Image Slider

[381]

[6 Jan 2018]


(...)
Okazja sama wpadła mi w ręce.
Okazja miała strukturę dwóch meksykańskich praktykantek błąkających się od jesieni po korytarzach Przymierza, przykładających sobie kataplazmy z tortilli jako lek na tutejsze, depresyjne zjawiska meteo i nieukojonych w swej tęsknocie za UV z Cancun.
Trochę potrwało zanim połączyłam kropki faktów, ale gdy już je połączyłam to w mej wyobraźni wykiełkowała z tych kropek piñata, taka klejona na miarę królewskich urodzin Biskwita, i krótko mówiąc, sprzedałam ten pomysł praktykantkom jako formę terapii zajęciowej.
Dziewczęta ocknęły się z letargu wywołanego przymusową krioterapią i entuzjastycznie przyjęły pomysł, by zorganizować nam warsztaty z lepienia kul z bibuły.
Czy entuzjazm spowodowany był tym, że nie wypada odmawiać przełożonym, czy prawdziwą, wypływającą z serca potrzebą dzielenia się ze wszechświatem swoją narodową spuścizną, to niech tam sobie osądza historia. Jednakoż gdyby te kropki faktów połączyły mi się w inną konstelację, to przecież mogłam zażądać skompletowania orkiestry mariachi, skonstruowania urządzenia do destylacji tequilli, zbudowania z tacos makiety świątyni Azteków albo wyreżyserowania oscarowego musicalu o Zorro z puebla. Czymże jest więc, w obliczu takich wyzwań, popołudnie spędzone z nieletnimi dilerami chaosu, fermentu i końca świata?
Bułką z masłem?
Tortillą z serem?
(W dodatku jedna z praktykantek wyznała, że listę jej najważniejszych życiowych osiągnięć otwiera zrobienie księżnej Diany z piñaty. Lub odwrotnie.)
I tak oto, pewnej grudniowej niedzieli zgromadziłam nad wanną krochmalu czterdzieści pięć nóg i rąk. Ludzi było jedenaścioro, a czterdziesta piąta noga należała do kanarka, który drugie z posiadanych odnóż zawsze podobno chowa na czas snu.
Kwatera nie była nasza, kanarek też nie. Było to posunięcie strategiczne, co doceni każdy, kto wyobraża sobie rozmach sprzątania po dziecinach nurkujących w krochmalu i wytarzanych w strzępach periodyków codziennych.
Nasze były jedynie Dynia i Biskwit oraz dwanaście kilometrów krepiny, która jak się okazało, znakomicie farbuje namoknięte cherubięta odratowane z wanny krochmalu.
Jak to zaprojektowała natura, dzieciny wytrzymały trzy kwadranse tego ordunku, a następnie pobiegły przed siebie, zostawiając na wszelkich  białych powierzchniach niezmywalne ślady we wszystkich dostępnych kolorach krepiny.
Przy wannie krochmalu pozostali tedy najbardziej ambitni (czyt. kaczka), ci, którzy oparli się winu i ciasteczkom (czyt. kaczka) i ci, którzy postanowili w końcu też osiągnąć jakiś życiowy sukces (czyt. kaczka). Zatem, gdy pozostali wyrośnięci uczestnicy zapadli się w stagnację, w miękkie kanapy, w kofeinę, w podgrzewany etanol i w karbohydraty, wykorzystując ten magiczny moment, że krochmal na dziecinach zastygł i ograniczył ich mobilność, kaczka kontynuowała lepienie motywowana przez matkę jednej z praktykantek - Arriba! Arriba! - w bezpośredniej łączności video z Mexico City.
W ten oto sposób nad naszą słowiańsko-germańską stajenką zawisła w tym roku meksykańska gwiazda z bibuły, do której laparoskopowo wprowadzono trzy kilogramy żelatynowych misiów i hamburgerów z cukru.
Oficjalne obchody urodzin, jak to u królowych w zwyczaju, odbyły się w zupełnie inny dzień niż ten wynikający z metryki.
Biskwit, o dziwo, nie miał specjalnych wymagań względem prezencji tortu, więc idąc za niesłabnącą popularnością poprzedniego montessoriańskiego wypieku pod kryptonimem 'najlepsze ciasto ever z bio warzyw i bez cukru', tort i tym razem, ku wielkiemu ukontentowaniu solenizantki, upiekli Dr Oetker i Dr Norweski.
Z torebki instant.
(Gluten, laktoza, galaktoza, czekolada, wosk, wanilina, etylina i May Contain Nuts.)
Jeśli chodzi o lincz piñaty to trwałby on może do dziś, to jej powolne konanie w mękach, ta agonia krepinowych wstążek, gdyż albo dzisiejsze przedszkolaki takie cherlawe albo piñata taka z cementu, odporna na broń masowego rażenia. Zaistniała nawet obawa wyszeptana przez tylne szeregi malkontentów, że pierwej piñata ulegnie biodegradacji niźli komukolwiek uda się rozpruć jej wnętrze.
Na szczęście w odpowiednim momencie pojawiła się Dynia, która jako negatyw karateki (czarne wdzianko, biały pas) celnym wykopem uratowała choinkę, kredens, rodzinną porcelanę, kilka czaszek, telewizor i honor swej brygady ninja nim dopadła ich grupa wiekowa 3-5 lat wyposażona w kij samobij.
(Warto inwestować w wietnamskie sztuki walki.)
Niestety, w opinii Biskwita z piñaty wypadły wyłącznie rozczarowania i nic więcej jak tylko ogromna frustracja. W kulminacyjnym momencie deszczu karbohydratów  Biskwit nie zdążył się przebić przez tłum i nadbiegł, gdy większość uczestników imprezy stosowała już taktykę zajęcia przez rzucenia się ciałem na potencjalne łupy, Naturalną konsekwencją tej taktyki było udawanie padliny i brak reakcji na bodźce zewnętrzne w nadziei na przeczekanie konkurencji.
Zatem w tym wymarzonym, najpiękniejszym momencie imprezy, Biskwit stał i wył z rozpaczy, a reszta uczestników leżała w przedziwnych pozycjach przyklejona do podłogi misiami Haribo.
Z lotu ptaka wyglądało to jak masakra podczas gry w Twistera.
Słowem, chciałam dobrze, a wyszło jak w każde urodziny.
Nie idźcie tą drogą!
(A jeśli nalegacie to prawdopodobnie prościej byłoby zrzucić Haribo nad dzielnicą z helikoptera albo rolniczego samolotu do oprysków stonki.)


