Image Slider

[388]

[4 Jul 2018]

(...)
Nie ma mnie, zniknęłam, z tłem się zlałam, bo obsesyjnie liczę bakterie (i drożdże) na czubkach szpilek.
Co policzę, to podstawiam do wzorów.
A te wzory, co tu dużo mówić, jakiś książę ciemności napsztykał.
I jeśli jest piekło, to fototapety w recepcji wyglądają tam tak:

Przyszło lato.
Osobiście nie przepadam, ale grzechem byłoby twierdzić, że nie ma zalet.
Tę, na przykład, że latem dzieciny żywią się powietrzem, miąższem arbuzów i tym, co zbiorą po sąsiadach, więc odpada gotowanie.
W ostrym, bezwzględnym letnim słońcu cherubięta płowieją i smukleją.
Żar podpieka je jak kajzerki.
Niektóre nawet posypie piegiem jak makiem, ale nie, nasze nie. Naszych trzyma się tylko brud, nie melanina.
Wieczorami, gdy po całym dniu na wolnym wybiegu wreszcie zbiegną się te dziecięta ze wszystkich stron do domu, sypie się z nich w piernaty panierka z piasku, czarnoziemu, kamieni i trawy.
Najniepraktyczniejsze zajęcia terenowe z geologii.
Czarne nogi i brązowe korpusy niepraktycznie kontrastują pośród białej pościeli.
Nie zawsze, to prawda, bo czasem po prostu kurduple usną tam, gdzie stoją, choćby na schodach i z kromką chleba pod głową.
Kontrast wtedy zaiste jakby mniejszy, ale rekompensuje go nieustanny element niespodzianki i zaskoczenia.
Codzienna, wieczorna loteria.
Gdzie i w stosie czego szukać trzeba swoich nieletnich somnambulików?

Tegoroczne lato osiągnęło masę krytyczną w dziedzinie rewii, festiwali i obchodów domagających się naszej prezencji i atencji. Od występów chórów szkolnych, przez erupcję przyjęć urodzinowych rocznika 2010, po festyn Miłośników Wyklepywania Modeli Lokomotyw Spalinowych.
Stąd – choć, mój Boże, jaka byłaby z tego prawdopodobnie piękna i soczysta notka, odmówiliśmy (nie bez socjoantropologicznego żalu) wyjazdu pod namioty z Montessorianami.
Na froncie Montessorian straciłam ostatnio cztery godziny życia na dwa zebrania interwencyjne  i trzydzieści dwa towarzyszące im emaile w temacie, kto powinien sfinansować zakup fluorescencyjnych czapek i kamizelek kuloodpornych dla podopiecznych i jak wybrać markę tej odzieży, żeby czapki były wegańskie, a kamizelki - fair trade. Na każdym z zebrań autorytarnie wymaga się, by rodzice w ramach przerywników w dyskusji śpiewali przedszkolne szlagiery przy akompaniamencie ukulele. Zatem bez skrupułów i cienia wyrzutów sumienia zwagarowałam z trzeciej sesji na temat wdzianek.

Lato przyniosło rozliczne zadziwienia.
Nie żeby tam szkoła imienia Ofiar.
Nie. Szkoła mnie nie zaskoczyła. To szkołę zaskoczyły egzaminy, upały i ustawa o ochronie danych osobowych.
Taaaak? Naprawdę na odwrotnej stronie esejów pani córki znalazła pani, Frau kaczko, wszystkie osobiste dane uczniów 8a? Że stan cywilny rodziców i wyznanie? I adres? I nawet telefon? No, nieeee... przecież pan od chemii przekreślił te dane zielonym długopisem! Chyba rozumie pani, że przekreślone się nie liczy? Co przekreślone to było a nie jest i nie pisze się w rejestr!
Nie.
To lato jest mistrzem zupełnie innych zadziwień.
Zacznijmy od tego, że impreza urodzinowa ośmiolatki to już nie pożar Rzymu, ani wybuch Wezuwiusza, ani nawet popas najcherlawszego z jeźdźców Apokalipsy w przydrożnej gospodzie.
Dziesięć dziewczątek i jeden narzeczony, którzy w godzinie zero wbili się nam na kwaterę, pozostawili miejscówkę nietkniętą i nienaruszoną. Nikt nie nasikał do paprotki, nikt nie udusił kanarka, nikt nie zostawił obelżywych napisów na ścianach klozetu, nikt nie podpalił choinki w ogrodzie.
(Przeczuwam, aż tak naiwna wszak nie jestem, że jest to jakaś faza remisji i że siły zniszczenia jeszcze tu wrócą i siłą hormonów pubescencji zmiotą paprotkę z powierzchni ziemi.)
Tymczasem młodzież zjadła tort na rodowym serwisie w różyczki i sama z siebie (!) odniosła talerzyki do kuchni.
Nikt nikomu nie wraził widelczyka w aortę, choć w zaprojektowanym przez solenizantkę (!) i samodzielnie zamówionym w ulubionej lodziarni (!) torcie były tylko dwie kulki niebieskich lodów, a niebieskie wiadomo, chcieli wszyscy. (Ale jak to!? Ale jak to! Oto nagle już nie muszę, nurzać Barbiów w tortach ani rzeźbić w marcepanach bohaterów popkultury?!)



I d e a l n i e trafiliśmy w oczekiwania ośmioletniego targetu angażując magika i brzuchomówcę, by zabawił tłumy.
Kolejne jedenaście (!) urodzinowych imprez, na które proszona jest w tym sezonie Dynia, ma w planach, jak wnioskujemy z trailerów, jakąś magię, króliki i cylindry, więc czujemy się mimowolnymi trendsetterami.
Jedyną stratą była stłuczona filiżanka, którą sama wypuściłam z rąk, gdym zobaczyła, że cherubiny sprzątają zabawki przed opuszczeniem lokalu.
Sprecyzujmy! Wszystkie cherubiny z wyjątkiem Biskwita. (Fakt, on nie opuszczał. Czemu zatem się czepiam!)
Tak, jakie to szczęście, że został nam jeszcze ten Biskwit – królowa degrengolady i chaosu, stały punkt niestałości, latarnia morska w abysie macierzyństwa.
Tyle, że i Biskwit się zmienia.
Biskwit odcumował od Dyni i znalazł sobie własne grono wzajemnej, czteroletniej adoracji zarówno w placówce jak i na dzielni.
Zaproszony na rówieśnicze urodziny, Biskwit stanowczo i bezwzględnie odmówił rodzicielskiej eskorty i poszedł sam. Był to cios w sam splot słoneczny moich uczuć matczynych, aczkolwiek zadośćuczyniły mi za tę krzywdę zawistne spojrzenia pozostałych rodziców, których potomstwo nie posiekało jeszcze pępowiny na sałatkę szopską, tak jak Biskwit, tępym ostrzem nagłej dorosłości.
Gdym w nagłym przypływie szaleństwa zabrała Biskwita 'dla towarzystwa' w dwudziestogodzinną podróż pociągiem, to Biskwit zapytał tylko raz, w pięć minut po odjeździe, czy już jesteśmy na miejscu, a resztę czasu zagospodarował sobie snem, jedzeniem kabanosów albo grą w 'Popylaj, mała rybko!' Siedemset partyjek 'Rybki' i pięć kilogramów kabanosów później uważam, że Biskwit jest idealnym i zupełnie niekłopotliwym kompanem w podróży.
(Brzmi to, jakby odebrało mi rozum, ale by dać świadectwo względnej przytomności mego umysłu, oświadczam, że nie, nie poleciałabym z Biskwitem w załogowy, kolonizować Marsa, ale jeśli ktoś kupi nam bilety z Moskwy do Soczi, to choćby jutro!)
Biskwit nieodmiennie pozostaje dla nas zagadką.
Biskwit prawdopodobnie umie czytać i pisać. Możliwe, że umie też już w całki i logarytmy oraz że zapoznał się z treścią 'Państwa' Platona i szykuje kontroofertę.
Dedukujemy to na podstawie strzępów informacji, bo sam Biskwit przenigdy się nie przyzna, że umie ani też proszony, nie zademonstruje sztuczek na żądanie.
Wiadomo, zaraz mu każą wypełniać zeznania podatkowe albo liczyć bakterie na czubku szpilki.
Poza tym, nie ma takiego CSI w Miami, ani w całej galaktyce, które wydobyłoby z Biskwita jakiekolwiek zeznania. Nawet w kwestiach z pozoru tak neutralnych jak jakość humusu z daktyli w przedszkolnym menu.
Było już na przykład tak, że Biskwit krążył na hulajnodze wokół stołu, do którego przykuto Dynię, by w cierpieniach pisała eseje i rozprawki na tych kartkach, które wcześniej kreślił zielonym długopisem pan od chemii.
Biskwit krążył, i krążył, i mamrotał: Błąd, błąd, widzę błąd!
I gdyśmy byli pewni, że jedynie powtarza to, cośmy już nad tym esejem kilka razy wcześniej wypowiedzieli, to Biskwit prychnął, zahamował, pacnął palcem w ewidentny ortograf, po czym odjechał.
Nie!
Nie łudźmy się tutaj zbiorowo. Nigdy się nie dowiemy, a przynajmniej nie bez użycia amytalu sodu, czy to był przypadek, ani czy ten sam eksperyment Biskwit mógłby powtórzyć na kuponie totolotka.

