Image Slider

Showing posts with label Pod Różne. Show all posts
Showing posts with label Pod Różne. Show all posts

[409]

[…yyyyyyyyyyyy????.....]

(...)


Ludzie rozmaicie znoszą odosobnienie.
Jedni lepią szachy z chleba. Inni, jak na przykład Edmund Dantes, intensywnie uczą się języków obcych. Jeszcze inni, jak rosyjska diaspora w naszej wsi, aktualizują wygląd altanek przy Patriarszych Prudach do poziomu Soboru Wasyla Błogosławionego, kierując się przy tym przekonaniem-matrioszką, że zawsze i w każdej sytuacji można pyknąć altance jeszcze jeden daszek lub wyklepać kolejny garaż na grabie.

Ja piję.
(Podobno spożycie wina wzrosło w Republice o trzydzieści procent. Nie przyłożyłam się do tego, bo z trunków sączę likier z niezebranych przez gastarbeiterów truskawek i absynt prozy życia.)

Sąsiad z lewej wrócił do swego hobby, czyli metaloplastyki, które realizuje codziennie w godzinach od ósmej do czternastej, w ogródku, przy użyciu przecinarki tarczowej i acetylenowo-tlenowego zestawu do spawania. Oszołomiona rozmachem i determinacją przedsięwzięcia na początku obstawiałam, że sąsiad otrzymał wiadomość: ‘Ty zaś zbuduj sobie batyskaf z materiałów znalezionych na autoszrocie i wprowadź doń po parze, samca i samicę, oraz papier toaletowy, dużo papieru toaletowego, aby ocalały wraz z tobą od zagłady.’ Po czterach tygodniach okazuje się, że to chyba jednak nie będzie Nautilius, ani nawet makieta Titanica, ale instalacja przypominająca metalową wyspę z palmami z PVC, z których zwisają metalowe kokosy. Taka wyspa może prawdopodobnie  dryfować po falach potopu, niewykluczone zatem, że Opatrzność ma w ofercie kolejne plagi, a jedynie w sąsiedzie znalazła sobie upodobanie.

Sąsiad z prawej poszedł na wojnę z TYM gołębiem (lub jego potomkiem). Gdyby sąsiad uprzedził o swoich planach, może dwa tygodnie temu nie dostałabym histerii, gdy o szóstej rano wchodząc do łazienki na pierwszym piętrze ujrzałam w oknie dyndające, włochate nogi. Nogi należały do sąsiada. Reszta torsu leżała na dachu i dźgała parasolką w gołębia. Sąsiad zdegustowany moją reakcją oznajmił, że operacja, którą prowadził na dachu to część jego taktyki wojennej (‘Atakuj, gdy jest nieprzygotowany. Idź tam, gdzie się ciebie nie spodziewa. Sun Tzu. Sztuka wojenna) i że celowo nie informował mnie o swoich planach, gdyż jest przekonany, że pozostaję w zmowie z gołębiem. Odtąd o rozmaitych porach dnia i nocy owłosione nogi sąsiada pojawiają się nam znienacka, jak Matka Boska na szybach, w rozmaitych oknach. Sąsiad krąży z drabiną po naszej posesji, trochę jak Ghostbuster, trochę jak Rambo: Ostatnia Krew. Wszelkie próby eksmisji gołębia, czy to polewanie wodą, strzelanie doń z procy, czy nawet dźwięki trąbki kibica, tej na sprężone powietrze, gołąb interpretuje jako niezobowiązujący flirt. Szczególnie ta trąbka kibica to przejaw wyjątkowej desperacji sąsiada. Mówimy wszak o gołębiu, który od pieciu tygodni żyje nad przecinarką tarczową i czynnym zestawem do spawania, a od trzech lat w towarzystwie moich dzieci. Jest zatem prawdopodobnie głuchy jak pień, tak jak my wszyscy, w promieniu trzystu metrów od epicentrum. (Jako że prowadzę intensywne życie zawodowe z home-office’u, wszyscy moi regularni rozmówcy, którzy zapraszają mnie do telekonferencji już wiedzą, że natychmiast po połączeniu się ze mną należy, ze względu na dzieci i spawalniczy nałóg sąsiada, odcinać mi fonię.)

Są trzy zaskakujące rzeczy, których brakuje nam w tym Oranie. Nie mamy papieru toaletowego, nie mamy drożdży i nie mamy puzzli z tysiąca kawałków. Jeszcze wczoraj mieliśmy perspektywę, że przynajmniej nasze pierworodne dziecko wróci do placówki w maju, ale naszpani, która jak Nemezis, krąży po dzielnicy swoją czarną wołgą i rozwozi młodzieży zadania domowe (digitalizacja i informatyzacja nie są mocną stroną szkół w Erefenie), odarła nas, nie bez osobistej satysfakcji, ze złudzeń. Liczę, że może gołąb nam się jednak kiedyś odwdzięczy za ten bardzo dosłowny dach nad głową i dla odmiany spektakularnie zdefekuje na jej samochód.

Od pięciu tygodni przebywam w paradoksalnej samotności z cherubiętami. Z nudów trzy razy posprzątałam piwnicę i wyznaczyłam w niej sektory, w których – uwaga, tu samospalam się z ekstazy na samą myśl – przy kolejnym armagedonie będę trzymać papier toaletowy, drożdże, puzzle i perspektywy. Mnóstwo papieru toaletowego, mnóstwo drożdży, jeszcze więcej puzzli i nieprzeliczone zasoby  perspektyw.

