Image Slider

[288]

[18 Jul 2016]

(...)
Przypisana w najwyższą porę paczka błękitnych pastylek antyhistaminy pozwala mi wreszcie bez zakłóceń cieleśnie obcować z przyrodą.
Pierwszy raz od wielu lat.
Łąka pełna polnego kwiecia już mnie nie dusi. Mogę leźć przez chabry, kurdybanki, zwoje i powoje i nic! Mój układ immuno jest neutralny jak Szwajcaria. Bankrutują producenci chusteczek.
Mogę leźć to lezę.
Razem z Biskwitem odkrywamy wiejskie przedmieścia miasta, wyspy lasów, morza traw i najodleglejsze kuwety piaskownic.
Spod nóg pryskają nam małe, zielono-srebrne jaszczurki.
Prowadzą  nas ojciec Lelona i Lelon.
Jak Rumcajs z Cypiskiem.
Nawet kapelusz się zgadza.
Mają tę przewagę, że swym dziarskim marszowym krokiem z Rzacholeckiego Lasu dotarli już pewnie kilka razy do Berlina i z powrotem, ale przez grzeczność zaprzeczają, gdy tak przez ostrą zadyszkę, z końca peletonu, suponujemy im ten Berlin .
Nie, nie. Oni tak tu tylko chodzą dopiero od listopada.
Tak, galopem. Po pięć godzin dziennie.
Skromnisie (!)
Bywa, że spotyka się kogoś w najlepszym z możliwych momencie.
To jest właśnie taki moment i taka znajomość.
Pomaga znieść ciężar lata, daje Biskwitowi własny krąg znajomych, nad którym Dynia nie ma wreszcie kontroli, a w bonusie częstuje piękną i poprawną polszczyzną.
Zatem Carpe diem! póki nie nadejdzie jesień, a dzieci dostaną powołanie do koszar.
Na prozacu z antyhistaminy nie straszny mi nawet piknik przedszkolny w środku prastarego, germańskiego boru.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłam bez całopalnej ofiary z siebie wejść do lasu i nie wysmarkać się na śmierć?
W ubiegłym stuleciu?
(W tym, albo nie miałam skutecznych pastylek, albo lasu.)
Naszpanie zadbały o nienachalne atrakcje dla młodzieży. Można było sobie nanizać korali z recyklingu, albo usmażyć kiełbasę, albo skoczyć w worku, albo też – i to nadzwyczajnie zajęło Biskwita – przelewać z pełnego w próżne kolorową wodę używając strzykawek, sitek, lejków i blaszanych kubków.
(Kątem oka zaobserwowałam, że jedna z naszpań wystąpiła w koszulce z napisem: Break all rules.
Szaleństwo, czy zaplanowana strategia dywersyjna?)
Jedyny zgrzyt w tej anarchii nastąpił pod koniec imprezy, gdy Wszechmogąca Dyrekcja zażądała pożegnalnego kręgu pieśni i poezji śpiewanej. Tu szczególnie ujawnia się zaleta zatrudniania personelu z Rosji. Taka naszpani zawsze podskoczy z akordeonem i  zagra na zamówienie. Wszystko. Wysockiego, Biełyje rozy, albo Amerikę  Rammsteina.
Było dobrze, choć niewykluczone, że tu przemawia przeze mnie euforia człowieka, który leżał w trawie i nie doznał wstrząsu anafilaktycznego.
A na końcu tego hołdu dla przemysłu farmako, dla tych, co syntetyzują, by inni mogli do woli zaciągać się trawą (!), kocią sierścią i upiec sobie kartofla w ognisku, trzeba wspomnieć, że na fali tej immunoprosperity wyskoczyliśmy do wsi obok na szkocki festiwal. Tam panowie w spódniczkach ciskali dziewiętnastokilowymi odważnikami, krzepkie dziewczęta rzucały młotem, naród kosztował alkoholi, celtyccy wróże przepowiadali przyszłość, pasterze owiec chwalili się zaradnością swych pasterskich psów, niemieckie stepdancerki wystukiwały ze sceny irlandzkie hopsasy, a oprócz sznycli frytek i kebabów, kuchnia serwowała Irish stew i szkocką kaszankę.
Kaszanka z Wysp jest mi jak magdalenka Proustowi, albowiem nie raz i nie dwa, a nawet dość regularnie zażywaliśmy jej z Biskwitem na śniadanie w czasach, gdy łączyła nas jedna pępowina.
I tym razem  kaszanka nas nie zawiodła.
Biskwit wyrwał mi naszą (łudziłam się, że się podzielimy!) porcję - chochlę kaszanki na stłuczonych kartoflach, gęsto dekorowaną gotowaną marchewką  -  i wymachując obronnie widelcem, spożył wszystko rękami, za nic sobie mając, że Dynia próbowała mu za wszelką cenę danie obrzydzić. A to symulując wymiot, a to suponując, że ktoś wcześniej to danie już w talerz zwymiotował.
Potęga DNA kaszanki trwale scalonego z Biskwicim genotypem!
Jadłotypem?

