Saturday, May 28, 2016

[275]

[28 May 2016]

(...)
Idzie czerwiec.
W czerwcu, wiadomo, urodziny Dyni oraz rozbuchane ambicje odnośnie tego, co ma reprezentować sobą tort urodzinowy.
(Co ciekawe, Biskwit mimo, że odrósł od ziemi w tym samym gospodarstwie domowym, cznia wygląd fenotypowy urodzinowego wypieku, gardzi glazurą i gipiurą. Biskwita interesuje wyłącznie to, by pożoga z wbitych w zakalec świeczek była spektakularna, a gaszenie długie i wymagające zawezwania straży pożarnej.)
Jednakoż i Dynia w tym roku zaskoczyła mnie nadzwyczaj przyjemnie, gdy okazało się, że jej wizja obchodów szóstej rocznicy nie uwzględnia mnie jako podwykonawcy. Słowem, (czy czujecie tę euforię?) nie dostałam zlecenia na wypiek!
Przetarg wygrała miejscowa lodziarnia. Dynia wymyśliła bowiem, że poniesie Szwabskim Kluseczkom jakąś scenę batalistyczną z trzydziestu gałek na kruchym spodzie: ‘Elsa spotyka Spidermana', a tu i ówdzie przytyknie się kawałki Krainy Lodu, obóz Ewoków, budkę telefoniczną Supermana, Gwiazdę Śmierci, girlandy, posypkę, fajerwerki i zasmażkę. A wszystko to na różowo.

O, gdybym umiała czytać przyszłość z fusów lub raczej krzaczastych brwi naszpań, nie spieszyłabym się tak by emanować radością wynikającą z cukiernicznej amnestii.
Ba! Gdybym umiała odczytywać tę przyszłość od razu wraziłabym sobie w mózg ubijaczkę do jajek, a do kolan przyłożyła odbezpieczony blender...

Ustrojowi polityczno-społeczemu w placówce edukacyjnej najbliżej jednak do feudalizmu. Jest Wszechmogąca Dyrekcja oraz naszpanie większe i naszpanie małe, takie pańszczyźniane.
Szwabskimi Kluseczkami zarządza naszpani większa przy użyciu dwóch naszpań małych, z czego jedna złożyła chyba śluby milczenia, albo wyrwano jej język.
Podczas minionego tygodnia niespodziewanych dla mnie wakacji naszpani większa trafiła do szpitala z podejrzeniem zapalenia pęcherzyka żółciowego.
(Albo nadużyła sznycli, albo brak Kluseczek sprawił, że żółć nie znajdowała regularnego ujścia.)
Zarządzanie Kluseczkami przekazano naszpani mniejszej, tej wymownej.

- Zaanonsuj naszpaniom, że Dynia przyniesie tort z lodu. Niech się wyrażą względem BHP i salmonelli – poprosiłam nonszalancko Norweskiego pierwszego dnia afery, która do historii przejdzie jako Die Eistortekrise. (W skrócie:  Trzy dni, które wstrząsnęły światem)
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by uprzedzić, że naszpani się zawiesiła pod ciężarem tej wiadomości i zażądała parametrów technicznych tortu.
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, hiperwentylująca się naszpani czekała już na mnie z półgodzinnym wykładem na temat budowy zamrażarki i dopuszczalnej kubatury struktur lodowych, które od biedy można w niej zmieścić.

Drugiego dnia afery, poprosiłam Norweskiego, żeby z wrodzonym sobie wdziękiem poinformował naszpanią, że osobiście zsynchronizuję z nią zegarki i o dowolnej porze podam jej przez okno tort przyniesiony bezpośrednio z lodziarni za rogiem. Tak, aby wykluczyć udział zamrażarki.
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by uprzedzić, że naszpani jest w histerii, gdyż skonfrontowała swoją decyzję na temat tortu z lodu z pacjentką Oddziału Pęcherzyków Żółciowych i nie otrzymała zgody.
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, hiperwentylująca się naszpani czekała już na mnie z półgodzinnym monologiem o tym, jak to mama Ulryczka już w roku 1410 zarezerwowała sobie wnos lodów na urodziny syna, które pechowo wypadają w tym samym tygodniu co i urodziny Dyni.
Naszpani większa z łoża boleści orzekła autorytarnie, że dwa razy w tygodniu lodów być nie może. 'I czy względem tego, Frau kaczko, może pani jednak upiec placek dla dwudziestupięciu osób...'