Biskwit z nudów uczy się tabliczki mnożenia, Dynia z nudów uczy się amerykańskiej ortografii i już wie, jak napisać plague, outbreak oraz catastrophic i, co ważniejsze, że Kalifornia, skąd pochodzi większość uczniów jej wirtualnej klasy, to jednak nie jest odrębny kraj z globusa.

Przyznaję, są momenty, gdy nie wiem, który to miesiąc, a które stulecie, dni, gdy zasiadam do zdalnej pracy w pidżamie, w którą ktoś właśnie wytarł ręce zanurzone po łokcie w słoiku nutelli, tygodnie, gdy na obiad trzeci dzień z rzędu są kluski... ale wtedy zawsze przypominam sobie, że odniosłam moralne zwycięstwo nad koronawirusem, gdyż… wakacje odpękałam w styczniu! (Screw you, Corona!)

Gdy tuż przed wigilią obierałam kartofle na sałatkę, kartoflane łupiny spadały na lokalne wydanie gazety, a w nim na reklamę biura podróży dla emerytów. (Czy już widać powtarzający się schemat?) Biuro podróży wyczarterowało samolot do Finlandii i szukało chętnych by wypełnić kilka, ostatnich wolnych miejsc. Przynaglony przeze mnie Norweski, któremu powiedziałam, że wróżba z łupin to  znak od słowiańskich bogów, którego nie wolno zlekceważyć, zadzwonił do biura i pod pretekstem, że razem mamy prawie sto lat, wciągnął mnie, siebie i Biskwita na listę [1].



W ten sposób wylądowaliśmy w Kuusamo.  W hotelu, który zasypany śniegiem po pierwsze piętro, dla niepoznaki lub lepszej dramaturgii nazywał się… Tropiikki.
TROPIIKKI (!)
(Nawet redukując dowolną ilość samogłosek, nie da się oszukać semantyki. Tropiikii po fińsku -TU w rozkosznej wersji audio - to polskie tropiki lub dla fińskiego narodu jakaś odmiana znanego w psychologii mechanizmu kompensacji.)


Nie musieliśmy korzystać z oficjalnego escape roomu dorzuconego gratis do hotelu, gdyż wiadomo, wystarczyło stanąć przed fińskim jadłospisem w stołówce i już człowiek czuł się jak w escape roomie. Jak Houdini próbujący wyplątać się z łańcuchów samogłosek. Jak Bear Grylls łapiący gołymi rękami drapieżne, karelskie pierogi.  Jak obcy, którym wpadła w ręce wiadomość z Arecibo.

Finlandia, z którą nieszczególnie udane spotkanie przydarzyło mi się piętnaście lat temu w Helsinkach i o które ciągle miałam żal, tym razem przewróciła mnie na plecy i przez tydzień łaskotała w miękki brzuszek. Był śnieg, były psie zaprzęgi, były renifery, były lody z salmiakiem, były cynamonowe bułki z kardamonem, była sauna nad brzegiem zamarzniętego jeziora, było mnóstwo tubylczej życzliwości, a na specjalne życzenie Biskwita, wszechświat potrząsnął kalejdoskopem i pokazał nam tańczące zorze.
Tego żaden skurczywirus w regaliach nam nie odbierze.























[1] A Dynia wybrała obóz narciarski ze swoją klasą, ale to już zupełnie inna historia.



©kaczka

[407]

[17 Oct 2019]

(...)
Okrętem dowodził kapitan o imieniu Manuel.
Manuel Panzerfaust.
Imię to, rzecz jasna, każdemu kto oglądał ‘Hotel Zacisze’ natychmiast winno wystukiwać w głowie sygnał S.O.S i odpalać ratunkowe race. Tymczasem poziom mej despracji, by odbyć tę podróż, sprawił, że od tych niepokojących danych personalnych nawet nie zacisnęłam mocniej troczków  kamizelki ratunkowej.

Kapitan Manuel wyznał przy wódce, że od dzieciństwa marzył o rzeczach wielkich. Zapewne odwrotnie proporcjonalnych do swego nienachalnego wzrostu.
Kapitan Manuel był bowiem drzewkiem bonsai pośród oficerskich smreków. Gdyby ubrać Biskwita w czapkę, ozdobić adekwatną ilością gwiazdek i pasków oraz zaplanować akcję po zmroku, możliwe, że Biskwit przeniknąłby na mostek i dziś bylibyśmy już u brzegów Australii.
Historia szła tak, że od dzieciństwa śnił  Manuel o morzach i oceanach, ale brzydził się martwą rybą, niedojrzałymi bananami i kontenerami plastikowych misek z Chin, wybrał zatem przeładunek niemieckich emerytów.

Korab nasz był długi na czterysta łokci, a projektant jego wnętrz najwyraźniej inspirował się Titanikiem (przed katastrofą). Niestety,  ograniczenia budżetowe pozwoliły mu realizować wizję jedynie w sklepie niemieckiej marki meblowej Poco. Złoto, srebro, pasteloza i brylantoza, a wszystko to z tombaku, sklejki, polichlorku winylu i przetworzonych butelek PET.