(...)
Aktualną zmianę dekoracji wymogło lobby komentatorów zirytowanych brakiem licznika komentarzy. W tym i ja. Za malowanie, przesuwanie mebli  i przklinanie w hateemelu odpowiada, jak zwykle, niezawodna Bebe. Jeśli w ciągu najbliższego tygodnia nic się tu nie urwie, nie pęknie, ani nie zawali to już pewnie tak zostanie.


©kaczka

[287]

[15 Jul 2016]

(...)
Żenewiew wniesiono wczoraj na lekcję ksylofonu w  najróżowszym z możliwych lateksie, opasaną  wokół pasa obręczą ze sztywnego tiulu, w złotych pantoflach i nylonach w kokardki. Do tego trzy kokardy i smoczek.
Na ten widok pozostałe, rachityczne dwulatki zbiły się zlęknione w gromadkę, w kąciku za klawikordem, a Żenewiew rzucała na nie cień jak King Kong z Empire State.
(Scena jak z Almodovara.)
A wydawało mi się, że szkoła baletowa Dyni otrzaskała mnie z esencją fuksji, różu i estrogenu.
Co prawda, nieszczególnie się tam rozglądam. (Złośliwi powiadają, że wbiegam tam i wybiegam jak czarnoskóry gej-Meksykanin na wiec Donalda Trumpa.)
Może gdybym rozglądała się bardziej, to na pytanie: 'Czy Dynia ma już białe rajstopy i włos spleciony w koczek do finałowego występu?', które znianacka zadała mi Smoczyca trenująca szczerbate primabaleriny, miałabym  jakąś konkretną odpowiedź i nie musiałabym symulować ataku astmy?
I tak, w ten oto dość  brutalny sposób, posiadłam wiedzę, że wszystkie najbliższe weekendy lukrowane następczynie Barysznikowa spędzą na próbach übergali ćwicząc te swoje rien ne va plus i s'il vous plait.
Obowiązkowo w białych rajstopach.
Gładkich, białych rajstopach.’ – podkreśliła wężykiem Smoczyca.
Tak jakby kupienie białych rajstop latem już samo w sobie było bułką z masłem fat-free (fat-free, bo, ostatecznie, jednak rozmawiamy o baletnicach).
Przypuszczam, że Smoczyca bierze tymi rajstopami odwet na protoplastach swych uczennic.
Za wszystko.
Mimo całorocznego wysiłku, różowe bezy i czarny łabędź (Dynia nadal w antracytowym odzieniu) z trudem odróżniają strony świata. Ustawione przy drążku przewracają się wywołując efekt domina, a podczas zsynchronizowanego poruszania wypustkami różnica między początkiem peletonu,a jego końcem wynosi czasem nawet i pół godziny.
(Na własne uszy słyszałam – zenit anarchii – gdy jedna z młodocianych balerin w trakcie tańca zatrzymała cały korowód mówiąc, że właśnie teraz wychodzi do toalety. Za nic miała, że na jej plecach spiętrzył się kopczyk baletniczek, które nie zdążyły wyhamować.)
Zatem, biorę na klatę, że rajstopy mają być białe i gładkie, choć zdobyłam jedynie białe w motylki.
(Ktoś podobno widział gładkie w Berlinie.)
Cóż tam zresztą motylki, jeśli włos ma być spleciony w koczek, a mnie nawet pospolity warkoczyk rozpada się w rękach!
A wczoraj w placówce opiekuńczo-wychowawczej widowisko światło-dźwięk.
Okazało się, że każdy cherub przez rok pisał swoją pracę licencjacką na temat urody i zalet naszej dzielnicy.
Oprawione te dzieła wręczono dziateczkom na uroczystym apelu w obecności zaproszonych gości: nuncjusza apostolskiego, właściciela supermarketu, rzecznika prasowego burmistrza i miejscowego artysty, który w nocie biograficznej określa siebie czułym mianem ‘romantycznego surrealisty’ i który podarował kazdemu z nieletnich zestaw swoich prac w formacie pocztówkowym. (Kilka z tych prac to interesujące akty.)
Nie miałam okazji się wzruszyć, widząc dziecinę moją szczerbatą (górne, chybotliwe jedynki padły ofiarą brzoskwini) śpiewającą w pierwszym rzędzie niemieckie szlagiery, albowiem Biskwit dotarł do kresu swej wytrzymałości fizycznej, przekroczył bez wizy i paszportu wszelkie granice i należało go pospiesznie deportować z widowni nim nuncjusz zawezwałby egzorcystę.
Norweski mówi, że niewiele straciłam.
(Tak, jedynie jakieś resztki godności osobistej.)
Za tydzień placówka nakazuje dostarczyć młodzież z materacem, piernatem, pidżamą i szczoteczką do zębów.
Naszpanie urządzają dziateczkom popas z noclegiem.
Nie wiem.
To zemsta, czy skłonność do samoudręczenia?