Aha!
Byłam w Polsce i wykazuję objawy zespołu stresu pourazowego.
No bo jakże to?
We wszystkich urzędach państwowych potraktowano mnie – Józefa K. –  czule i serdecznie, a pani w ZUSie zachowywała się tak, jakby chciała mnie przytulić.
Ponadto, żaden sklep spożywczy ani wielobranżowy nie jest mi winien ani jednego grosza.

©kaczka

Robótka 2018 - wielce eksperymentalna edycja czerwcowa

[25 Jun 2018]

(...)
Nim zinwentaryzuję pozostałe zdarzenia minionego miesiąca, liczne jak pestki w krymskim arbuzie, zacznę od tego, które jest zdarzeniem wszystkich zdarzeń.
Wynalazkiem koła, rozbiciem atomu, psem Łajką w kosmosie i wodą na Marsie.
Na raz.
Odwiedziła nas Robótka.
Dacie wiarę?
Na fali zbiorowego szaleństwa, w oparach standardowej dezorganizacji, pewnego czerwcowego wieczoru przed kwaterą kaczki w Wurstenbergii zahamował autobus-czołg-amfibia, z którego wysypała się delegacja Agentek z Rodzinki II: Jadzia, Maryla, Basia i Agnieszka w towarzystwie Dyrekcji i Panigosi.
Przyjechały.
I Bebe też przyjechała.
Pięć dni trwały te bachanalia, których detaliczny opis  pojawi się na Robótkowym blogu, gdy tylko obie strony wymienią się (wreszcie!) zdjęciami.
Fakt, spało się, gdzie było miejsce, jadło się to, co się upolowało, społeczna lista kolejkowa wisiała na drzwiach łazienki, a sąsiadom nie pierwszy (i być może nie ostatni) raz zachwiały się światopoglądy.
Ale były też i jasne strony.
Ba! Nieomal promienne!
Może nie było zupy i drugiego (bardzo nie było!), ale dokładka włoskich lodów zawsze się znalazła. Bebe profesjonalnie ogarnęła stołówkę, salon tatuażu i ekspozyturę zwierząt morskich w Spirze. Dyrekcja znalazła odrobinę świętego spokoju i dokonała metodycznego remanentu w s z y s t k i c h obiektów sakralnych w okolicy. Panigosia odkryła, że Erefen jest potentatem produkcji musu jabłkowego oraz że w naszym ogrodzie mieszka nielegalny jeż. Dynia z Biskwitem zajęły się byciem sobą i przytulaniem na masową skalę.
(Wychodzi na to, o jakże to nieskromne, że mamy z Norweskim absolutnie zjawiskowe dzieci, a te dzieci potrafią sobie znaleźć absolutnie zjawiskowych przyjaciół!)
Bufet sponsorowały sery od wyzwolonych kóz (Kanionek), bawarskie precle oraz niegowskie pęta  domowej, suchej kiełbasy.  
Jakość imprezy oceniamy w jednostkach uśmiechu Jadzi.
Jadzia, tak powiadają, jest niezwykle oszczędna w radości. Zatem, skoro kilkakrotnie udało się ją przyłapać z pełnym uśmiechem na licu to musi oznaczać, że coś jednak zrobiliśmy dobrze.
Ciekawe, czy za rok wrócą?













©kaczka

[387]

[10 May 2018]

(...)
Ominęło mnie uroczyste pożegnanie ze starą miejscówką u Montessorian, bo w tym czasie byłam zagranicą, gdzie zeskrobywałam wyimaginowane bakterie z kanalizacji w czeskiej fabryce Polo-Cockty.
(I gdzie mieszkałam w upiornie seledynowym pałacu, którego wnętrza udekorowano płytą paździerzową i lamperią w stylu wczesnego funduszu wczasów pracowniczych. I może rybiki miały swoją kolonię w mej łazience, a Flekovský guláš c domácími houbovými knedlíky jadłam nieco się dławiąc, usadzona przy stole pośród lokalnej żulii, ale co to był za gulasz! I jak szybki był tam internet!)
Kuszenie po czesku. Sztuka hotelowa.
Z tego powodu nie wiem,  (i cholernie żałuję!) jaki wyraz twarzy przybrali Montessorianie, gdy na środku wegetariańskiego bufetu, rozepchnąwszy jarmuż i pizzę na spodzie z kalafiora, Norweski postawił swój koszyk bułek z szynką.
Z niczym niezamaskowaną szynką.
Resztę znam z opowieści.
W trakcie, gdy w opuszczanej placówce trwała pożegnalna impreza, czipsy z buraków, risotto z karczochów i bułki z szynką Norweskiego, do nowego obiektu położonego frywolnie na terenie byłych  amerykańskich koszarów (Nową placówkę otaczają zasieki z drutu kolczastego i co dwieście metrów strażnicza wieżyczka! Żaden kurdupel się nie wyślizgnie!) zajrzał niezobowiązująco Sanepid i poskrobał tu i tam.
I tak dwa tygodnie temu, w piątek, pięć minut po zamknięciu starego przedszkola nadszedł oficjalny email, w którym Sanepid poinformował, że w hydraulice nowej placówki znalazł Dwighta Eisenhowera, kawałki czołgu, kilku ukrywających się aliantów, trochę poświaty z prób jądrowych na pustyni Nevada, kibuc rodentów i biliony, a nawet biliardy sraczkogennej mikroflory.
W ten sposób ostatnie dwa tygodnie dziatwa przepędziła obozując w okolicznym lesie wśród wściekłych wiewiórek i krwiożerczych kleszczy, co dla Biskwita, który brzydzi się sikaniem w jagodach i jest raczej antytezą Jane Goodall, stanowi wyjątkową udrękę.
Sanepid odmawia komentarzy na temat, czy do zimy dziateczkom uda się wprowadzić do koszarów?

(...)
Tymczasem, pierwszy raz w historii naszego związku, szkoła imienia Ofiar Holocaustu ukazała swe ludzkie oblicze, eskalując żądanie by na cito dostarczyć razem z dzieckiem butelkę po winie.
Pustą!
Dacie wiarę?
‘Na jutro pustą butelkę po winie.
Butelkę opróżniłam ochoczo i to niejedną, bo w międzyczasie kurier zgubił moje próbki z fabryki Polo-Cocty. Tak! Właśnie te, po które jechałam jedyne głupie tysiąc czterysta kilometrów i przez które nocowałam wśród rybików w seledynie, no i wiele osób miało mi za złe, że to kurier zgubił.
Odzyskałam tę butelkę (niestety, nie próbki) kilka dni później. Przerobioną na sztukę użytkową. Porażająca i elektryfikującą! W sensie bardzo dosłownym.
Wnętrze butelki iluminuje teraz żarówkami w połączeniu szeregowym, a całość przyozdobiona jest flagami Niemiec i Indonezji
(Dyniu, spoko! Jak odwrócisz flagę to wszystko się zgadza!).
Przez chwilę czułam tę niepohamowaną pokusę, aby zapytać: ... Szkoło!!! ...ABER... ABER... ABER WARUM?, ale po zastanowieniu odpuściłam.
Ostatecznie pytać należy tylko wtedy, gdy jest się gotowym by usłyszeć odpowiedź.

