[390]

[20 Aug 2018]
Kaczkopolis. Architekci bez wytchnienia kładą plany nowej republiki.
(...)
Zakończenie roku szkolnego nie przyniosło wcale wyzwolenia od codziennej udręki dostarczania cherubiąt do placówek wychowawczych. Podniosło jedynie tę udrękę na kolejny, bardziej wyrafinowany  poziom.

Władze dwóch okolicznych miast i łączacych ich torowisk, a konkretnie to jakiś nienawidzący ludzkości Stavro Blofeld, zażądały rearanżacji wszystkiego. W tym celu zerwano asfalty, wywleczono na powierzchnię kanały, przestawiono domy, jeziora przelano w inne miejsca, a przy okazji zastąpiono dysfunkcyjną komunikację miejską jej jeszcze bardziej (choć to po ludzku  wydaje się zupełnie niemożliwe) dysfunkcyjnym erzacem. Landszaft, jak okiem sięgnąć, wygląda jak dzień po ataku monstrualnego kreta z kosmosu.
Projekt planowo ma trwać miesiąc, ale to samo onegdaj mówiono o tym nowym lotnisku w Berlinie, więc zachowuję umiarkowany optymizm.

Pierwsze dni sierpnia, czas, gdy funkcjonowało jeszcze przedszkole, ale młodzieży szkolnej należały się już półkolonie, wspominam jako okres, gdy wstawałam o piątej, hulajnoga, pociąg, autobus, tramwaj, hulajnoga, nie-zgubić-żadnego-dziecka, skrótem przez ogródki działkowe, pociąg, hulajnoga i już przed dziesiątą byłam w pracy.

Skrót przez ogródki działkowe w sezonie klęski urodzaju skutkował zazwyczaj a to siedmiokilową cukinią, a to wanną porzeczek, a to pomidorami wielkości piłek futbolowych. W cieniu i wodnej mgle ludzkość bywa nadzwyczajnie hojna i życzliwa. Odwrotnie niźli w autobusach zastępczych, gdy musi zrobić miejsce dla cukinii i hulajnogi. (Jednocześnie okazuje się, że jedną dorodną cukinią przerobioną na placki ziemniaczane można żywić czteroosobową rodzinę przez ponad tydzień. Byleby je tylko porządnie przypalić, bo religia zabrania Biskwitowi jedzenia chlorofilu.)

W sierpniu Montessorianie zaapelowali, by w czynie społecznym skopać teren pod trawnik, bo akurat ich podwórko ominęły plany Blofelda. Zapisani byliśmy całą rodziną w najupalniejsze z niedzielnych popołudni. Tymczasem, dwa dni wcześniej podczas zakończenia roku szkolnego (tym razem ja przyniosłam wegańskie kotlety, a rolę czarnego charakteru odebrała mi australijska matką z sałatką z mielonego z koali) Biskwit z bandą poddanych sobie kurdupli zaczął wydłubywać z tej ziemi szklaną stłuczkę, butelki po Budweiserze i od niechcenia dekorować nimi low-fat, no-meat sojowy sernik z czekoladą z cykorii na talerzach dyrekcji i trójki rodzicielskiej. W ten sposób Biskwit nie tylko wywinął siebie i nas z tego czynu społecznego, ale jeszcze sprawił, że w wyniku detalicznych oględzin terenu okazało się, że ziemię należy zerwać do wysokości minus czwartego piętra schronu przeciwatomowego usytuowanego pod przedszkolem. Najpewniej buldożerem.
(Nie wiem, czy te potłuczone butelki leżały tam naprawdę od czasów Reagana. Biskwit odmawia składania zeznań bez obecności adwokata.)