Codziennie o świcie wymykałam się z kajuty, darłam na najgórniejszy pokład, budziłam drzemiącego w stercie kocy stewarda, który półprzytomnie wydawał gorące napoje, i łaziłam w kółko przez godzinę lub dwie, radując się samotnością i naparem z rumianku, nim poderwały się z łóżek me dzieciny, a zaraz po nich emeryci. Niewielu było takich, którzy zaczynali dzień o piątej rano (oprócz mnie rodzice niemowlęcia z tymże rześkim niemowlęciem i pięciu emerytów, którzy dym z cygar strząsali na swe aparaty tlenowe), więc szybko stałam się rozpoznawalna. Ikona poranka po trzydziestym piątym okrążeniu i czwartej herbacie z ziółek.
Przysięgam. Nigdy mi się nie znudziło.
(Nawet teraz, gdy wpadam we wnyki zebrań w fabryce, przymykam oczy, marszczę brew symulując skupienie i nadal tam chodzę.)

Przez trzy tygodnie morze było gładkie jak stół, aż w końcu zakipiało już w drodze powrotnej, gdzieś między Grenlandią i Islandią. Przez dwa dni i dwie noce ciskał nami sztorm o rozmachu dziewięciu Beaufortów. Podłoga uciekała spod stóp. Fale z pianą na pyskach uderzały w bulaj i z irytującym, rytmicznym hałasem rozbijały się o burty. (Oto i powód, dla którego kabina trzeciej klasy na dziobie jest tańsza.) Biskwitowi doskwierał globus. Ja wbrew rozsądkowi leczyłam się dietą z frytek, których dzięki okolicznościom i wyeliminowaniu konkurencji wreszcie było pod dostatkiem. Dynia z garstką rówieśników grała w grę salonową ‘Kto ostatni puści pawia?’ i podobno wygrywała, nawet bez dopingu z aviomarinu. Najgorsze momenty zgodnie postanowiłyśmy przespać, nawet jeśli oznaczało to ubranie się w pidżamy zaraz po obiedzie.
Co tam!
Powidoki wynagrodziły wszystko.













Aappilattoq. Metropolia pośrodku przesmyku. Stu trzydziestu jeden mieszkańców.

cdn.

(...)
Szkoła imienia Ofiar zaskoczyła nas już w dniu rozpoczęcia roku szkolnego. Dynia przyniosła zeń list odwołujący wszelkie weekendowe zadania domowe, a w zamian zastępujący je propozycjami: wyjdź na plac zabaw, zagraj w grę planszową, zapatrz się w chmury, odwiedź pradziadka, wyczyść rodzicom przynajmniej trzy pary butów, przeczytaj książkę.
Moja euforia trwała równe piętnaście sekund. Przez piętnaście sekund myślałam o placówce z czułością. Oto wreszcie wszyscy gramy do jednej bramki! Oto naszym wspólnym, nadrzędnym celem jest dobrostan przyszłości narodu! Nurzałam się w tym szczęściu do chwili, gdy odkryłam treść drobnym drukiem. Zadania domowe z trzepania dywanów i chodzenia boso po rosie (identyfikuję wpływy pedagogiki Montessori i metafizyki Coelho) mają być obowiązkowo udokumentowane jednostronnicowym esejem na papierze formatu A4. Mniemam, że nic tak nie pociągnie cherubiątek ku karierze literackiej jak konieczność napisania wypracowania o pastowaniu kozaków.

Gdyśmy już przyzwyczaili się do myśli, że odtąd przynajmniej raz w roku będziemy mieć czyste buty wypolerowane maczugą Melpomeny, szkoła podjęła temat bezpłatnych zajęć pozalekcyjnych. Dotychczas był to chór szkolny, lekcje gry na flecie oraz gimnastyka. W tym roku, w swej niepojętej hojności szkoła dorzuciła gotowanie i francuski.
Piętnaście miejsc przy patelni z sadzonym jajem na boczku. Ośmiuset chętnych. Kwestionariusz wymagał wybrania zajęć w opcji pożądanej i alternatywnej. Na życzenie Dyni wpisałam gotowanie. Wbrew życzeniom –  francuski. Ponieważ wszyscy chcieli gotować, a nikt nie chciał uczyć się języków obcych, Dynię natychmiast umieszczono w grupie filologów romańskich  i tym samym, odebrano jej szanse na gwiazdkę Michelina. Przez dwadzieści cztery godziny byłam najmniej popularną matką na świecie. Na szczęście okazało się, że szkoła zaplanowała zajęcia pozalekcyjne na czas, gdy trwają regularne zajęcia lekcyjne (!) - francuski zaczyna się o 11:45! - do końca zatem nie wiadomo, kto będzie na nie uczęszczał (woźny i bibliotekarka?) Tajemnicy tej nie sposób rozwikłać, bo od początku tego happeningu naszpani od francuskiego jest na zwolnieniu lekarskim. Dynia nie może się zatem z zajęć wypisać. Ba! Według drobnego druku wypisanie się zasadniczo nie jest możliwe. Akt nieuzasadnionej apostazji karany jest obniżeniem oceny z dowolnego przedmiotu na świadectwie. Z niejednego pieca już w tej szkole sznycle jadłam, żeby zdawać sobie sprawę, że fakt, iż Dynia ma ustawowy wuef w czasie francuskiego niekoniecznie jest wystarczającą wymówką.
(W ramach daru od losu: dla sąsiadki zabrakło miejsca w grupie flecistek, co położyło kres porannym ćwiczeniom tuż przed wyjściem do szkoły i audiotorturom.)

