Image Slider

[400]

[5 Apr 2019]

Notka numer CZTERYSTA! Jeszcze dziesięć tysięcy i się tu dogoni Modę na sukces!


(...)
Gdy rok temu producent karmy dla psów wygrał proces o eksmisję Montessorian, bo jak argumentował obecność przedszkola na sąsiedniej posesji zakłócała mu fengszuj fabryki, zgodnie z decyzją sądu spakowaliśmy placówkę i na własnych barkach przenieśliśmy ją na drugą stronę torów. Tory to istotny detal, bo trudno przebiegać po nich z szafą między pospiesznymi na Berlin. Ale iść z szafą przez wiadukt to też nie wesele, gdy ten wiadukt leży siedemnaście kilometrów dalej i ma czterysta szesnaście schodów w górę i dwieście osiemnaście w dół. 
Mówią, że tego dnia byli tacy, którym w całym tym procesie skończyło się Endomondo. 
Dwa razy.

Nowy lokal zapowiadał się nieźle. Rzecz jasna, były drobne mankamenty, a to woda niezdatna do spożycia, a to szklana stłuczka wymieszana z ziemią w ogródku (nigdy nie zapomnę zbiorowego wyrazu twarzy personelu i rodziców, gdy Biskwit podczas letniego festynu wszedł pomiędzy przystawki i wysypał na talerz z sojowym sernikiem dwie garści piasku i tłuczonych butelek, anonsując, że oto znalazł za budynkiem żyłę diamentów), a to jeśli włączyć jednocześnie suszarkę do rąk w toalecie i piekarnik w kuchni to eksplodują korki. Do tego jeszcze, jak okiem sięgnąć wszędzie dookoła posępne, opuszczone budynki, a wszystko to owinięte drutem kolczastym i przetykane zardzewiałymi wieżami strażniczymi. 


Darowanemu nie zagląda się pod podszewkę. Nie było innej opcji.  Miasto co miało, to dało, wypominając wielokrotnie rozmiar swego finansowego poświęcenia. Jedynie zapomniało uprzedzić, że gdyśmy ganiali z tymi szafami po wiadukcie w te i wewte, to miasto właśnie sprzedało i ziemię, i budynki deweloperowi-altruiście.
Deweloper dostał ten teren za bezcen, wszak podpisał, że w zamian przechowa Montessorian do chwili, gdy ci, wyremontują sobie ruinę w innej części tych poamerykańskich koszar. Altruista wytrzymał w swym przyrzeczeniu kilka tygodni, po czym pojawił się z informacją, że miał sen. W tym śnie widział szklane domy, nowy, wspaniały świat i przedszkole na sto sześćdziesięcioro dzieci. Potem okazało się, że to w aktualnym przedszkolu widział te sto sześćdziesięcioro dzieci, co wstępnie omówił już ze szwedzkim inwestorem, który dostarcza prywatną, płatną edukację na wynos w całej Europie. Zatem teraz, po Wielkanocy, czterdziestka montessoriańskich kurdupli ma przenieść się do odklepanego wychodka i ustąpić miejsca tej przyszłości narodu, którą sprowadzi szwedzki inwestor.

Od jesieni dzień w dzień odprowadzam Biskwita na plac budowy. Deweloper burzy wszystko wokół pod swoje drapacze chmur. Azbest, pył, szklana stłuczka, cement i beton. W tym samym czasie ekipa polskich robotników wyklepuje wychodek i dzieli resztę budynku na bezwybiegowe klatki na dzieci. Azbest, pył, szklana stłuczka, cement i beton. Przed przedszkolem są trzy miejsca parkingowe docelowo dla stu sześćdziesięciorga rodziców i personelu. Niewykluczone, że deweloper poczuje potrzebę wykopania płatnego, podziemnego parkingu i wtedy roboty budowlane otoczą nas już z każdej możliwej strony.
(Dziś prawie pękła mi żyłka, gdym zobaczyła na plakatach, że deweloper kandyduje do Europarlamentu z ramienia chrześcijańskich demokratów z bukietami haseł o poprawie jakości opieki i edukacji dzieci.)

Najwcześniej za dwa lata (jasne, to samo mówiono o lotnisku w Berlinie) Montessorianie przeprowadzą się do swojego nowego centrum. To oznacza, że nadchodzący rok młodzież przedszkolna spędzi jednak w wychodku, a szkolna w kontenerach ustawionych pod tym wychodkiem, gdyż nikomu nie opłaca się już remontować budynku szkoły skoro i tak ma nastąpić przeprowadzka. Krzesiłabym tu umiarkowany optymizm, aczkolwiek los nie takie rzeczy już aportował Biskwitowi merdając przy tym ogonem, może więc faktycznie Biskwit ma szansę trafić do świeżo wyremontowanej placówki? (lotnisko w Berlinie, lotnisko w Berlinie, kaczko myśl!)