(...)
Jednak zanim to wszystko się zdarzyło, byliśmy na prawdziwych wakacjach.
Podróże kształcą.
Ja, na przykład, nauczyłam się, że jeśli mówisz swemu dziecku ‘spakuj do podręcznego to, co ci jest potrzebne’ to potem na lotnisku przychodzi ci tłumaczyć się smutnym panom z ochrony z trzech par nożyczek, scyzoryka, pilniczka do paznokci, temperówki (Dynia) oraz sześćdziesięciu resoraków, dwunastu pomadek ochronnych, bumerangu, zapałek i pokrywki od garnka (Biskwit).

(...)
W ciągu dwóch tygodni odwiedziliśmy sześć krajów zachodniego wybrzeża, od Gibraltaru po Amsterdam, a Atlantyk był zwykle opalizująco zielony i z daleka wyglądał jak ścinająca się galareta.
W ciągu tych dwóch tygodni przesunęliśmy wskazówki zegarków w te i wewte tyle razy, że gdyby to się przydarzyło Doktorowi Who to dostałby dodatek za pracę w szkodliwych warunkach.

(...)
Najpierw była skała i małpy live.



I samochód, który cudem nie rozsypał się w drodze na czubek skał i przewodnik audio z kasety magnetofonowej (!)
Spotkały się angielskie przywiązanie do tardycji i hiszpańska interpretacja BHP.
Ze zdjęć wynika, że Dynia boi się małp, a małpy boją się Biskwita.
Trzeba to będzie jakoś skroić w fotoszopie.
Dynia, która w Erefenie jest powściągliwa w kontaktach towarzyskich, wystarczy, że stawia stopę w brytyjskich koloniach i zamienia się w lwicę salonów.
Tym razem, samotnie zniknęła na kwadrans w gibraltarskiej lodziarni, gdzie sprzedawczynią była jej imienniczka i tak się zaangażowała w rozmowę o życiu, żeśmy ją siedem kulek później musieli wynieść z fragmentem lady.

Stoimy i czekamy...
(...)
Najwygodniej nam było w Lisbonie, kiedy już zrozumieliśmy, że tylko nas irytuje, gdy oto znienacka tubylec gwałtownie hamuje przed naszym tramwajem, nie wyłącza silnika swego samochodu, po czym znika w najbliższej kamienicy i zaczyna zeń systematycznie wynosić i układać w bagażniku meble i walizki, bo prawdopodobnie akurat się przeprowadza.
Tramwaj numer 28 stanowi atrakcję, ale kto trzydzieści lat temu jeździł szóstką po Szczecinie ten może czuć się nieco zblazowany.

Jednak to na pętli dwudziestki ósemki, śladem pęcherzy naszych dzieci, trafiliśmy na cmentarz Prazares.
Tam, gdzie nieboszczycy mają widok z okien, zza firanek, na żyjących. Tam, gdzie trumny układa się w grobowcach w systemie kuszetkowym, a w każdym grobowcu oprócz krucyfiksu stoi odświeżacz powietrza marki Febreze.
Tam, gdzie koty porozkładane wszędzie wśród nagrobków. Leniwe, bezczelne, wolnożyjące, cmentarne pumy i tygrysy, utrzymankowie portugalskich, schludniuteńkich starowinek.
Czubek piramidy pokarmowej puszek z tuńczykiem.
Magia.


Obowiązek segregacji odpadów wtórnych obejmuje również życie wieczne.





(...)
Dla odmiany Porto okazało się być zaniedbanym skansenem i sklepem wolnocłowym dla japońskich oraz chińskich turystów i miast ucieszyć, raczej nas zirytowało.
Nie pomogło, że w kolejce do Lelllo stało akurat pół kilometra ludzkości oraz, że Lello oczekuje uiszczania opłaty za wstęp.
(No bloody way, Harry Potter!)
Nie pomogło, że kiepskie pączki miały trzykrotne przebicie w porównaniu z tymi z kraju obok, a markowy port z outletu kosztował dwa razy tyle, co w Erefenie.
Nie pomogło, że akurat w Porto kilkanaście razy stratowali nas niemieccy turyści, którzy do rangi sztuki podnieśli umiejętność wpychania się do kolejek metodą na emeryta, na kombatanta lub po prostu, na chama. 
(- Pan tu nie stał!
- Ale moja żona  stała!!! Kiedyś tu stała!!! W 1945 stała!
)
Nie pomogły echa w pustostanach, łuszczące się elewacje, odłupane kafelki i łupieże framug!
Może to efekt kryzysu ekonomicznego, a może narodowa nonszalancja w temacie zagospodarowania przestrzennego?
Z Porto oprócz lęków wysokości pamiętamy głównie parę niemieckich emerytów.
Ona, archetypowa Hiacynta Bukiet, przebiła się przez kolejkę, stratowała portugalskie staruszki, starców, niemowlęta i kobiety w ciąży wdarła się na piętro autobusu, jednakoż gubiąc po drodze swego małżonka - lekko demencyjnego Ryszarda.
Ryszard tkwił tedy na przystanku, zatracony w falującym tłumie, a Hiacynta biegała po pięterku tłukąc pięściami w szyby i próbując nakłonić Ryszarda by siłą łokci wziął się i raz w życiu wreszcie nadążył.
Ryszard nie kumał.
Napierająca na autobus kolejka przesuwała Ryszardem, a ten bezwolnie pozwalał się przestawiać i coraz bardziej odsuwać od wejścia do pojazdu.
Wreszcie autobus przekroczył masę krytyczną pasażera na centymetr kwadratowy i oderwał się od przystanku.
W tym czasie do Hiacynty walącej pięściami w szyby, dołączyli już inni rozochoceni niemieccy turyści i pomocni tubylcy.
Wszyscy tłukli w szyby i skandowali ‘RY-SZARD! RY-SZARD!’, ale Ryszard nie kumał.
Efekt akwarium.
Przyciemniane szyby i zamknięte okna.
Gdy Hiacynta zorientowawszy się, że autobus porywa ją bez Ryszarda, rzuciła się ze schodów, sterroryzowała kierowcę, który z piskiem opon zahamował na środku skrzyżowania i ostatnie, co dane nam było zobaczyć w Porto to publiczna egzekucja Ryszarda przy pomocy ukamieniowania damską torebką.

(...)
Do Composteli trafiliśmy w wielkanocny, niedzielny poranek.
Biskwit zachwycony dekoracjami (niebieski Ku-Klux-Klan niesie przez miasto figurę smutnej Maryi i dmie w trąby), pod wpływem apokryficznej wersji zdarzeń Wielkiego Tygodnia opowiedzianej przez Dynię (zdekapitowany Jezus wraca na ziemię trochę jak Thor, trochę jak Captain America – Dynia utrzymuje, że to oficjalna wykładnia naszpani od religii) zażyczył sobie podążać za procesją.
Przez trzy godziny.

Szyk marszowy legionu cherubinów na wstępie...
...i  formacja po kilku godzinach od wymarszu.
Było to zdarzenie łatwe do zakwalifikowania jako cud boski, bo Biskwit nigdy nie podąża, Biskwit zawsze domaga się lektyki.
A tu proszę, trzy godziny dociekliwego tropienia, do tego nieustanny update audio na temat stanu psychicznego smutnej Maryi i równie niewesołych krabów uwięzionych w restauracyjnych oknach i tylko jedna przerwa na pączka-mutanta za ojro.