[Oszalały! Oszalały! Miałabym w służbie ideologii zabraniającej dzieciom zmasowanej konsumpcji lodów, poświęcić noc pod piekarnikiem i dziergać coś w lukrze i cukrze? O nie, nie! Na barykady!]

Trzeciego dnia afery, poprosiłam Norweskiego, żeby poinformował znękaną naszpanią, że nie upiekę, bo szanuję wizję mego dziecka, a szacunek to przecież nasz wspólny paradygmat wychowawczy (...i błagam, Norweski, przemilcz, że to dlatego, że jestem leniwa.)
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by przekazać, że musiał zdefibrylować naszpanią, która jednakże słabym głosem apeluje ... to może ciasteczka? Albo babeczki?
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, zdefibrylowana naszpani czekała już na mnie w stałym miejscu, we framudze, by streścić mi wszystko, co do tej pory z uwzględnieniem pęcherzyka żółciowego i Ulryczka i ewentualnie zgodzić się na parówki i precle...
- Naszpani kochana – rzekłam. (Niby kaczka, a jednak przebiegła jak lisica!)  – Ja to nawet nie wiem, czy Dynia będzie w stanie dotrzeć na swoje urodziny w dniu urodzin, gdyż jak wiemy,  udaje się wcześniej do szpitala. Pisz pani w kalendarzu, Dynia, tydzień później, urodziny...
P R Z E K Ł A D A M Y!!!
- Ale ja nie wiem, czy tak można! – zawiesiła się ponownie naszpani i załkała żałośnie.  – Skąd będziemy wiedzieć na kiedy przygotować papierową koronę!!!
(Nie napiszę tego, co sobie pomyślałam. Po prostu to wykropkuję.)
...
...
...
...
Faktycznie. No skąd?
...
...
...
AAAAAAAAAAAA!
...
... 
ZADZWONIĘ!!!

Mimo to, gdy wychodziłyśmy z placówki naszpani uparcie mantrowała: '... ale zawsze można jednak placek, albo ciasteczka, albo parówki... może parówki... parówki byłyby w sam raz...'


Błogosławieni, którzy nie mają innych zmartwień. Ci to wiedzą, jak je sobie seryjnie produkować!


(...)
Tymczasem trwa aukcja TRZECH (!) prac Emilii Dziubak. Pośród nich, niedostępny już nigdzie plakat ‘Tu czytam’, osobisty egzemplarz Autorki!


©kaczka

Tuesday, May 24, 2016

[274]

[24 May 2016]

