Tuesday, March 24, 2015

[156]

[24 Mar 2015]

(...)
Oglądaliśmy właśnie dokument o zaratustrianach, gdy tanecznym krokiem przyniosło Dynię pod telewizor.
- Ooo! – rzekła Dynia. – We pray in our kindergarten too!
Na ekranie dwoje indyjskich cherubów w czapeczkach, składając ręce, przyklękało właśnie do modlitwy, a wszechwiedzący narrator, angielska wersja Krystyny Czubówny, tłumaczył teologiczne zawiłości wyznania.
- Modlicie się w przedszkolu?! – zapytaliśmy nieomal jednocześnie, bo wydawało nam się, że wychowanie religijne nie jest przedmiotem troski Derekcji [1].
- Of course, we pray! All day long! – oburzyła się naszym zwątpieniem Dynia, a następnie złożyła ręce, pochyliła głowę i przeszła do treści...
- Konnichiwa!
...
...
...
Amen?

[1] Przedmiotem troski Derekcji jest tymczasowa utrata prawa jazdy. Powiadają pod wieszaczkiem, że Derekcja dopuściła się przekroczenia prędkości na autostradzie. Nie byłoby to może dziwne, gdyby nie fakt, że to jednak niemiecka autostrada a Derekcja jeździ smartem fortwo.

(...)
Tymczasem w Elsynorze...


Hamlet była kobietą.


©kaczka

Friday, March 20, 2015

Share Week 2015

[20 Mar 2015]

(...)

Gdyby blog miał obrotowe drzwi to przez ostatnie kilka dni furkotałyby jak wrzeciono.
A to za sprawą Olgi, Jareckiej, Mamy w Centrum  i Mamy Janka, które tranzytem przez linki skierowały tu swoich Czytelników wymieniając kaczkę (nadziewaną komplementami) w ‘Polecamy najlepsze blogi – SHARE WEEK 2015’.
Jejku!
Taka skala, taki rozmach, takie statystyki!
Dziękuję!

Surfując na fali euforii i powodzenia poprzysięgłam beztrosko, że też sobię jako kaczka polecę.
Rety!
Jak piekielnie trudno wpisać pięćdziesiąt blogów na listę, gdzie miejsca są tylko TRZY!
Wymyśliłam więc subkategorię ‘nadzwyczajnie smakowitej frazy’, a w niej trzy miejsca, gdzie chadzam napchać się słowem ‘all-you-can-eat’(i jeszcze na wynos tych trufli po kieszeniach napycham)!

W kolejności alfabetycznej:

Dziennik frazeologiczny
eee co to ja chciałam?
eN szuka eM

©kaczka

[155]

[20 Mar 2015]

(...)
Zaćmienie kompletnie zaskoczyło Derekcję.
Wczoraj wydała zatem dekret nakazujący dziś o poranku zamknięcie młodzieży w ciemnej, piwnicznej izbie i oficjalnie zakazała spoglądania w niebo.
Albowiem w czwartek po dwudziestej nigdzie nie udało się Derekcji zdobyć setki odymionych szkiełek.
Aby wynagrodzić straty moralne Derekcja w przypływie nagłego natchnienia ogłosiła zatem, że w następny czwartek w godzinach dla większości rodziców roboczych, rozpali ogromny stos w środku lasu ('dwadzieścia kilometrów od przedszkola, dojazd własny, proszę odebrać dzieci minimum kwadrans wcześniej'). Stos stanowi rekompensatę za zaćmienie odsiedziane w piwnicy oraz za brak stosu w listopadzie, tego w intencji Guy'a Fawkesa. Listopad nie konweniuje Derekcji z podpalaniem, bo ‘jest zimno i ciemno’. Guy winien był skonsultować z Derekcją swoje plany wysadzania Parlamentu, cytuję: ‘W marcu jest wygodniej obchodzić listopadowe obchody, bo jest ciepło, jasno i miło. [1]’

