Thursday, May 21, 2015

[174]

[21 May 2015]

(...)
W kuluarach trwają przygotowania do wydarzenia sezonu.
Piątych urodzin Dyni  z bon motem ‘Princess Party’.
Uczestnictwo potwierdziło dziesięciu młodzieńców i dwa dziewczątka, co czyni bon mot jeszcze zabawniejszym.
(Hauptcioteczka nadal obstaje, że imprezę powinnam zorganizować w domu. )
- Dyniu – inwigiluję. – Są naciski, abyś wyznała, co pragniesz otrzymać w prezencie?
Dynia myśli.
Myśli.
Myśli.
- ... a really, really pink ballerina dress!
(Gulp!)
- NO! I know! A Spiderman toy!
Struktura demograficzna przyjęcia sugeruje, że nie będzie z tym problemu.

(...)

©kaczka

Wednesday, May 20, 2015

[173]

[20 May 2015]

(...)
Dynia, motywowana przez asortyment  lodowych gałek ukręcanych przez Stefano, zainteresowała się zasadami wolnego rynku, obrotem pieniężnym i systemem monetarnym.
Pośrednio wkręciła się również w ekologię.
W erefenie jedna butelka marki PET to równowartość dwudziestu pięciu centów wypluwanych przez automat do skupu.
Dynia zbiera w domu i na mieście, a my musimy segregować.
Na jedną kupę butelki, na drugą nakrętki (dla Franka), na trzecią – prawowitych właścicieli przytwierdzonych do butelek.
Najtrudniej odczepiać staruszki.

(...)
Mam takie niejasne wrażenie, że spełnia się przepowiednia prowadzącej zajęcia z języka  konsekwentnie-mi -obcego i jestem tam, na tym szkolnym poddaszu, w każdy poniedziałek i czwartek, fundamentem i ścianą nośną.
Podwaliną.
Kamieniem węgielnym.
Jedynym stałym punktem odniesienia.
Plumkając na strunach megalomanii – jestem tym żółwiem, na którym ciężkim zadem przysiadł świat.
Wystaję z praoceanu, żuję sałatę odwiecznych rozterek lub skuwkę od ołówka i zblazowana spoglądam na korowód przemijających postaci.
Pojawiają się i znikają.
Możliwe, że ze znikaniem ma coś wspólnego szalona winda marki Schindler (sic!), która działa tylko w poniedziałki, wozi wyłącznie parzystą liczbę pasażerów i nigdy nie wiadomo, na którym piętrze się zatrzyma i czy w ogóle przyjedzie.
(Wsiadając w poniedziałki do windy, nie wiedząc gdzie wysiądę wspominam z rozrzewnieniem windę, no właśnie, z 'Podróży Tapatików' Tomaszewskiej [1]? lub  szybującą nad miastem windę Pana Łąki z 'Fabryki czekolady'.)
Tak zniknął angielski geodeta.
Tak zniknęła Francuzka.
Tak prawdopodobnie zniknęła Polka – Ewa G. (pozdrawiam!), która mimo terminowego opłacania zajęć, nie pojawiła się na żadnych. Tudzież pojawia się, ale nie zdejmuje niewidzialnej pelerynki.
O, Kanadyjki też już nie ma.
Spłynęła z nurtem innych ważkich spraw.
Jest za to zupełnie nowa Japonka, która utrzymuje, że pod kwitnącą wiśnią ukończyła studia z filologii germańskiej i zadziwi świat nowatorskim przekładem Tomasza Manna.
Yyyyy... jakby tu, delikatnie, żeby nie urazić... myślę, że może to jednak potrwać dłuższą chwilę.
(Świat zdąży pójść do toalety, wydepilować sobie kilka lasów deszczowych i napić się herbaty.)
Dyplomatycznie mówiąc, jest Japonka na początku swej kariery.
Czasem pojawia się rumuńska cybernetyczka – kobieta-cyborg? – o imieniu, a jakże, Andrea.
A jakże, bo nigdy jeszcze nie spotkałam Rumunki o imieniu innym niż Andrea.
Andrea ma niepokojący charakter pisma.
(I kto to mówi!)
Czasem z windy wysiada Włoch. Konglomerat wszystkich negatywnych stereotypów o narodzie.
Czasem z windy wysiada Grek. Jak wyżej.
Żel we włosach, łańcuch na piersi, słoneczne okulary we mgle.
Fascynujące.
Wpada również Meksykanka arriba arriba!
Zawsze się spieszy.
Może gra w mariachi i musi gnać na próbę?
I tylko ja tam ciągle, w tym samym miejscu pod oknem.
Siedzę i wygrywam wszystkie konkursy popularności.
Pupilka naszej pani.
Trochę się nie dziwię, ostatecznie przy tej ludzkiej rotacji to po mnie rozpoznaje, czy weszła do właściwej sali.
o skoro jest kaczka to możemy zaczynać
dzień dobry kaczko... dzień dobry... yyyy...  pozostałym
... o bo my z kaczką kupujemy w tym samym sklepie...’
Kiedyś pewnie dostanę w dziób po lekcjach.