Jakby to nie wystarczyło.
Sen miała również Dyrekcja imienia Ofiar. W tym śnie zobaczyła swoją azbestową tysiąclatkę wykładaną sosnową boazerią i lastrykowym salcesonem jeszcze większą pod względem areału. Szanghaj i Sao Paulo edukacji. W tym celu już po Wielkanocy polscy robotnicy wyburzą tam skrzydło, w którym aktualnie pobiera nauki Dynia i rozpoczną rozbudowę. Młodzież przeniesie się na ten (nieokreślony) czas do kontenerów. Wróć, przeniosą się wszyscy, z wyjątkiem klasy Dyni. Dyrekcja, próbując zapewne przyoszczędzić na kontenerach, postanowiła bowiem, że brak całej frontowej ściany w klasie na pierwszym piętrze uda się zamaskować, np. folią malarską. To wpisuje się w nurt surwiwalu, o którym napisała mi niedawno naszpani (wymiana korespondencji nadal trwa): nadrzędnym celem szkoły jest ukazać dzieciom, że nic co wartościowe w życiu nie przychodzi łatwo, a proces nauki winien hartować charakter. Zadaniem rodziców jest wspierać swoje dziecko w tych trudach i walce.
Zima na pierwszym piętrze, w klasie bez jednej ściany?
Jeśli to nie zahartuje nam wszystkim charakterów, to doprawdy nie wiem, co jeszcze mogłoby.

Tymczasem w przedszkolu:
- Mamo! – opowiada wzburzony Biskwit. – Czy wiesz, co robili dziś robotnicy?
(Młodzież spędza czas wolny wisząc na płocie i komentując parki maszynowe.)
- Co?

- Palili papierosy i wrzucali palące się niedopałki na naszą stronę ogrodzenia!

- Zgasiłaś?

- Nie! Przerzuciłam na ich stronę! No, bo co! Głupie penisy!

-  yyyyyyyy???

- … i powiedziałam im, że są głupimi penisami.
Och, gdyby tak #byćjakBiskwit, szczególnie na szkolnych zebraniach!

(...)
Niezobowiązująco przeglądamy ofertę szkół ponadpodstawowych.
Norweski rozmawia przez telefon z sekretariatem jednej z placówek.
  - ... byliśmy bardzo zaskoczeni, gdy okazało się, że tu, w sąsiedniej dzielnicy, jesteście, jak wskazuje nazwa, państwową szkołą m i ę d z y n a r o d  ow ą. Jak to wygląda w praktyce?
-            - No, w praktyce to wygląda tak, że mamy uczniów, którzy mówią w przynajmniej dziesięciu różnych językach.
-          - I macie do wyboru lekcje w tych językach?
-          -   Nie, ale mamy jedną klasę rowerową, a od tego roku klasę gry na puzonie. A za rok planujemy klasę teatralną.
Aż dziw, że nie cyrkową (!)


©kaczka

 

[399] UWAGA! POST ZAWIERA LOKOWANIE CZŁOWIEKA!


[5 Apr 2018]

UWAGA! POST ZAWIERA LOKOWANIE CZŁOWIEKA!       

(...)
Nic się tak nie udało pruskiej szkole jak wakacje. Ustawowo co sześć tygodni placówka imienia Ofiar zamyka się na tydzień, dwa lub sześć. Gdy rzecz dzieje się wiosną lub latem młodzież siedzi na trzepaku przed domem, uczy się brzydkich słów, pluje na odległość i pochłania witaminę De. Gdy wakacje wypadają w listopadzie trzepaka nie widać we mgle, ciemnościach, śnieżycy i miazmatach. A nawet jeśli trzepak się znajdzie to dzieciny spadają zeń miotane paroksyzmami gruźliczego kaszlu lub tracą przyczepność na glutach i smarkach. 
(Kwestię tego, że szkoła ma więcej dni wolnych niż jakikolwiek pracujący rodzic urlopu, pozostawiam, ot tak, bez zgryźliwego komentarza, bo to zjawisko podobno globalne jak ocieplenie klimatu i nie ma nad czym palić róż skoro lasy i tak wycięto.)
Listopadowe szkolne wakacje, zapalenie miazgi i wrzód na sempiternie kalendarza, niespodziewanie wyszły nam jednak na dobre. Zapoczątkowały bowiem tradycję podróży matki z córką, kaczki z Dynią. (Nie żeby to w jakikolwiek sposób pomogło w niepopełnianiu błędów wychowawczych, ale o ile przyjemniej popełniać je w miłych okolicznościach prrzyrody.)
Rok temu, w październiku, obrałyśmy zupełnie nieoczekiwany kierunek. Ruszyłyśmy bowiem na południe.
Kto czyta kaczkę od kenozoiku, ten wie, że południa jej nie służą. Słońca na południach zbyt słoneczne, woda zbyt mokra, a na plażach piasek i zgrzytanie zębów. Tym razem nie było wyjścia. Leciałyśmy poznać człowieka, a człowiek zaparkował na Krecie.
Z AniukowymPisadłem, bo to o niej mowa, spotkałyśmy się na jakimś skrzyżowaniu w sieci. Prawdopodobnie w Klubie Polek na Obczyźnie, zanim jeszcze mnie zeń karnie wydalano za nieopłacanie składek (w słowach i czynach). Przynajmniej pięć lat i ze dwie przeprowadzki minęły od chwili, gdy postanowiłyśmy się – kaczka i Pisadło spotkać. Wreszcie się udało, bo w 2018 roku znalazłyśmy się obie na tym samym kontynencie i prawie w tej samej strefie czasowej i w spontanicznym odruchu zaklepałyśmy datę.
To był przedostatni w sezonie samolot na Wyspę i najostatniejszy powrotny. Bezpośrednich lotów już nie było, więc dotknęła nas przesiadka w Wiedniu. Tam największą atrakcją były precle po siedem ojro za sztukę (kurs precla w Erefenie to zwykle 70 centów) oraz apokaliptyczna awaria szamba w damskiej toalecie. Muszą to być stałe punkty programu lotniska imienia Mozarta, bo gdy wracając znów trafiłyśmy do Wiednia, przebicie na preclach było takie samo, a nurt szamba jak rwał tak rwał ku Szanelom w Duty Free. (Może dlatego torciki Sachera pakują tam w drewniane skrzynki, by przynajmniej one unosiły się na falach powodzi?)
Gdy odlatując z Krety mijałyśmy bramki odprawy, obsługa lotniska w Chanii wyciągała właśnie z kontaktu wtyczkę  do tablicy odlotów i nakrywała sztuczne palmy pokrowcami. Nikt nie sprawdzał nam bagaży, z których sypał się różowy piasek, polne zioła, sól morska i masłoorzechowe batoniki. Gdybyśmy wiedziały, że nikogo nie zainteresuje, co mamy w plecakach, czy to amerykańską łódź podwodną, czy pojemnik z radioaktywnym plutonem, czy może litrową butelkę wody z kranu, to najpewniej przemyciłybyśmy kota. Bo na Krecie, trzeba wam wiedzieć, koty dodają (się) gratis do każdego posiłku i każdego plażowego leżaka. 