Pod katedrą – CUD! -  spotkaliśmy Hiacyntę i mocno obitego po kręgosłupie moralnym, Ryszarda.
Hiacynta z zadartą ku wieżom koafiurą, obleczona w różowy dres z dederonu, zataczając ręką koła po okolicznościach przyrody, emitowała na głos rozczarowany do trzewi dysonans poznawczy niemieckiego turysty: To po TO oni wszyscy tu idą tygodniami???! PO TO???!!
Pełna satysfakcja albo zwrot pieniędzy?
Ja to trochę nawet rozumiem, bowiem odkąd usłyszałam, że w tej Galicji rosną eukaliptusy to liczyłam, że pod stopy będą spadać mi misie koala.
A tu nic.

A i ser w kształcie biustu miał miseczkę taką raczej A niż DD.


Podsumowując wrażenia duchowe:
u grobu Apostoła – wiekowy mnich jakby wyjęty z końcowej sceny w Poszukiwaczach Zaginionej Arki – wychynął zza sarkofagu i pobłogosławił Biskwita z zaskoczenia.
Zmian na lepsze w Biskwicie nie zaobserwowano.
Wniosek jest prosty, albo nie może już być lepiej, albo potrzebny jest egzorcysta.

©kaczka

[386]

[17 Apr 2018]

(…)
Kategorycznie odmówiwszy w trakcie zabaw salonowo-towarzyskich przyniesienia wyimaginowanej zgrzewki mleka jednorożca, z równie wyimaginowanego sklepu, z uwagi na jej wyimaginowany ciężar, wyimaginowaną utratę sił witalnych i możliwość nabawienia się wyimaginowanej przepukliny, Biskwit po raz kolejny udowodnił, że potrafi podnieść bezczyn i lenistwo do poziomu, którego jeszcze nie opisano.
Żadna z nauk społecznych nie dysponuje jak dotąd narzędziem, które umożliwiłoby detekcję spontanicznych, wyrywnych odruchów Biskwita w dziedzinie jakiegokolwiek wysiłku.
Ten bozon czeka nadal na swojego Higgsa.
I prędzej połowicznie rozpadnie się promieniotwórczy węgiel niźli zaobserwujemy zdarzenie z gatunku 'utrudzony Biskwit z mozołem poci się, by osiągnąć wybrany cel'.
(Jednakoż to, co za młodu jest krytykowane jako bezczyn i lenistwo, przy posiwiałych skroniach nagle staje się pożądaną 'umiejętnością delegowania'. Biskwit trzyma rękę na pulsie swojego przyszłego CV, bo po wyimaginowane zgrzewki mleka do wyimaginowanego sklepu, biega już teraz wyimaginowany lokaj.)
To również przez bezczyn i lenistwo karnie relegowano Biskwita z kliniki dla sepleńców.
- Pacjent umie 'SZ', ale mu się nie chce - głosi epikryza podpisana przez grecką logopedkę.
Z urzędu przydzielono Biskwitowi dwadzieścia godzin zajęć korekcyjnych żuchwy i już po pierwszych było wiadomo, że od sygmatyzmu Biskwita logopedka dostanie stygmatów.
I apopleksji.
I syndromu wypalenia zawodowego.
I myśli samobójczych.
I że prędzej wywoła ducha Hamleta Seniora niźli u Biskwita głoski na żądanie.
Biskwit tymczasem trwał tygodniami w nieustannym zachwycie, że oto los podarował mu nową scenę anarchii, korzystał, jak tylko mógł, indukował w logopedce pomieszanie zmysłów, zjadł jej roczny zapas misiów Haribo i z ogromnym, szczerym przygnębieniem przyjął wiadomość o gwałtownym i przedwczesnym zakończeniu logoedukacji.
(Jestem przekonana, że dla odmiany, gdyśmy już wyszli, logopedka z radości odkapslowała zębami ouzo i zatańczyła zorbę.)
-Wie sade! [1]- zaseplenił Biskwit Paulą Modersohn-Becker w tych jakże smutnych, acz mimo wszystko żywszych niż cytowane, okolicznościach rozstania.
Po czym, już na progu, brodząc w poczuciu głębokiego rozczarowania, dodał: SZAAAAAAJSE!!! [2]
Tak, pacjent umie.


[1] … mając na myśli: Wie schade! (czyli 'Ojojoj, jaka szkoda i niepowetowana strata!')
[2] … mając na myśli dokładnie to, co miał na myśli

©kaczka

[385]

[23 Mar 2018]

(...)

Życie znów wyskoczyło w kominiarce z ciemnej bramy i bez dania racji roztrzaskało metaforycznym kijem bejzbolowym moje rzepki u kolan.
Jakby nie wystarczyło mi udręki wywołanej przez pięć edycji grypy, czternaście dni L4, czy tydzień spędzony z Jesusem nad krążkiem Goudy, na omawianiu oficjalnej, unijnej strategii dezynfekcji kopyt jednorożców.
Jakby nie predysponowało mnie do ulg i rabatów na mozoły i golgoty to, że codziennie chodzę do pracy, w której moim budżetem zawiaduje obłąkany arkusz kalkulacyjny. Arkusz ten prawdopodobnie przybył z przyszłości z misją unicestwienia cywilizacji metodą totalnej konfuzji. (Widocznie, niemieckie PITy, niekwestionowane dzieło nienawistnych kosmitów, okazały się bronią o zbyt słabej mocy rażenia.)
Nie, życiu było mało moich bronchitów, Jesusa mylącego nosorożca z jednorożcem i arkusza kalkulacyjnego, który w poniedziałki, czwartki i piątki zostawia mi na karmę dla bakterii pięć ojro, a w pozostałe dni tygodnia wyświetla przypadkowo wygenerowane kwoty w milionach. Lirów, jenów lub guldenów.
Nie, życiu to wszystko nie wystarczało. Życie musiało wyeksmitować Montessorian.

Kiedy pogodziliśmy się z losem, że Biskwit ze względu na nasz chybiony kod pocztowy nie trafi do reprezentacyjnej, montessoriańskiej placówki chrom-stal-neony-boazeria-z-biohebanu,  i że  dzieciństwo spędzi w filii położonej między wytwórnią karmy dla psów, a fabryką wózków widłowych, w bezpośrednim sąsiedztwie torów kolejowych, po których co dwanaście minut pędzi pospieszny do Monachium. Kiedyśmy przełknęli, że w filii z braku miejsca, kącik czytelniczy urządzono za parawanem w toalecie, a kącik do cięcia papieru – wewnątrz dysfunkcyjnego kominka. Kiedy pogodziliśmy się z myślą i opinią personelu, że przeprowadzka do innego budynku to pieśń bliżej nieokreślonej przyszłości i że może wnuki Biskwita doczekają, to właśnie wtedy przyniósł Norweski z wywiadówki budującą wiarę w ludzkość informację, że sąsiedzi placówki wystąpili z wnioskiem o eksmisję, gdyż przedszkole marszczy im feng shui i podobnież obniża wartość okolicznych parceli.

Łatwo byłoby pokusić się o wniosek, że trzydzieści cherubiątek (z czego połowa zwykle nieobecna, bo złożona jakimś przypadkiem z 'Zarysu Chorób Dziecięcych') emituje irytujące sąsiadów decybele, które zagłuszają pospieszny do Monachium, poniedziałowego kaca ze squatu studentów-hippisów i produkcję psiej mielonki. Tymczasem, nic bardziej mylnego. Montessorianie i ich podopieczni porozumiewają się ultradźwiękami jak nietoperze. (Przekonał się o tym, Norweski, któremu ostatnio naszpanie wystosowały oficjalne, pisemne upomnienie, że czyni swym naturalnym głosem zbyt dużo hałasu w szatni pod wieszaczkiem i przeszkadza tym młodzieży w medytacji i skupieniu. Zaprawdę, ilekroć o poranku odstawiam Biskwita do tej świątyni edukacji, sama mam ochotę legnąć w kąciku czytelniczym za parawanem w klozecie i radować się tą niespotykaną ciszą.
Przez dwanaście minut nim przeleci następny pospieszny.