Dyrekcja wabi uczestników efektami specjalnymi: ‘To wyjątkowa i wygodna okazja, aby pokazać dzieciom jak wygląda i pachnie takie duże ognisko’[2].
Derekcja wabi wyrafinowanym jadłospisem: ‘Będą niezapomniane wrażenia, pianki, wursty i chleb [3] do upieczenia w ognisku’. A w post scriptum dodaje: ‘Proszę pamiętać o przyniesieniu pianek wurstów, chleba do upieczenia w ognisku [4] oraz napojów chłodzących, jak również szklanek, talerzy, serwetek i sztućców. Oraz tych tam... patyków do opiekania pianek, wurstów i chleba.
Jak mi z tego wynika Derekcja dostarczy niezapomniane wrażenia?
Wiadomo, jak zwykle.

[1] To źle wróży tegorocznym obchodom Chanukki vel Bożego Narodzenia.
[2] Wygodnie to byłoby gdyby Małpiatki podpaliły śmietnik w przedszkolu.
[3] Stockbrot, czyli nie tam, że bochen tostowego z hipermarketu, ale świeże, wyrośnięte w dzieży ciasto drożdżowe do owijania na rożen
[4]... czyli dzieżę ze świeżym, wyrośniętym ciastem drożdżowym do owijania na rożen!


(...)
Biskwit nam się zepsuł ostatniej nocy.
Przedstawiciel współczesnej medycyny, tej, która przeszczepia głowy, wyciąga laparoskopowo dowolnie wybrane organy przez dziurki od nosa, albo potrafi trzasnąć zdjęcie wybranemu archipelagowi wysepek trzustki, tenże przedstawiciel przydybany na nocnym szpitalnym dyżurze pediatrycznym postawił diagnozę: ‘To prawdopodobnie  jakaś infekcja’, przypisał bez recepty ‘spanie, jedzenie, picie i zażywanie świeżego powietrza’ i poradził wzywać ambulans ‘jeśli się pogorszy’. Nie spodziewałam się uzdrowienia od ręki, ale cztery godziny w izbie przyjęć w oczekiwaniu  na lekarza dodatkowo i skutecznie pozbawiają tę diagnozę efektu ‘wow!

(...)
Do niewidzialnych Latinos, Włocha, Chińczyka i kaczki dołączyła Hiszpanka.
Znakiem rozpoznawczym Hiszpanki jest skłonność do amputacji głoski H oraz genetycznie zakodowana niemożność wyartykułowania SZ lub CZ.
- Strase! – mówi Hiszpanka, a moja słowiańska fantazja za każdym razem pyta: ‘Kogo? A kogo tak strasys?
Żeby nie było, że drwię i się natrząsam. Każdy z nas otwarcie chlubi się tam jakimś organicznym defektem.
I choć niby w pierwszej ławce, to z Chińczykiem nie mamy żadnej taryfy ulgowej! Wręcz przeciwnie, wiecznie kłody pod nogi!
Odjęto nam punkty w teście na jednostki chorobowe! Ja wpisałam Weltschmerz, chirurg Chińczyk – skomplikowane pęknięcie szyjki kości udowej z przemieszczeniem i odpryskiem.
Prowadząca uparła się, że nie konweniuje jej to z dalszą częścią uzupełnianego dialogu, w której zaleca się zażyć na wpisaną przypadłość dwie aspiryny.
(Z tego mi wynika, że prowadząca nigdy nie leczyła się w Wielkiej Brytanii.)
A wczoraj do pierwszej ławki dosiadła się Holenderka.
Jest to ogromna niesprawiedliwość, bo gdy dobrze wsłuchać się w jej język ojczysty to przecież niemiecki.
Tyle, że artykułowany przez tkwiący w krtani kawałek Goudy.


