Friday, February 27, 2015

[146]

[27 Feb 2015]

(...)
Rozpierzchły się bukiety Orientu i Okolic.
Nawet badylek się nie ostał.
Odjechał astrofizyk z Mumbaju. Odjechał, by urodzić potomka w 'Gospodzie u Kalicha', gdyż jedynie tam małżonkę dosięga ubiezpieczenie zdrowotne.
Odjechała Japonka i uwiozła niepokalanie schludny piórnik z osiemnastokolorowym długopisem. Nim odjechała wygłosiła po niemiecku mowę życia, z której wynikało, że wróci za dwa lata.
- To cudownie! – wzruszyła się prowadząca. – Koniecznie wpadnij z wizytą! Ja i kaczka na pewno tu będziemy!
To jakiś rodzaj klątwy, czy rzetelna prognoza moich językowych postępów?
I tak oto zostaliśmy.
Ja i Chińczyk.
Oraz Latinos charakteryzujący się sezonową niewidzialnością lub niedogmatyczną interpretacją  wskazań zegarów i odczytów kalendarzy. Zatem są, ale faktycznie, tak jakby ich nie było.
Siedzimy z Chińczykiem w pierwszej ławce, a prowadząca nas tak ładnie podziwia.  
Że nam się chce.
Chińczyk nie rozumie, o co chodzi z tym chceniem. Nawet pyta mnie szeptem i na stronie, czy to idiom lub inna parafraza.
Aktów woli i ich synonimów daremnie szukać w chińskim socjosłowniku.
Chińczyk wykonał już  wszystkie tegoroczne pisemne zadania w zeszycie ćwiczeń, dopisał wszędzie przedimki w dwudziestu siedmiu formach, odmienił czasowniki, a teraz kaligrafuje na marginesach definicje wyrazów obcych.
Ja też mam wykaligrafowane na marginesach. ‘Tu byłam. Dynia.’ (permanentnym markerem) lub ‘Dziś w jogurcie były jagody. Biskwit.’ (tymże jogurtem).
Ale zgarniam ten podziw. Niech się nie marnuje.

©kaczka

Wednesday, February 25, 2015

[145]

[26 Feb 2015]

(…)
Podobno Ewoki nie istnieją.


(...)
Podobno.
Dynia wyszła za Ryfkę. Ryfka ożeniła się z Dynią.
(Placówka promuje legalizację związków kuponem. Kuponem firanki. Welonem z woalu.Woal ma wzięcie.)
Nie udało nam się ustalić, w jakim obrządku odbyła się uroczystość.

(...)
Podobno.
Derekcja postanowiła powstrzymać epidemię flegm i suchotów w placówce.
W tym celu od siódmej trzydzieści trwała na posterunku przecierając spirytusem guzik od domofonu po każdym jego kontakcie z palcem rodzica.
Nie klamkę, nie dziecko zdobne w glut, nie spieszącego się do pracy rodzica w diagnostycznej  rozterce, ale – drogą jakiegoś amatorskiego dochodzenia epidemiologicznego –  pipsztak w domofonie (!).

(...)
Podobno.
Podobno są tacy, którzy w kuchennych szufladach mają sztućce z jednego kompletu, w ilości wyjściowej, ba! mają je w wersji dla dorosłych. Hartowana stal. Nie do przemycenia przez bramki na lotnisku.
Osobiście uważam, że to miejska legenda.





©kaczka

Sunday, February 22, 2015

[144]

[22 Feb 2015]