Montessorianie podobno próbowali bronić oblężonej placówki, trochę darli szaty, trochę przykuwali się do jedynego w okolicy drzewa, ale sąd poparł zwolenników feng shui.
Zatem personel cierpi, bo jakże to, porzucić miejscówkę pełną wspomnień i wyściełaną jedyną słuszną, wegetariańską pedagogiką conajmniej od epoki Bismarcka.
[Pytanie, czy Montessorianie przyzwyczajeni do tysiącletniej prowizorki odnajdą się wśród rozwiązań budowlano-architektonicznych współczesnej epoki? Czy nie będzie im brakować wiecznej kałuży pod elektryczną bramką (‘Rodzice i opiekunowie, proszę uważać, by nie łączyć sobą elektrycznego obwodu i zawsze mieć na nogach buty na gumowej podeszwie!’), perłowej, opalizującej ceramiki klozetowej inspirowanej narodzinami Wenus, martwych rodentów spadających z drzewa w ogródku (‘Mamo! Mamo! A na Thorwalda spadła dziś z drzewa wiewiórka i umarła!’), czy regularnych przerw w dostawie prądu, ciepłej wody albo sygnału w telefonach? (Bo grzyb z piwnicy pewnie da się zabrać ze sobą w relikwiarzu i przeszczepić w wybranym ekosystemie. Tudzież on już tam jest, w tym nowym miejscu i się rozpakowuje!)]
Miasto cierpi, bo musiało oddać Montessorianom nowy budynek, który mogło sprzedać deweloperom za bajońską sumę, bo jego lokalizacja zahacza o miejscowe Beverly Hills.
Ja cierpię, bo ledwie ogarnęłam poranną dystrybucję potomstwa, tak by nie musieć jadać śniadania wieczorem, a obiadu przed robotą, a tu pierdut! nowe logistyczne sudoku.

Chwilowo wizja przeprowadzki nie zakłóca Montessorianom przebiegu procesu wychowawczego. Chyba, że objawem szoku pourazowego jest obsesja mielenia. Dzień w dzień, od ponad miesiąca, Biskwit przynosi do domu słoiki pełne niezidentyfikowanych, roztartych w żarnach substancji. Czasem jest to mąka, czasem kreda, czasem kawa, czasem może kokaina, a zwykle wszystko to ma taki sam kolor, sugerujący, że w żarna wpadł ołówek, pająk, kłąb penicylinogennej pleśni, sporysz, szpinak z obiadu, tudzież popiół z kominka. Po trzydziestu sześciu słoikach o niepodpisanej zawartości (oprócz: ‘Dla Mamusi i Tatusia, Guten Appetit!’), zwykle niezgodnej z hipotezą Biskwita, identyfikuję i segreguję substancje (w tym smarki kolegi Emila) szybciej niż chromatograf cieczowy. To pomaga, a nawet ratuje życie, bo Biskwit stanowczo naciska na konsumpcję dostarczanych produktów w jego obecności. Ostatecznie, nie po to pocił się mląc, żeby się miało, ot tak! zmarnować.

Jeśli życiu było mało moich rzepek to, w sumie, kopnęło mnie jeszcze w prawą nerkę. Montessorianie zorganizowali bowiem okolicznościową procesję o podchwytliwym, acz marketingowo uzasadnionym tytule: ‘Introdukcja lata’.
Tytuł nie mógł być bardziej fałszywy, bo gdyśmy dotarli do lasu, w którym miała nastąpić introdukcja, akuratnie trwała tam burza śnieżna (śnieg spadł nam tej zimy dwa razy i to był ten drugi raz). Biskwit, dziecko miasta i wielkiej płyty, które przyrodą gardzi nawet w temperaturach dodatnich, stanowczo odmówił wyjścia z samochodu. Nie wywabiła go nawet zdobiona krepiną, imponująca dzida z wydmuszką i preclem. Tym preclem, który z poświęceniem miesiłam i piekłam poprzedniej północy.

Uświęcona tradycją scenografia introdukcji lata jest tak absurdalna, iż wcale nie dziwi, że event jest endemiczny i ograniczony w zasięgu jak koronki z Koniakowa albo szczecińskie paszteciki. Sama instrukcja wykonania patyczka z preclem i wydmuszką, którą otrzymałam od Montessorian nijak nie przypominała piktogramowego instruktażu z Ikei, a bardziej streszczenie Apokalipsy świętego Jana przetłumaczone przez google translator z węgierskiego na jidysz.
Wierszem.

Serio, nic nie wie jeszcze o życiu ten, kto nie strugał gigantycznej wykałaczki zdobionej wydmuszką (och, wydmuszki! – nemesis mego macierzyństwa!) i wbitej w ręcznie wyplatany, drożdżowy precel ('Rodzice i Opiekunowie! W hołdzie dla lokalnej tradycji prosimy, by precle nie były bawarskie, a miejscowe. Jednocześnie informujemy, że  precle według tej specyfikacji można kupić wyłącznie w piekarni u Wolfganga Schwabla, siedemdziesiąt trzy kilometry w linii prostej od placówki i otwartej w co drugi poniedziałek miesiąca między trzynastą a trzynastą piętnaście.')
Nie wiem, czy to kwestia praw autorskich, czy spisek Bawarian, by utrzymać monopol na rynku wyrobów piekarniczych, ale Dr. Oetker nie wypuścił jak dotąd precli Schwabla w wersji instant i to zainicjowało serię moich karkołomnych, laboratoryjnych eksperymentów z użyciem wątłych drożdży, starej mąki, twardej wody, deficytu cukru i nadmiaru jaj (nadmiar jaj, bo, wiadomo, z czegoś trzeba sprokurować wydmuszki). Razem z Norweskim, w środku nocy, rozciągaliśmy rulon ciasta przez pół mieszkania. Ciasto było tak sprężyście elastyczne, że w ostatecznym rozrachunku należało je przydeptać nogą i przygnieść na blasze ośmiotonowym ciężarem, by zachowało pożądany kształt przed włożeniem do pieca. W zasadzie, tak musi prawdopodobnie wyglądać próba wykonania pieczystego z żywej ośmiornicy.
A wszystko to po to, aby Biskwit odmówił taszczenia dzidy, precla i wydmuszki przez burzę śnieżną i zimny las, jęcząc, że nie jest skrojony na psa husky, ani na Amundsena.
Całości imprezy dopełniło spalenie na stosie papierowego bałwana pod tabliczką: ‘Palenie ognisk na terenie parku narodowego – strictly verboten!
Dym wgryzał nam się w oczy i garderobę, na policzkach Biskwita zamarzały łez strumienie, naszpanie dęły w dudy i szarpały ukulela, większość kurdupli-zdrajców miała na patykach bawarskie precle lub to, co z precli zostało po zeżarciu - nicość i pustkę, Dynia miała za złe, bo nasza wariacja na temat precla Schwabla była niekoniecznie jadalna (acz z pewnością hartująca zmysły i układ immunologiczny), Biskwit miał za złe, że Dynia nadgryzła, bo chociaż sam nie chciał to co kurcze... Dynia miała za złe, że nie mamy pod ręką bawarskich precli, Norweskiemu płonący bałwan próbował zjarać czapkę, a ja zapomniałam wełnianych skarpet.

Życie, daj żyć, co?