(...)
Święta miały podszewkę z sałatki z kartoflem, kaczki z jabłkiem i bezy z agrestem. Każde danie jedzone z porcelany po prababce miało jakąś historię, podtekst i drugie dno. Taka osobliwa sederowa wieczerza, z której jak Karpaty wypiętrza się niespodziewanie rodzinna tradycja. Nasza własna tradycja.
Na krzywy dziób dostaliśmy polski bigos, ruskie pierogi, angielski ser i talerze, fiński salmiak, francuską musztardę, portugalskie kieliszki oraz belgijskie piwo.
I torcik wedlowski.
I przeogromnie dużo dobra, zatroskania i czułych gestów.
Czas przyjemnie wyhamował.
Żywa choinka sypiąca łupieżem igieł miała dwa zdobne czubki, gdyż jak wiadomo, nie byłoby sprawiedliwie, gdyby tylko jedno dziecko nabiło na pal jednego bezstopego anioła z rozbieżnym zezem.
Przybyło ręcznie wykonanych ozdób, których obsesyjno-kompulsywną produkcją żyją w grudniu placówki edu, a które od siedmiu lat skrupulatnie gromadzimy.
Obejrzeliśmy Arabellę z niemieckim dubbingiem [1], Biskwit ograł nas pięćset razy w Monopoly, przyjechała Bebe ze swoją podstawową komórką społeczną i z bezglutenowym plackiem z maku oraz bananów, Dynia spędziła dzień w zoo ryjąc w sowich wypluwkach [2]  i obdarowując nas hojnie wydłubanymi zeń mikroszkielecikami rodentów.
A teraz trzeba znów odpalić kółko dla chomika.



[1] Jarecka kazała.
[2] Jak jej matka dwadzieścia lat temu!


©kaczka

[380]

[23 Dec 2017]

(...)
W czwarte urodziny Biskwita sypał śnieg i ścisnął mróz.
Wychodząc zatem o świcie z domu, by wcisnąć dzieciny adekwatnym placówkom edukacyjnym, miałam na sobie:
- kurtkę narciarską,
- peruwiańską czapkę,
- kuchenne rękawice,
- walonki,
- dwunastotonowy tornister,
- torbę z odzieżą na wuef plus buty,
- torbę na prace plastyczne, rękodzieło i wnętrzności kucyka trojańskiego,
- torbę z laptopem,
- własny plecak z obiadem (kilo bezglutenowej sałaty),
- karton z dwoma plackami urodzinowymi dla czterdziestu cherubów,
- trzy litry ekologicznego soku z jabłek,
- spacerówkę z Biskwitem (Biskwit w wieczorowym tiulu),
- kosz przekąsek Biskwita,
- dwie parasolki,
- przekonanie, że jeśli upadnę pod tym wszystkim to nawet najlepszy owczarek z GOPRu nie odnajdzie mnie do wiosny.
Rzężąc z wysiłku jak nasza szkapa zrzuciłam pod szkołą jedno dziecko, a z nim dwunastotonowy tornister oraz torbę z gimnastycznym trykotem.
Natura już czyhała, fantazjując o zastosowaniach tej próżni i perswazją naszpani od Mastodontów próbowała mi wcisnąć na odchodne świąteczny stroik.
Przeciekłam naszpani przez materię psychologicznego szantażu ('O ten, tam! Największy! To dzieło życia pani dziecka! Tak! Ten jak młyńskie koło! Dokładnie! Ten właśnie!') i zwiałam.
Albowiem mam wyliczone, że na dotarcie do kolejki podmiejskiej, od drzwi szkoły do stacji, potrzebuję szesnaście i pół minuty. A z balstem to nawet więcej.
Co prawda, Deutsche Bahn uczy nieustannie pokory z rodzaju: następny dyliżans za dwa lata, dopuszczalne opóźnienie: dwa tygodnie. Jednak wiadomo, dyliżans zawsze odjeżdża o te pół roku wcześniej, wtedy, gdy najbardziej zależy ci, by do niego wsiąść.
Popędziłam zatem nadal odziana w:
- kurtkę narciarską,
- peruwiańską czapkę,
- kuchenne rękawice,
- walonki,
- torbę na prace plastyczne, rękodzieło i wnętrzności kucyka trojańskiego,
- torbę z laptopem,
- własny plecak z obiadem (kilo bezglutenowej sałaty),
- karton z dwoma plackami urodzinowymi dla czterdziestu cherubów,
- trzy litry ekologicznego soku z jabłek,
- spacerówkę z Biskwitem (Biskwit w wieczorowym tiulu),
- kosz przekąsek Biskwita,
- dwie parasolki,
Oraz w zupełnie nowe przekonanie, że jeśli to mnie nie zabije to nie wiem, co innego mogłoby.
I teraz scena.
Dopadam dyliżansu i rękami rozwieram zamykające się automatycznie drzwi.
Mam na sobie
- kurtkę narciarską,
- peruwiańską czapkę,
- kuchenne rękawice,
- walonki,
- torbę na prace plastyczne, rękodzieło i wnętrzności kucyka trojańskiego,
- torbę z laptopem,
- własny plecak z obiadem (kilo bezglutenowej sałaty),
- karton z dwoma plackami urodzinowymi dla czterdziestu cherubów,
- trzy litry ekologicznego soku z jabłek,
- spacerówkę z Biskwitem (Biskwit w wieczorowym tiulu),
- kosz przekąsek Biskwita,
- dwie parasolki
I wtedy przypominam sobie, że za trzy minuty muszę się połączyć z centralą Przymierza w ramach międzygalaktycznej telekonferencji na szczycie.
Zrzucam z siebie wszystko, wysypuję zawartość plecaka na podłogę, odnajduję telefon, wystukuję z pamięci czterdziestocyfrową sekwencję cyfr. Numer telefonu, numer konferencji, numer buta, numer słuchacza, wciśnij jeden, wybierz język, podaj kod dostępu...
(W didaskaliach Biskwit cały czas jest głodny i upiera się, że będzie jadł moją bezglutenową sałatę.)
...
...
...
Twój kod dostępu jest nieprawidłowy. Rozłącz się natychmiast albo twój telefon wybuchnie.
Natychmiast się rozłączam.
Zrzucam to, co założyłam na siebie w trakcie szamotania się z telefonem, czyli:
- kurtkę narciarską,
- peruwiańską czapkę,
- kuchenne rękawice,
- walonki,
- torbę na prace plastyczne, rękodzieło i wnętrzności kucyka trojańskiego,
- torbę z laptopem,
- własny plecak z obiadem (kilo bezglutenowej sałaty),
- karton z dwoma plackami urodzinowymi dla czterdziestu cherubów,
- trzy litry ekologicznego soku z jabłek,
- spacerówkę z Biskwitem (Biskwit w wieczorowym tiulu),
- kosz przekąsek Biskwita,
- dwie parasolki.
Szukam kartki z kodem dostępu. Znajduję ją w sałacie. Wystukuję z kartki czterdziestocyfrową sekwencję cyfr. Numer telefonu, numer konferencji, numer buta, numer słuchacza, wciśnij jeden, wybierz język, podaj kod dostępu...
...
...
...
Twój kod dostępu jest nieprawidłowy. Rozłącz się natychmiast albo twój telefon wybuchnie.
Ignoruję.
Wciskam przypadkowe dwadzieścia sześć cyfr.
Cud!
Odbiera Jesus.
Jesus, jak to Jesus, chce znać parametry techniczne zmywarki do brazylijskich krów.
Te, które miałam na dnie plecaka zanim rozsypałam i ponownie zsypałam jego zawartość.
Przyciskam telefon barkiem do ucha.
Zrzucam, co mam, czyli:
- kurtkę narciarską,
- peruwiańską czapkę,
- kuchenne rękawice,
- walonki,
- torbę na prace plastyczne, rękodzieło i wnętrzności kucyka trojańskiego,
- torbę z laptopem,
- własny plecak z obiadem (kilo bezglutenowej sałaty),
- karton z dwoma plackami urodzinowymi dla czterdziestu cherubów,
- trzy litry ekologicznego soku z jabłek,
- spacerówkę z Biskwitem (Biskwit w wieczorowym tiulu),
- kosz przekąsek Biskwita,
- dwie parasolki.
I pruję torby w nadziei, że zdążę, bo musimy wysiąść na następnym przystanku, inaczej dojedziemy do Berlina.
Dodatkowo, cały czas zabawiam Jesusa wartką i sensacyjną narracją o defektach zmywarek do krów.
Kątem oka widzę, że porwałam nią już cały wagon pasażerów.
Wszyscy milczą i bardzo bacznie mi się przyglądają.
I wtedy, dwie minuty przed stacją docelową, z telefonem dociśniętym uchem, gdy zarzucam właśnie na siebie:
- kurtkę narciarską,
- peruwiańską czapkę,
- kuchenne rękawice,
- walonki,
- torbę na prace plastyczne, rękodzieło i wnętrzności kucyka trojańskiego,
- torbę z laptopem,
- karton z dwoma plackami urodzinowymi dla czterdziestu cherubów,
- trzy litry ekologicznego soku z jabłek,
- spacerówkę z Biskwitem (Biskwit w wieczorowym tiulu),
- kosz przekąsek Biskwita,
- dwie parasolki,
przychodzi konduktor i pierwszy raz w tym roku chce obejrzeć mój bilet.
Najlepiej pod światło.
(Oraz zapewne pozwolenie na przewóz cygańskiego taboru pociągiem.)
A ja wiem, że ten bilet – kartonik w rozmiarze centymetr na pięć - ostatnio widziałam pod sałatą.
I mam go wyłuskać spod tej sałaty kuchennymi rękawicami!?!