(...)
Klisza utrwala moje dziatki w pozach archangelicznych. Retuszuje fonię, wyrazy obelżywe, akty powszedniej przemocy i wprowadza w błąd.  Trudno zliczyć, ilu dało się już nabrać na wymiar 2D, na odprasowane w kant kołnierzyki i niesplamione obiadem podołki. Na rumiane twarze wyszorowane ryżową szczotką  i czyste, bo ukryte za plecami, paznokcie.
Czuję się w obowiązku zdementować. To wizualna propaganda! Albowiem dzieciny moje potrafią, choć trudno w to uwierzyć, stać się również obiektem dyzgustu.
Nadeszło lato, kilkakrotnie w ciągu tego miesiąca. Sąsiedzi z dołu wynieśli do ogrodu swe gorącokrwiste, sycylijskie życie osobiste, parasol, zapasy filozoficznych przemyśleń, dania obiadowe i kolacyjne, napoje zimne i gorące, jak również  psa i królika.
Robią nam swoim donośnym dialektem namiastkę Werony.
Werony, bo my dla efektu dorzucamy wiszący nad nimi balkon i schnące na sznurkach gacie.
Dzieciny jak dwie surfinie, niepomne pouczeń, wiszą na tym balkonie bezczelnie gapiąc się na sąsiadów.
Taka architektura. Promocja zadzerżgiwania więzi. Nie da się nie gapić.
Tyle naszego, że dziateczki nie proszą o jedzenie.
Sąsiedzi znoszą tę obserwację nadzwyczaj mężnie. Raz, bo nawet do nieustannej inwigilacji można przywyknąć. Dwa, i to pewnie decydujące, bo czynsz jest subtelny.
Dynia z Biskwitem również wyniosły swoje życie osobiste na balkon. Zbudowały coś na kształt myśliwskiej ambony i namiotu beduinów przy użyciu stelaża suszarki oraz wszelkich dostępnych dywanów, obrusów, kołder i poduszek.
To początkowo mogło ucieszyć sąsiadów, osłabić ich czujność, sugerując chęć obyczajowego odcięcia się od ich równoległej egzystencji. Jednakoż dziewczątka podprowadziły Norweskiemu lornetkę z Bundeswehry i ochotnie jej używają, dzieląc się na głos (donośny!) obserwacjami antropologicznymi: ('Choooooodź! Zooooooooooobacz! Oni jedza taaaaaaakie OOOOOOOOOGROMNE frytki!' – Rozmiar frytek sponsorują parametry techniczne sprzętu oraz odległość od obiektu – w linii prostej góra dwa metry.)
Ale wracając do dyzgustu.
Sobotni, upalny wieczór, dzieciny na posterunku igrają skryte w ambonie, na dole w Weronie wnoszą przystawki, jest prawdziwa porcelana i kryształowe kieliszki, pięć rodzajów sztućców, możliwe, że w wazie podadzą zaraz zupę z raczych szyjek, albo na stół wjedzie homar z jabłkiem w pysku. Jeden z młodzieńców przyprowadził narzeczoną.
Siedzę oparta o balkonowe drzwi, czytam żarłocznie książkę i ignoruję informację podaną spod kocy, że siedemdziesiąta piąta bułeczka z masłem jakoś tak D Z I W N I E jednemu dziecięciu nie wchodzi.
D Z I W N I E! – tak mówi, a ja nic.
Oporna na znaki.
Gdy podniosę wzrok znad fabuły będzie to właśnie o te ułamki sekund za późno, przeznaczenie otworzy już drzwi kopniakiem i tymi drzwiami rozbije mi nos.
Gdy podniosę wzrok, fizys jednego dziecięcia będzie tonacji zielonkawej obiecującej gastryczny performans o niespotykanej skali.
Za późno by lecieć po wiadro. Bez szans.
Dość powiedzieć, fizys obiecał, fizys dotrzymał słowa.
Tam na dole w Weronie homar pośród rzeźb z marchewki. Tu na balkonie, metr nad homarem BLLLLLLLLLLLLLLLEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEUGH! i komentarz dociekliwego sprawozdawcy pochylonego nad treścią (!) wydarzenia:  'Maaaaaaaama! Oooooo... maaaaaaama! Tu! Tu! MARCHEWKA!'
(Faktycznie na obiad była marchewka.)
Naczynia i kieliszki w Weronie przestały brzęczeć.
Zapadła bardzo niezręczna cisza, przerywana jedynie entuzjazmem empiryka, który odkrył nawet więcej marchewki.
Nim zdążyłam się wychylić przez balkon, żeby tak Buona sera i Buon appetito się z państwem to państwo porwało już wszystko, co jadalne, a nawet psa i uciekło do domu.
Do dziś – siedem wsadów pralki później - stamtąd nie wyszli.
A myśliwi błyskawicznie ozdrowieli i znów dybią.

Lubię życie w małej płycie.