Ustawowy wuef wpadł w tym roku w ręce naszpani od niemieckiego.
W każdy czwartek młodzież musi odpękać godzinę aktywności fizycznej w sali gimnastycznej, przebrać się z krótkich gaci, zaliczyć matematykę, łyknąć na stojąco obiad w świetlicy i zdążyć na szkolny autobus, który powiezie ją na obowiązkowy basen. Dodatkowo po basenie Dynia łapie tenże autobus, wpada do domu, zarzuca kimono i na rowerze pędzi na trening. Do tego również w czwartki przedszkolna banda Biskwita wychodzi na cały dzień do lasu, co wymaga stroju kanadyjskiego drwala, scyzoryka, poduszki, latarki, pudełka na chrabąszcze i dzicze bobki oraz precli powieszonych na szyi na sznurku.
Ilość rzeczy, o których nie wolno mi zapomnieć w środę wieczorem jest bardzo wyczerpującą profilaktyką demencji. Komu scyzoryk, komu gumowe pantofle, komu strój do kąpieli, komu suszarkę do włosów, komu precla, by wabić dziki i wiewiórki?

Że sport to zło, mógłby zaświadczyć Norweski, któremu siódmoligowa, ukraińska drużyna siatkówki urwała podczas treningu nogę. Mógłby zaświadczyć, ale twierdzi, że nie zaświadczy, bo niby dzięki urwanej nodze nie musiał pląsać irlandzkich tańców ludowych podczas muzycznego weekendu w dzikiej głuszy, który zorganizowali nam Montessorianie. Jednym słowem, Norweski uważa, że wygrał. To klasyczne wyparcie, bo naszą godność osobistą straciliśmy na długo przed wywijaniem finałowych hornpajpów, co potwierdzi każdy, kto w tych dniach słyszał nas śpiewających w chórze. Obecnie Norweski czeka, aż noga mu przyrośnie z powrotem do reszty człowieka. Nie wiem, czy mi aż tak zależy, bo wreszcie fraza ‘skocz po...’ nabrała sensu.

©kaczka





[406]

[19 Sep 2019]

(...)
Nikt właściwie nie wiedział o naszych wakacyjnych planach, aż do chwili, gdy Dynia udzieliła wywiadu organowi prasowemu województwa i nagle stałyśmy się sławne. Może nie na cały kraj, ani land, ale już po Patriarszych Prudach [1] w spokoju przejść się nie dało. W rozmowie z dziennikarką Dynia wyjawiła bowiem, że nadrzędnym celem jej podróży na Grenlandię jest... iskanie żywych niedźwiedzi polarnych.

Iskanie niedźwiedzi przebiło meduzy z Fuerteventury.
Potęga prasy (i wyobraźni mej pierworodnej córki) oraz, być może, również nasza reputacja, sprawiły, że wszyscy w to uwierzyli, a w dniu wyjazdu cała ulica żegnała nas jak Amundsena i Perry’ego, raczej nie oczekując, że wrócimy.

Ta nagła sława i oślepiający blask reflektorów były mi nieszczególnie na rękę, bo dwa tygodnie przed podróżą solidnie zaniemogłam i do samego końca nie byłam pewna, czy dam radę dotrzeć do portu nie gubiąc przy tym walizek, torebki i woreczka (na przykład, żółciowego).
A tu dodatkowo presja społeczna!
A tu zapotrzebowanie na niedźwiedzie!
A tu Dynia rozdaje autografy [2]!
A tu sąsiedzi z kremem na odmrożenia i proszkiem na rekiny!
A tu medycyna przemawia głosem lekarza rodzinnego,  że nie daje gwarancji na moje narządy wewnętrzne!
(Do podróży przekonała mnie ostatecznie opinia pragmatycznej koleżanki z pracy, iż jeśli będę musiała skorzystać z usług grenlandzkiego szpitala to z pewnością, trzeba mnie tam będzie transportować helikopterem. Jednym słowem, wygrywam podwójnie, no, bo kto nie chciałby zobaczyć Grenlandii z lotu ptaka? No kto?)

Wypłynęłyśmy z Bremerhaven.
W 1991 roku Bremerhaven było moim osobistym Eldorado, do którego pozwolono mi wjechać przez granicę na Odrze, z paszportem wyjątkowo ścisłego zarachowania. Moim najcenniejszym wspomnieniem z tego osobistego raju pozostały hamburgery w styropianowych pudełkach z najprawdziwszego baru McDonald’s! Trzydzieści lat później Eldorado trochę się zużyło i wytarło na brzegach, podskoczyła mu wyraźnie stopa bezrobocia, ale ten McDonald’s jest tam nadal, w tym samym miejscu. Trochę stuningowany, ale wciąż wisi nad nim fragment oryginalnego szyldu!

Któż by zliczył, co się wydarzyło od tamtego pierwszego Maca, w ilu barach się jadło, a w ilu piło? Któż by wtedy przypuszczał [3], że po trzech dekadach będę w tych samych dekoracjach ustawiać do zdjęcia moje cherubięta! I jakie to znamienne, że natchnienia i refleksje nad sensem życia na innych spływają na szczycie Mont Blanc, drogi Kordianie, a kaczce to najwyżej pod barem i to wyłącznie szybkiej obsługi.