©kaczka

[286]

[13 Jul 2016]

(...)
Jakby to byo wczoraj.
Pamiętam mroczne Studium Wychowania Fizycznego, obowiązkowe dla studentów pierwszego i drugiego roku.  Mieściło się, jakże adekwatnie, w posępnym budynku z pruskiego muru, który zapewne służył wcześniej jako leprozorium, stajnia, szpital psychiatryczny lub szkółka niedzielna dla małych, pobożnych, zdyscyplinowanych, pruskich dzieci.
W szatniach pachniało skarpetkami, a w ubikacjach – lizolem.
Chodziło się tam pod przymusem, nieobecność groziła relegowaniem z listy, obecność – śmiercią lub kalectwem.
I to wcale nie dlatego, że treserzy wychowania fizycznego wymagali jakiegoś skakania przez płonące kozły, chodzenia po linach bez asekuracji, czy połykania mieczy.
A skąd.
Treserzy sprawdzali listę obecności, zamykali na klucz drzwi wyjściowe (!), wrzucali na środek sali gimnastycznej piłkę do kosza, a następnie barykadowali się w schowku na sprzęt sportowy. Stamtąd odwróceni plecami do boiska wydawali od czasu do czasu okrzyki zachęty lub wskazówki na temat strategii znad szklanki herbaty sypanej Yunnan i gazety codziennej.
Idealne warunki,  by symulować zaangażowanie unikając jednocześnie pęknięcia żyłki, naderwania ścięgna lub niewydolności komorowej, czy co tam jeszcze zagraża olimpijczykom.
Człowiek przegalopowałby sobie to tu, to tam. Odbiłby piłkę kilka razy od ziemi.  Położył się na ziemi udając, że na nią padł w obronie, bądź ataku.
Ale nic z tych rzeczy, bo na zajęcia przychodziła ONA.
Na pierwsze miała Scylla, na drugie Charybda.
Dziewoja jak amazonka, która mimochodem odgryza sobie sama pierś, bo nie ma czasu szukać nożyczek w celu amputacji.
Z jakiego była wydziału? Nie wiem.
Oceniając po gabarytach, z budowlanego, albo z maszyn ciężkich.
Co gorsza, miała jakieś niespełnione ambicje sportowe i kanalizowała je wśród tych pruskich murów, uważając, że wszyscy winni dzielić jej zamiłowanie do sportów kontaktowych.
Na parkiecie była jak rozpędzona lokomotywa, z której wypchnięto maszynistę.
Pędziła na oślep, łamała żebra swojej (!) i przeciwnej drużynie, a piłkę od kosza podmieniała na piłkę lekarską.
Cokolwiek na temat reguł gry mówiła Międzynarodowa Federacja Koszykówki, pani od wuefu, czy pan Wacek – dozorca obiektu, było jej obojętne. Scylla wprowadziła do koszykówki sumo, boks i sześciotakt, a gdy to jakimś cudem nie dawało jej przewagi, to dla pewności siadała na przeciwniku.
Nie oszczędzała rezerwowych, ani kibiców.
Nie raz, i nie dwa, naród wbiegał na drabinki gimnastyczne i wisiał tam jak (nie)winne grona przez resztę meczu, byleby tylko uniknąć czołowego zderzenia.
Ściany pruskiego prosektorium muszą wciąż jeszcze nosić ślady hamowania.
Konfrontowana z delegacjami obywatelskimi próbującymi mitygować jej zapał, Scylla obiecywała poprawę, a następnie perforowała delegacjom płuca przyjacielskim uściskiem lub kuksańcem w bok.
Po czym wracała na boisko i wybijała komuś ząb.
A po zajęciach podobno pisała romantyczne wiersze.
I przypomniała mi się ta historia, te dwa lata cotygodniowego zaglądania śmierci w oczy, podczas ostatniej lekcji ksylofonu.
Pojawiła się na nich Żenewiew z Jekaterynburga.
Masywny golem, dziewczę o figurze sześcianu.
W koafiurze - trzy nastroszone, nadnaturalnych rozmiarów kokardy z tiulu.
Na oko lat pięć.
Wedle metryki dwa (!)
Biskwit to nie ułomek, ale przy Żenewiewie wygląda jak anemiczny astmatyk, jak Szopen na Majorce. Albowiem, gdy Żenewiew stąpa to drżą podłogi, a z sufitu sypie się tynk.
A co dopiero, gdy pani od ksylofonu rozdaje bębenki.
Dziewczę jednym ciosem pięści przebija bębenek na wylot.
Oddech Żenewiewy przesuwa dziateczki usadzone na materacykach z jednego końca sali w drugi.
Gdy Żenewiew rusza to nie wie dokąd, ani tym bardziej którędy, a po drodze jednym ruchem dłoni  przewraca rówieśników standardowych wymiarów, jak również pianino, kontrabas i dwanaście krzeseł.
Jest jak czołg pod Stalingradem.
Matka Żenewiewy tłumaczy, że to dlatego, że w ramach każdego posiłku karmi dziecinę trzydaniowym obiadem i piersią.
Musi to być pierś mastodonta.
W filecie.