[1] Wszystkie egzemplarze przygód Tapatików dostępne za mej młodości w dzielnicowym lokalu bibliotecznym charakteryzowały się brakiem ostatnich rozdziałów. Wszystkie! Planowałam powrócić do lektury i dowiedzieć się w końcu ‘kto zabił?’ i czy w windzie, ale ilustracje w nowych wydaniach są zbrodnią wiekszą niż amputacja rozdziałów. Tak to się kończy, zauważam smutno, gdy wydawnictwo zatrudnia do malowania rezerwistów.

(...)
Punktualnie o szóstej rano, z precyzją szwajcarskich czasomierzy:
- MAAAAAAAAAMA! – krzyczy Dynia.
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu! – woła Biskwit.
- MAAAAAAAAAMA!
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
- MAAAAAAAAAMA!
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
- MAAAAAAAAAMA!
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
- MAAAAAAAAAMA! Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
A echo z sypialni rodziców odpowiada: ... mać ... mać ...mać!

(...)
Relatywizm pór roku.
Siedemnaście stopni.
Wczoraj.
Dynia biega boso po podwórku. Matka Rosalindy opina na Rosalindzie puchową kurtkę.

(...)
Wieża Babel.
Bufet przekąsek z przekąsem.
[Dynia w narzeczu] - Mamo, zapytaj Rosalindę, jak po kalabryjsku powiedzieć: precel?
[kaczka] - Precel.
[Dynia] - YES! Precel!
[kaczka] -Toż przecież ci mówię, że PRECEL!
[Dynia] - Ask her!
[kaczka jako bukiet lotosów w wazonie zen, znęcając sie nad kalabryjskim] - Rosalindo, powiedz mojemu dziecku, jak mówisz na precel?
[Rosalinda wykonawszy umysłową woltę] - ...yyyyy... precel? Precel.
[Dynia] - Precel?
[Rosalinda] - Si!
[Dynia do kaczki z wyrzutem] - See! Si not precel!

(...)
Biskwicki znak jakości.
Uwaga! Zawiera lokowanie produktów.

 Mięśnie sercowe w wersji  rainbow: Kuka Szydełkocholiczka
Patyk: Odenwald
Makatka: Gumberry

©kaczka

Tuesday, May 19, 2015

[172]

[19 May 2015]

(...)
Biskwit wygrawszy przez nokaut ostatnią rundę z grawitacją nabrał zupełnie niestosownej pewności siebie.
Idzie.
Zwiedza.
Inwentaryzuje.
Sprawdza.
Przeprowadza kontrole.
Sam.
Jest parcie na tę samotność długodystansowca.
Najpierw delikatne sugestie. Oto Biskwit pakuje do szmacianej torby swój telefon komórkowy (marki kalkulator CASIO na wyczerpane baterie słoneczne), staje w dowolnych wrotach, macha ręką na pożegnanie, składa korale ust w dziubek, przy użyciu dłoni emituje całus i wychodzi.
Sam.
Gestem ręki powstrzymując tłum potencjalnych naśladowców.
Gdy tłum gruboskórnych, niedomyślnych naśladowców nie zrozumie aluzji pozostaje wyłożyć im to czarno na białym.
RYKIEM.
A przecież, jakże tak w świat wypuścić mikroskopijnego Biskwita? Żeby nam go ktoś przydeptał?
A tu Biskwit upierdliwie chce SAM.
Nie ma zgody na obstawę.
Stąd na placu plac zabaw codziennie ta sama scena. Żywcem wycięta z produkcji filmowej 'Terminator 2', nomen omen, 'Dzień Sądu' (choć pasowałoby raczej ‘Sądny Dzień’).
Biskwit wyrywa się obstawie i idzie.
Wokół  eksplozje nieprzewidywalności, huśtawki zatrzymujące się tuż przy Biskwiciej głowie, stukilowe dziateczki spadające z drzew na buty,  stada barbarzyńców ciskających piaskiem i wiaderkami, gołębie kradnące precle, kurduple na rowerkach z uszkodzonym układem hamulcowym, kałuże lepkiego soku, srające (ze strachu?) wiewiórki, spajderman duszący Batmana  własną pelerynką, wymykające się fizyce trajektorie lotów dziewczątek okupujących ślizgawkę.
Horror!
A Biskwit idzie. Trawersem.
Przechodzi przez to nienaruszony jak T-1000 wyłaniający się z tunelu.
Byłoby to nawet dostojnie wzruszające.
Problem w tym, że Biskwit wyłania się z tego tunelu z gracją Frankensteina.
Z dwoma rękami wyciągniętymi do przodu.
W dodatku kolebiąc się na boki.