©kaczka

Friday, May 20, 2016

[273]

[20 May 2016]

(...)
Zabawne, jak względność czasu bije nagle po oczach, gdy okazuje się, że placówka oświatowa zawiesza się na tydzień.
Niby mówili, niby zanotowałam w kalendarzu, ale i tak, ta nagła przerwa zaskoczyła mnie jak zima drogowców, jak Panama Camerona, lub jak w 1980 roku koniec II wojny światowej kapitana Nakahirę.
Człek odbiera w piątek progeniturę, rzuca z o b o w i ą z u j ą c e: ‘To do poniedziałku’, a tu gromada nieprzyzwoicie pijanych szczęściem naszpań krzyczy: ‘Taaaaaak! Tego za siedem dni!’

[W tle fajerwerki, papierowe trąbki, konfetti, strzelają korki szampanów, naszpanie spontanicznie tworzą pociąg i tanecznym krokiem pocinają przez korytarze, synchronicznie wyrzucając w bok a to lewe, a to prawe nogi. Orgia, Majorka i Gomorka. A w człeka tak jakby jednocześnie trafił piorun, meteor tunguski, zagubiony dron i dachówka z katedry w Kolonii.]

Tydzień z pełnym pakietem dzieci.
I tu właśnie ta względność, ten niemoralny relatywizm. Wszak tydzień to tydzień, siedem dni. A z pełnym pakietem robi się z tego niespodziewanie czterdzieści lat błąkania się po pustyni.
Napomknęłam onegdaj, że Syzyf jest patronem mego macierzyństwa, ale i Prometeusz otacza je mecenatem.
W ciągu ostatnich kilku dni, a może raczej stuleci, bezsensownie toczyłam kamień rozrywek i  dramatycznie szarpałam sobie wątrobę.
Tydzień minął dziecinom pod znakiem zamieszek terytorialnych. Znosiłam to dość cierpliwie, ale gdy okazało się, że przez jogurt, ogórek i odgryz kajzerki też przebiega jakaś granica, teatralnie eksplodowałam.
Jerychońskim basem, rykiem rozsierdzonego nosorożca, mocą tłumu kibiców trzecioligowego klubu rugby, rozpędziłam dziateczki do dwóch najbardziej oddalonych kątów lokalu.
I choć Dynia mamrotała pod nosem o niesprawiedliwości społecznej, a Biskwit śpiewał naprędce skomponowaną pieśń bojową to i tak był to najcichszy kwadrans w historii tej rodziny. Aż dzwoniło w uszach. (Również dlatego, że prawdopodobnie rykiem uszkodziłam sobie własne bębenki.)
Potem nastąpiło pokazowe siedemnaście minut miłości siostrzanej, a następnie galaktyka wyhamowała i wróciła na właściwe sobie tory przemocy, gwałtu oraz chińskich gitar elektrycznych na baterie, sponsorowanych przez Hauptcioteczkę.
Ale były też, odnotujmy, momenty prosperity.
Jak ten, gdy wjechałyśmy do kawiarni na wyrafinowane lody ciosane na kształt bałwanka, a dziewczątka wydłubały swym bałwankom oczy, ogryzły czekoladowe odnóża, oblizały bitą śmietanę i skoncentrowały się na tanich lizakach dołączonych do zestawu, zostawiając mnie z rachunkiem i pół litrem śmietankowo-cytrynowych bałwanich korpusów. (Nie przypuszczałam, ale jednak można się przejeść.)
Lub ten, gdy poszłyśmy na humus z astrofizykami i ich wielopokoleniową, antynuklearną rodziną. Biskwit, który na tle hinduskich karnacji wygląda jak anemiczny, utleniony perhydrolem  albinos stał się natychmiast głównym daniem i wstrząśnięty nieznanym mu rozmachem i obcesowością taktylnych obyczajów, dla bezpieczeństwa popadł w katatonię. Dynia brylowała towarzysko, Biskwit milczał i ratował skołatane nerwy humusem,  a ja pierwszy raz od tysięcy lat spożyłam posiłek przy stole używając jednocześnie noża, widelca oraz perwersyjnie ocierając kąt ust serwetką.
Albo wtedy, gdy zapisując Dynię na zajęcia pozalekcyjne do grupy 'Bilingwalnych Szekspirków', pani pochodząca z krainy, gdzie rozliczenie podatku ogranicza się do złożenia podpisu na kwicie, podała mi pod ladą kawał szarej strefy – sekretnych wskazówek, jak odliczyć dziecko od niemieckiego podatku. (Oto jak System demoralizuje niewinnych!)