©kaczka

[384]

[24 Feb 2018]

(…)
Najpierw był karnawał.
Aczkolwiek nie ten w Rio.
Z okazji karnawału placówki edukacyjne, powołując się na upierdliwie uświęcaną przez wieki tradycję, zażądały, by jak co roku przyprowadzić progeniturę odzianą w jakiś kamuflaż.
Biskwit nie miał najmniejszych wątpliwości, że chce być człowiekiem-kucykiem, natomiast cała żeńska część klasy Mastodontów, z Dynią włącznie, postawiła na Herzoginy i Herzegowiny.
Jako, że bycie Herzegowiną wymagało bezwzględnie nałożenia na warunki zewnętrzne siedemnastu warstw makijażu, człowiek-kucyk,  obserwujący tę operację w drzwiach łazienki, doznał nagle tego nieprzyjemnego ukłucia w sercu, które pojawia się, gdy zdajesz sobie sprawę, że oto padasz ofiarą bezzasadnego wykluczenia, mimo, iż jesteś najszlachetniejszą formą egzystencji na planecie.  Przynaglony walką o sprawiedliwość społeczną, człowiek-kucyk zabarykadował się zatem w łazience i odebrał sobie to, co los chciał mu nikczemnie wydrzeć, w formie jednej, acz dość wodoodpornej warstwy makijażu.
Tym samym odprowadziłam do placówki trochę kucyka, trochę drag queen.
I nie, nie była to najdziwniejsza rzecz jaka tego dnia przytrafiła się Montessorianom.
W wyścigu do drzwi placówki wyminęłyśmy podopiecznego wbitego od stóp do głów w brązową pończochę, co trochę krępowało mu ruchy i funkcje oddechowe.
To, jak wyjaśnił mi kucyk, był Emil, który, gdy dorośnie będzie strzykwą i najwidoczniej właśnie podjął pierwsze kroki ku species reassigment surgery, czyli operacji zmiany gatunku, a nawet jednostki systematycznej.
W nagłym porywie serca zamierzałam podejść do matki Emila i  pogratulować jej nie tylko samozaparcia w wyprodukowaniu na drutach ponad metrowej getry, ale i tej inwestycji w przyszłość narodu, tego mocnego, montessoriańskiego przesłania, że oto nasze dzieci mogą być kim tylko chcą, choćby i strzykwą, a my – rodzice –  nie będziemy oceniać wyborów, ale tylko i wyłącznie je wspierać. Acz w chwili, gdy zbliżałam się z otwartymi ramionami, by matkę Emila przycisnąć do piersi i wycałować w imieniu ludzkości, usłyszałam, że matka Emila łamiącym się głosem właśnie tłumaczy naszpani, że syn wpadł na pomysł kostiumu wczoraj popołudniu.  Czując, że rany mogą być jeszcze niezasklepione,  w ostatniej sekundzie zdryfowałam.

Potem były Walentynki.
Na Kupidyna! Jak ja nie doceniałam Łukaszka!
Może i Łukaszek jest o pół metra niższy od Dyni, może wygląda jak model preparatów witaminowych 'PRZED ROZPOCZĘCIEM TERAPII', może w czasie bryzy trzeba go trzymać za rękę, by nie odleciał, może pod żadnym pozorem nie należy mu dawać w prezencie balonów napełnionych helem, ale Łukaszek ma siódmy albo i siedemnasty zmysł. On po prostu wie, jak rwać dziewczęta!
W Walentynki wjechał nam Łukaszek na kwaterę ze śpiworkiem, szczoteczką do zębów, bukietem kwiatów, bombonierą, własnoręcznie wykonaną kartką miłosną, a jakby to nie wystarczyło, by utwierdzić wybrankę o sile uczucia, to Łukaszek przytargał również gitarę.
Czarną, lśniącą gitarę, na której wyplumkał dla Dyni własną interpretację 'Stairway to Heaven'.
I Dynię, i obecną przy tym zdarzeniu żeńską reprezentację klasy Mastodontów trzeba było potem restartować, bo się dziewczęta z wrażenia zawiesiły na strunach.
Człowiek-kucyk i w tym wypadku zaznał nieprzyjemnego kłucia w klatce piersiowej, że ocho! coś mnie tu omija!  Gdzie jest mój Presley? Gdzie jest mój Eric Clapton? Gdzie jest mój Elton John? Zatem w ramach profilaktyki, natychmiast wybrał sobie z listy Montessorian narzeczonego i z miejsca poślubił. Ślub odbył się w rycie mormońskim, bo wybranek chyba nadal nie wie, że jest wybrankiem, ani, tym bardziej, że wstąpił w związek małżeński i ciąży na nim jakiś obowiązek alimentacyjny.
Oblubieńcem został Hannibal Lecter grupy przedszkolnej imienia 'Naukowo Potwierdzonego Obrotu Ziemi Wokół Słońca' (w skrócie: NPOZWS). Podobno Hannibal z nudów lub frustracji czasem nadgryza innych współosadzonych. Jak dotąd, Biskwit nie okazał na ciele żadnych znaków ortodontycznej napaści, co może oznaczać, że trzyma Hannibala krótko, ale na odległość większą niż długość siekaczy.

A w tle wiruje karuzela chorób oddziecięcych, które to choroby, jak wiadomo, nie są ortodoksyjnie przywiązane do dzieci, ale za to bardzo chętnie wycierają sobie buty rodzicami.
Ręka pod budkę, kto potrafi w diagnostykę różnicującą szkarlatyny, odry, rumienia zakaźnego, różyczki, exanthemy subitum, dżumy, wąglika i czarnej ospy?
Bo ja już chyba tak.

©kaczka

[383]

[7 Feb 2018]

(...)
Jestem rozrywana.
Brytyjczycy chcą wszystkiego natychmiast. Ostatnio wszystkim było dwadzieścia stron tekstu o wpływie promieniowania ksieżycowego na depresję u bakterii. Gdy tekst ukończyłam, okazało się, że w czasie, gdy wyszłam do toalety lub kupić sobie strychninę, zmieniła się koncepcja i zamiast dwudziestu stron Brytyjczycy chcą dwadzieścia znaków thankyouverymuch.
Na zupełnie inny temat.
Norwedzy chcą od ręki wszystkich poufnych informacji jakie posiadam plus żebym im przyznała rację, nawet gdy się mylą.
A właściwie szczególnie wtedy, gdy się mylą.
Francuzi dzwonią. Niby neutralnie, ale zawsze jakby z nutą zgeneralizowanej, globalnej pretensji  z rodzaju: 'w dwutysięcznym roku miał nastąpić koniec świata, a wszyscy jeszcze wciąż żyjemy'. I zawsze pozostaje we mnie ten cień niepokoju, czy to  aby nie personalny wyrzut, że przed osiemnastu laty nie skonstruowałam żadnej broni masowej zagłady?
(Aczkolwiek Francuzi to szczególnie przydatna grupa etniczna. Nie ma lepszego tła dla potęgi i rozmachu osobistego macierzyńskiego poświęcenia niż porównanie się z nacją, która odnosi dzieci do ochronki po dwunastu tygodniach od narodzin. Słuchając takich historii czuję, że gram nieomal w jednej drużynie  z ukraińską, szkolną psycholożką i że lada moment mogłybyśmy wymienić się bransoletkami BFF.)
Chinka też dzwoni. Potrafi mnie znaleźć w pobliżu każdego aparatu telefonicznego, co każe podejrzewać, że sajgonki, którymi mnie  raz nakarmiła, był nadziane nie tylko marchewką ale i  lokalizatorem gps. Chinka faksuje mi swoje manuskrypty licząc, że 'rzuć okiem' zinterpretuję jako 'napisz od nowa'. Chinki nie zraża moja odmowa, ani przecięty kabel w telefonie, ani przekazana przez moich współpracowników informacja, że ostatnio widziano mnie w Timbuktu. Ten rodzaj współzależności mógłby przerwać jedynie koniec świata, acz jak przypuszczam niezrażona okolicznościami Chinka znalazłaby mnie nawet w piekle.
Jesus chce wszystkiego na jutro, wychodząc – hipoteza –  z założenia, że skoro stworzenie świata zajęło sześć dni, to w dwadzieścia cztery godziny da się przeprowadzić dwuletnie studia nad mikro- i  makroflorą endywii. Rzecz w tym, że gdy Jesus potrzebuje czegoś na jutro, to zazwyczaj to jutro było wczoraj, a konkretnie dwa miesiące temu, co i tak nie zmienia szczególnie losów wszechświata, bo na końcu i tak się okazuje, że ostateczny termin oddania raportów o stanie sałaty upłynął w 1999 roku.
(Jeśli zatem, taka optyka charakteryzuje nie tylko Jesusa, ale pozostałe osoby boskie, to umówmy się, że paruzję w kalendarzach lepiej zaznaczać ołówkiem.)
Podczas telefonicznych rozmów z Jesusem nie raz w tle słychać było dźwięki, które klasyfikowałam, na przykład jako próbę generalną karnawału w Rio, zarzynanie brazylijskiego koguta lub imprezę integracyjną dwóch konkurencyjnych drużyn capoeiry.
Imaginowałam sobie Jesusa na tym tle (karnawał-kogut-afterwork) na leżaku pod palmą z wiadrem koktajlu marki Capirinha.
Jakież było moje zdziwienie, gdy niedawno, przypadkiem okazało się, że Jesus ma jednak swój home-office w Harlemie.
Tym w Holandii.
Zatem to, co wydawało mi się karnawałem, agonią drobiu lub sztuką walki w rzeczywistości było zapewne  odzianą w żółte chodaki grupą holenderskich sąsiadów Jesusa spierających się o to, kto wyrwał na wyprzedaży większą gółkę Goudy.
Ale to nawet krzepiące, pozytywne doświadczenie, bo oznacza, że swoje małe ojczyzny można z sukcesem rekonstruować z własnych cech charakteru i dostępnych materiałów nieimportowanych, znalezionych na miejscu.
Ja tu, na przykład, rekonstruuję swoją z fasolki po bretońsku, ryby po grecku i ruskich pierogów.