Również w sierpniu na naszej posesji złe wstąpiło w naturę.
Jeż-neurastenik potrząsał nocami szopą na rowery. Przyklejone u powały jaskółki mnożyły się na potęgę, defekując na najbardziej reprezentacyjny kawałek tarasu, jak pozbawione samokontroli maszyny do produkcji guana, a wreszcie jakiś ornitologiczny Kain wypchnął z gniazda dziobatego Abla prosto w miskę müsli należącą do Biskwita. Ponieważ nie było świadków zdarzenia, ani chętnych do przeprowadzenia sekcji zwłok, pozostanie niewyjaśnionym, czy nieboszczyk nie przeżył upadku, czy utonął, czy może skonał z przeżarcia. Dwa dni później, podobna bratobójcza napaść miała miejsce po drugiej stronie dachu, gdzie zalęgły się gołębie. W tym wypadku potencjalny nieboszczyk wylądował na naszej wycieraczce, gdzie siedział smutno gulgocząc, a potem zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. (W wersji dla Biskwita: wspiął się po ścianie używając czekana oraz lin i wrócił na piechotę do gniazda.) Ledwieśmy nad tym przeszli do porządku dziennego, a już kot sąsiadów upolował kosa z gniazda na jabłonce za płotem i triumfalnie przeszedł z ofiarą wśród bawiącej się w ogródku młodzieży. Patriarcha kos miast zaatakować kidnapera, lotem koszącym napadł na młodzież i to była ta kropla, która przelała mój naparstek tolerancji. Dość tej ewolucji, weganizmu, pokoju, miłości, szachów, Krystyny Czubówny i Davida Attenborough! Z myślą o następnym sezonie doboru naturalnego zamówiłam w Chinach elektronową atrapę orła bielika (rozstaw skrzydeł siedem metrów, ruchoma, obrotna głowa z fotokomórką, zamiast oczu dwa lasery kryptonowe a w bonusie playlista z boomboxa zawierająca głosy siedemnastu gatunków sępów, sapanie sowy pójdźki, największe przeboje Krzysztofa Krawczyka i kompilację sejmowych wystąpień ministra Szyszko.) Tę wyklepaną w garażu w Pekinie atrapę cynicznie i bez skrupułów planuję przybić na słupie na środku podwórka tuż obok niedźwiedzia grizzli z poliestru uzbrojonego w sterowany dżojstikiem miotacz płomieni i wulgaryzmów.
Jak czule nie myślałabym o faunie i florze oraz przyszłości planety to zeskrobanie z okien i parapetów tony zasuszonego guana, przenoszenie szopy w tę i z powrotem, wyplątywanie ptasich kamikadze z dziecięcych koafiur, całodobowe tupanie po dachu jakby gołębie przychodziły na świat w holenderskich chodakach, hobbystycznie składały meble z Ikei lub tańczyły flamenco, dwa pogrzeby (w tym jeden pod osłoną mroku) skutecznie wypłukały ze mnie miłość do bastardów Matki Natury. A przecież nawet nie wspomniałam o wijcach, z którymi szarpałam się o kubły na śmieci, o choince ciskającej w nas szyszkami, o ślizganiu się na dzikich śliwkach i o tym, że gdy uzbrojona w teflonową rękawicę kuchenną upiłowałam oset z ambicjami sekwoi i zdeponowałam jego szczątki w kuble na odpady organiczne to on tam kompletnie odłączony od korzeni i w ciemnościach, euforycznie zakwitł i wyprodukował nasiona!

W sierpniu również importowaliśmy z Ojczyzny zaprzyjaźnioną osiemnastolatkę, by dopilnowała nam Dyni i Biskwita. Dla mnie było to ekscytujące doświadczenie – antropologiczne safari wśród wąwozów pooranych różnicami pokoleń. Dla osiemnastolatki - spotkanie z przedstawicielami obcej cywilizacji reprezentowanej przez Biskwita. Ponoć najtrudniejszy był dzień, w którym Biskwit wyszedł przed dom w pidżamie, przywiązał się do ulicznej lampy paskiem od szlafroka i piskał żałosne mamomamomamomamomamo, a wszystko to w odwecie za nietrafny kształt kanapki podanej mu na śniadanie. Wrażliwa osiemnastolatka przeszukała internety w temacie, ile może wytrzymać dziecko bez jedzenia, a w obliczu sprzecznych informacji wykonała naprędce kilkanaście modeli kanapek, z których ostatecznie Biskwit wybrał jeden i skonsumował siedząc na wycieraczce bo tak. Po tak traumatycznych przeżyciach osiemnastolatka nawróciła się na drogę cnoty, poprzysięgła, że zda maturę, zaczęła czytać klasyków, w tym Huxleya (recenzja: zero fabuły, prawie nic o seksie) i złożyła dobrowolne śluby czystości i bezdzietności. Biskwit za to złożył raport do statku-bazy, że ludzkość (z okolicznościowym wyjątkiem matki i jednej naszpani z przedszkola) można prowadzać na pasku (również tym od szlafroka).