Kretę wspominam z ogromną wdzięcznością. Kreta przydarzyła mi się w samym epicentrum wszelkich moich utrapień. Norweski ogarnął wtedy za mnie cztery pogrzeby i żadnego wesela, Ania otworzyła dla nas swój dom i czule się nami – barbarzyńcami w futrach i onucach - zajęła. Pobyt na Krecie okazał się nadzwyczajnie potrzebnym kataplazmem, a ja sama – Innuit z natury – życzliwie spojrzałam na Południe i jestem gotowa publicznie przyznać, że nie tylko śnieg bywa piękny.
Nade wszystko zaś, niech żyją internetowe algorytmy, które pozwalają spotykać mądrych, odważnych, silnych, fajnych ludzi. Takich jak Ania.
Oprócz męża, dziateczek, psów, kotów, bloga, cudownego poczucia humoru, nieprzeliczonych zalet, a także wanny, którą instalowali potomkowie Archimedesa, Ania ma także jogę, w której jest dyplomowaną specjalistką. Jeśli traficie na Kretę, wpadnijcie na jej zajęcia. Aktualny grafik na Breathing Space
(logo, zwróćcie uwagę na logo!)

Ale to nie wszystko!
Od kilku dni w ofercie Breathing Space tydzień na Krecie. Odpoczynek z jogą w tle. Październik. Po sezonie. Tylko wy, różowy piasek, święty spokoj i koty.
Dla każdego, niezależnie od kondycji. Nie jest wymagane, by już przed pierwszą lekcją zawijać sobie nogę wokół szyi stojąc na głowie, ani by lewitować w lotosie nad taflą jakiegokolwiek jeziora.
Na hasło: >NIE MA LEPSZEGO DROBIU NIŻ KACZKA< dostaniecie… eeee, niepotrzebna wam moja protekcja. Poznałam Anię, ona nie robi nic na pół gwizdka. Idę o zakład, że po tygodniu zorganizowanych przez nią wakacji obsługa lotniska będzie was siłą wnosić do samolotu wyrywając z rąk podania o azyl.



PS Zostawcie w walizkach dużo miejsca na koty!
PS Ten post sponsorowały... dwie gałki lodów pistacjowych, którymi przekupiłam Biskwita, by sam poszedł na zajęcia z Capoeiry. Półtorej godziny samotności w szatni!


©kaczka


[398]

[28 Mar 2019]