©kaczka

[382]

[21 Jan 2018]

Koń jaki jest, każdy widzi. [Biskwit 2017]
(...)
W piątki, pod koniec tygodnia, miasto wypluwa mnie na przystanku podmiejskiej kolejki jak rozczarowany mym smakiem jamochłon.
(Może to przez tę moją nierozcieńczoną gorycz, że oto znów chodzę do szkoły podstawowej i że powtarzam drugą klasę, i że ja się przez te dwieście lat zmieniłam, a szkoła jakby wcale?)
Wydaje się, że gdybym tak, dzień w dzień, nie znaczyła drogi powrotnej resztkami złudzeń czy cierpliwości, to jak nic, nie trafiałabym do domu, gdzie przy niedopilnowanym przeze mnie żarze domowego ogniska siedzą moje dzieci, jedzą suchy chleb grubo smarowany Haribo albo pieczyste z przypadkowo upolowanej westalki i łupią w Monopol.
Zazwyczaj strategią braci Lehman.
Zazwyczaj Biskwit jest liderem branży finansów offshore i potrafi za jednym zamachem jedną kostką do gry wyrzucić fynf und cfancyk oczek.
Gdzieś tam w przerwie to również Biskwit dokonał autopostrzyżyn nożyczkami do drobiu.
Nasz maciupeńki Piaścik Kołodziej.
Nasze prasłowiańskie Ziemowiciątko.
Niewykluczone, że było to zaraz po tym, gdy spod palców wypsztyknął mural na prowokacyjnie białej ścianie klatki schodowej.
Ani jednego, ani drugiego nie zauważyliśmy przez wiele dni, może nawet tygodni, może nawet mówimy o epokach, które trzeba datować radioaktywnym węglem, choć z blond pukli pluszowy słoń uwił sobie gniazdo na środku pokoju, a po schodach biegamy kilkadziesiąt razy dziennie.
Jako linię obrony przyjmijmy zatem wartość artystyczną obu performansów. Że niby trochę Banksy, a trochę Jaga Hupało.

Szkolna psycholożka, która linieje białym włosiem plastikowej angory swego puchatego swetra, mówi że doskonale mnie rozumie.
Rozumie, tak mówi, współodczuwa, bombarduje empatią, a każdy przecinek w swym monologu wykorzystuje, by naciągnąć angorę na nerki. Angora robi Puff! sieje włosem i znów roluje się pod biustem.
Przecinek. Puff! Przecinek. Puff!
Psycholożka wyznaje terapię bliskim, cielesnym, group-hug kontaktem, a ja mam na sobie czarną bluzkę. Wszystkie moje dystanse personalne, fobie i bariery interakcji społecznych muszę później odkłaczyć wałkiem do czyszczenia ubrań.
No więc, psycholożka doskonale mnie rozumie. Bo ona też nie odnajduje się w tym systemie tak innym niż szkolnictwo w jej ojczyźnie. Konkretnie na Ukrainie. I ma jedną odpowiedź na wszystkie moje pytania, w tym i na to, dlaczego moje dziecko spektakularnie oblało klasówkę z matematyki. A ta odpowiedź brzmi: bo zabrakło miłości.
I gdy już sobie nad tym przybijamy piątkę, nad koncepcją, że naszpani od Mastodontów jest nieczułym postpruskim robotem winnym temu, że Dynia nie chce wiedzieć, ile to jest fierundachcykpluszibcyk i gdy ostatkiem sił wywijam się z krępujących (sic!) prób kangurowania, z kontaktu skin-to-skin,  to mi psycholożka na odchodne, oprócz sierści, zrzuca aksjomat, że dla dobra dziecka matka winna pozostawać w domu do chwili, gdy to dziecko osiągnie przynajmniej piątą klasę. Jak to robią na Ukrainie i co wszystkim na dobre wychodzi, a szczególnie wynikom dodawania.
(Na pierwszy a nawet drugi rzut oka, to kusząca perspektywa skoro w pracy poniewiera mną już nie tylko Jesus, ale także Pablo Escobar oraz delegacja amoralnych Wikingów - przedstawicieli Norweskiego Przemysłu Garbarskiego. Ba! W drodze do fabryki, na peronie podmiejskiej kolejki, gołąb! GOŁĄB! zachodzi mnie od tyłu i wyrywa mi z ręki śniadanie – mój ostatni bezglutenowy, kukurydziany wafel! Mnie! Mimo, że w tłumie dookoła wybór jak na szwedzkim stole! Yormy, kormy, pyzy, dewizy, pikantne glutamaty i krwiste dramaty.)

Och! Ta świeżości epifanii dwudziestopięcioletnich absolwentów! Prymusów policealnego, wieczorowego studium psychologii ezoterycznej! Epifanii wygenerowanych podczas lektury Coelho i w macierzyństwie duchowym, które obejmuje siostrzeńca Romczika-Tomczika. Raz w miesiącu. Przez internet.
(Po kwadransie rozmowy z ukraińską, szkolną psycholożką, wydaje mi się, że wiem o wiele więcej o jej życiu niż chciałabym, a już na pewno więcej niż zakładałby to konserwatywny model relacji pacjent-terapeuta.)

Bo to było tak.
We śnie umarła matka małej Chinki z pierwszej klasy.
Nie znalazłam na Dyni śladów poliestrowej angory, zakładam więc, że nikt dzieci, które usłyszały tę historię w chirurgicznie precyzyjnym detalu od małej Chinki, raczej nie przytulił.
Szkoła przemilczała sprawę, a przynaglona do reakcji, wyszła ze sprawy kuchennymi drzwiami, wprost do kościoła, skąd dzieciny (wyłącznie sekcja religii katolickiej) powróciły z prowizorycznie kojącym wnioskiem, że pokój na świecie, nieśmiertelność, lekarstwo na raka to kwestia ilości świeczek ustawionych pod ołtarzem lub ich braku.
Prowizorycznie kojącym, bo w nocy Dynia zakrada się, żeby sprawdzić, czy oddycham.