(...)
W montessoriańskich jasełkach Biskwit wziął szturmem najgłówniejszą rolę Przenajświętszej Panienki w połogu.
Mój Biskwit złotowłosy, rumiane cherubięcie cięte prosto z rokokowych obrazów Watteau, odziany w welon z firanki i w białe giezło, dumnie złożył w żłobie Zbawiciela marki Baby Born.
W założeniu reżysera spektakl miał pozostać pantomimą.
I pozostał do momentu, gdy Trzej Królowie z Dalekiego Wschodu (w tych rolach jedyni egzotyczni użytkownicy przedszkola: Hindus, Chińczyk i Japończyk) pojawili się przed Maryją w stajence niosąc dary.
(Tiarę z tombaku, ojro z czekolady, herbatę ziołową i po resoraku.)
- Das ist mein Kind! Jesus! – wykrzyknął Biskwit na widok przybyszów, zagłuszając szeptany monolog naszpani.
A potem dodał:
- Ein Mädchen!!!
Rozumiecie potencjalne konsekwencje tej publicznej deklaracji?
Mój Boże! IT’S A GIRL!!!

(...)
A na nadchodzące dni kaczka życzy Wam, P.T. Czytelnicy, przenajświętszego spokoju.
I miłości!


©kaczka

[379]

[14 Dec 2017]

(…)