(...)
W ubiegłym roku los kilka razy zrywał mi tupet (i tupecik) i wdeptywał je w psią kupę.
Dosadnie doświadczyłam, że tylko Batman jest nieśmiertelny, a i on, zdaje się, nie zawsze.
Przelały się przeze mnie zdroje łez i adrenaliny i myślałam, że gdy już te wody się rozstąpią to wszystko we mnie cudownie wydobrzeje.
Nie wydobrzało.
Długo, zbyt długo nierozcieńczane molekuły stresu nim wyparowały, nadkruszyły fundamenty.
Znać, nie tylko ryby, ale i kaczki, psują się od głowy.
Z zalecenia pruskiej służby zdrowia wiodę zatem ponętne życie emerytki.
Obsesyjnie mierzę hektopaskale ciśnienia, trzymam rękę na swoim pulsie, jadam kiełki i korzonki, chodzę spać wcześniej niż moja progenitura, bezkrytycznie przyjmuję jakieś pigułki z cukru, piję melisę, miętę, waleriannę i dziewannę [1] i na każde zebranie w fabryce wchodzę z tabliczką ‘zabrania się denerwować’.
Pogodziłam się, niemal zaakceptowałam, że moja przydatność do życia kiedyś się skończy.
Stąd, gdy w piątek zaczęłam tracić wzrok, przyjęłam to, ku własnemu zaskoczeniu, ze stoickim spokojem.
A było to tak.
Wychynęłam spod prysznica, założyłam okulary, wysuszyłam i odziałam swój negliż i nagle zorientowałam się, że bardzo źle widzę.
Wizję odbierałam jakby z telewizora marki Rubin ustawionego za akwariumem.
Świat wokół bujał się i rozmywał, a ustawienie ostrości nie było możliwe.
Zdjęłam okulary, wyczyściłam je dokładnie, założyłam ponownie.
Ten pospolity trik, odpowiednik ‘proszę wyłączyć i włączyc ponownie komputer’ nie zadziałał.
- Oho! – wydedukowałam. – Czyli musowo pękła mi jakaś żyłka!
(W sumie, nic dziwnego. Od kilku godzin po mojej kuchni grasowała Hauptcioteczka przyrządzając kanapkę z potrójną szynką, salcesonem, wątrobianką i mortadelą dla moich zapamiętale wegetariańskich dzieci. Rozeszłyśmy się właśnie do narożników po jakimś kolejnym sparringu na temat deficytów protein, wiatmin, roztropności i praworządności.)
Świat widziany przez te czyste okulary nie wyglądał wcale takim, jak go pamiętałam.
Znacząco stracił na atrakcyjności.
Bez okularów też nie był jakiś szczególnie pociągający. (U krótkowidzów rzadko takim bywa.)
Napad zaćmy? Zapalenie nerwu wzrokowego? Eksplozja żółtej plamki? Odklejanie się siatkówki? A może efekt uboczny żelu przeciw komarom, którym zalała mi oczy Hauptcioteczka, gdy przez zaskoczenie zaatakowała mnie komarocydem, który to efektywnie i oszczędnie miałby mi wyleczyć migreny? Te, których, jak raz, nie mam.
Zdiagnozowawszy, że tracę wzrok i nie wiem, ile czasu mi zostało na wizualną percepcję rzeczywistości, usiadłam przy komputerze i wytrzeszczając oczy zaczęłam poszukiwać wyjścia z sytuacji.
Na chłodno.
To znaczy, czy jako przewodnik lepiej sprawdzi się owczarek niemiecki, czy labrador?
I, że w sumie, szklanka zawsze pełna, dzieci się ucieszą, bo wtedy już na pewno kupimy psa.
I gdy tak siedziałam z oczami pięć centymetrów od ekranu analizując dane, przyszedł Biskwit, przyjrzał mi się uważnie i zapytał dlaczego mam na nosie okulary...
... Dyni.
...
...
...
Kurtyna.





©kaczka

[1] Picie od rana zalecanych dwustu litrów wody dziennie wystawia mnie na ciężką próbę. Niejednokrotnie o poranku, chlupiąc wewnętrznie, ścigam się z Biskwitem w drodze do przedszkolnej toalety. Ponieważ los drwi sobie ze mnie chronicznie, przedszkolna toaleta dla dorosłych jest o poranku zazwyczaj zajęta. Możliwe, że kurduple zamykają się w niej, aby sztachać się misiami Haribo. Możliwe, że chowają się tam przed Biskwitem naszpanie. Możliwe, że młodociane praktykantki kryją się tam łykając valium przyklejone za rezerwuarem. A może po prostu, nie tylko ja mam cholernie nieelastyczny pęcherz? Powiadam, z ręką na sercu, nie zna życia ten, kto w chwili próby nie musiał użyć mikroskopijnej toalety, nie czuł jak kolana ocierają mu się o uszy, i nie słyszał, jak za drzwiami bez haczyka gromada cherubów toczy spór o to, czyja matka sika najgłośniej.

PS... tak, wygrałam.

[397]

[18 Mar 2019]

(...)
Biskwit jest jak kalendarz Majów.
Wszystko już widział, wszystko wie i niczym nie można go zaskoczyć.
Jednak nawet Biskwit nie przewidział, że w Londynie zastanie nas wiosna.
I, że odziani w czapki uszanki, onuce z futra ekologicznej foki i kurtki z sierści grubo strzyżonego yeti będziemy wyglądać nadzwyczaj... well... ekscentrycznie na tle tubylczej ludności ubranej, jak to przy dwunastu stopniach Celsjusza, w sandały i bikini.
Kulturowe, termoregulacyjne faux pas.
Prawie dekadę spędziliśmy na Wyspach, a wystarczyła chwila przerwy i wróciliśmy tam ubrani jak kompletni amatorzy. Gdy pomyślę, że spakowałam nam kalesony z merynosów…
Nic nas nie tłumaczy.
Biskwita tłumaczy to, że wcale nie pragnął tej podróży. Ba, nienawidził jej od pierwszej chwili!
Podróż wypadła bowiem w tym samym czasie, co doroczny bal karnawałowy, wydarzenie sezonu we wszystkich lokalnych placówkach edukacyjnych.
W tym roku Emil niezmiennie obstawał przy przebraniu za owoce morza i wiemy, że od tygodni matka Emila lepiła wielofunkcyjną muszlę z papier-mâché, bo do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy Emil wystąpi jako skrzypłocz, czy przegrzebek?
Cóż za suspens!
Biskwit czuł, że coś go ewidentnie omija i na wszelki wypadek miał za złe.
Dynia też nie była szczególnie kontenta. Ona traciła jakiś płonący stos na szkolnym podwórku (z żalem przyjęłam wiadomość, że szkoła się od niego jednak nie zajęła) i zajadanie się niedopieczonym, drożdżowym ciastem opalanym w płomieniach tegoż stosu.
Gdyby to nie wystarczyło bym poczuła się najgorszą matką wszechświata, to dodajmy, że zadzwoniła do mnie nawet naszpani ze świetlicy by przekonać mnie do zmiany planów. Bo stos, bo palenie drożdży, bo rys historyczny, bo aspekt edukacyjny. Wyszło na to, że myślą przewodnią karnawału był w szkole imienia Ofiar - Dzień powszedni z życia Wikinga.
Obiecałam, że we własnym zakresie zapewnimy dziecku dostęp do grabieży, pożogi i mikrobiologicznie zdradliwie pokarmów.