(...)
Łudziłam się, że Biskwitowi wystarczą ostatki z życia towarzyskiego Dyni.
Jakaś młodsza siostra, czyjś brat-noworodek, chomik lub kotek do poigrania na drugim planie.
Tak, by usprawnić logistykę, uefektywnić przemieszczanie się po mieście i upiec dwie kaczki na jednym rożnie.
Tymczasem Biskwit wyrwał sobie na lekcji ksylofonu – Lelona – uroczego młodzieńca, sceptyka i filozofa. I robi z nim to samo, co Dynia z Łukaszkiem.
Wymaga bezwzględnego posłuszeństwa i lojalności, spełniania najdzikszych kaprysów oraz deprawuje żywnością wysoce przetworzoną i cukrem.
Związek trwa od dwóch tygodni, jeszcze nie ostygł, a wręcz przeciwnie ewoluuje.
Młodzież kopie wspólnie tunel do Chin, albo lansuje się na zjeżdżalni, albo galopuje ku zachodowi słońca na rumakach osadzonych na sprężynach.
Nim zdążę otworzyć o świcie oko, Biskwit już stoi nade mną z telefonem w każdej ręce i domaga się natychmiastowego zawiadomienia Lelona, że oto jest gotowy i Lelon może podjeżdżać kabrioletem na trzech kółkach.
Zatem, gdy nie ma mnie tutaj, dzień w dzień jestem w piaskownicy.
Razem z ojcem Lelona.
Będą plotki na dzielni.

©kaczka

Tyrmand dokończony

[9 Jul 2016]

(...)
Czerwiec  - miesiącem Dyni.
Niekończący się festiwal obchodów głównych i imprez towarzyszących.
Kindergale i kurduplorauty.
Haribo zamiast kawioru. Drinki sączone przez słomki zatknięte w szczerbach. Dinozaury z kurczaków odgrzewane w mikrofalówkach. Splendor papierowej zastawy. 
Ktoś komuś wraził plastikowy widelec w brew.
Ktoś wlazł na drzewo i nie wie jak zejść.
Maksencjusz się zgubił w zagrodzie koczkodanów (przyjęły jak swego!)
Gwendolina leży w pyle drogi i krzyczy, żeby zamówić jej autobus.
Arystydes udaje Greka.
Uczulony na orzechy Pierdoliusz wyżera migdały papudze.
Biskwit daje w dziób Pierdoliuszowi i nadziewa kakadu migdałami. Również przez dziób.
(Kakadu nie nadąża przełykać.)
Pod stołem Wolfgang  krzyżuje dynamity i Messerschmitty.
Na stole womity.
Przez dantejską scenę przebiega zygzakiem orszak ślubny. To Dynia po raz dwudziesty czwarty wychodzi za Łukaszka. Z racji oszczędnych rozmiarów, małżonek szarpany przez Dynię za rękę, pokonuje dystans do ołtarza horyzontalnie, unosząc się nad ziemią.
Ofelia idzie do klasztoru. Eurydyka tańczy.
(Kakadu krztusi się migdałem, doznaje wytrzeszczu, chwyta się za gardło, widzi tunel, w tunelu światło. W tym świetle pojawia się Darwin kiwa nań ręką i syczy 'Dziesięć lat w zoologu i żadnej adaptacji, głupcze?'
Kakadu w przedśmiertnym akcie desperacji chwyta bio przekąskę – łodygę selera nadziewaną hummusem i rodzynkami – i wali się nią po plecach. Migdał wystrzeliwuje z ptasiego gardła, Pierdoliusz  zdeterminowany w swym dążeniu do samounicestwienia  próbuje ten migdał zjeść z podłogi,  Biskwit otwiera kolejną paczkę orzechów...
)
Hajlajf.