Tydzień kończymy nadzwyczajnie przyjemną nowiną. Moje opowiadanie dotarło do finału konkursu 'Zaloguj się na Kresach'.
Co właściwie nie dziwi.
Kres (wytrzymałości) jest moim drugim domem.
Któż inny znałby się na nim lepiej?



(...)
Tymczasem trwa aukcja gwaszy Gosi Herby

 >>>TĘDY

©kaczka

Sunday, May 15, 2016

Uwaga! Uwaga! Nadajemy komunikat specjalny...


[16 May 2016]

(...)
Znakomita grupa polskich ilustratorów, crème de la tusz, prestidigitatorzy kredek, żonglerzy skali Pantone, treserzy tempery, akrobaci kresek, wisienki na torcie imaginacji, skrzyknęli się w bardzo szlachetnej sprawie i ruszyli z pomocą chorej Adzie Kupiec.

Ada ma dwadzieścia jeden lat i tak, jak jej młodszy brat, cierpi na zespół Niemanna-Picka typu C, nazywany rownież dziecięcym Alzheimerem. Ada potrzebuje funduszy na nierefundowany lek, który może powstrzymać rozwój choroby.

>>>  SZCZEGÓŁY TU
>>>>>> ORAZ TAM
>>>>>>>>>I JESZCZE TUTAJ

Od kilku tygodni stukają w sieci wirtualne młotki.
To ilustratorzy przekazują swoje prace na licytacje dla Ady.

Perły, diamenty i inne rysunki szlachetne.

(To znakomite lokaty kapitału dla potomnych. Wdzięczność prawnuków dosięgnie inwestorów w każdym następnym wcieleniu niezależnie od ich aktualnej przynależności gatunkowej.)

Do tej pory pod młotek trafiły dzieła:


 
Tymczasem trwa aukcja pracy Pawła Pawlaka.

 >>>TĘDY


A to dopiero początek, zatem warto być czujnym i okazyjnie ustrzelić sobie (oraz, jak już napomknęłam, prawnukom) jakiegoś pikasa, velaskeza lub chełmońskiego z autografem.

Czasu jest mało, pieniędzy potrzeba wiele, Adzie można rownież pomóc wpłacając choćby i złotówkę na jej konto w fundacji.

Zróbcie to, jeśli możecie.

I jeśli możecie, przekażcie tę informację dalej.

(Może to akurat za waszym rogiem internetu czai się jakiś nieśmiały sponsor, któremu się przelewa i który dotykiem wszystko zamienia w złoto?)

W imieniu Panteonu (Pantone-u!) Ofiarnych i Szczodrych Twórców, okolicznościowy dyg i wyrazy wdzięczności za każdy gest wsparcia dla Ady!

Czuj duch i ku chwale blogosfery!


©kaczka

Friday, May 13, 2016

[272]

[13 May 2016]

(...)
Everglades na bogato.