(...)
Dodatek kulinarny gratis.


 ©kaczka

Monday, May 18, 2015

[171]

[18 May 2015]

(...)
Okna.
Ewolucja.

 Oryginał TU.
 ©kaczka

Friday, May 15, 2015

[170]

[15 May 2015]

(...)
Wiosna.
Drzewo.
Ptak.
Robak.
Guano.
(...)
Zmiany zaskakują, choć przecież człowiek waruje pod dziecięcym łóżeczkiem i czeka w gotowości, żeby taką zmianę przyłapać na gorącym uczynku.
Biskwit chodzi.
Jeszcze sztywno, jak miniaturowy Golem na toczonych, drożdżowych nogach, ale grawitacja nie podcina już Biskwitowi nóg zarzucając niewidzialnym lassem.
Stało się.
Jak w czołówce ‘Było sobie życie’, Biskwit wyszedł z wody, wspiął się na drzewo, a gdy się zeń ześlizgnął ruszył przed siebie spionizowany.
Machając przy tym srebrną, wieczorową torebką prababki.
Odtąd idzie.
Bywa że przystanie, aby nagrodzić swój przemarsz rzęsistymi brawami i gromką owacją.
Głównie jednak idzie. Krąży po kwaterze jak sprężysta cząsteczka w nieustannym, chaotycznym ruchu.
Niby jestem zaskoczona, że tak nagle, znienacka, a przecież były przesłanki.
Kilka dni temu na placu zabaw raczkujący Biskwit – adrenalinowy junkie - wdrapał się pod prąd rynną zjeżdżalni na wysokość dwóch metrów nad poziomem morza i sruuuuuu... zjechał na brzuchu kwicząc ze szczęścia.
W tej wspinaczce na szczyt nogi wyprzedzały tułów.
Widać było, że rwą się do czynów.

(...)
Otóż dramat.
Batman nie ożeni się z Dynią.
Tak jej ponoć powiedział, skurczynietoperz: ‘nie ożenię się z tobą, bo jesteś za chuda!
To on, pytam, zwisielec jeden,chciał ją jeść, a może turlać?

(...)
Wieża Babel.
Aneks kuchenny.
Dynia wybiera widelec pod względem urody i przymiotów charakteru. Czas mija. Dynia wybiera. Obiad stygnie.
[Dynia, prowadząc monolog zewnętrzny] – Welche Gabel...?
[kaczka zniecierpliwiona] – Ten!
[Norweski zdziwiony] – Den?
[kaczka na oparach fonetycznej cierpliwości] – TEN!
[Dynia wstrząśnięta] – But I need ONE! Not ten!

(...)
Freski.
(Razem! W ciszy! Chwilo trwaj!)

 ©kaczka

Tuesday, May 12, 2015

[169]

[12 May 2015]

(...)
Z ankiety opublikowanej w laurce na Dzień Matki dowiedziałam się, że mam sześć lat (Dynia: ‘Oh, man! I just forgot your numbers so I took the one I remembered!’), znakomicie skaczę (?!) i mam trzy gwiazdki Michelin w kategorii ‘Szupfnudle z musem jabłkowym’.
Tyle, że ja nigdy, nawet w umysłowym zaćmieniu, nie gotowałam sz(n)upfnudli.
A już na pewno nie z musem.
Może to dlatego, że Dynia nie wiedziała jak przeliterować Chateaubriands à la béarnaise, albo przez jakie u napisać trufle?

[Ale wisienką na torcie, musem na sz(n)upfnudlach było ostatnie zdanie: ‘My mum is special because she cuddles.
Sama prawda.
Do wytrzeszczu ócz ofiary.]


(...)
Miała miejsce peregrynacja nieświętego bożka.
W papierowej torebce wręczono nam przedszkolnego idola, poliestrowego wypchańca [1] wraz z albumem do zdjęć foto.
Wypchaniec wedruje tak od miesięcy z jednej do drugiej zagrody.
Wita go entuzjazm ortodoksyjnych wyznawców o wzroście do metr dwadzieścia osiem i jęk rozpaczy opiekunów prawnych (Szajse! Mamy w domu tubkę kleju? Kto skoczy do całodobowego wywoływać zdjęcia? Myślisz, że placówka ma kilka kopii kreatury na wypadek, gdyby wyrwał ją nam z rąk orzeł bielik? [2])
Albowiem wypchańcowi należy zapewnić rozrywki kulturalne i towarzyskie, a dowody przedstawiać na piśmie.
Przez tydzień.
I powiadam, strasznie trudno jest ad hoc przebić luksusowe wakacje w Hiszpanii.
(No chyba, żeby jakieś last minute.)
Toteż postawiliśmy na używki, tatuaże i cross-dressing.