The Book of Life. Projekt okładki: Dynia, 2017

Grudzień przyniósł rozmaite rozrywki.
Przede wszystkim, w związku z nadchodzącą rocznicą narodzin Biskwita (lada minuta), squat Montessorian zażądał pisemnej inwentaryzacji życiowych osiągnięć solenizantki. Gdyż mają tak w zwyczaju, że zanim pozwolą dziateczkom rzucić się na urodzinowy tort z bio-marchewki, z bezcukru i z eko-cukinii, solenizant musi, imitując ruch planety, latać w kółko z globusem pod pachą, wokół uziemionych na dywaniku. W czasie, gdy solenizant lata, naszpani, jak Wolfram von Eschenbach z lutnią, odczytuje chwalebny życiorys.
W praktyce to oznacza, że wszystko, co napisałam o Biskwicie na blogu, Norweski musiał przetłumaczyć na niemiecki i zmieścić na czterech pocztówkach. Popycha to nasz związek ku przepaści, bo ja czuję się jak Słowacki, a Norweski za nic w świecie nie chce poczuć się jak Goethe.
Inną grudniową uciechą było gwałtowne załamanie się pogody.
Jak raz, akuratnie w dniu, w którym chór placówki Ofiar Holocaustu miał wystąpić na lokalnym, świątecznym jarmarku.
Dotknęło nas to, dlatego, iż Dynia wbrew dziedzicznym predyspozycjom uczęszcza na zajęcia chóru i należało tedy wykopać tunel w śniegu i brnąc pod wiatr w szalejącej zamieci, dostarczyć dziecko na miejsce debiutu.
Jako, że mróz skuwał lodem grzane wino, a zamieć  całkiem udatnie imitowała cukier puder na soplach z gofrów, burmistrz odstąpił chórzystom salę w ratuszu, by zaśpiewali i zagrali. Bez obawy, że śnieg ich zaknebluje, a usta przymarzną im do fletów lub ksylofonów.
Występ nieco się opóźnił, albowiem najpierw należało odśnieżyć zebranych i wyłuskać ich z kombinezonów, czapek, kalesonów, rękawic i rozwinąć z szalików, a potem odnaleźć w stercie odzieży.
(Chwalebne, że naród w tym najcieplejszym kawałku Republiki Federalnej, w którym śnieg pada raz na tysiąc lat, jest tak dobrze przygotowany na sytuacje kryzysowe. Nawet jeśli to są jedynie trzy centymetry tego śniegu.)
To, czego potem byliśmy świadkami, gdy już naszpani od chóru odgrzebała solistów spod sterty nauszników i termogetrów, utwierdziło nas w przekonaniu, że zaiste, faktycznie, niewielu ludzi ma dziedziczne predyspozycje muzyczne. I nie, w tym sezonie naszpani nie udało się zwerbować żadnej Violetty Villas. Jednocześnie po zakończeniu występu opuściliśmy widownię dzieląc głębokie przeświadczenie, że naszpani od chóru musi mieć spore doświadczenie pedagogiczne. Gdyby bowiem zamiast świeczek na baterie, wpadła na pomysł by rozdać dziateczkom po płonącym romantycznie łuczywie, to sądząc po tym, co robiły tylne rzędy chóru, straż pożarna mogłaby nie zdążyć. A burmistrz nazajutrz szukałby swoich pieczątek w smutno dymiącym pogorzelisku.
Takiego doświadczenia zabrakło Irinie - Przewodniczącej Komitetu Rodzicielskiego klasy Mastodontów.
Ta, urządziwszy świąteczne spotkanie klasowe, rozdała Mastodontom i niezmywalny klej, i otwarte źródła ognia, i dorzuciła jeszcze papierowe serwetki na podpałkę.
Słoik musieliśmy przynieść sobie sami.
Było z tym nieco problemu, bo wołanie o słoik nadeszło wieczorem, na dzień przed imprezą i Norweski odmówił zjedzenia naraz zawartości całego garnca marmolady lub do wyboru słoja musztardy sarepskiej.
Cóż było robić,wyposażona w latarkę, poszłam zatem grzebać w śmietnikach sąsiadów.
(Wydaje się, że Irina jest mi winna trochę godności osobistej.)
Oprócz wołania o słoik, Irina wystosowała również apel o przyniesienie nadwyżek świątecznych ciasteczek domowej roboty. Jako, że jesteśmy prawdopodobnie jedynymi w całym Erefenie, którzy lekceważą tradycję adwentowego kompulsywno-obsesyjnego wypiekania, nie bardzo mieliśmy się czym dzielić. O świcie uderzyłam więc do supermarketu, gdzie kupiłam kilka gatunków i przesypałam je do puszki z napisem: Domowe ciasteczka.
W celu nadania kupnym ciasteczkom domowego sznytu – zdradzam sekret - należy puszkę upuścić kilka razy na podłogę lub po prostu szarpać się o nią z Biskwitem.
Ustawione w bufecie domowe ciasteczka kaczki zniknęły w mgnieniu oka.
Kamuflaż był jednak zbyt udany, albowiem kilka osób zapytało mnie o przepis.
Najpiękniejsza jednak w takich spotkaniach jest tęcza klasowego przekroju społecznego oraz labirynty i meandry zainteresowań poszczególnych jednostek.
Na przykład, rodzice Chantal zawsze ustawiają na boku regał zachęcający do prenumeraty 'Strażnicy'. Czy to początek roku szkolnego, czy święto Grzyba, czy ćwiczenia przeciwpożarowe. Nie wiem, czy robią to, bo panuje tu wolność słowa tudzież wyznania, czy dlatego, że razem wzięci rodzice Chantal na oko ważą pół tony i w sparringu na argumenty wygrywają masą? A może dlatego, że przynoszą zawsze tuzin wyśmienitych czekoladowych placków i przez to wiele im się wybacza?
W szopce, w której występowały Mastodonty pominięto elementy teologiczne, a skupiono się na taksonomii gatunków fauny. Może to z uwagi na uczucia religijne rodziców Chantal, a może dlatego, że sama naszpani jest z Izraela, a w klasie oprócz Dyni, prawosławnej diaspory, kilku zabłąkanych tubylczych dzieci, ma też gromadę małych Chińczyków?
(Acz chińskie matki napiekły domowych ciasteczek, i nie były to Fortune cookies, a klasyczne, lokalne, adwentowe wypieki, więc nie mnie oceniać stopień integracji z Republiką.)
Poza tym grudzień skazał mnie na dietę z ryżowych wafli i bezglutenowej wody.
Wyrok przekazała lekarka, z którą dopiero po kwadransie gwałtownych dyskusji i plastycznych opisów symptomów ustaliłyśmy, że pochodzimy z tego samego kraju, choć z różnych jego końców. To dziwne, ale ustawione na kominku 'Choroby wewnętrzne' obok 'Kompendium polskiej dermatologii' zupełnie nie dały mi do myślenia.
(Na swoją obronę, nie takimi rzeczami ludzie przecież ozdabiają sobie kominki.)
Dieta z bezglutenowej spyży nie jest zła, dopóki człowiek nie połasi się na chleb bez glutenu.
Mam teorię, że ten chleb, eksportowany tu przez firmę z Katowic, to jakaś akcja odwetowa i zemsta za Korfantego. Takim chlebem, odwołajmy się do kultury masowej, to zabija się kaczki (sic!) w towarzystwie Hugh Granta.
To, że jesteśmy mściwym narodem okazało się również wtedy, gdy postanowiliśmy kupić sobie takie łóżko, żeby zmieściły się w nim wszystkie nasze dzieci i żeby jeszcze i dla nas zostało miejsce.
Kiedyśmy kupowali poprzednie, nie wzięliśmy pod uwagę, że stanie ono na trasie somnambulicznych  wędrówek progenitury i że będziemy w nim sypiać warstwami.
Dzieci rosną. Trudno oddychać, gdy niepołączony z rzeczywistością Biskwit wije gniazdo w żebrach. I tak za pierwszym razem, zupełnie przez przypadek, wybraliśmy w erefenowskim sklepie łóżko importowane z Polski.
Jego producent poskąpił nam nóżek, co opóźniło procedurę dostarczenia łóżka o jakieś osiem tygodni. Osiem dodatkowych tygodni na materacu na poziomie runa leśnego!
Niezrażeni tym incydentem, po latach wróciliśmy po kolejne.
Przyjechało nieomal błyskawicznie, bo już po kilku tygodniach.
Razem z panem Kazimierzem do składania.
Bez nóżek!!!
To znaczy, pan Kazimierz miał nóżki. Nogi. Swoje nogi.
I to nie jego należało złożyć, ale on miał złożyć.
Tylko nie mógł, bo nie dali mu nóżek.
Ahoj przygodo!
Znów śpimy na futonie.
Cztery ofiary polskiego sabotażu!
Plus jeden duży jugosłowiański miś, rocznik 1981, onegdaj mój wspólnik, obecnie faworyt Biskwita.
I co?
Mam mniej miejsca niż poprzednio.
Natura naprawdę nie lubi próżni i potrafi ją wypełnić choćby i poliestrowo włochatym niedźwiedzim zadem.
Uaktualnienie 11:32 PM Norweski przed chwilą wstał i przypomniał sobie, że Montessorianie powiedzieli mu, że Biskwit może jednak przynieść sobie takie ciasto jakie lubi. Jeśli to mu się nie przyśniło to oznacza, że bezpowrotnie straciłam okazję, aby upiec tort z kabanosów i kopytek. Suto sypany kruszonką.