(...)
Zamiast budzika codziennie, o tej samej porze zrywa mnie  z łóżka jakiś rumor mój powszedni.
To Biskwit.
Biskwit o siódmej rano wjeżdża do sypialni na hulajnodze, albo włamuje się do słoika z muesli, albo odpala odkurzacz i zaczyna sprzątanie, albo włącza kanał telezakupów naprzemiennie z melorecytacją wersetów Koranu (Mekka live).
Codziennie.
Również w soboty i niedziele.
Z wyjątkiem czwartków. W czwartki Biskwit nie budzi się. Przemocą posadzony na łóżku pada natychmiast bezwładnie na poduszki. Wniesiony do kuchni spływa na podłogę ze swego krzesełka, albo leci twarzą w miskę mleka i płatków ze stosownym rozbryzgiem.  W łazience czasem uda mu się tak rozbujać rękę, żeby szczoteczką do zębów trafić w okolice ucha, ale najczęściej po prostu leżąc na brzuchu przewisa przez klozet. W poprzek.
Tak, radosnym wyjątkiem są czwartki, gdy Biskwit NAPRAWDĘ powinien wstawać wcześniej, żeby NAPRAWDĘ, ale to NAPRAWDĘ zdążyć na lekcje ksylofonu.

(...)
Producent błyskawicznie związującego się cementu okazał się szpakami karmionym.
Wywiódł dziateczki do kamieniołomu, rozdał kilofy i nakazał łupać.
To było dobre.
Wiadomo, nic tak nie wyczerpuje dziecinom bateryjek, jak trzy godziny igraszek z ciężkim sprzętem budowlanym: kilofem, młotem udarowym, czy piłą mechaniczną.
Niestety. Złe było to, że cherubiny mogły zabrać tyle urobku,  ile udało im się udźwignąć.
No i niektóre (czy muszę wymieniać z nazwiska?), na fali euforii i adrenaliny, dźwignęły tyle, ile same ważyły plus jeszcze trochę do kieszeni.
- Nie! – wpadła w spazmy Dynia, gdy klęczałam przed makietą piramidy Majów usypaną na przedszkolnym korytarzu, negocjując redukcję zasobów i koniec cywilizacji. – Nie oddam! Muszę mieć je wszystkie. To moje T-A-L-I-Z-M-A-N-Y!
Tak powiedziała.
Die Glücksbringer.
To była pułapka. Rzuciłam się na przynętę wyrafinowanego wokabularza (...niby skąd ona zna takie słowo, przecież nie od Jewdokii?) podanego z tylnojęzykowym R (ach!), a Dynia w tym czasie zwinnie spakowała Majów do plecaka i upchnęła kolanem. Całe dwadzieścia kilo.
Skąd wiem, ze dwadzieścia?
Bo po pięciu minutach od opuszczenia placówki ciężar kolekcji talizmanów okazał się ponad wątłe, pacholęce sił.
Tak, wiem! Powinnam w ramach lekcji poglądowej ciepnąć te bazalty na środku chodnika i pójść przed siebie.
No, ale jakże tak?
TALIZMANY?
Przynoszące szczęście talizmany?
Zarzuciłam, więc wór kamieni na plecy i jak Syzyf – najwytrwalszy i chyba jedyny patron mego macierzyństwa – poszłam dalej.
I tak jak zawsze, a dotyczy to wszelkich darów natury, w tym, np. drzew wyrwanych z korzeniami, konarów, pni sekwoi, żywych lub martwych ślimaków, wyrzuconych na brzeg wielorybów, itp. , natychmiast po wniesieniu ich na mansardę (schodami lub z użyciem strażackiej drabiny) tracą na atrakcyjności. Nie inaczej było z głazami.
- Nie, ja to już ich nie potrzebuję! – Dynia zarzuciła myśl o studiach geologicznych ledwie przekroczywszy próg domostwa.
Mam przesłanki, by uważać, że talizmany są popsute i nie przynoszą szczęścia.
Po pierwsze, bo przeraźliwie łupie mnie w stawie barkowym (w tym, na którym przynioslam je do domu), po drugie, bo nocą potknęłam się o jeden.

Jeśli zaś chodzi o walor edukacyjny wycieczki:
- Dyniu, ale do czego potrzebne są te kamienie. Po co je tak łupać i kruszyć?
- Też się nad tym zastanawiałam. Oni tam chyba po prostu lubią mieć dużo kamieni. Dziwne, co?

Bardzo.