A potem dzieciny wyjechały na wakacje do Hauptcioteczki. Od kilku dni w domu wszystko leży na swoim miejscu, pod stopami nie chrzęszczą ludziki z plejmobilu ani okruchy precli, nie zostało już nic do uprania, jaskółki lecą do Afryki, pod zamek nie podchodzi las, a w uszach dzwoni cisza.
Zaraz oszaleję.

©kaczka
23 comments on "[390]"
  1. Miesiąc to projekt trwa jak na terenie wykopalisk nie znajdują dajmy na to zabytkowego magla jak u nas. Wtedy albowiem nie wiadomo, czy robić, czy szukać zaginionego miasta pod powierzchnią.
    Ja żywiłam rodzinę dwoma monstrualnymi kabaczkami :DD. Podejrzewam, że mielone z koali też by do nich idealnie pasowało :DD.
    Atrapa orła bielika mnie powaliła. Kaczko, Ty jak już coś napiszesz, to napiszesz! :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Otoz wlasnie. Miesiac minal. Miasto stoi jak wryte. Liczba dziur w ziemi nie maleje. A ja to tylko czekam, ze nie magiel ale jakis powojenny niewybuch w tym szale rycia wydobeda na powierzchnie.

      Kabaczki! Co mozna urzezbic z kabaczkow?! Kabaczki wydawaly mi sie zawsze warzywem dekoracyjnym :P /kaczka

      Delete
  2. Od razu mi sie przypomniala ptaszyna, która dzien w dzien - co ja gadan, NOC W NOC, bo to trzecia rano byla bodajze, spiewala mi serenady na drzewie pod oknem. Bardzo glosno i dlugo.
    W zyciu nie mialam takich zlych i paskudnych mysli. W zyciu.
    Wiec tej waszej kumulacji to nawet sobie nie wyobrazam :)

    Atrapa orla to wynalazek okrutny, jestes bezlitosna ale Cie rozumiem, rozumiem. Tylko czy ten Krzysztof Krawczyk przypadkiem nie bedzie wiekszym problemem dla was niz dla ptactwa?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Diable, a ja dzien w dzien, ssac kciuk i kiwajac sie w katach autobusow zastepczych, wspominam twoje historie z czasow, gdy ten sam kret pustoszyl twoje miasto. Trzynascie przesiadek wydawalo mi sie wtedy dosc naciagana fikcja literacka... Zycie, jak ty potrafisz zaskoczyc :P

      Delete
  3. Biskwit ma to po Matce. Ty też bowiem wodzisz tłumy na pasku splecionym z przymiotników rzeczowników i przydawek.

    Twoje wizję ochrony przed nieokiełznaną przyrodą jako żywo przypominają katastroficzne japońskie filmy z lat 60tych. Już widzę wiosenny casting dla Gastarbeiterów który najbardziej przekonująco ryczy w gumowym kostiumie Godzilli!

    ReplyDelete
    Replies
    1. ... w kostiumie skrzydlatej Godzilli!
      :P

      Delete
  4. Nasz sąsiad sam sobie wyrzezał orła z pianki poliuretanowej i osoboście nałożył polichromię. Teraz nawet głupi kopciuszek do nas nie zagląda.
    A co proponujesz na krety? Jarecki plus szpadel plus JP ze swoją pułapką z butelki pet plus wiatrak nabyty na cmentarzu dla psów są bezradni.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mój Tata skutecznie walczy taką pułapką - rurą. Wchodzi w to kret i się zamyka. Zakłada się to w tuneli kreta, za pomocą rozgrzebania i grubych rękawic (żeby nie było zapachu człowieka).

      Delete
    2. Troche skrece z tematu. Jarecka, blagam, rozwin mysl: bezradny wiatrak na krety nabyty na psim cmentarzu. What the... ?!?!!!