(...)
W bieżącym semestrze tematem przewodnim wykładów monograficznych w grupie Małpiatek jest zwierzyna leśna z konsekwencjami.
(Słusznie, logicznie i na temat. Weźmy taką wściekliznę. To u Małpiatek nawet nie chroniczna choroba odzwierzęca. To, zaryzykowałabym, styl życia.)
W nurcie zwierzyny i konsekwencji Derekcja zarządziła, że na bal karnawałowy Małpiatki i personel obsługujący stawią się przebrani za faunę.
Moc autorytetu Derekcji bezlitośnie obnażają zdjecia z imprezy.
Pięciu piratów, osiem księżniczek, jedna wróżka, jeden owad błonkoskrzydły, Michael Jackson, wojowniczy żółw Ninja, lew i Dynia jako królowa niedźwiedzi polarnych w poliestrowym kostiumie misia z Krupówek spowita w poliestrową złotą pelerynę. Peleryna podbita jaskrawitym różem.
(Mniemam, że inwestycja w kostium może się jeszcze zwrócić, jeśli Dynia zgodzi się pozować do zdjęć z japońskimi turystami przy Hauptstrasse.)
Do tego nieprofesjonalny makijaż wykonany o szóstej trzydzieści siedem kompletem farb do twarzy i ołówkiem kopiowym.
Biskwit zastygł w biegu zafascynowany rezultatem transformacji, a następnie wyciągnął zza pazuchy Miśka Zdziśka™ i mową ciała oraz palcem wskazującym dał do zrozumienia, że dostrzega wyraźne podobieństwo.
Nie dowiedziałam się, za jakie zwierzę przebrała się Derekcja. Gdy odbierałam za pokwitowaniem królową niedźwiedzi, Derekcja przebrana była za pacjentkę oddziału kardiologicznego udanie imitującą migotanie przedsionków.
Podobno rozjuszyli ją sąsiedzi.
W ramach kontynuowania tematu przewodniego Małpiatki w najbliższym tygodniu udają się do zoo.
Założe się, że zmylą zwiedzajacych.

(...)
Czternastego lutego, pod obstrzałem Kupidynów na usługach firm cukierniczych, czyniliśmy zakupy w spożywczym. Biskwit się wił, a Dynia w futrze z chińskiego ocelota, w brokatowej koronie i sukni z tiulu błąkała się znudzona wśród półek. Gdy czterdziesty raz wychynęła zza węgła, nie dało się ukryć, jadła czekoladkę. Obcą. Nieautoryzowaną.
- Chryste Panie!  Splądrowała dział słodyczy. –  przemknęło mi przez myśl, ale nie zatrzymało się na popas. Dynia przecież zawsze stoi po stronie prawa. Niemożliwe, żeby w coś wgryzła się nieuczciwie.
Naprędce przeprowadzone śledztwo wykazało, że donorem czekoladek był młodzian zacumowany w sklepowym wózku w sąsiadniej alejce. Młodzian starszy, elokwentny i zasobny w węglowodany.
Rockefeller masy kakaowej.
Poczęstował jedną czekoladką, potem drugą, trzecią, wreszcie hurtowo nasypał ocelotowi czekoladek w garście.
A potem oddał całe pudełko.
Dołączoną doń krowę-maskotkę.
I jeszcze jedno pudełko.
I worek cebuli.
I opakowanie kremu do rąk.
I wiśnie w alkoholu.
Z uzasadnieniem 'bo ona jest taka... taka... taka... bo ona tak ślicznie je!'
Niestety, gdy przerzucał wiśnie, pojawił się jego ojciec i odmówił dalszego sponsorowania uczucia.
Ocelotowi dostały się dwa pudełka czekoladek i krowa. Cebulę i wiśnie przyszło nam zwrócić.
Jak tłumaczył się ojciec zalotnika: 'wyłącznie dlatego, że te wiśnie to w alkoholu, dla młodzieży niezdatne'.
(Akurat!)
Kilka dni później ocelot tłukł się po domu szukając tej krowy.
- Tej od narzeczonego? – chciałam uściślić.
- Nie, skąd! – sprostował ocelot. – Przecież ta krowa to nie od Jacka Londona.
Tym sposobem okazało się, że życie uczuciowe ocelotów jest bardziej złożone niźli moglibyśmy przypuszczać.