Tymczasem Dyrekcja imienia Ofiar nadzwyczaj ochotnie wystosowała pisemne pozwolenie na opuszczenie tych trzech dni zajęć szkolnych w najbardziej podejrzanym z możliwych terminie.
Trzy dni przed feriami (!)
Kosztowało mnie to kilka listów wymienionych z placówką, ale odkąd nadużywam w podpisach swoich i Norweskich tytułów naukowych, szkoła nagle zaczęła traktować mnie atencją i względnym respektem. (Opcjonalnie, mają mnie w końcu dosyć.)
Pismo, które miało nam otworzyć granice i zapobiec naszemu zatrzymaniu przez służby specjalne na lotnisku, przyszło pocztą. (Jedną z tutejszych miejskich legend jest ta o jednostkach policji w czarnych wołgach, które wyłapują wagarowiczów na lotniskach. Biorąc pod uwagę, że w każdym landzie ferie zdarzają się w różnych terminach, ci, którzy faktycznie dali się złapać, zasłużyli na to. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że ten plan odławiania wagarowiczów, dziurawy jak durszlak, można obejść na rozmaite sposoby.)
Przepustka do podróży została napisana Comic Sansem i nie okazała się być drukiem ścisłego zarachowania.
(Zaprawdę! Mając pod ręką skaner przed Wielkanocą zwolnię z lekcji całą szkołę imienia Ofiar.)

Podróż, której wcale nie planowaliśmy, zdarzyła się nam przez przypadek.
Dynia, która jako noworodek i niemowlę użyczyła swojego układu pokarmowego do badań nad alergiami pokarmowymi u dzieci w projekcie prowadzonym z rozmachem przez Brytyjczyków (badaniami objęto wtedy ponad tysiąc kurdupli od Londynu po Kornwalię) została zaproszona na wizytę kontrolną.
W ramach testów klinicznych musiała zjeść tacę sezamowych ciastek i zapić ją litrem krowiego mleka. I jeszcze jej za to zapłacili.
(Takie badania kliniczne to ja rozumiem!)
Gdyśmy już odhaczyli tę część oficjalną, te ciastka, to mleko i mierzenie obwodu w talii, po raz pierwszy udało nam się być w Londynie pospolitymi turystami (zdradzały nas i tak kalesony i uszanki). Wcześniej, gdy mieszkaliśmy tuż obok, w Londynie zjawialiśmy się albo zawodowo, albo prowadząc gości stałą i niezmienną, jednodniową, dwudziestokilometrową trasą od Big Bena przez Pałac Buckingham do Katedry świętego Pawła.
Tym razem los podarował nam siedemdziesiąt dwie godziny nieskrępowanej wolności z noclegiem w Hammersmith. Mogliśmy wreszcie wytarzać się przynajmniej w tych kilku muzeach, które zawsze pozostawały poza naszym zasięgiem.
Rzecz jasna byłoby idealniej, gdyby dwóch towarzyszących nam Innuitów przestało choć przez chwilę wypominać rozmiar swego poświęcenia.
Tu kamień z Rosetty, tam ‘Maaaaaaaaaaaaamo… ale Emil miał być przegrzebkiem!’. Tu w szalce prawdziwa, oryginalna pleśń, w której gmyrał Fleming, z offu ‘Miaaaaaaaałam być królową Wikingów!’. Tu model DNA, który własnoręcznie zespawali Crick z Watsonem, tam ‘Eeeeeeeeeeeeeeeemil! Przegrzeeeeeebkiem!’. Tu kamień odłupany z księżyca, w tle echo ‘Wikingów! …ingów! …ingów!

Kamień, pleśń, srutututu pęczek drutu, kamień.
W British Museum Biskwit wyczerpał się w dziale mumii (zdjęcie z każdym obandażowanym faraonem) i wczepiwszy się w podest z popiersiem, któregoś z rzymskich cesarzy, odmówił dalszego oddychania dziedzictwem ludzkości. Odczepiony, zaległ przy głównym wejściu, na podłodze, pod stopami japońskich turystów i symulował katatonię. Wszyscy wokół rozczulali się nad katatonikiem i szczerze mu współczuli, przynajmniej w dwunastu językach nowożytnych. Tymczasem okazało się, że podłoga była ogrzewana, a Biskwit potajemnie wyjadał mi z torebki czipsy. W takich warunkach sama chętnie zostałabym ofiarą kultury.

Ofiara kultury.