      Na krety najlepszy chyba jest beton. Dwumetrowa warstwa pod trawnikiem :P
      Nie chcialabym zapeszyc, ale tu jeszcze zaden kret nie siegnal. I o rany, niech tak zostanie!

      Delete
    3. Kiedyś przeczytałam, że na krety najlepsze jest składane krzesełko i piwo. Rozkładasz krzesełko na trawniku i otwierasz piwo. Po trzecim piwie już Ci wszystko jedno. A tak na serio, skąd ta nienawiść do kretów? Kret ma korytarze dosyć głęboko i trawnik się nie zapada a kopce trzeba rozgarnąć i zostanie tylko niewidoczna dziura w ziemi. Rozsypaną ziemię i tak trawa przerośnie i nie będzie śladu.

      Delete
  5. U nas był przez trzy sezony desant nieopierzonych szczochów na balkon. Kolejno: Eustachy, Euzebiusz, Eulalia, oraz Eugenia oznajmiały swoją obecność piskiem, który alarmował naszego psa, który następnie (pies, nie pisk) raportował nam radośnie o intruzie. Za pierwszym razem odjęło nam rozum i wezwaliśmy ekopatrol, który przyjechał, a jakże, po jedynych 6 godzinach. W tym czasie nafaszerowana wiedzą z końców internetów ugościłam szczocha żółtkiem oraz wodą, umieściłam w wyłożonym na miękko pudełku i ogrzewałam światłem lampy. Za kolejnymi razami już nam rozum pozostał na miejscu (przytomnie wydobyliśmy od ekopatrolu miejsce zwożenia nielotów) i zawieźliśmy szczochy do całodobowej przychodni, gdzie wybitnie przystojny weterynarz (czyli, że karma wraca) podał im schabowego w płynie, a następnie zawieźliśmy do zoo, gdzie bardzo śpiący i mało przystojny cieć (czyli, że karma to dziwka) awanturował się, że nie weźmie. Mieliśmy jeszcze dwa nołnejmy. Jeden opierzony, ku odmianie, siedział w mojej pelargonii, ekopatrol telefonicznie nie kazał ruszać, bo się podobno miał uczyć latać i jego rodziciele o niego dbają (karmią i dają lekcje). Ekopatrol nie wziął jednkowoż pod uwagę kwestii wydziedziczenia, bo opierzony nołnejm kipnął w tych moich pelargoniach. Drogi nołnejm tak bardzo uczył się latać, że piernicznął w szybę z prędkością myśliwca i tym samym przeniósł się na drugą stronę. Na szczęście, bo jak spanikowana dzwoniłam do Taty z odwiecznym zapytaniem "co robić, jak żyć", to kazał reanimować. W tym zatem roku: 1) pies na wakacjach u rodziców (żeby mi nie znajdował szczochów), 2) kwiatów na balkonie brak (nie dość, że potencjalny grób, to inny pierzasty zakopał mi tam raz udko kurczaka), 3) nie myję okien.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja bym kwiaty zostawiła. Najlepiej lilie albo kalie. Na nagrobki jak znalazł. ;)

      Delete
    2. Idźmy dalej - chryzantemy! (złociste)

      Delete
    3. Nie od dzisiaj wiadomo, ze stanowczo najlepsza czescia bloga kaczki jest loza komentarzystow!
      Pierzaste powinny miec na szyjach takie tabliczki z informacja, czy sa zajete konaniem, czy lataniem, bo jasna cholera, trudno rozpoznac.
      Jesli chodzi o powiekszajaca sie liste nieboszczykow to teraz napotykam na duzo ofiar dziki krolik kontra rower lub samochod. Na szczescie to juz za tym rogiem, gdzie ide samotnie, porzuciwszy dziateczki w placowkach, wiec smutek nad przemijaniem i jego gwaltownoscia - jednoosobowy.

      ... jak zlociste to wylacznie w pollitrowce po czystej!

      Delete
    4. Skoro szalejemy to proponuję plastikowe kwiaty, jakie bądź, można uprać, nie trzeba podlewać i służą wiele sezonów.

