nawet na emigracji, obywatel Federacji Rosyjskiej mógł swoją nostalgię wyrazić pieśnią bądź balladą z użyciem instrumentu.
W klasie trójkąta nostalgię wyraża się układem choreograficznym, do złudzenia przypominającym krakowiaka.
Krakowiak w wykonaniu ambitnych, czteroletnich Małpiatek pochodzących z Pendżabu i nawykłych raczej do tańca Bollywood jest dla nieuprzedzonego widza obrazem niemożliwym do wymazania z pamięci.

©kaczka

[118]

[13 Oct 2014]

(...)
Ojciec Laloliny, gdy odbierał od nas swoją córkę, wyznał bez skrupułów, że popołudnie spędzone bez dzieci (starsza łamała obcasiki na innym kinderbalu) bezwstydnie przespał na kanapie przed telewizorem.
I było mu bardzo przyjemnie.
Z tego wynika, że jedni rodzice żywią się energią innych rodziców i dzięki temu, cały ten biznes jeszcze jakoś się kręci.
Podczas, gdy ojciec Laloliny regenerował nadwątlone siły - fakt, trochę mu się należało, już niedługo zostanie ojcem trzeciej córki -  Dynia i Lalolina wspólnymi siłami wykonały nam na salonach rekonstrukcję oblężenia Stalingradu. Z dbałością o detal.
Niezmiennie nas zaskakuje, że czterolatki nie interesują się gambitem von Kumpersztykla (Norweski), nie potrafią przez trzy godziny nawlekać korali na sznurek (ja), a najlepszą zabawką jest im żywe niemowlę (Biskwit).
Po zakończeniu wizyty, na hasło ‘a teraz cały naród odbudowuje swoją stolicę’, Dynia profilaktycznie usnęła.Tak, jak leżała półżywa, fantazyjnie przewieszona przez oparcie kanapy.
Biskwit dopiero dziś otrząsnął się z szoku i wkląsł mu się wytrzeszcz. (‘Do you want to cuddle my sister? She is VEEEEEEEEEEEEERY squeezy!’)
Norweski zamiótł okruchy, wysuwając kontrowersyjną hipotezę, że każdy może dokonać cudownego rozmożenia chleba, o ile ten chleb jest z ciasta francuskiego.
Miałam nadzieję, że ja zregeneruję się dzisiaj, pod drzwiami sali od rytmiki, gdy razem z Biskwitem uśniemy kołysani sfałszowaną melodią trójkątów i blaszanych talerzy, ale nie.
Złapała mnie za guzik mama niejakiej Judyty, która to Judyta uważa, że jest Ryszardem, uczęszcza do leśnego przedszkola, gdzie prawdopodobnie sama musi sobie upolować i wypatroszyć obiad, a do tego afiszuje się z opinią, że księżniczki są głupie.
Choćby i przez te antyrojalistyczne poglądy, nie widzę dla tej znajomości przyszłości, ale widzi ją bardzo wyraźnie mama Judyty.
(Czemu dała wyraz w sześćdziesięciominutowym monologu.)
Cóż, dajmy szansę. Może Dynia nauczy się, jak pozyskać wodę z martwego wielbłąda, a Judyta z upolowanego aligatora uszyje sobie torebkę?

©kaczka

[117]

[10 Oct 2014]

(...)
Biskwit w przekazach ustnych znany jest obecnie coraz częściej jako Pancho Villa, albowiem wije się oraz robi Meksyk.
(Dość często również przyprawia sobie wąsy z dostępnych produktów spożywczych.)
Taktyka  stosowana przez Villę cechowała się szybkością przemieszczania.’ – poucza encyklopedysta.
O to to, tak właśnie.
A ‘Dzięki znajomości terenu i charakteru ludności zamieszkującej północny Meksyk, udało mu się stworzyć duży oddział zbrojny.’
W rzeczy samej.

Jednoosobowy, duży oddział zbrojny, który się wije, robi Meksyk, a raz w tygodniu plądruje bio-genetycznie-niezmodyfikowany-ekologiczny targ bez azotanów i konserwantów.
Wczoraj oddział zbrojny uniósł z targu za friko pęto kiełbasy, bułkę wielkości głowy, jabłko wielkości bułki i pomniejszą drobnicę w postaci bezglutenowych, wegańskich wyrobów cukierniczych. (Cukier wyłącznie  z kryształów fair trade.)
Część kiełbasy ukradł Panchu pies. I nie był to chihuahua.
Część bułki ukradła Panchu Dynia.
Okruchy po ciastkach wydziobały gołębie.
Jabłko zamemłał sam Pancho, korzystając z tego, że produkuje zęby w postępie wykładniczym i na taki akord (tym razem cztery na raz), że oko bieleje mieszkańcom Pekinu.
Cykl odbierania bogatym i rozdawania biednym może zacząć się od nowa.

(...)
Galeria.
Pancho Villa raczkuje.


Królewska rodzina zażywa konnej przejażdżki na dwóch wierzchowcach pełnej krwi angielskiej.


(A Juliusz Kossak kontynuuje spoczywanie w pokoju.)

©kaczka