Był to zaiste bar szybkiej refleksji, albowiem Biskwit odkrył, że w Bremerhaven jest łódź podwodna wyciągnięta na brzeg (była już w 1991) i zażądał dostępu. Trudno rozwijać kruche wspomnienia młodości z bibułek i wstążeczek neuronów, gdy twoje dziecko próbuje zwodować przyspawany do nabrzeża okręt podowodny pełen turystów, więc pospiesznie zaniechałam nostalgii.

Biskwit w U-boocie wchodzi w nadświetlną.
Nasza podróż na Grenlandię, wyznać należy to już na wstępie, nie była romantyczną przygodą. Żaden DiCaprio, żadna Winslet.
(Z dekoracji Titanica wystąpiły jedynie góry lodowe i kajuta trzeciej klasy.)  Zaokrętowałyśmy bowiem na statek zdolny pomieścić oprócz nas milion niemieckich emerytów złaknionych egzotycznej przygody. Ten milion emerytów na widok Dyni i Biskwita podzielił się natychmiast na dwa obozy. Jeden z miejsca uznał dzieciny za rujnujący wakacje, plugawy pomiot szatana, drugi próbował odnaleźć w nich swoje pozostawione na brzegu puci-puci wnuki.  Kolaborowanie z drugim obozem pierwotnie przynosiło Biskwitowi pewne zyski. Aczkolwiek, okazało się, że nawet najróżowsze lico i najjaśniejszy błękit ócz nie dają przewagi w krwawym wyścigu po ostatni kawałek tortu z wisienką. Pobrawszy taką bezwzględną lekcję od życia, Biskwit przeanalizował strategię i miast stawać do niepewnych zawodów z emerytami, zahipnotyzował okrętowego kucharza. Odtąd każdego poranka Biskwita witał stos spersonalizowanych naleśników (naleśnik jako kanwa dla obrazów z czekoladowych bobków), przy obiedzie nigdy nie zabrakło dlań makaronu sauté z frytkami, majonezem i kiszonym ogórkiem, a tort i wisienkę regularnie produkowano dla Biskwita w obiegu niezależnym.
Biskwit pławił się w luksusie, a pozostali cieszyli się tym, co było dostępne.
A najbardziej ze wszystkiego dostępne było morze.









Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.



©kaczka

[1] Nie da się ukryć, że fundament miejscowej populacji coraz bardziej opiera się na przybyszach znad Cichego Donu. Kilka dni temu w spożywczym odruchowo wyrwało mi się Spasiba i Do swidaniya i nikt w kolejce – oprócz mnie samej – się nie zdziwił.
[2] Na dwudziestu egzemplarzach gazety, które wyłudziłam ze zwrotów do Redakcji

[404] Na co dybie w wielorybie...

[27 Aug 2019]

(...)
Jak żyję, nie przypuszczałam, że pruski wokabularz czymkolwiek mógłby mi zaimponować.
Bijąc się w pierś przyznaję, że gardziłam derdiedasem i zumbeispielem, słownikiem Dudena podpierałam szafy, za nic miałam Goethego, Schillera i ich egzaltowane umlauty.
Chronicznie obcując z miejscowym narzeczem, w pewnym momencie wyzbyłam się złudzeń, że można go użyć do czegoś bardziej romantycznego niż ulotka maści na hemoroidy.
(W tym miejscu bardzo przepraszam wszystkich amatorskich i profesjonalnych filologów germańskich. Uwaga! Spojler. Zaraz będzie o tym jak sie nawróciłam.)
Aż tu nagle, gdzieś na semantycznym przednówku potknęłam się o słowo idealne i oniemiałam z zachwytu.
Die Vorfreude.
Przedradość?
Ekscytująca antycypacja?
Moment przed otworzeniem prezentu?
Chwila przed wyruszeniem w podróż?
Idealne słowo, którego przez lata daremnie szukałam w tylu językach, znalazłam - o ironio! - w tym, który najbardziej lekceważyłam.
Teraz już wiem, że stan przedradości towarzyszył mi przez ostatnie osiemnaście miesięcy, choć dopiero od góra dwóch umiem go nazwać z tą fascynującą, analityczną, niemiecką precyzją.
Osiemnaście miesięcy temu kupiłam bowiem bilet w podróż na czubek globusa i złożyłam śluby milczenia w tym temacie, z obawy, że życie na pewno znajdzie jakiś sposób, by próbować pokrzyżować mi plany.
(Nie myliłam się. Życie naprawdę przyłożyło się do tej roboty, próbując wykonać dwieście procent normy w krzyżowaniu.)
Teraz już mogę opowiadać, bo wróciłam.
Wróciłyśmy, ja i moja progenitura, z podróży.
Trzy tygodnie.
Sześć tysięcy mil morskich.
Kabina rozmiarów szafki na buty, a w niej ja, Dynia, wszystkie osobowości Biskwita, kalesony z merynosów i sześć zimowych kurtek z podpinką.
(Bywało ciasno. Bardzo ciasno.)
Tadam!
Zdobyłyśmy Grenladię (zanim kupił ją Donald).
Trasą przez Szkocję, Islandię, Prins Christian Sund, przez Nuuk, przez Morze Labradorskie aż do osady Ilimanaq, w której mieszka siedemdziesięciu Inuitów i trzy, a może trzydzieści razy tyle grenlandzkich psów (trudno było liczyć nogi w  masie), które z miejsca uznały Biskwita za część swojego stada.
Temat na osobną historię.
Na początek zatem pozostawiam dowód na to, że żaden ze mnie Attenborough (chociaż i on by się spocił starając się utrzymać Biskwita na pokładzie mikroskopijnej łódki) oraz że mimo spektakularnych wysiłków nie udało nam się ustalić: na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa!