Kaczka, kaczka, sarkofag dla chomika, nowy kucyk Biskwita.
 W Science Museum byliśmy od otwarcia aż do chwili, gdy przesympatyczna hiszpańska szatniarka przyniosła nam nasze płaszcze z yeti, wymownie pukając w szkiełko zegarka. Byliśmy ostatnimi zwiedzającymi i wszyscy czekali, aż wreszcie pójdziemy w cholerę i będą mogli zgasić światło i zamknąć obiekt. Mimo głębokiej urazy względem utraconego palenia Wikingów na stosie, Dynia wciągnęła się w ekspozycje, wyrywnie zgłaszając się do udziału w rozmaitych przeprowadzanych naukowych prelekcjach i eksperymentach. Z Biskwitem było trudniej, ale i on wreszcie nam nieznacznie odpuścił, gdy odkrył interaktywność eksponatów i zdryfował prowadzić badania nad oporem materii. Na ślizgawce.
Aczkolwiek nie można wykluczyć, że po naszych wizytach na kamieniu z Rosetty pojawiło się kilka niecenzuralnych hieroglifów, a model Watsona i Cricka rozsypał się, jak krzywo ułożone bierki, na skutek odkręcenia jakieś śrubki u podstawy.

A takie kafelki pykniemy sobie w stołowym.



Streptokokok dał się łatwo ustawić do zdjęcia. Biskwit już nieco trudniej.
Reputację tej podróży uratowała Matylda.




Matylda, Matylda, Matylda...
 Biskwit wysiedział trzy godziny musicalu na bezdechu, spetryfikowany, sfosylizowany i z wypiekiem emocji na licach.
Byłam rozdarta, czy śledzić spektakl, czy oglądać posiniałego Biskwita z myślą, że ho! ho! wreszcie – matka wszystkich matek - znalazłam coś, co spodobało się temu pacholęciu.
Acz, gdy światła na scenie zgasły, a Biskwit nawiązał kontakt z bazą, jego pierwszym komentarzem była uwaga na temat niepraktyczności i niewygody teatralnych poduszek.

Idę o zakład, że jeśli wybierzemy się kiedyś z Biskwitem na koniec świata to okaże się, że lewiatany będą zbyt mało puszyste, a żółw, na którym opiera się Ziemia nie w takim kolorze jak powinien.

©kaczka

PS Czytajcie Matyldę. Dostępna, na przykład TU.

[396]

[20 Feb 2018]

(...)
Piszę.
Dużo piszę.
Nieustannie piszę.
(Tak wiem, z pozoru nic nie wskazuje.)
Problem w tym, że głównie piszę na Berdyczów albo inne Wiesbaden.
Od jesieni regularnie koresponduję ze szkołą imienia Ofiar. Jako, że cyfryzacja i informatyzacja placówki przewidywana jest prawdopodobnie dopiero w następnym kenozoiku, korespondencja odbywa się przy użyciu tradycyjnych materiałów – papirus, pergamin, inkaust, kacze pióro i dziecko w roli pocztyliona. (Jest plus, ręcznie szkoła nie może mi odpisać Comic Sansem.)
Nie skłamię, po pół roku, każdy mój list wyprzedza już moja reputacja.
Ten spontaniczny happening, który dziś jest trwałym elementem dnia, zaczął się jesienią ubiegłego roku, gdy Dynia przyniosła ze szkoły informację, że na pracę klasową z przyrody ma opanować daty narodzin i zgonów kilkudziesięciu lokalnych bohaterów narodowych, pokroju Berty Benz lub Karola Drezyny. Do tego dochodziły daty wprowadzenia na rynek rozmaitych typów rowerów, silników Diesla lub kosiarek do trawy.
(Wypisz, wymaluj materiał z Wychowania Technicznego, klasa pierwsza słowiańskiego LO, rocznik 1990. Do pełnego obrazu brakowało jedynie pytań o schemat pieca hutniczego i skład surówki.)
Zdziwiłam się treścią tej klasówki, gdyż jesienią ośmiolatki  ledwie zaczynały przerabiać liczby trzycyfrowe, a dla Dyni rok 1768 niczym nie różnił się od 1851. Ot, jakieś mętne, pozbawione jakiegokolwiek kontekstu, punkty na horyzoncie czasoprzestrzeni. Równie dobrze w 1768 mogły wyginąć dinozaury albo mógł narodzić się Budda.
Przez chwilę miałam jeszcze nadzieję, że skoro sprawdzian z daty zgonu żony Rudolfa Diesla był identyczny dla trzecich i czwartych klas to punktacja, a tym samym oceny zostaną dopasowane do danego rocznika. Szkoła imienia Ofiar szybko odarła mnie ze złudzeń i wyraźnie dała do zrozumienia, że taka sugestia jest szkodliwą fanaberią. (Zapytajcie Imienia Ofiar, a powiedzą wam, że w dziedzinie szkodliwych fanaberii jestem niepokonanym liderem peletonu. Wiszą mi już paletę żółtych koszulek.)

Zimą Dynia przyniosła do domu plik fatalnie wykonanych kserokopii zawierających czarno-białe mazaje - szkice zyliona drzew, krzewów, grzybów i roślin euroazjatyckich. Z łacińskimi nazwami. Naszpani od przyrody zaordynowała w grudniu temat ‘Dary lasu’ i zapowiedziała klasówkę z rozpoznawania ziela pierwszego dnia po przerwie świątecznej. (Wypisz wymaluj, drugi rok moich studiów, ale tam były przynajmnej zielniki i nikt nie uczył się do sesji w Sylwestra ani nad barszczem z uszkami.) Na moje pytanie, dlaczego młodzież zamiast biegać po lesie jesienią, zbierać liście i suszyć je między gazetami, uczyła się, kiedy na łono stwórcy powrócił Pierre Welocyped Michaux, szkoła wystękała odpowiedź o szkodliwych fanaberiach.
Pełna ideałów Stasi Bozowskiej przeszłam się po sąsiadach i pozbierałam trochę pni drzew spod pieców i kominków, urąbałam w parku jakiejś sekwoi i wysłałam ten chrust razem z Dynią do szkoły. Naszpani od przyrody odpisała, że jest bardzo wdzięczna, bo to pozwoli jej w r e s z c i e (!) pokazać dziecinom na przykładzie, jak liczyć wiek drzew i czy byłabym tak łaskawa zdradzić, gdzie jest źródło takich niesamowitych (!) pomocy naukowych?
- No – pomyślałam. – Teraz, kaczka, to już naprawdę przegięłaś, że ci naszpani spluwa w oko takim bezlitosnym sarkazmem i ironią.
A potem okazało się, że to jednak nie był ani sarkazm, ani nawet ironia, a naprawdę szczere pragnienie odnalezienia jakiegoś świętego Graala tej botaniki.