(Z wizyty Szwabskich Kluseczek w banku, Dynia wyniosła przekonanie, że pieniędzy tam się nie trzyma, trzyma się natomiast żelki. Możliwe, że to na skutek jej mało refleksyjnej natury, ale nie można wykluczyć, że wnioski byłyby lepsze, gdyby Dyrekcja banku rozdała każdemu  z cherubinów po tysiąc ojro na głowę zamiast stu paczek Haribo).

©kaczka

Monday, May 9, 2016

[271]

[9 May 2016]

(...)
Dowód na to, że nawet Amerykanie miewają wadliwe zwieracze.


(...)
System jednak zawsze pozostanie Systemem.
Cechy charakterystyczne: samonapędzalność, wysoki poziom irracjonalności  i niska tolerancja wzgledem przypadkowych uczestników.
Weźmy taką, uniwersytecką, ambulatoryjną klinikę strojenia trąbek Eustachiusza i metaloplastyki migdałków.
Zgłaszamy się o wyznaczonej godzinie, nie do końca jeszcze dowierzając pisemnemu ostrzeżeniu, że 'i sześć godzin to za mało, żeby dopełnić przedoperacyjnych formalności, zatem warto mieć przy sobie śpiwór, naftę, prymus, zapas sucharów i żywność liofilizowaną.'
Na miejscu  siedem zdezorientowanych recepcjonistek, kolejka głuchych, uniwersalnych, pan-tu-nie-stał emerytów, jakiś Van Gogh z obciętym uchem, jakiś szkielet na kanapie, którego właściciel nie doczekał  i dama, która przez następne sześć godzin będzie, co chwilę wyskakiwać z gabinetu, z uporem maniaka zawzywając Herr Godota. Jak kukułka z zegara.
(Nie będzie zaskoczeniem, gdy napiszę, że nigdy się nie zjawił?)
Na ścianie pożółkłe zaproszenie na kongres pod sienkiewiczowskim tytułem ‘Laryngologio, quo vadis?’ (Serio!)
Pytanie, które sama chciałam zadać już po kwadransie od  rozbicia obozu.
Ordynator tego biznesu wchodził bowiem jedymi drzwiami i wychodził drugimi, wchodził i wychodził, wchodził i wychodził... jak w slapsticku! Albo to był jego brat bliźniak, albo to zaburzenie obsesyjno-kompulsywne.
Nie uwierzę, że w ciągu tych dwóch minut, gdy znikał za drzwiami, stawiał diagnozy, aplikował tamponady, łuskał migdały, albo po prostu czytał gazetę.
(Z drugiej strony, faktycznie, po naszej stronie drzwi czas się nie ruszał, tam zatem mogła być jakaś alternatywna, żwawa czasoprzestrzeń.)
Po kilku godzinach, gdy dzieciny wisały już na żyrandolu jak dwa makaki, ordynator wreszcie przystanął, zajrzał Dyni i Biskwitowi w przełyk (szczęściarz, nie stracił przy tym palców, bo Biskwit aktualnie jest profesjonalnym hipochondrykiem i nadzwyczaj chętnie obnaża organy przed służbą zdrowia), zaordynował wyjęcie migdałów, wyrzeźbienie z nich modernistycznych kulek i wstawienie na miejsce.
I wydawałoby się, że to już koniec psychicznej tortury, chyli się ku wieczorowi, idźmy wszyscy do domu spożyć kolację, ale nie, nie, państwo sobie poczekają z tymi rozjuszonymi nudą dziećmi jeszcze godzinę, albo dwie... może któraś z recepcjonistek się potknie o wasze kwity i wystawi zlecenie na okrawanie gruczołów sierpem i młotkiem.
Opcjonalnie mogą potem państwo podążyć po krwawych śladach i odczekać kolejne dwie godziny w celu pobrania i oznaczenia grup krwi waszych rezusów. 