©kaczka

[378] oraz JEST ROBÓTKA 2017

[3 Dec]

(...)
Biskwit z entuzjazmem przeniknął w szeregi Montessorian.
Prawdziwy, nieskrępowany żadnym konwenansem społecznym rozmiar tego entuzjazmu objawił się w minioną niedzielę, gdy Biskwit zerwał się z łóżka, ubrał się w rajty i krynolinę, zrobił sobie śniadanie, umył zęby, wzuł sandały i zjawił się u wezgłowia naszego futonu [1] żądając niezwłocznego dowozu do placówki.
Była szósta trzydzieści rano.
Z perspektywy czasu uważam, że należało wyjść z łóżka w tę ciemną noc i potykając się o zwłoki swej godności osobistej, spełnić oczekiwania. Jedno z nas miałoby wtedy szanse się wyspać, a tak, oboje wegetowaliśmy od szóstej trzydzieści, podczas, gdy jednoosobowa manifestacja rozczarowania bezcześciła nas fizycznie i werbalnie do kolacji z przerwami na drugie, trzecie, czwarte, piąte śniadanie, obiad, podwieczorek i czternaście luźnych, niezobowiązujących przekąsek.
Jako, że dzień w dzień Biskwit przynosi od Montessorian coraz więcej desek z powbijanymi weń, ponoć samodzielnie, gwoździami, może ten pociąg do uczęszczania spowodowany jest jakimiś opóźnieniami w projekcie: Kucyk Trojański?
Jakby nie patrzeć, z odpadów Kucyka wkrótce zbudujemy sobie meblościankę.

[1] temat na obszerną dygresję i co najmniej, pół kolejnej notki

(...)
Tym, co odróżnia ochronkę pod wezwaniem błogosławionego Dietera z Düsseldorfu od aktualnego squatu Montessorian pod wezwaniem błogosławionego Bio-Jarmużu jest przede wszystkim to, że gdy teraz odbieram Biskwita to rzucam się najpierw ocierać mu twarz z błota w obawie, że inaczej mogłabym zabrać do domu cudze dziecko. Albowiem pod koniec dnia, wszyscy podopieczni Montessorian wyglądają jakby pracowali przy osuszaniu bagien własnym ciałem (i wdziankiem), zacierając przy tym wszelkie znaki szczególne typu: kolor włosów, linie papilarne albo fason gumowców.
Jedynym, co zakłóca Biskwitowi tę edukacyjną sielankę, jest ponoć nadmierne i zupełnie dla Biskwita niezrozumiałe przywiązanie Montessorian do karmienia młodzieży surowym, ekologicznym, fair-trade chlorofilem. Aczkolwiek, odkąd po inicjacyjnym zażyciu sałaty, Biskwit zapadł w spektakularną katatonię (każdy kryptonit ma swojego Supermana!), nikt jeszcze nie odważył się zaproponować Biskwitowi dokładki.

(...)
Wieczorami natomiast Biskwit uczęszcza na zajęcia resocjalizacyjne. A to z inicjatywy austriackiego laryngologa, który uznał, że niemiecki Biskwit mówi ze szwajcarskim akcentem i w celu skorygowania gardłowego [CH], które dla mnie brzmi raczej tak, jakby Biskwit wychowywał się na zamku w Elsynorze, wysłał tegoż na zajęcia do... greckiej logopedki.
Protestowałam, a jakże, ale gdy okazało się, że zajęcia polegają głównie na konsumpcji misiów Haribo, że ta logopedia to przykrywka dla cotygodniowej orgii nieograniczonego wciągania węglowodanów na czas, to nieodwracalnie straciłam Biskwita dla roli ofiary w nimbie cierpienia.
Jednocześnie, nieustająco, za każdym razem, gdy Biskwit zabiera głos w jakiejkolwiek sprawie prześladuje mnie wizja Hamleta deklamującego: 'Znał[CH]em g[CH]o mój  [CH]...oracy' z czaszką misia z żelatyny w ręce i z serem  Gruyère pod pachą.
Nie ma nadziei, że, duńskie [CH] Biskwita jest naprawialne, za to po prostu Biskwit zje w ciągu miesiąca roczny budżet na pomoce dydaktyczne Instytutu Logopedii Teoretycznej i Stosowanej.

(...)
Tymczasem, jeśli jeszcze bez trwogi owieracie lodówki i konserwy rybne, nie lękając się, że wyskoczymy zeń – ja kaczka-kierowniczka i Woźna Bebe, to znaczy, że marketing tegorocznej Robótki zawodzi!
Tym bardziej i tym gwałtowniej kieruję Was w tę stronę: KLIK albo w tę: KLIK
Którędy Wam po drodze.
Wpadnijcie w tę Robótkę po uszy!
Opowiadajacie o niej światu.
Niegowiacy są jak studnie bez dna. Nigdy nie wrzucimy im ZA DUŻO radości. Ale to przecież nie znaczy, że mamy nie próbować, prawda?