(...)
Że w paczce od Bebe są misie nie przyszło mi do głowy.
Integralności przesyłki broniłam własnym ciałem zgodnie z załączoną instrukcją: 'otwórz w samotności i po zmroku'.
Biskwit intuicyjnie wyczuł, że coś go omija i raz, a może drugi dopadł za dnia oklejonego kartonika i nie mogąc dostać się do środka, wykorzystał go jako substytut marakasów.
W rezultacie, gdy w samotności i po zmroku otworzyłam pudełko znalazłam w nim dużo łap i głów luzem.
Bo to były KRUCHE ciasteczka.
(TE ciasteczka.)
Cóż, z krwistym Rote Grütze smakowały wyśmienicie, nawet jeśli wrażenia artystyczne najtrafniej podsumowuje ‘granat wrzucony do gawry’.

©kaczka

Tuesday, February 17, 2015

[143]

[18 Feb 2015]

(...)
Biskwit wstaje najpierwszy.
Taktyka ta pozwala mu w spokoju spożyć obfite pierwsze śniadanie.
Do obiadu zjada kolejne trzy.
Matce, ojcu, Dyni.
Biskwita nie da się nasycić jedzeniem. Wiem, bo przeprowadziłam stosowne eksperymenty.
Obiad. Cztery mielone, miska ryżu, dziesięć marchewek w plastrach, siedemset dwadzieścia cztery kulki zielonego groszku.
Dla Biskwita to przystawka. Dania główne, mniema Biskwit, są ukryte na cudzych talerzach i trzeba je zdobywać sprytem, podchodem oraz podstępem.
Fakt ten bez skrupułów wykorzystuje Dynia pozostawiając bez opieki szpinak lub brukselkę albo dyskretnie zrzucając pod stół naręcza brokułów.
Gorzej, gdy ręka spod stołu uprowadzi frytkę tudzież zasadzi się na pęto kiełbasy podsuszanej.
Stan wojenny, krwawa jatka, w obdukcji wyraźne ślady zębów nie tylko na kiełbasie.
Podwieczorki wydawane w formie bufetu samoobsługowego –  nie przewidział tego organizator małej wyobraźni – okazały się festiwalem atawizmów. Ci z niższych gałęzi drzewa filogenetycznego skakali zeń prosto w talerz starając się jak najszybciej wypchać sobie spyżą policzki. Ci z wyższych, znakowali swoją własność oblizując produkty spożywcze w nadziei, że ustali to nieprzekraczalne granice i wywrze wrażenie. Nie wywarło, a granice prawdopodobnie zjedzono.
Obecnie podwieczorki wydaje się odseparowawszy konsumentów przestrzennie.
Opóźnienia w wydawaniu posiłków są, dodajmy, bardzo źle widziane.
Zniecierpliwieni i konający z głodu przekąszają wtedy tym, co mają pod ręką.
Wczoraj była to zielona kredka woskowa w drewnianej oprawie.
(Do wieczora Biskwit wyglądał jak poirytowany Hulk.)

(...)
Dynia.
Nagle zaczęła liczyć do dwudziestu, mówić 'telefon' zamiast 'teFELON', wiązać węzły płaskie, obsługiwać nożyczki bez bezpośredniego zagrożenia dekapitacją, ogrywać Norweskiego w 'Memory' i  poprawnie artykułować miejscowe rrrrr... (to samo, po którym rozpoznać Niemca nim jeszcze się odezwie).
Jednak dopiero, ludzka pani, gdy pewnego poranka sama wzuła rajstopy, wyraziła przypuszczenie, że nie jestem jej już tak bardzo potrzebna i że mogłaby beze mnie się obyć. A może obuć. W stanie szoku pourazowego trudno skupić się na detalu.
Na szczęście nim skoczyłam z mostu, pokrzepiła mnie dobrym słowem:  'But do not you worry! You have Biskwit to need you’...