©kaczka

Monday, March 16, 2015

[154]

[16 Mar 2015]

(...)
Na coż Jane Goodall iska szympanse wśród tanzańskiej ściółki leśnej? Na cóż daje się kąsać malarycznym komarom? Po co nerki przeziębia wysiadując przy kopcach termitów w oczekiwaniu na człekokształtne z kompletem sztućców?
Na cóż, pytam, skoro banda czterolatków dostarcza równie obfitego materiału do badań antropologicznych.
Ryfka, dla przykładu, jest samicą alfa, choć na pierwszy rzut oka wcale nie wygląda.
To niewyglądanie zwiodło i zgubiło uczestników dwóch zamachów stanu. Jak zdradził mi w tajemnicy Pan od - nomen omen! - Małpiatek, rozkoszna, muchy-nie-skrzywdzę Ryfka po każdym puczu pozostała na tronie z tytułem oraz zdradzieckim skalpem lub uchem w garści.
To ponoć budzi respekt również wśród samców i sprawia, że niektórzy na widok Ryfki mają problem z nietrzymaniem moczu.
Nurtuje mnie,  dlaczego Dynia tak usilnie przyjaźni się z Ryfką, mimo, że ta przynajmniej raz dziennie przyprawia ją o spazmy, rozpacz i koniec świata?
Bo Ryfka, trzeba wam wiedzieć, jak już siądzie na strefie Gazy lub innego materiału, to nie ruszy się z miejsca o milimetr. Nie z Ryfką kompromisy, negocjacje, czy wnioski racjonalizatorskie wynikające z badania poziomu satysfakcji klientów.
Zatem skoro moje błyskotliwe rady typu ‘każda z was może być królewną albo po kwadransie możecie się zamienić’  nie działają, rozsądek nakazywałby odstąpić, odejść i  porzucić. A Dynia masochistycznie trwa. Dynia się stara, proponuje, ciska grochem pomysłów o ścianę, a wreszcie wyczerpawszy (się) rutynowo uderza w bek.
Norweski uważa, że to z odziedziczonej po rodzicach życiowej niezaradności, ja kątem oka widzę szeroką autostradę świętego spokoju wysprzątaną przez Ryfkę i wypolerowaną przez Dynię Jackiem Londonem.
Zatem cóż?
Fascynacja władzą? Synekura w cieniu królowej? Ochroniarz z Mossadu?
A może, bo wreszcie trafiła kosa na kamień?

(...)
Coraz trudniej o wyznawców dobrej jakości.
Ryfka jada wieprzowe parówki (‘Może jeść cokolwiek, co zatrzyma ją przy stole na dłużej niż trzy minuty.’), a astrofizyk z Mumbaju, który wpadł na korepetycje z rodzicielstwa i został na obiad, wyznał, że najbardziej lubi steki.
Pech, że akuratnie były naleśniki z serem.

©kaczka

Sunday, March 15, 2015

[153]

[15 Mar 2015]

(...)
Ryfka miała wpaść po południu.
O siódmej rano Dynia poinformowała nas, że aby skrócić sobie czas oczekiwania wykona dla Ryfki jakąś pracę plastyczną, jak to określiła, ponadprzeciętnej urody.
I słowa dotrzymała.
Piętnaście minut później powróciła z nieomal idealnie wyciętą... sześcioramienną gwiazdą.
Miejscami nawet żółtą, bo traf chciał, że ofiarą padła strona z katalogu żonkili.
- A co, poranny aniele, Ryfka ma sobie zrobić z tą akhem... uroczą gwiazdką? – zapytałam, gdy już ujarzmiłam historyczne konotacje, przypomniałam sobie pisanki Bobka z Hitlerem (‘Szósta klepka’), wyobraziłam sobie minę ojca Ryfki i w końcu odzyskałam głos.
- Don’t know. – nonszalancko odpowiedziała Dynia. – Decorate herself?
(AAAA!!!)
Dwugodzinne negocjacje (‘Błagam, wytnijmy dla Ryfki domek i kwiatki’ ‘BUT I WANT TO GIVE HER A STAR!’) zakończyły się kompromisem (‘Ksieżyc? Niebo gwiaździste nade mną?’) i ostatecznie, jeszcze tym razem, zapobiegły potencjalnemu skandalowi dyplomatycznemu.
Macierzyństwo, powiadam, to bieg ze sraczką do wychodka po drugiej stronie obsadzonego pokrzywami pola minowego.
Pod obstrzałem snajperów.
W deszczu meteorytów.
Tunguskich.