 


©kaczka

[399] UWAGA! POST ZAWIERA LOKOWANIE CZŁOWIEKA!


[5 Apr 2018]

UWAGA! POST ZAWIERA LOKOWANIE CZŁOWIEKA!       

(...)
Nic się tak nie udało pruskiej szkole jak wakacje. Ustawowo co sześć tygodni placówka imienia Ofiar zamyka się na tydzień, dwa lub sześć. Gdy rzecz dzieje się wiosną lub latem młodzież siedzi na trzepaku przed domem, uczy się brzydkich słów, pluje na odległość i pochłania witaminę De. Gdy wakacje wypadają w listopadzie trzepaka nie widać we mgle, ciemnościach, śnieżycy i miazmatach. A nawet jeśli trzepak się znajdzie to dzieciny spadają zeń miotane paroksyzmami gruźliczego kaszlu lub tracą przyczepność na glutach i smarkach. 
(Kwestię tego, że szkoła ma więcej dni wolnych niż jakikolwiek pracujący rodzic urlopu, pozostawiam, ot tak, bez zgryźliwego komentarza, bo to zjawisko podobno globalne jak ocieplenie klimatu i nie ma nad czym palić róż skoro lasy i tak wycięto.)
Listopadowe szkolne wakacje, zapalenie miazgi i wrzód na sempiternie kalendarza, niespodziewanie wyszły nam jednak na dobre. Zapoczątkowały bowiem tradycję podróży matki z córką, kaczki z Dynią. (Nie żeby to w jakikolwiek sposób pomogło w niepopełnianiu błędów wychowawczych, ale o ile przyjemniej popełniać je w miłych okolicznościach prrzyrody.)
Rok temu, w październiku, obrałyśmy zupełnie nieoczekiwany kierunek. Ruszyłyśmy bowiem na południe.
Kto czyta kaczkę od kenozoiku, ten wie, że południa jej nie służą. Słońca na południach zbyt słoneczne, woda zbyt mokra, a na plażach piasek i zgrzytanie zębów. Tym razem nie było wyjścia. Leciałyśmy poznać człowieka, a człowiek zaparkował na Krecie.
Z AniukowymPisadłem, bo to o niej mowa, spotkałyśmy się na jakimś skrzyżowaniu w sieci. Prawdopodobnie w Klubie Polek na Obczyźnie, zanim jeszcze mnie zeń karnie wydalano za nieopłacanie składek (w słowach i czynach). Przynajmniej pięć lat i ze dwie przeprowadzki minęły od chwili, gdy postanowiłyśmy się – kaczka i Pisadło spotkać. Wreszcie się udało, bo w 2018 roku znalazłyśmy się obie na tym samym kontynencie i prawie w tej samej strefie czasowej i w spontanicznym odruchu zaklepałyśmy datę.
To był przedostatni w sezonie samolot na Wyspę i najostatniejszy powrotny. Bezpośrednich lotów już nie było, więc dotknęła nas przesiadka w Wiedniu. Tam największą atrakcją były precle po siedem ojro za sztukę (kurs precla w Erefenie to zwykle 70 centów) oraz apokaliptyczna awaria szamba w damskiej toalecie. Muszą to być stałe punkty programu lotniska imienia Mozarta, bo gdy wracając znów trafiłyśmy do Wiednia, przebicie na preclach było takie samo, a nurt szamba jak rwał tak rwał ku Szanelom w Duty Free. (Może dlatego torciki Sachera pakują tam w drewniane skrzynki, by przynajmniej one unosiły się na falach powodzi?)
Gdy odlatując z Krety mijałyśmy bramki odprawy, obsługa lotniska w Chanii wyciągała właśnie z kontaktu wtyczkę  do tablicy odlotów i nakrywała sztuczne palmy pokrowcami. Nikt nie sprawdzał nam bagaży, z których sypał się różowy piasek, polne zioła, sól morska i masłoorzechowe batoniki. Gdybyśmy wiedziały, że nikogo nie zainteresuje, co mamy w plecakach, czy to amerykańską łódź podwodną, czy pojemnik z radioaktywnym plutonem, czy może litrową butelkę wody z kranu, to najpewniej przemyciłybyśmy kota. Bo na Krecie, trzeba wam wiedzieć, koty dodają (się) gratis do każdego posiłku i każdego plażowego leżaka. 



Kretę wspominam z ogromną wdzięcznością. Kreta przydarzyła mi się w samym epicentrum wszelkich moich utrapień. Norweski ogarnął wtedy za mnie cztery pogrzeby i żadnego wesela, Ania otworzyła dla nas swój dom i czule się nami – barbarzyńcami w futrach i onucach - zajęła. Pobyt na Krecie okazał się nadzwyczajnie potrzebnym kataplazmem, a ja sama – Innuit z natury – życzliwie spojrzałam na Południe i jestem gotowa publicznie przyznać, że nie tylko śnieg bywa piękny.
Nade wszystko zaś, niech żyją internetowe algorytmy, które pozwalają spotykać mądrych, odważnych, silnych, fajnych ludzi. Takich jak Ania.
Oprócz męża, dziateczek, psów, kotów, bloga, cudownego poczucia humoru, nieprzeliczonych zalet, a także wanny, którą instalowali potomkowie Archimedesa, Ania ma także jogę, w której jest dyplomowaną specjalistką. Jeśli traficie na Kretę, wpadnijcie na jej zajęcia. Aktualny grafik na Breathing Space
(logo, zwróćcie uwagę na logo!)