©kaczka

[377]

[20 Nov 2017]

(...)
Jest dziesięć stopni Celsjusza.
Mam na głowie czapkę, a na bosych stopach pożyczone japonki.
Jestem zatem w takim momencie życia, że to albo menopauza albo Wyspy Brytyjskie.
Skan okolicy (Asda, Tesco, smażalnia ryb i frytek, charity shop, look right na asfalcie, kubek herbaty z mlekiem) uspokaja, że to jednak nie deficyt estrogenów, a dryfujące po Atlantyku Królestwo Theresy May.
Czapka, zimowa kurtka i klapki na gołych nogach to nieodzowne rekwizyty pozwalające udawać, że jesteś tubylcem. Nikt nie próbuje ci sprzedać kompletu breloczków z Big Benem, ani otwieracza do butelek w kształcie Kate Middleton. Dzięki gołym nogom napastują cię wyłącznie pośrednicy British Gas i doręczyciele potaniałej elektryczności. Tym można jednak zawsze powiedzieć, że jesteś z Australii i zazwyczaj odstępują.
To miała być podróż córki z matką.
Quality time. 
Bonding opportunity.
Jednakoż ledwie Dynia wysiadła z samolotu to rzuciła się w swoje własne sprawy i w ramiona swej przyjaciółki Lucyny, więc przebrana za tubylca wędrowałam samotnie po Wyspie podziwiając jak zielona jest tam trawa w listopadzie.
Zielona, bo sztuczna.
Jak raz, trafiło nam się Halloween, więc Dynia i Lucyna odziane w te same kapelusze czarownic, w których wspólnie kwestowały cztery lata temu, poszły w angielską suburbię i przyniosły obfity węglowodanowy haracz. (Byłby prawdopodobnie jeszcze obfitszy, ale Dynia odmówiła pukania do drzwi i straszenia tym, że jest z Niemiec i że przyjechała odebrać tubylcom pracę i wykorzystać ich NHS.(
Za to na spontanicznym Erasmusie w podlondyńskiej Junior School, Dynia wymieniała koraliki niemieckich słów na czekoladowe ciasto w szkolnej kafeterii i tablety z oprogramowaniem do matematyki używane podczas lekcji. Dziewiętnastoletnia nauczycielka, sympatyczna Irlandka o niemożliwym do przeliterowania nazwisku, przyjęła opowieść Dyni o niemieckiej kredzie, tablicy i folijkach na rzutniku, życzliwie, ale raczej jako legendę z czasów stołu Króla Artura. Dynia za to nie mogła uwierzyć, że nikogo nie obchodzi kąt odchylenia litery ka, ani stopień wygięcia litery es i że nikt jej w Junior School nie uciemięży wielokrotnym przepisywaniem alfabetu tak, by mieścił się w normach DIN. A wręcz przeciwnie, każdy jakikolwiek podjęty wysiłek sprawi, że Miss Irish wykona na jej cześć układ choreograficzny cheerliderki. Z pomponami.
- To nieprawdopodobne, jak wszyscy są tu dla siebie uprzejmi – podsumowała Dynia.
No tak, trawa zawsze jest zieleńsza po drugiej stronie płotu.
I cóż z tego, że sztuczna.
(...)
Planowałam zostać męczennikiem za wiarę i splunęłam na szkolny regulamin nakazujący dostarczyć dziecko do placówki natychmiast po feriach. (Różnica w cenie biletów – zylion ojro od osoby. Dante powinien dorzucić erratę: kolejny krąg piekielny obejmujący przewoźników lotniczych.)
Niestety, na lotnisku nie czekał na nas ani pluton egzekucyjny, ani tajni agenci Jugendamtu. W dodatku sama Dynia dostarczyła sobie alibi zażywając kanapkę z korniszonem marki Lufthansa. Ustalenie, czy womit był spowodowany rotawirusem pożyczonym z Junior School, czy jakością korniszonów Lufthansy, czy może wypitą pod te korniszony puszką lodowatego Sprite'a wymagałoby dochodzenia epidemiologicznego. Tak czy inaczej korniszon Lufthansy odebrał współpasażerom apetyt, a mi szansę na spłonięcie na stosie, gdyż ten sam szkolny regulamin wymaga, aby izolować womitanta przez czterdzieści osiem godzin.
I tak, jak pozaregulaminowy wwóz, mocno pobielonego na twarzy dziecka nikogo nie zaalarmował, nawet służb sanitarnych, tak regulaminowy wywóz postawił na nogi wszystkie straże graniczne. Na granicy przed kanałem uzbrojeni przedstawiciele służb niemieckich domagali się informacji na temat absencji ojca dziecka, ale przyjęli na wiarę, że nawet jeśli uprowadzam ten egzemplarz to ojcu został się jeszcze jeden. Na granicy za kanałem – uzbrojone służby angielskie zadały mi pytanie, czy dziecko, które importuję jest naprawdę moim dzieckiem?
Zatem może nie jesteśmy z Dynią aż tak do siebie podobne?



(...)
Ferie minęły.
Biskwit rozpoczął proces integracji z Montessorianami.
Jest to proces bolesny, bo wydaje się zakładać, że przez najbliższe osiemnaście lat Biskwita będziemy tam doprowadzać na dwie godziny dziennie. Jak mówią naszpanie, żeby się oswoić.
Jak dla mnie Biskwit wygląda na całkowicie oswojonego, może więc to naszpanie, westalki tej świątyni edukacji, potrzebują więcej czasu, żeby dojść do siebie po inwentaryzacji pomocy dydaktycznych, którą to Biskwit przeprowadził podczas pierwszych dni na nowej planecie?
Cóż powiedzieć? Po młotku i imadle nasz mały Neron najbardziej się jara (sic!) stanowiskiem do odpalania i gaszenia gromnicy.
Projekt Manhattan, mam nieodparte wrażenie, zyskuje nowy wymiar.
Przymierze GmbH zyskuje również nowy wymiar, bo dzięki niezagospodarowanym dydaktycznie przez Montessorian długim godzinom dni roboczych, chodzimy razem z Biskwitem do pracy i lada dzień Biskwit dostanie umowę na czas nieokreślony. Przez zasiedzenie.
Więcej raportów i tak już się tam zgubić nie da, a te które się nie zgubiły zyskują na glamourze zdobione tysiącem naklejek 'My Little Pony' i setką zszywek wrażoną w pliki przy pomocy zszywacza i nadzwyczajnie dobrze rozwiniętej małej motoryki Biskwita.
Zszywacz i dziurkacz – zaliczone.
Przed nami – kserokopiarka.