(...)
Niekoniecznie.
Szesnastego lutego Biskwit odspawał się od rączki od piekarnika, przy której zwykł stać i gibać się jak pasażer w miniaturowym tramwaju.
Odspawał się i poszedł.
Szedł tak przez trzy setne sekundy, odrywawszy nogi od ziemi jak Basil Fawlty w końcowych scenach 'The Germans', potem gwałtownie przyspieszył, włączył nadświetlną, wpadł w poślizg i rymnął w objęcia grawitacji. Grawitacja okazała się chuda i koścista, co chwilowo zniechęciło Biskwita do dalszych eksperymentów.
Ale nie mam złudzeń.
Zaraz ogłosi autonomię.
Będzie liczyć do dwudziestu i samodzielnie wzuwać rajstopy.

©kaczka

Thursday, February 12, 2015

[142]

[12 Feb 2015]

(...)
Podręcznik do nauki polskiego w pierwszych rozdziałach uczy obcokrajowca odróżniać autobus od albumu ('To jest album. A to jest autobus. Album jest drogi.') Zwinniejszy umysłowo allochton błyskawicznie wypreparowuje z tej konstrukcji kręgosłup logiki. Album. Droga. Autobus. Algorytm na miarę Mensy. Polski nie dla idiotów.
Podręcznik do nauki włoskiego zaczynał od wina, przystawek i rodzajów makaronu. Dyskretnie epatował luksusową marką. Bohaterki nosiły buty od Ferragamo, a młodzież obowiązkowo pakowała książki i zeszyty do plecaków Invicta. Drwiło się tam z karabinierów, lżyło polityków, a na deser zawsze było tiramisù i można było pośpiewać ‘Volare!'.
Podręcznik do nauki szwedzkiego wyjaśniał na wstępie dopuszczalne, endemiczne konfiguracje związków międzyludzkich ('Det är Inga min sambo. Jonas och Kerstin är mina bonusbarn.') , a na poziomie dla werbalnie zaawansowanych (Norweski) z wdziękiem oraz bez oceniania snuł przez wiele rozdziałów historię jurnego Björna, który prowadził potrójne życie. Do dziś zastanawiamy się, czy to przez seksualnie wyzwolonego Björna po drugiej lekcji nauczycielka w hidżabie porzuciła pracę, czy może jednak chodziło o zbyt dociekliwe pytania Norweskiego zarówno te dotyczące sensu istnienia, jak  i czasu zaprzeszłego? Potomek Wikingów Sven, który przejął grupę nie był już dowodem na skuteczność rządowych programów integracyjnych, a jego entuzjazm był na miarę prac społecznych odbywanych w ramach wyroku za sikanie na ulicy. Gdy po latach wspominamy jego wylewność, w porównaniu ze standardową szwedzką kordialnością  (poziom wyjściowy minus dwieście, jeśli za wzorzec neutralności przyjąć Brytyjczyków) wydaje się nam, że mógł ten Sven być raczej Norwegiem wychowanym przez wilki z zaburzeniami osobowości. I nie, nie nie śpiewało się przebojów ABBA.
Podręczniki do angielskiego? Wiadomo. 'How are you?' 'Goodthankyouandyou?' (w wersji brytyjskiej) lub 'Awsome!' (w wersji amerykańskiej). 'Przejdźmy na ty', trochę plotek z dworu, trochę o jedzeniu ('Spotted Dick' i 'Toad in the Hole'), 'God save the Queen', nostalgia za kolonialną potęgą, Hyde Park, zakupy u Harrods’a i 'Szekspir największym poetą był'. Wszystko to sprzedane z nienagannym dubbingiem prezentera BBC, co sprawia, że w godzinie próby zapytawszy rdzennego Szkota  o drogę na dworzec i otrzymawszy odpowiedź au naturel przez pół roku dochodzimy do siebie lecząc poczucie własnej, lingwistycznej wartości na kozetce u psychoterapeuty.
I oto wreszcie podręcznik do niemieckiego, w którym wszyscy żyją w solidnych strukturach rodzinnych (matka, ojciec, dwoje dzieci), a w kuchni mają klasyczny Eckbank aus Massivholz (na wolnym rynku w cenie od tysiąca ojro) i który to podręcznik uczy, jak napisać donos na sąsiada, przegonić dzieci z podwórka i za podstawowy problem zdrowotny populacji uznaje stres, bezsenność i wrzody żołądka.
Bezcenne źródło wiedzy o narodzie.