Ale to nie wszystko!
Od kilku dni w ofercie Breathing Space tydzień na Krecie. Odpoczynek z jogą w tle. Październik. Po sezonie. Tylko wy, różowy piasek, święty spokoj i koty.
Dla każdego, niezależnie od kondycji. Nie jest wymagane, by już przed pierwszą lekcją zawijać sobie nogę wokół szyi stojąc na głowie, ani by lewitować w lotosie nad taflą jakiegokolwiek jeziora.
Na hasło: >NIE MA LEPSZEGO DROBIU NIŻ KACZKA< dostaniecie… eeee, niepotrzebna wam moja protekcja. Poznałam Anię, ona nie robi nic na pół gwizdka. Idę o zakład, że po tygodniu zorganizowanych przez nią wakacji obsługa lotniska będzie was siłą wnosić do samolotu wyrywając z rąk podania o azyl.



PS Zostawcie w walizkach dużo miejsca na koty!
PS Ten post sponsorowały... dwie gałki lodów pistacjowych, którymi przekupiłam Biskwita, by sam poszedł na zajęcia z Capoeiry. Półtorej godziny samotności w szatni!


©kaczka


[397]

[18 Mar 2019]

(...)
Biskwit jest jak kalendarz Majów.
Wszystko już widział, wszystko wie i niczym nie można go zaskoczyć.
Jednak nawet Biskwit nie przewidział, że w Londynie zastanie nas wiosna.
I, że odziani w czapki uszanki, onuce z futra ekologicznej foki i kurtki z sierści grubo strzyżonego yeti będziemy wyglądać nadzwyczaj... well... ekscentrycznie na tle tubylczej ludności ubranej, jak to przy dwunastu stopniach Celsjusza, w sandały i bikini.
Kulturowe, termoregulacyjne faux pas.
Prawie dekadę spędziliśmy na Wyspach, a wystarczyła chwila przerwy i wróciliśmy tam ubrani jak kompletni amatorzy. Gdy pomyślę, że spakowałam nam kalesony z merynosów…
Nic nas nie tłumaczy.
Biskwita tłumaczy to, że wcale nie pragnął tej podróży. Ba, nienawidził jej od pierwszej chwili!
Podróż wypadła bowiem w tym samym czasie, co doroczny bal karnawałowy, wydarzenie sezonu we wszystkich lokalnych placówkach edukacyjnych.
W tym roku Emil niezmiennie obstawał przy przebraniu za owoce morza i wiemy, że od tygodni matka Emila lepiła wielofunkcyjną muszlę z papier-mâché, bo do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy Emil wystąpi jako skrzypłocz, czy przegrzebek?
Cóż za suspens!
Biskwit czuł, że coś go ewidentnie omija i na wszelki wypadek miał za złe.
Dynia też nie była szczególnie kontenta. Ona traciła jakiś płonący stos na szkolnym podwórku (z żalem przyjęłam wiadomość, że szkoła się od niego jednak nie zajęła) i zajadanie się niedopieczonym, drożdżowym ciastem opalanym w płomieniach tegoż stosu.
Gdyby to nie wystarczyło bym poczuła się najgorszą matką wszechświata, to dodajmy, że zadzwoniła do mnie nawet naszpani ze świetlicy by przekonać mnie do zmiany planów. Bo stos, bo palenie drożdży, bo rys historyczny, bo aspekt edukacyjny. Wyszło na to, że myślą przewodnią karnawału był w szkole imienia Ofiar - Dzień powszedni z życia Wikinga.
Obiecałam, że we własnym zakresie zapewnimy dziecku dostęp do grabieży, pożogi i mikrobiologicznie zdradliwie pokarmów.

Tymczasem Dyrekcja imienia Ofiar nadzwyczaj ochotnie wystosowała pisemne pozwolenie na opuszczenie tych trzech dni zajęć szkolnych w najbardziej podejrzanym z możliwych terminie.
Trzy dni przed feriami (!)
Kosztowało mnie to kilka listów wymienionych z placówką, ale odkąd nadużywam w podpisach swoich i Norweskich tytułów naukowych, szkoła nagle zaczęła traktować mnie atencją i względnym respektem. (Opcjonalnie, mają mnie w końcu dosyć.)
Pismo, które miało nam otworzyć granice i zapobiec naszemu zatrzymaniu przez służby specjalne na lotnisku, przyszło pocztą. (Jedną z tutejszych miejskich legend jest ta o jednostkach policji w czarnych wołgach, które wyłapują wagarowiczów na lotniskach. Biorąc pod uwagę, że w każdym landzie ferie zdarzają się w różnych terminach, ci, którzy faktycznie dali się złapać, zasłużyli na to. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że ten plan odławiania wagarowiczów, dziurawy jak durszlak, można obejść na rozmaite sposoby.)
Przepustka do podróży została napisana Comic Sansem i nie okazała się być drukiem ścisłego zarachowania.
(Zaprawdę! Mając pod ręką skaner przed Wielkanocą zwolnię z lekcji całą szkołę imienia Ofiar.)