©kaczka

Saturday, March 14, 2015

[152]

[14 Mar 2015]

(...)

Derekcja nie ustaje w wysiłkach, by urozmaicić curriculum! Swoją drogą, gdyby tak zdobiono podręczniki do nauk ścisłych może dziś potrafiłabym napełnić wannę zimną fuzją?

(...)
Z kroniki policyjnej
Ofiara Biskwita N. – Zdzisław M. – dochodzi do siebie po laserowej korekcji wzroku wykonanej przy użyciu tubki kleju superglue. Chirurg, który podjął się operacji początkowo scalił się nierozerwalnie z pacjentem, a następnie utracił linie papilarne u prawej ręki. (- Sama sobie klej następnym razem! - dość histerycznie krzyczał ów nerwowo trzepocąc ręką zespoloną z fizys Zdziśka. Krzyczał także ‘Sprawdź w internecie, czy superglue nie jest trujący!’ [1] oraz ‘Dlaczego nie mamy w domu acetonu?’ [2]). Po tym przykrym incydencie [3], w  trakcie naprędce zaaranżowanej rozprawy sądowej, maltretant Biskwit N. otrzymał  sądowy zakaz zbliżania się na dwa metry do Zdzisława M. Zdzisława M. objęto programem ochrony świadków. Leży na szafie przebrany za sufit. Biskwit N. stoi pod szafą i rzewnie zawodzi.
Można śmiało powiedzieć, że jako główny odbiorca zawodzenia to ja ponoszę najdotkliwszą karę, choć niczego nikomu nie wydłubałam.


[1] Może się czepiam, ale akurat TO chemik chyba powinien wiedzieć?
[2] No właśnie? Dlaczego?
[3] ...dzięki któremu Norweski może próbować napaść na rezerwy federalne bez pozostawiania śladów, ale Cyganka to długo mu jeszcze nie powróży z dłoni.

©kaczka

Friday, March 13, 2015

[151]

[13 Mar 2015]

(...)
Szukając ogryzków w przedszkolnym plecaku Dyni, natknęłam się na zatknięty za podszewkę dokument następującej treści.

’S. S03.MAIL.TEXT... 24.08.1994... 8:25:59 Drogi Massimo,  otrzymałem twój e-mail odnośnie nieprawidłowych numerów plików DSR.  (...) Wydaje mi się, że problem jest na głębszym poziomie. RGC innych gwiazd wydaje się zanieczyszczone. Dewiacje większe niż 2-5 mas są nie do przyjęcia w przypadku reprojekcji. Nasz punkt odniesienia z plików RSTAR musi zgadzać się z punktem odniesienia Donatiego, który winien być również twoim punktem odniesienia. Przeczytaj ponownie taśmy, porównaj wszystkie numery DSR Mignarda z twoimi i poinformuj mnie o konsekwencjach. Best regards, Twój Hans-Heinrich

Pierwszą i oczywistą [1] myślą było, że oto ostatecznie zdemaskowałam Derekcję. Że placówka jest jedynie przykrywką dla jej planów podboju galaktyki.

Tyle, że do dokumentu dołączono kartkę sugerującą, że Dynia zaczęła porównywać numery. Możliwe nawet, że względem prawidłowego punktu odniesienia.



[1] oczywistą dla każdego kto choć raz obcował z Derekcją

©kaczka