(...)
Z cyklu rozczarowanie tysiąclecia.
Pójść o północy do kina na węgierski film z Helen Mirren, wyłącznie dla głosu Helen Mirren i przekonać się, że ZDF potrafi zbeszcześcić dubbingiem nawet głos Helen Mirren.

©kaczka

[376]

[26 Oct 2017]

(…)
Zgodnie z obietnicą Szkoła imienia Ofiar Holocaustu zorganizowała Festiwal Grzyba.
Sobota. Obecność obowiązkowa.
Ochronka imienia błogosławionego Kryspina z Aaachen przyłożyła w drugą nerkę, organizując orgię na cześć odgrzybienia placówki.
Niedziela. Obecność obowiązkowa.
Weekend zobowiązań opiekuńczo-wychowawczych.
Bachanalia z lajtmotywem pieczarki.
Fajerwerk na cześć trujących muchomorków.
W kategorii Szkolne Festiwale nie jesteśmy już amatorami.
Wiadomo, że najpierw trzeba rzucić się na loteryjkę, a potem na sernik i kiełbasę, zanim popyt zje podaż.
(Znowu po zupę z dyni lepiej nie rzucać się wcale, bo młodzieńcy z zawodówki, którym co roku samobójczo zleca się zadanie pilnowania garnka, na widok dziewcząt z zawodówki gotują się raczej sami – taki hormonalny bulion. A przy okazji gaszą w zupie niedopałki papierosów.)
Wiadomo też, że nikt nie każe nam już piec sernika, bo pieczenie serników, a także sztrudli, wysokopiętrowych weselnych tortów i sufletów zleca się rodzicom pierwszoklasistów, gdyż im jeszcze bardzo zależy.
Wiadomo, że nie ma sensu brać udziału w indywidualnym konkursie plastycznym na portret grzyba, bo zawsze znajdzie się jakiś gorliwy rodzic, który w przebraniu pierwszoklasisty wystawi wyklepanego  przez siebie z mikroprocesorów borowika. I ten borowik nie tylko będzie aportował mech i patyczki, nie tylko będzie podawał aktualną temperaturę i wilgotność powietrza w Urugwaju, ale jednocześnie okaże się maszyną do gofrów.
(A wiadomo, bez amatorskiej maszyny do gofrów, obsługiwanej przez zdobioną trądzikiem młodzież szkolną lub emerytowanych członków Stowarzyszenia Hodowców Gołębi, jakakolwiek orgia w eReFenie z automatu pozbawiona jest stylu i klasy.)
Na marginesie, nagrodą za tego borowika, klepanego nocami z kawałków utajnionej satelity szpiegowskiej i żelazka, jest paczka pralinek z Netto.
Wiadomo też, że nie ma sensu brać udziału w zespołowym konkursie plastycznym na portret grzyba, gdyż z naszpanią od Mastodontów jako architektem wizji artystycznej, Mastodonty mogą sobie od razu nakleić na zadki kartki z bonmotem: Kopnij mnie!
Naszpani od Mastodontów jest bowiem żarliwą wyznawczynią niemieckiego neorealizmu w ilustracji dziecięcej. Zatem, jeśli należało omamić jury wieloelementową, przestrzenną realizacją artystyczną o tematyce Grzyb, to było jasne, że Mastodonty będą lepić neorealistyczne muchomorki w neorealistycznym runie leśnym.
Przez moment, gdy naszpani zażądała od rodziców, by na konto zwycięstwa nakopali mchu i paproci oraz wyskoczyli z setki rolek papieru toaletowego, zajaśniała nadzieja, że instalacja artystyczna Mastodontów, jeśli nie imaginacją to przynajmniej rozmachem i areałem zmiecie konkurencję. Niestety, klasa Trzecia B wybudowała kilka grzybów wysokopiennych, purchawek – drapaczy chmur i na nic się zdało, żeśmy jak obłąkane dziki ryli Mastodontom ten mech w ogródkach, a potem wspólnym, rodzicielskim wysiłkiem rozwinęli siedemset rolek papieru toaletowego na nóżki dla muchomorków. Trzecia B rozmazała konkurencję po ścianach. W porównaniu z gabarytem purchawek Trzeciej B, Mastodoncia makieta była lakoniczna i mikroskopijna.
No i kij grzybu w nóżkę, powiecie.
Niby tak, ale Trzecia B wygrała mrożoną pizzę dla całej klasy (corocznym fundatorem nagrody jest kiosk z kebabem), co straszliwie upodliło i sponiewierało morale Mastodontów.
Dzieciny popadły w zbiorową histerię, człek nie wiedział, kogo najpierw tulić do piersi? Swoje, cudze? Komu ocierać smarki? Swoim? Cudzym? Komu chusteczki wciskać? Swoim? Cudzym? A gdy do chóru poniżonych dołączył z lojalności Biskwit to w sumie wyszła z tego akustyczna, przenośna wersja końca świata.
I tu oczywiście, można by się zastanowić, jaki jest sens narażania niewiniątek na taką rzeź marzeń o mrożonej pizzy i czy za dwadzieścia lat będą o tym zdarzeniu wspominać na kozetce psychoterapeuty?
Czy biorąc pod uwagę, że życie i tak hojnie sypie łupieżem rozczarowań, nie lepiej byłoby ich cherubiętom oszczędzić?
Ale okazuje się, że nie! 
Że tu jednak trzeba od maleńkości wyrywać nóżki motylom oczekiwań, bo młodzież dorasta i się robi taka jakaś melodramatyczna.
Siedzę wczoraj w Przymierzu, składam układankę z tysiąca raportów. A właściwie, ponieważ kawałki zupełnie do siebie nie pasują, to wciskam je na siłę. Butem, obcasem, młotkiem i słowem wulgarnym. I wtedy wchodzi ona – istota, która spadła z księżyca - i mówi, żebym jej tu natychmiast i od ręki podpisała list do ludzkości, w którym oficjalnie potwierdzam, że istnieje życie na Marsie. I że najlepiej, że inteligentne.
Yyyyyyy...
Nie byłam, nie widziałam, nie rozwiązywałam z Marsjanami sudoku ani krzyżówki z Przekroju, więc odmówiłam.
A ona na to, że jeszcze nikt jej nigdy aż tak nie rozczarował jak ja tu i teraz i że nie omieszka o tym zawiadomić wszystkich na prawo od Proxima Centauri i na lewo od Betelgezy.
Nigdy jej nikt aż tak nie rozczarował?
Nigdy?
Aż tak?!
Mam zatem teorię, że to dlatego, że nikt jej nie kazał lepić w młodości muchomorków w ofensywie względem Trzeciej B!