Szkoła imienia Ofiar zasadniczo funkcjonuje w oparciu o kserokopie, zwykle, z punktu widzenia praw autorskich, nielegalne albo jeszcze bardziej nielegalne. To dostarcza wielu emocji, bo gdy dziecko przynosi do domu jedną, skserowaną kartkę to nigdy nie wiadomo, co robiło w szkole wczoraj, dziś, a co będzie robić jutro i czego ma nauczyć się na klasówkę. Jako, że toner i papier kosztują, szkoła oszczędza. Na ostatnią pracę klasową z niemieckiego naszpani w ramach oszczędności przepisała cztery strony tekstu na dwóch stronach (czcionką 10) i powieliła całość na jednej stronie A4, ignorując formatowanie. Dynia jest krótkowidzem, ma astygmatyzm, ma też osiem lat i męczy ją czytanie tekstu wielkości ogłoszenia drobnego w gazecie codziennej. Zła jakość kopii (kserokopiarka zostawia ślady, kleksy i smugi) sprawiła, że Dynia odpowiedziała jedynie na połowę pytań do tekstu. Na podstawie oceny z tekstu wysłano Dynię na zajęcia wyrównawcze (odbywające się w czasie lekcji plastyki). Na zajęciach wyrównawczych młodzież uczy się... czytać. Nikogo nie zainteresowało, że uczęszcza tam Dynia, która od listopada przeczytała i odpowiedziała prawidłowo na pytania do stu dwunastu książek, w tym nie tylko po niemiecku (Tu dygresja: Szkoła zainwestowała w dostęp do komercyjnej strony internetowej zawierającej pulę lektur i pytań do lektur. Dostęp do niej w szkole jest niemożliwy z powodu braku internetu i komputerów. Po lekcjach strona cierpi na przeciążenia i czkawki, więc stajemy przed nieustannym dylematem – budzić cherubiątko o piątej rano, czy kłaść w piernaty o północy. Jednocześnie prawdopodobnie wszyscy – choć głowy za ciało pedagogiczne nie dam - mamy świadomość, że to mocno ograniczona metoda sprawdzania zaangażowania uczniów w czytelnictwo. Taki Wasilij, dla przykładu, nastukał w ciągu jednej nocy ponad tysiąc punktów w te lektury, co oznacza, że albo przeczytał po obiedzie przynajmniej czterdzieści książek, albo że istnieją takie zakątki internetów, gdzie święty spokój można kupić sobie za bitmonety lub kody do Minecrafta.)

O tym, że Dynia chodzi na lekcje głośnego czytania (prowadzone przez naszpanią od matematyki), dowiedziałam się przypadkiem, gdy na piśmie zagaiłam naszpanią od plastyki, skąd u mego dziecka obniżona ocena z przedmiotu na półrocze. Naszpani odrzekła, że to dlatego, że z powodu absencji (cóż, ostatecznie uczyła się czytać) Dynia nie wykonała czterech obowiązkowych prac plastycznych i że oprócz ilości, naszpani ocenia również... wartość artystyczną wykonanych dział. Wartość artystyczną! Ośmiolatków! (Wypisz wymaluj,  sakreble, tak jak u mnie na Akademii Sztuk Pięknych, w pracowni Jana Matejki... are you freaking kidding me?!)

Z niemieckiego własnymi rękami obniżyłam dziecku ocenę zawartością pudełka z drugim śniadaniem. Szkoła podobno ciągnęła jakiś projekt pod tytułem ‘Zdrowe odżywianie’ i przeprowadzała wyrywkowe inspekcje drugich śniadań. Sądnego dnia Dynia miała, jak zwykle, marchew, rzepę, orzechy kokosowe, jagody, kilo miechunki, tran, ser kozi, rzeżuchę, batony z owsianki i źródlaną wodę. Niestety, chromatografia cieczowa przeprowadzona przez naszpanią ujawniła, że dołączona do zestawu bułka żytnia z nasionami chia, dynią i sezamem zawierała śladowe ilości pszenicy. Tym samym, moje śniadanie znalazło się na tej samej zakazanej liście, co pszenna bułka z Leberwurstem (frakcja rosyjska) lub briosze z nutellą (frakcja włoska). Pytanie, dlaczego treść śniadania miała wpływ akurat na ocenę z niemieckiego, a nie z wuefu, muzyki lub matematyki pozostało bez odpowiedzi.
(Notabene, zaangażowanie dzieci w projekt o pożywnej diecie nagrodzono lizakami.)