Toteż, sami Państwo rozumieją, nieszczególnie była okazja, by pochylić się nad faktem, że w czerwcu nakładem wydawnictwa MG ukazał się najnowszy Tyrmand w twardych, praktycznych, lakierowanych okładkach.
Dostępny już nawet na amazon.com!
Trzysta sześćdziesiąt stron i własny numer ISBN.
Drukowany owoc konkursu rozstrzygniętego w grudniu 2015.
Połowę tego Tyrmanda napisał sam Leopold.
Połowę pozostałej połowy Monika Dyrlica, czyli Skorpion z rosołu.
Resztę – tadam!kaczka.
Myślę, że całkiem nieźle nam wyszło.
Sprawdźcie sami.

Wędrówki i myśli porucznika Stukułki. Powieść dokończona.

 
Już w księgarniach.

(Wydawnictwo nie przewiduje tournee autorek po kraju, żadnych występów na jarmarkach, kiermaszach i arenach cyrkowych, żadnych wieczorków literackich z gitarą, świeczką i w rozciągniętym swetrze poety, ani tym bardziej akademii ku naszej utraconej czci, ale w wypadku, gdyby komuś szalenie zależało na autografach to wie, gdzie nas szukać!)

>>> FANPAGE tędy
(Można się tam wyrażać. Również na nasz temat.)

©kaczka

[285]

[7 Jul 2016]

(...)
Trzydzieści stopni w cieniu.
Skrupulatnie opuszczone, ciężkie, zewnętrzne żaluzje utrzymują w domu półmrok i prowizoryczny chłód.
(Przyznaję, ten południowy, włoski styl jednak sprawdza się tu w sezonie letnim.)
Światło przeciska się przez liczne, małe otwory pomiędzy listewkami.
Drobne, świetlne kreski na meblach i ciałach wyglądają jak dzieło szaleńca uzbrojonego w zszywacz o złotych zszywkach.
Zdesperowana, srebrno-niebieska mucha tłucze się o szybę.
Powietrze jest lepkie. 
Myśli sedymentują.
Wróciłyśmy z placówki i kiwamy się nad talerzami z zupą.
Nagle milczenie przerywa Dynia wrzucając mi  w sam środek naczynia z kartoflanką, tak znienacka i bez uprzedzenia, pytanie: 'Is God dead?... or what?'
...
...
...
W ostatniej chwili wyhamowuję łyżkę tuż przed własnym nosem. (Znakomity refleks, bo w wypadku zadławienia,  nie wiem, czy potrafiłabym sobie samej założyć Heimlicha?)
Nawet tłusta mucha z wrażenia wyłączyła fonię, zamarła i pozuje do trwałego portretu w bursztynie.
W tej podniosłej, egzystencjalnej ciszy plaskam o stół dodatkowym talerzem dla Friedricha.
Ale i dla Alberta wystarczy.
Najwyżej doleje się wody.