Podróż, której wcale nie planowaliśmy, zdarzyła się nam przez przypadek.
Dynia, która jako noworodek i niemowlę użyczyła swojego układu pokarmowego do badań nad alergiami pokarmowymi u dzieci w projekcie prowadzonym z rozmachem przez Brytyjczyków (badaniami objęto wtedy ponad tysiąc kurdupli od Londynu po Kornwalię) została zaproszona na wizytę kontrolną.
W ramach testów klinicznych musiała zjeść tacę sezamowych ciastek i zapić ją litrem krowiego mleka. I jeszcze jej za to zapłacili.
(Takie badania kliniczne to ja rozumiem!)
Gdyśmy już odhaczyli tę część oficjalną, te ciastka, to mleko i mierzenie obwodu w talii, po raz pierwszy udało nam się być w Londynie pospolitymi turystami (zdradzały nas i tak kalesony i uszanki). Wcześniej, gdy mieszkaliśmy tuż obok, w Londynie zjawialiśmy się albo zawodowo, albo prowadząc gości stałą i niezmienną, jednodniową, dwudziestokilometrową trasą od Big Bena przez Pałac Buckingham do Katedry świętego Pawła.
Tym razem los podarował nam siedemdziesiąt dwie godziny nieskrępowanej wolności z noclegiem w Hammersmith. Mogliśmy wreszcie wytarzać się przynajmniej w tych kilku muzeach, które zawsze pozostawały poza naszym zasięgiem.
Rzecz jasna byłoby idealniej, gdyby dwóch towarzyszących nam Innuitów przestało choć przez chwilę wypominać rozmiar swego poświęcenia.
Tu kamień z Rosetty, tam ‘Maaaaaaaaaaaaamo… ale Emil miał być przegrzebkiem!’. Tu w szalce prawdziwa, oryginalna pleśń, w której gmyrał Fleming, z offu ‘Miaaaaaaaałam być królową Wikingów!’. Tu model DNA, który własnoręcznie zespawali Crick z Watsonem, tam ‘Eeeeeeeeeeeeeeeemil! Przegrzeeeeeebkiem!’. Tu kamień odłupany z księżyca, w tle echo ‘Wikingów! …ingów! …ingów!

Kamień, pleśń, srutututu pęczek drutu, kamień.
W British Museum Biskwit wyczerpał się w dziale mumii (zdjęcie z każdym obandażowanym faraonem) i wczepiwszy się w podest z popiersiem, któregoś z rzymskich cesarzy, odmówił dalszego oddychania dziedzictwem ludzkości. Odczepiony, zaległ przy głównym wejściu, na podłodze, pod stopami japońskich turystów i symulował katatonię. Wszyscy wokół rozczulali się nad katatonikiem i szczerze mu współczuli, przynajmniej w dwunastu językach nowożytnych. Tymczasem okazało się, że podłoga była ogrzewana, a Biskwit potajemnie wyjadał mi z torebki czipsy. W takich warunkach sama chętnie zostałabym ofiarą kultury.

Ofiara kultury.




Kaczka, kaczka, sarkofag dla chomika, nowy kucyk Biskwita.
 W Science Museum byliśmy od otwarcia aż do chwili, gdy przesympatyczna hiszpańska szatniarka przyniosła nam nasze płaszcze z yeti, wymownie pukając w szkiełko zegarka. Byliśmy ostatnimi zwiedzającymi i wszyscy czekali, aż wreszcie pójdziemy w cholerę i będą mogli zgasić światło i zamknąć obiekt. Mimo głębokiej urazy względem utraconego palenia Wikingów na stosie, Dynia wciągnęła się w ekspozycje, wyrywnie zgłaszając się do udziału w rozmaitych przeprowadzanych naukowych prelekcjach i eksperymentach. Z Biskwitem było trudniej, ale i on wreszcie nam nieznacznie odpuścił, gdy odkrył interaktywność eksponatów i zdryfował prowadzić badania nad oporem materii. Na ślizgawce.
Aczkolwiek nie można wykluczyć, że po naszych wizytach na kamieniu z Rosetty pojawiło się kilka niecenzuralnych hieroglifów, a model Watsona i Cricka rozsypał się, jak krzywo ułożone bierki, na skutek odkręcenia jakieś śrubki u podstawy.

A takie kafelki pykniemy sobie w stołowym.



Streptokokok dał się łatwo ustawić do zdjęcia. Biskwit już nieco trudniej.
Reputację tej podróży uratowała Matylda.




Matylda, Matylda, Matylda...
 Biskwit wysiedział trzy godziny musicalu na bezdechu, spetryfikowany, sfosylizowany i z wypiekiem emocji na licach.
Byłam rozdarta, czy śledzić spektakl, czy oglądać posiniałego Biskwita z myślą, że ho! ho! wreszcie – matka wszystkich matek - znalazłam coś, co spodobało się temu pacholęciu.
Acz, gdy światła na scenie zgasły, a Biskwit nawiązał kontakt z bazą, jego pierwszym komentarzem była uwaga na temat niepraktyczności i niewygody teatralnych poduszek.

Idę o zakład, że jeśli wybierzemy się kiedyś z Biskwitem na koniec świata to okaże się, że lewiatany będą zbyt mało puszyste, a żółw, na którym opiera się Ziemia nie w takim kolorze jak powinien.

©kaczka

PS Czytajcie Matyldę. Dostępna, na przykład TU.