      Delete
  6. Kocham Cię, Kaczko. Znam kilku ludzi piszących tak, że lubię to czytać – ale Ciebie czytam z radością, z zamierzonym spowolnieniem (siebie w czasoprzestrzeni), z taką soczystą błogością, jak przy jedzeniu arbuza. Twój poziom abstrakcji mnie rozkłada. Na elementy. O, chyba sama sobie wyjaśniłam – to nawet nie jest kwestia Twego stylu (och, nie, no słowa złego o nim!...), tylko stanu umysłu właśnie. Przepraszam Cię za tę nieuprawnioną krytykę, tłumaczę się afektem. Bądź pozdrowiona.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Monko!
      kaczka jako stan umyslu to komplement stulecia!
      Wycinam go sobie i wrzucam na pulpit!
      LOVE!

      Delete
  7. Kaczko, a Ty jesteś pewna, że nie przyniosłaś z fabryki jakiegoś ciekawego ewoluującego szczepu, który spowodował mutację fauny i flory w Twojej okolicy?
    A i jeszcze jak tak pochopnie będziesz zatrudniać osiemnastolatki do opieki na progeniturą to ludzkości zacznie grozić wymarcie z braku potomstwa. Musisz jakoś uodpornić młodzież na dzieci. Może jakaś szczepionka się znajdzie u Ciebie w fabryce?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dodajmy, ze odstraszanie osiemnastolatek od prokreacji, jakby nie spogladac, bylo dzialaniem sabotazowym wymierzonym w polskie fundusze emerytalne. Aczkolwiek osiemnastolatka ma miedzygalaktyczne aspiracje zawodowe, wiec mogl to byc poczatek ogolnoswiatowego kryzysu. Efekt skrzydla motyla zamieniony na efekt skrzydla kaczki :P

      W kwestii mutacji, nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Nie zapominajmy jednak o Norweskim i jego podejrzanych syntezach :P

      Delete
  8. Aaale zrobiłaś mi dzisiaj dzień! Moi siedzieli 2 tygodnie na jakiejś wsi z kuzynką i ja czułam się dokładnie tak samo O_o Ale za to niewdeptywanie po ciemku w klocki lego ma w sobie coś kuszącego...
    pozdrawiam i proszę - PISZ CZĘŚCIEJ :*

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rosamar,
      O rany, gdybym tylko mogla to najchetniej nie wstawalabym od tej klawiatury, wyskakiwala z kazdej lodowki i wychynala z kazdej konserwy (nie tylko tej z pasztetem z kaczki). Ale cholera, z czegos zyc trzeba! I te dzieci takie zajmujace...
      Cmok!

      Delete
  9. Uff, to u nas tylko zerwali parking przed Różową, bo chyba robią nowy, choć na razie wygląda to na basen, i teraz codziennie muszę parkować na czyimś trawniku plus obowiązkowo zaryć lewym kołem oraz lepiej-nie-wiedzieć-czym-jeszcze w krawężnik. Profilaktycznie nie oglądam swojego samochodu, podchodzę do niego na czuja, z zamkniętymi oczami.

    I - och!, to młode pokolenie jakieś takie mało odporne jest! Moja bratanica po jednym pełnym dniu z Fruzią wycieńczona padła na kanapę i z uznaniem wyszeptała, że ona nie wie, jak ja to robię. Pogłaskałam ją tylko po głowie i pomyślałam, że cóż, są rzeczy, których lepiej nie wiedzieć... (Popieram kapelusznika, nie straszmy już więcej młodzieży naszymi dziećmi!)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Macie parking przed Rozowa!
      Szczesciarze!
      My mamy plac z betonu aka podworko do zabawy (przyszly ogrodek wciaz wyscielony szklana stluczka), ktory to plac personel z poswieceniem kilka razy dziennie obstawia slupkami wydzielajac tam miejsca do parkowania. Brama waska, trzy samochody to juz tlok, a na ulicy zakaz parkowania, bo ciezarowki z fabryki psiej karmy sie blokuja. Dorzucmy do tego Norweskiego, ktory ciaglosc lakieru na swoim samochodzie traktuje jak relikwie. Horror! Horror!

      Tak, mlodziezy dzieci tylko na zdjeciach! Z retuszem!

      Delete