Nie polecamy, bo dziś, jak to w każdy (!) poniedziałek, straszliwe obsuwy...
Operacja, double whammy,  planowana była na jutro.
Będzie za miesiąc (...bo brak szpitalnych łóżek w konfiguracji: na dwoje dzieci i jedną kaczkę.)
Dzięki temu, w ramach zajęć z przysposobienia zawodowego Dynia nie straci wycieczki do miejscowej fabryki szybkoschnącego cementu.
Intryguje mnie, czy naszpanie oprą się pokusie wypróbowania cementu w celu unieruchomienia podopiecznych?


©kaczka

Thursday, May 5, 2016

[270]

[5 May 2016]

(...)
Wrócili.
Z podróży Norweski przywiózł pogłebione neurozy, Dynia biegłą znajomość wszystkich zwrotek ‘Let it go’, a Hauptcioteczka magnes na lodówkę i brak odpowiedzi na fundamentalne pytanie o istotę wszechrzeczy.
Opowiadał Norweski, że Hauptcioteczka do odkrywania Nowego Lądu podeszła z filozoficzno-antropologicznym zacięciem.
Tubylcy starali się sprostać.
I tak w odpowiedzi na pytanie ‘Warum?’ zadane na bagnach Everglades (‘Warum bagna?’ ‘Warum w tę, a nie w tamtą stronę?’ ‘Warum tu tak duszno i parno?’) potraktowano Hauptcioteczkę wykładem na temat wypiętrzania bagien, cyrkulacji krokodyli amerykańskich i wykresami miesięcznych sum opadów na przestrzeni ostatnich stu lat. Na pytanie ‘Warum?’ zadane w hotelowej recepcji  (‘...Państwa autobus odjeżdża o piętnastej.’ ‘WARUM o piętnastej?’)  argumentem (nie do końca przekonującym, ale jednak) był wydany drukiem rozkład jazdy (‘... ale WARUM właśnie o piętnastej?’ – nie ustawała Hauptcioteczka), a na pytanie dotyczące lokalizacji kompleksu hotelowego (‘WARUM tu, a nie tam za rogiem?’) – powołanie się na miejscową myśl architektoniczną.
WARUM ten kolor? WARUM czternaście dziewiećdziesiąt dziewięć? WARUM idziemy? WARUM tędy?... WARUM owędy?... WARUM... WARUM...  WARUM...
Tubylcy znosili to nadzwyczaj mężnie.
Aż nadszedł dzień, kiedy natknęli się na Hauptcioteczkę żołnierze Imperium, szturmowcy z ‘Gwiezdnych Wojen’, którzy zmierzali na scenę, by przebudzić moc w widowisku ‘sporo łomotu i dużo światła’.
Wszyscy pryskali na boki, tylko Hauptcioteczka tkwiła na trasie pod sceną, bo akurat realizowała telefoniczne połączenie międzymiastowe lub międzyplanetarne i jedynie tam miała zasięg.
Szturmowcy potknęli się o Hauptcioteczkę, ale błyskotliwie i uprzejmie zaimprowizowali: ‘Greetings Citizen!  STEP ASIDE!
Na co Hauptcioteczka nie ruszając się z miejsca: ‘ABER WARUM?
Szturmowcy: ‘STEP ASIDE!
Hauptcioteczka: ‘WARUM?’
‘STEP ASIDE!’
‘WARUM?’
‘STEP...’
‘WARUM?’
STE...’
‘WARUM?’
Szturmowcy nie przygotowani do sparringów z niemieckimi turystami ostatecznie wycofali się szykiem bardzo chaotycznym, niemarszowym. Recenzenci taktyk wojennych Imperium rzekliby, że rozpierzchli się z krzykiem popuszczając w plastikowe majtasy.
Podobno Darth Vader przeszedł załamanie nerwowe i chce wydzierżawić Gwiazdę Śmierci.



(...)

(...)
A Dynia nauczyła się pływać.
Wczoraj nie umiała, pstryk, dzisiaj umie.
Taka właśnie jest Dynia.
Aktualizacja oprogramowania zajmuje jej zawsze jedną noc.

©kaczka