©kaczka

[375]

[18 Oct 2017]

(…)
Zaprawdę, nic w życiu nie dzieje się przez przypadek.
Gdybym onegdaj nie obejrzała Obcych w edycji Przymierze to nie wiedziałabym, że ktoś już zekranizował moje życie zawodowe.
Precyzyjnie i w detalu.
Z boku może to wygląda, że ja tu się skupiam na oborach, na mechanice wymion, albo na wyplatanych z PCV koszyczkach na pieczarki, ale to tylko pozory.
Tak naprawdę, mam nieodparte wrażenie, że wcisnęłam się w spandeks kosmonauty i zaokrętowałam na Przymierze.
Spandeks trochę się rozłazi w szwach i są na nim tłuste plamy.
Trochę od tych drożdżówek z sąsiedniej planety, trochę od humble pie, którym czasem nakarmią człowieka, a czasem to nawet cisną mu ten placek w twarz jak w slapstiku.
Na plecach spandeksu dziury od noży wbijanych w plecy zasupłałam na okrętkę. Pod nogami turlają mi się szklane kulki, które rozsypują mściwe androidy tylko czekając, kiedy się potknę i otłukę sobie zadek.
Lot załogowy.
Niby są jakieś plany tej kolonizacji, ktoś tam przez ostatnie siedemset lat przeprowadzał wymagane symulacje i rozpisał wszystko na algorytmy, które dla pewności przetłumaczono nawet na ugrofiński.
Ale cóż to, skoro łatwo nas zwabić darmowym ciasteczkiem na mijaną planetę, gdzie stajemy się łatwym łupem mściwych ksenomorfów urzędniczej biurokracji.
Z niejednego naszego raportu ksenomorfy wypruły już wątpia i wątpliwości.
A my te zainfekowane zwłoki dokumentów bez żadnej kwarantanny zawlekamy z powrotem na pokład i dziwimy się potem, że  strach wyjść do toalety, bo zwyrodniałe audyty opanowały nawet kanalizację.
Jednakoż to nas wcale nie zraża, między dziewiątą a szesnastą czujemy się wezwani do rzeczy wielkich.
Ostatnio zajął nas, na przykład, taki problem, że ktoś nam do Przymierza podrzucił szesnastotonowy ciężar. Najpierw postanowiliśmy, że będziemy zbiorowo udawać, że wcale tego ciężaru nie ma, ale to było trudne do wykonania, bo Przymierze się od tego monolitu znacząco przechyliło w jedną stronę i od chodzenia po nierównych korytarzach prawe nogi nam się wydłużyły, a lewe skróciły i nikt nie wiedział gdzie kupować sobie spodnie. No i kawa się wychlapywała z kubków.
Toteż pewnego popołudnia zgromadziliśmy się w mesie, gdzie każdy mógł wystawić swój pomysł pozbycia się szesnastotonowego ciężaru pod publiczną krytykę.
Jak dotąd bezskutecznie, próbuję sobie przypomnieć tę sekwencję zdarzeń, która doprowadziła do tego, że w pewnym momencie za najprostsze rozwiązanie naszego problemu jednogłośnie uznaliśmy wyłączenie grawitacji.
Ale nie, że wyłączenie grawitacji w jednej probówce, w jednym pomieszczeniu, w jednej ładowni, czy choćby w jednym Przymierzu.
Nie. Przy kawie i ciasteczkach, na siódmym z drugiej serii, stugodzinnym zebraniu w tej sprawie ustaliliśmy, że tę grawitację należy wyłączyć dla pewności w całym wszechświecie.
- W całym? - postanowiłam się upewnić, bo akuratnie protokołowałam tę rewolucję.
(Dwadzieścia siedem stron, Comic Sansem naprzemiennie z DejaVu Sans Condensed. To tak trochę w nadziei, że będzie i zabawnie, i zwięźle. Spojler! Nie było.)
- W caluteńkim! - potwierdził Dział Innowacji i Defenestracji. - I na marginesach najlepiej też.
- I pod podszewką! - dorzucił Dział Planowania i Destabilizowania. - I k o n i e c z n i e pod drugim dnem.
- ... i najlepiej będzie, gdy to kaczka o tym poinformuje wszechświat. No wiesz, kaczka, pismo do ONZ, okólnik, międzyastralna konferencja prasowa, Szanowni Państwo, wyłączamy, z poważaniem. Twój podpis. I ze trzy pieczątki - dorzuciła reprezentacja Działu Regulacji i Mieniaracji.
Napisałam i wysłałam pocztowym, kosmicznym gołębiem.
Napisałam, albowiem stare, marsjańskie przysłowie mówi, by nigdy! przenigdy! nie odwracać się plecami do tych, którzy wiedzą, na której półce we wspólnej lodówce trzymasz swoje śniadanie!
Rzecz jasna,  zmieniłam w dokumencie moje nazwisko, płeć, PESEL i domalowałam po całości cudze odciski palców.
Taki ze mnie międzyplanetarny Bear Grylls w dżungli korporacji.
Jak się okazało słusznie, bo kopię gołębia przechwycił mój szef, ostatni na pokładzie, którym nie zawładnęli Obcy i który zachował w tym szaleństwie rozsądek. Acz, gdy ten rozsądek przemawia przez niego to używa takich słów, że człowiek jednak sobie gratuluje, że pisał lewą ręką i poprosił panią sprzątaczkę, żeby pośliniła kopertę. (Wiadomo, na wypadek identyfikacji wyprutej z DNA.)
Szef mój, po trosze Kapitan Kirk, po trosze Adam Słodowy, jest jak ta gumka recepturka, na której trzyma się to całe Das Przymierze. Doskonale się rozumiemy, choć zdarzają się nam zakłócenia komunikacji wynikające z różnic kulturowych. Gdy, na przykład, powiedział mi 'Sprzątnij!' to okazało się, że wcale nie miał na myśli członków Unijnej Komisji do spraw Konceptualizacji Udoju, a jedynie pulpit w moim laptopie.
(Nad czym, po fakcie, ubolewam).

Jednakoż, może się wszak zdażyć, że ONZ rozpatrzy pozytywnie tego gołębia, więc ostrzegam, że mogą nastąpić przerwy w dostawie grawitacji.
To mówiłam ja.
Kwczk... z odciskami palców Brada Pitta

©kaczka