(...)
Trochę Gaudi. Trochę Hundertwasser. Głównie Dynia.
 

©kaczka

Saturday, February 7, 2015

[141]

[8 Feb 2015]

(...)
Stanęło zatem na Frydolinie.
Po pierwsze, bom umęczona już tym szukaniem, po drugie, bo Dynia wyraziła aprobatę, po trzecie, bo nie cuchnęło w toaletach.
Frydolin zapewnia w pakiecie: wszy, gronkowce i sraczkę.
W każdej z grup coś innego, jak wywnioskowałam skanując pobieżnie tablice ogłoszeń przed wejściem do sal. Obiecująca to różnorodność!
Frydolin nie gotuje. Znów zatem przyjdzie mi posyłać dziecko do placówki z własną spyżą i czekać nań z zupą i drugim w domu.
Frydolin jest niemiłosiernie stereotypowy. Upupiające sedesiki w rozmiarze XXS, umywalki na wysokości pół metra od podłogi, prace plastyczne na temat bieżącej pory roku, stoliki zdobione ceratą, sala gimnastyczna o aromacie spoconych skarpetek, rozstrojone nerwowo pianino, kilka ton krepiny przerobionej na karnawałowe dekoracje i sztuka 3D spożytkowująca niezgodnie z przeznaczeniem durszlaki ze sklepu ‘Wszystko za jeden ojro’.
Frydolin roztacza opiekę nad młodzieżą rano i popołudniu czyniąc sobie w środku dnia dwugodzinną sjestę, co pewnie zaniepokoiłoby mnie, gdybym była pracującą matką, ale ponieważ nie jestem to wynajduję sobie inne przyczyny niepokojów.
Frydolin ma teoretycznie wolne miejsca w grupie dla niemowląt. Jednak, gdy wypełniałam kwit próbując wkręcić Biskwita w grupę ‘Szwabskich kluseczek’, czułam wibracje potępienia emitowane przez Wicederekcję i silną presję, by tak bezceremonialnie nie wyrzucać Biskwita z gniazda. Cóż tam, że Biskwit już dawno sam z niego wylazł uprzednio je zdemolowawszy!
Święty Frydolinie, patronie bydła i optyków, odejmij mi dioptrii, albo upaprz czymś szkła binokli.
Żeby nie denerwowały mnie szczegóły.

(...)
Gdybym tak mogła potwierdzić, że opinie o nieznajomości języka tubylców to wyłącznie moja fałszywa skromność!
Niestety.
Fakty nie pozostawiają złudzeń.
Weggefahrt’ to dla mnie ‘gazy jelitowe po spożyciu nadmiernej ilości produktów wegetariańskich’, a gdy widzę ‘halb elf’ zastanawiam się, kto, do diaska!, pokroił elfa! (Bracia Grimm?)
Kluczem do medialnego sukcesu w budowaniu wizerunku filologa niemieckiego jest wybranie odpowiedniej grupy kontrolnej, względem której mierzy się postęp. Przy moich 'Kwiatach Orientu' i niemowa ma szanse okazać się niemilknącym oratorem.
Poza tym nieodmiennie zaskakujące, jak wiele można wyrazić przy pomocy dwudziestu słów, w tym trzech bezokoliczników!