©kaczka

[284]

[5 Jul 2016]

(...)
Dynia i Biskwit po raz kolejny udowodniły, że ludzkie pojęcie jest jednostką niestabilną, ułomną i chromą. Bardzo łatwo można temu pojęciu podstawić nogę, gdy przechodzi, a potem skakać po jego mocno zdumionych zwłokach.
Dziewczęta zwarły się wczoraj w erystycznym sparringu o... w y i m a g i n o w a n y mikrofon.
Tak, o niewidzialny mikrofon.
Nie wiadomo, kto go sobie pierwszy wyobraził i kto zadebiutował z nim w recitalu.  Nie ustalono, kto komu najpierw wyrwał z dłoni plon tej imaginacji. Wiadomo natomiast, że to Biskwit cisnął w Dynię żeliwnym samochodzikiem (chybiwszy na miarę karnych w ćwierćfinałach), a Dynia palnęła Biskwita w ucho. Potem Biskwit kopnął  Dynię w kostkę, a Dynia pchnęła Biskwita, żeażusiadł.
A potem to już jak zwykle, kilka podręcznikowych przypadków naruszenia nietykalności, czynna napaść, znieważenie, pomówienie i zniesławienie.
O NIEWIDZIALNY MIKROFON!!!
Schopenhauer kwili w kąciku.

©kaczka

[283]

[4 Jul 2016]

(...)
Jakby lamy nie sponiewierały nas wystarczająco...
Nastał lipiec. Co roku w  lipcu ci spod ósmego, pierwsi osadnicy, pionierzy budownictwa jednorodzinnego na naszej ulicy, depozytariusze kamieni węgielnych pod najwstępniejsze ogrodowe krasnale i najpierwsze zestawy mebli salonowych Echtes Leder organizują święto dziękczynienia dla numerów budynków od 1 do 20.
(Ci, z drugiego końca ulicy muszą obejść się smakiem. Granicę precyzyjnie wyznacza wewnątrzosiedlowa droga przeciwpożarowa.)
Gospodynie domowe pieką placki, kręcą majonezy na sałatki z kartofli, jedni przynoszą ławki i stoły, inni ruszty, jeszcze inni  wytaczają z piwnic lodówki.
Ożywiona tkanka sąsiedzka integruje się nad wurstami i marynowanym schabem.
Podekscytowane cherubiny, wbrew ustawie o zapobieganiu alkoholizmowi, serwują piwo i piwną pianę z dystrybutora.
Jest żwawo, chyżo i skocznie. Źle mówi się o nieobecnych, opowiada o metodach strzyżenia trawników i wymienia się przepisami na sałatkę z bio-buraków. Są fajerwerki.
Dynia i Biskwit od dawna zintegrowane z uliczną masą dziecięcą zatrzymują się tylko po to, by porwać coś do jedzenia i biegną dalej łupiąc bosymi stopami o bruk.
Biskwit uczy się błyskawicznie. Już wie, że ekspresyjna choreografia impromptu połączona z odśpiewaniem 'Let it go' zapewnia aplauz tłumów i sprawia, że sąsiedzi  wyskakują nawet z lizaków odłożonych 'dla wnuków'.
A gdy wołam 'Gdzie jesteś Biskwicie?', odpowiada mi głos spod stołu 'Hier bin ich!', gdzie Biskwit, herszt bandy, rozdziela łupy i pobiera haracz.
('Hier bin ich!' – czniam wibrujące rrrrrr..., słabnę na myśl, że ten nienaturalny dla mnie szyk słowa dla Biskwita jest sprawą oczywistą.)
W kumulacyjnym momencie imprezy, gdy insulina i cholesterol  sięgają wartości krytycznych, sąsiad spod ósmego wnosi  sznaps własnej, piwnicznej destylacji (tona wiśni, tona cukru, tona drożdży, sekretna receptura rodzinna). To prowokuje sąsiadów do parady własnych likierów, wódek i nalewek. A przecież rozsądek krzyczy 'nie mieszać!'
Sznaps z wiśni ma smak siedemdziesięcioprocentowego spirytusu. Aromat owocowy ściął się lub wyparował. Jeden łyk tego preparatu resetuje gładko wszystkie dobre i złe wspomnienia do 1410 roku.
Gdy następnego poranka sąsiadka przychodzi  z widelcem o rączce z perłowej masy, szukając jego właściciela, twierdzi, że impreza zakończyła się o czwartej.
Wcześniej, o siódmej rano, gdy wyszłam na balkon z filiżanką bardzo mocnej kawy, która miała uciszyć tupot spirytusu, okrzyki bakterii i głośne rozmowy mrówek, ulica wyglądała jak nowa. Bez śladu nocnych ekscesów. Resztki sałatek chłodziły się w lodówkach, ławki zniesiono do piwnic, ktoś zamiótł teren z resztek po fajerwerkach.
Jedyna różnica, tej soboty nikt z sąsiadów, jak to mają regularnie w zwyczaju, nie mył, ani nie nabłyszczał swojego samochodu.
Rozkoszna Suburbia!

©kaczka