©kaczka

[381]

[6 Jan 2018]


(...)
Okazja sama wpadła mi w ręce.
Okazja miała strukturę dwóch meksykańskich praktykantek błąkających się od jesieni po korytarzach Przymierza, przykładających sobie kataplazmy z tortilli jako lek na tutejsze, depresyjne zjawiska meteo i nieukojonych w swej tęsknocie za UV z Cancun.
Trochę potrwało zanim połączyłam kropki faktów, ale gdy już je połączyłam to w mej wyobraźni wykiełkowała z tych kropek piñata, taka klejona na miarę królewskich urodzin Biskwita, i krótko mówiąc, sprzedałam ten pomysł praktykantkom jako formę terapii zajęciowej.
Dziewczęta ocknęły się z letargu wywołanego przymusową krioterapią i entuzjastycznie przyjęły pomysł, by zorganizować nam warsztaty z lepienia kul z bibuły.
Czy entuzjazm spowodowany był tym, że nie wypada odmawiać przełożonym, czy prawdziwą, wypływającą z serca potrzebą dzielenia się ze wszechświatem swoją narodową spuścizną, to niech tam sobie osądza historia. Jednakoż gdyby te kropki faktów połączyły mi się w inną konstelację, to przecież mogłam zażądać skompletowania orkiestry mariachi, skonstruowania urządzenia do destylacji tequilli, zbudowania z tacos makiety świątyni Azteków albo wyreżyserowania oscarowego musicalu o Zorro z puebla. Czymże jest więc, w obliczu takich wyzwań, popołudnie spędzone z nieletnimi dilerami chaosu, fermentu i końca świata?
Bułką z masłem?
Tortillą z serem?
(W dodatku jedna z praktykantek wyznała, że listę jej najważniejszych życiowych osiągnięć otwiera zrobienie księżnej Diany z piñaty. Lub odwrotnie.)
I tak oto, pewnej grudniowej niedzieli zgromadziłam nad wanną krochmalu czterdzieści pięć nóg i rąk. Ludzi było jedenaścioro, a czterdziesta piąta noga należała do kanarka, który drugie z posiadanych odnóż zawsze podobno chowa na czas snu.
Kwatera nie była nasza, kanarek też nie. Było to posunięcie strategiczne, co doceni każdy, kto wyobraża sobie rozmach sprzątania po dziecinach nurkujących w krochmalu i wytarzanych w strzępach periodyków codziennych.
Nasze były jedynie Dynia i Biskwit oraz dwanaście kilometrów krepiny, która jak się okazało, znakomicie farbuje namoknięte cherubięta odratowane z wanny krochmalu.
Jak to zaprojektowała natura, dzieciny wytrzymały trzy kwadranse tego ordunku, a następnie pobiegły przed siebie, zostawiając na wszelkich  białych powierzchniach niezmywalne ślady we wszystkich dostępnych kolorach krepiny.
Przy wannie krochmalu pozostali tedy najbardziej ambitni (czyt. kaczka), ci, którzy oparli się winu i ciasteczkom (czyt. kaczka) i ci, którzy postanowili w końcu też osiągnąć jakiś życiowy sukces (czyt. kaczka). Zatem, gdy pozostali wyrośnięci uczestnicy zapadli się w stagnację, w miękkie kanapy, w kofeinę, w podgrzewany etanol i w karbohydraty, wykorzystując ten magiczny moment, że krochmal na dziecinach zastygł i ograniczył ich mobilność, kaczka kontynuowała lepienie motywowana przez matkę jednej z praktykantek - Arriba! Arriba! - w bezpośredniej łączności video z Mexico City.
W ten oto sposób nad naszą słowiańsko-germańską stajenką zawisła w tym roku meksykańska gwiazda z bibuły, do której laparoskopowo wprowadzono trzy kilogramy żelatynowych misiów i hamburgerów z cukru.
Oficjalne obchody urodzin, jak to u królowych w zwyczaju, odbyły się w zupełnie inny dzień niż ten wynikający z metryki.
Biskwit, o dziwo, nie miał specjalnych wymagań względem prezencji tortu, więc idąc za niesłabnącą popularnością poprzedniego montessoriańskiego wypieku pod kryptonimem 'najlepsze ciasto ever z bio warzyw i bez cukru', tort i tym razem, ku wielkiemu ukontentowaniu solenizantki, upiekli Dr Oetker i Dr Norweski.
Z torebki instant.
(Gluten, laktoza, galaktoza, czekolada, wosk, wanilina, etylina i May Contain Nuts.)
Jeśli chodzi o lincz piñaty to trwałby on może do dziś, to jej powolne konanie w mękach, ta agonia krepinowych wstążek, gdyż albo dzisiejsze przedszkolaki takie cherlawe albo piñata taka z cementu, odporna na broń masowego rażenia. Zaistniała nawet obawa wyszeptana przez tylne szeregi malkontentów, że pierwej piñata ulegnie biodegradacji niźli komukolwiek uda się rozpruć jej wnętrze.
Na szczęście w odpowiednim momencie pojawiła się Dynia, która jako negatyw karateki (czarne wdzianko, biały pas) celnym wykopem uratowała choinkę, kredens, rodzinną porcelanę, kilka czaszek, telewizor i honor swej brygady ninja nim dopadła ich grupa wiekowa 3-5 lat wyposażona w kij samobij.
(Warto inwestować w wietnamskie sztuki walki.)
Niestety, w opinii Biskwita z piñaty wypadły wyłącznie rozczarowania i nic więcej jak tylko ogromna frustracja. W kulminacyjnym momencie deszczu karbohydratów  Biskwit nie zdążył się przebić przez tłum i nadbiegł, gdy większość uczestników imprezy stosowała już taktykę zajęcia przez rzucenia się ciałem na potencjalne łupy, Naturalną konsekwencją tej taktyki było udawanie padliny i brak reakcji na bodźce zewnętrzne w nadziei na przeczekanie konkurencji.
Zatem w tym wymarzonym, najpiękniejszym momencie imprezy, Biskwit stał i wył z rozpaczy, a reszta uczestników leżała w przedziwnych pozycjach przyklejona do podłogi misiami Haribo.
Z lotu ptaka wyglądało to jak masakra podczas gry w Twistera.
Słowem, chciałam dobrze, a wyszło jak w każde urodziny.
Nie idźcie tą drogą!
(A jeśli nalegacie to prawdopodobnie prościej byłoby zrzucić Haribo nad dzielnicą z helikoptera albo rolniczego samolotu do oprysków stonki.)


(...)
Święta miały podszewkę z sałatki z kartoflem, kaczki z jabłkiem i bezy z agrestem. Każde danie jedzone z porcelany po prababce miało jakąś historię, podtekst i drugie dno. Taka osobliwa sederowa wieczerza, z której jak Karpaty wypiętrza się niespodziewanie rodzinna tradycja. Nasza własna tradycja.
Na krzywy dziób dostaliśmy polski bigos, ruskie pierogi, angielski ser i talerze, fiński salmiak, francuską musztardę, portugalskie kieliszki oraz belgijskie piwo.
I torcik wedlowski.
I przeogromnie dużo dobra, zatroskania i czułych gestów.
Czas przyjemnie wyhamował.
Żywa choinka sypiąca łupieżem igieł miała dwa zdobne czubki, gdyż jak wiadomo, nie byłoby sprawiedliwie, gdyby tylko jedno dziecko nabiło na pal jednego bezstopego anioła z rozbieżnym zezem.
Przybyło ręcznie wykonanych ozdób, których obsesyjno-kompulsywną produkcją żyją w grudniu placówki edu, a które od siedmiu lat skrupulatnie gromadzimy.
Obejrzeliśmy Arabellę z niemieckim dubbingiem [1], Biskwit ograł nas pięćset razy w Monopoly, przyjechała Bebe ze swoją podstawową komórką społeczną i z bezglutenowym plackiem z maku oraz bananów, Dynia spędziła dzień w zoo ryjąc w sowich wypluwkach [2]  i obdarowując nas hojnie wydłubanymi zeń mikroszkielecikami rodentów.
A teraz trzeba znów odpalić kółko dla chomika.



[1] Jarecka kazała.
[2] Jak jej matka dwadzieścia lat temu!


©kaczka