©kaczka

Tuesday, February 3, 2015

[140]

[3 Feb 2015]

(...)
Jestem dzieckiem z wielkiej płyty, więc oczarowała mnie lokalizacja świętego Frydolina.
W proletariackiej dzielnicy, w centrum blokowiska, gdzie do każdego balkonu przytroczono talerz do kontaktu z satelitami. Skierowany zasadniczo w dwóch kierunkach. Na Władywostok, albo na Istambuł.
Jednakoż daremnie szukać w tej płycie śladów słowiańskiej fantazji. Napisów na ścianach denuncjujących czyjeś złe prowadzenie się, poglądów w telegraficznym skrócie wyrażanych scyzorykiem  na osiedlowych ławkach, bulterierów luzem, czy płonących jak żyrafy śmietników. Nawet niezliczone butelki po skonsumowanych na świeżym powietrzu alkoholach margines społeczny deponuje w metalowych koszykach na śmieci. Ba! Architekt przyozdobił płyty balkonowe tak solidnie odlanymi z cementu, socrealistycznymi płaskorzeźbami, że przez czterdzieści lat nic od nich nie odpadło, ani nikt niczego nie dał rady odłupać.
W centrum niskie baraki z widokiem na zasłonięte blokami góry.
Święty Frydolin.
Zajrzałam przez płot, obeszłam dookoła.
Plac zabaw u Frydolina zawiera, między innymi, system tuneli wydłubanych pod sztucznie sypanymi pagórkami. W przewodnikach Wietkongu dostałyby one przynajmniej jedną gwiazdkę.
Za to gdzie nie stąpnąć wokół ogrodzenia placówki tam wszędzie chrzęszczą pod stopami puste wnętrzności rozprutych jaj z niespodzianką.
Jeszcze nie wiem, czy to młodzież się nimi sztacha po zajęciach lekcyjnych, czy też przemycają kontrabandę w nogawkach, żrą w tunelach i tak niedyskretnie pozbywają się dowodów przestępstwa?

(...)
Nieskromnie rozprzestrzeniam pogłoskę, że to ja szarpnęłam za struny ambicji współuczestników kursu niemieckiego. Chciałabym tu móc powiedzieć, że tak na nich wpłynęła moja hipnotyzująca osobowość urodzonego wodzireja, ale prawda jest taka, że aby przerwać mój słowotok na temat ciąż, porodów, hemoroidów, homeopatii, wychowywania dzieci i tresury pudli, sami musieli w końcu przemówić.
Takiej Japonce, na bank, dzięki mnie fluktuencja językowa podskoczyła o całe dwieście procent. Samorzutnie mówi ‘Guten Tag’ i ‘Tschüss’.
(Wcześniej jedynie się kłaniała.)
Pożycza mi też swoje idealnie zatemperowane kredki zdobione w Hello Kitty i złożone w czarownie minimalistycznym, białym piórniku.
(Gdy opowiadam o tych kredkach Dyni, Dynię skręca z zazdrości.)

(...)
Acz przecież niemiecki praktykuję nie tylko w warunkach laboratoryjnych usadzona w ławce między hinduskim astrofizykiem i chińskim chirurgiem-ortopedą (o wdzięcznym imieniu Hui). Ja, o zgrozo, ten niemiecki wynoszę na zewnątrz.
Kilka dni temu wciśnięta między półki w supermarkecie przyjemnie redukowałam sobie dysonans poznawczy w dziale owocowych smarowideł do pieczywa (wiadomo, kalorie kontra mikroelementy).
A tu przystąpił do mnie osobnik z koszykiem i zagaił: ‘Do you speak English?
- Wyłącznie! – odpowiedziałam, a ten miast rzucić mi się z wdzięczności na szyję i opowiedzieć o swych kulinarnych rozterkach, rzucił się do ucieczki.
I stałam tak wśród tych półek, pocierałam jeden neuron o drugi żeby skrzesić lub raczej wskrzesić jakąś myśl, jakieś wyjaśnienie tej zaskakującej reakcji.
Czy akcent nie ten? Czy może wygląd niewiarygodny? Czy twarz ma pokryta łuską? A może (tu dyskretny chuch w dłoń), nie daj Boże, galopująca halitoza?
Przewinęłam tę scenę ze dwadzieścia razy w głowie i dopiero za dwudziestym pierwszym mi wyszło, że nie wypadało na pytanie ‘Do you speak English?’ odpowiadać  tak obcesowo ‘NUR ENGLISCH!’.

©kaczka