Wymieniłam kilkanaście listów z naszpanią od matematyki, która to, na przykład, uważa, że ośmiolatkom na dwadzieścia zadań tekstowych (zapisanie pytania, rozwiązanie, pisemna odpowiedź) powinno wystarczyć czterdzieści pięć minut. W swej wylewności naszpani podzieliła się ze mną informacją, że w podstawówce miała fatalne oceny z matematyki, jeszcze gorsze niż moje dziecko, ale odmieniło jej się w gimnazjum. Drążąc temat, zapytałam, co według niej spowodowało ten nieoczekiwany przełom.
- W gimnazjum miałam świetnego nauczyciela. – odpowiedziała mi naszpani.
Duh! No shit Sherlock!

Szukania logiki na lekcjach wuefu zaprzestałam, gdy Dynia powiedziała, że naszpan dyscyplinuje klasę zabraniając (!) ćwiczeń fizycznych. Jeśli Vijoletta zapomni gatek albo Wolfgang palnie Tristana w łeb cała klasa za karę siedzi w szatni. Nie, pisanie do naszpana od wuefu nie ma sensu. Wątpliwe, że on potrafi czytać.

Romans z religią katolicką zakończy się lada moment, już w lipcu. Nie zdzierżę kolejnego sezonu przypowieści o Jonaszu. To już trzeci rok i w odróżnieniu od bohaterów Prison Break, Jonasz nadal, tydzień w tydzień, siedzi w tej rybie. Jedynymi przerywnikami są chwile, gdy naszpani ocenia wartość artystyczną spontanicznych modlitw produkowanych przez nieletnich wyznawców. (Spojler. Jeśli Jahwe używa tej samej skali, to obawiam się, że wszyscy jesteśmy potępieni.)
Prośbę o zastępcze zajęcia z etyki, filozofii, czy heurystyki, szkoła określiła jako szkodliwą fanaberię. (Nie żebym łatwo poddawała się stereotypom, ale szczerze przyznaję, że takiej odpowiedzi spodziewałabym się raczej po tej drugiej stronie Odry.)
Skoro zatem nie katolicyzm, ani filozofia to zostaje nam albo imam, albo pastor, albo ateizm. Program nauczania religii pozostaje poza wpływem szkoły, bo naszpani jest lotną bojówką biskupa. Skargi i zażalenia przyjmuje tenże biskup. (Do biskupa też miałabym pisać? O ichtiofaunie?) Jednocześnie ocena z religii liczy się do średniej. W odróżnieniu od oceny z angielskiego. Chyba.

Status oceny z angielskiego nie  jest jasny, gdyż Bundesministerstwo zorientowało się niedawno, iż młodzież kończąca podstawówki wychodzi z nich z różnym, niezsynchronizowanym poziomem znajomości języka. Jedne szkoły uczą, inne nie uczą. Część młodzieży potrafi zatem w kolory, część nie. Naszpani od rosyjskiego, która uczy Dynię angielskiego (wypisz wymaluj, słowiańskie liceum ogólnokształcące, rok 1994)  uważa, że po trzech latach Dynia opanowała angielski w stopniu doskonałym (kolory, liczenie do stu, pory roku). Natomiast do końca, nie wiadomo, czy ta ocena znajdzie się oficjalnie na świadectwie końcowym.  Co ciekawe, gimnazja z klasami dwujęzycznymi wymagają do przyjęcia przedstawienia ocen z języka. Będą je zatem pozyskiwać z drugiego obiegu?
(Na marginesie, tym, co niepomiernie zaskakuje jest wszechobecność łaciny wykładanej w każdym gimnazjum w regionie. Skąd, do diaska, oni biorą te zyliony filologów klasycznych? Czy to znów drugi etat naszpań od rosyjskiego? I czy z łaciny też lecą w kolory, pory roku i liczenie do stu?)

Piszę więc, dzień w dzień, te listy do ciała pedagogicznego – głos na puszczy, prorok - sakreble! - nawet nie we własnym kraju.
Nie ma to większego sensu, ale jeśli ja przestanę to najwyraźniej nikt się już tu nie upomni o rozsądek.
Nawet nie o zdrowy, po prostu o jakikolwiek, choćby i cherlawy, ale rozsądek.
Chociaż nie, pisze również matka Ryfki.
Jak wieść niesie, matka Ryfki zaangażowała ostatnio całą katedrę fizyki teoretycznej, by toczyć spór z ich naszpanią, że zadanie z matematyki dla klasy trzeciej prawidłowo rozwiązała Ryfka, nie naszpani.
Szczerze?  Mogłaby pewnie i Gaussa wysypać z urny, ożywić nocą pośród wyładowań atmosferycznych, i na  świadka powołać, i też by nic nie ugrała. Pięciu doktorów (w tym dwóch habilitowanych) i jeden profesor przegrało z kretesem w tym pojedynku na algebrę dla ośmiolatków.

Co ciekawe, to nie jest tak, że to wszystko to jakiś Dickens, Janko Muzykant i w piwnicznej izbie zmierzch zapadł czarny... cherubiny lubią chodzić do szkoły (syndrom sztokholmski?) zakładam zatem, że to po prostu przeraźliwa, obezwładniająca bezmyślność.

Nie wiem, dokąd zmierzasz ludzkości, ale ktoś ci chyba powinien powiedzieć, że ledwie wyszłaś z wody a już wlazłaś na rondo.


©kaczka