[1] Wypchańcowi dano na pierwsze Wembley. Stąd licznie wznoszone okrzyki ‘Biskwit, Wembley!’ wywoływały efektowną odrazę pośród patriotycznej ludzkości rdzennej przyzwyczajonej zapewne do imion tradycyjnych, takich jak Heinrich, Hannelore, czy Uwe. Jako, że ludzkość rdzenna z rzadka odróżnia akcent z Dorset od akcentu z Oklahomy – wszystko to leci na konto Oklahomy. (Za co niniejszym po raz kolejny przepraszam Oklahomę i jej reputację.)

[2] Uznałabym to za karygodną niefrasobliwość, gdyby okazało się, że nie wykupiła całej partii i nie składowała w piwnicach.

(...)
Dwadzieścia dziewięć stopni.
Szare ulice prowadzące do placówki porosły zielenią.
Człowiek ma wrażenie, że ktoś wyciął kawałek tortu i odsłonił biszkopt gęsto przekładany chlorofilem i masą doniczek surfinii.
Miasto w polewie słonecznej.
Chodzę, chłonę.
To ostatnia taka moja wiosna wśród tych ulic.
Od września Dynia zaczyna staż za rogiem w ‘Szwabskich Kluseczkach’.
Zaraz potem pójdzie do szkoły.
Zaskakuje mnie, jak fatalnie znoszę zmiany.
Mimo codziennej, uporczywej praktyki.

©kaczka

Wednesday, May 6, 2015

[168]

[6 May 2015]

(...)
Rosalinda, faktycznie, tylko po kalabryjsku.
No, ale jak ona ma się uczyć, gdy te dzieci nieużyte (w tym i moje) załatwiają z nią wszystko na migi.
Przesuwają biedulę jak gońca na szachownicy albo ‘yyyyyyy...’ emitują poparte jakąś bollywoodzką choreografią. I że niby z tego ma Rosalinda wydedukować, że ‘a teraz kopsnij się szybko po niebieską piłkę w kropki, która leży pod płotem za szpalerem cyprysów’.
Nic dziwnego, że Rosalinda się zniechęca i idzie samotnie dłubać w piaskownicy.
Pokusiło mnie, żeby odpalić dydaktyczne kadzidło o zapachu integracji.
Zawezwałam przed oblicze Dynię i koleżaneczki, zawołałam Rosalindę.
Tłumaczę łagodnie, szemrzę jak strumyk, że mogą rozszerzać wokabularzyki wymianą barterową.
Wystarczy pokazać palcem, zapytać: ‘Co to?’, a po usłyszeniu wersji kalabryjskiej przedstawić własną w dowolnym języku urzędowym.
Ku obopólnej korzyści!
Posunęłam się nawet do zaprezentowania metody w praktyce.
Pytam Rosalindę: ‘A jak po kalabryjsku mówisz na...’ i pokazuję paluchem na niebieską piłkę w kropki za szpalerem cyprysów.
Rosalinda, pilnie czytająca z ruchu warg, nie zauważyła gestu i całkiem słusznie zapytała: ‘Cosa?
Dynia spojrzała najpierw na piłkę, potem na Rosalindę, jeszcze raz na piłkę i jeszcze raz na Rosalindę.
Wreszcie spojrzała na mnie.
Z niedowierzaniem. A nawet jakby z drwiną.
- KOZA?! -  zapytała. - GOAT?! [1]
Po czym, razem z taką drugą, pochwyciły Rosalindę za ręce i mową ciała wyjaśniły kierunek i przeznaczenie lotu.
Po tym incydencie złożyłam prywatne śluby neutralności.
A nuż, ten brutalny trening pozwoli Rosalindzie wygrać kiedyś mistrzostwa świata w szaradach towarzyskich?

[1] Klasyka! Dynia ujawnia znajomość słowiańskiego słownictwa jedynie w sytuacjach, w których niemożliwe jest zbicie na tej znajomości żadnego kapitału.

(...)
A gdyby tak.
Gdyby tak, wytatuować sobie wszystkie tutejsze przypadki?
Nie musiałabym już maskować napadami kaszlu swojego odmieńczego niezdecydowania względem rodzajników!

Dynia natomiast życzy sobie romantycznie.

(...)
'I am gonna be EVERYTHING.' ... i w tym celu kompletuję stosowną garderobę.


 ©kaczka