Thursday, October 30, 2014

[122]

[30 Oct 2014]

(...)
Powróciwszy z placówki Dynia wyjawiła, że phi! mogę wreszcie przestać się czepiać, albowiem Dynia czuje, że w końcu opanowała dialekt ‘proszę’ w stopniu przynajmniej zaawansowanym.
Brzmiało to mniej więcej tak: ‘Maaaama! I CAN now speak ‘ploszę’, i poparte było triumfalnym  nananananana...
- Mówże! – zachęciłam.
[cisza]
- Opowiadaj!
[cisza]
- To co potrafisz powiedzieć po polsku?
- ... I know! I know! I can say: MAAAAAAMO!
Tak z pierwotnej zupy przypadków wyłonił się wołacz.
W wersji Dyni bardziej rozdarcz lub pożądacz.
I zastąpił wszystko inne.
kto? co? MAMO
komu? czemu? MAMO
kogo? co? MAMO
...
Tej samej nocy przyśniła mi się Konopnicka.
Miała brodę, wąsy, czapkę z pawim piórem i dwurzędowy surdut.
Stałyśmy pod moją  korporacyjną wiatą, w miejscu wyznaczonym dla palących.
Konopnicka strząsała popiół z cygaretki na moje buty (cygaretka obowiązkowo w długiej lufce) i krzyczała głosem pożyczonym od jednej z moich polonistek: 'JAJA SOBIE ROBISZ, TAK?!!!'

©kaczka

Tuesday, October 28, 2014

[121]

[28 Oct 2014]

(...)
Z południa skoczyliśmy na północ.
Dynia była kontenta, gdyż na północy jest Klimahaus, który zwiedziła już w życiu płodowym, a teraz, proszę, trafiła się okazja by pod ówczesną ścieżkę dźwiękową podłożyć obraz.
Stanowi pewną pociechę, że młodzież w wieku Dyni wchodzi do obiektu za friko, albowiem bilet wstępu kosztuje jedenaście ojro, a na pytanie, co się Dyni najbardziej w obiekcie spodobało, Dynia odrzekła, że kafeteria.
- A w szczególe, Dyniu?
Może tropikalne ryby? Pustynia? Las przeciwdeszczowy? Dojenie szwajcarskich krów?
Nic z tych rzeczy.
W szczególe Dyni najbardziej spodobał się promieniotwórczy napój w kafeterii.
A także, od biedy, precel.
Gdyby Biskwit potrafił udzielić artykułowanej odpowiedzi, rzekłby prawdopodobnie, że i owszem ryby akwaryjne były godne uwagi, ale z całej północy najbardziej zachwycił go Zakład Gastronomiczny Sióstr Chow Main z bufetem ‘zapłać i zjedz ile zmieścisz’.
Siostry Chow Main, jak podejrzewam, nie przewidziały w kosztorysie niemowlęcia, które mieści i je tyle ile waży.
Ryż sypki, kluski wielojajeczne, frytki, sajgonki, a nade wszystko ten osobliwy rodzaj drożdżowego pieczywa o smaku do złudzenia przypominającym amatorsko wykonane, kiepsko wyrośnięte pączki.
(Szczególnie w połączeniu ze śliwkowym sosem od kaczki po pekińsku - o nostalgio! - jak z kart poradnika ‘Nastolatki gotują’.)
Biskwit odwiedził bufet czternaście razy dekorując trasę resztkami spyży.
Siostry Chow Main najpierw radowały się zdrowym niemowlęcym apetytem. Jednak w miarę upływu czasu, schowane za kuchenną zasłoną z plastikowych pasków, znacząc tasakiem na framudze kolejne Biskwicie wizyty w bufecie,  znać było, że nerwowo obliczają aktualną marżę.
W międzyczasie Hauptcioteczka znalazła w piwnicy chodzik po Norweskim i nie omieszkała rozpędzić w nim Biskwita. Architektura chodzika [1] jest dowodem na to, że i w erefenie można było mieć trudne dzieciństwo.
W międzyczasie Hauptwujaszek obraził się śmiertelnie na wszystkie cukiernie od Flensburga po Berlin, gdyż w żadnej nie serwowano pączków posypanych cukrem. Cukrem kryształem o kryształach ściśle określonego, znanego tylko wujaszkowi, rozmiaru.
Wszędzie tylko ten lukier, puder i czekolada.
W rezultacie Biskwit uważa, że raczkowanie jest przereklamowane, a Hauptwujaszek uważa, że jest o krok od ujawnienia ogólnoświatowego spisku producentów pączków.
Ja uważam, że to nie na moje nerwy.


[1] Skrzyżowanie trampoliny ze stojakiem na kwiaty i liczydłem. Na kółkach.

(...)
Derekcja z wyraźnymi objawami migotania komór przyszpiliła mnie wczoraj pod wieszaczkiem w szatni jak entomolog motylka. Komory migotały Dererkcji albowiem otrzymała anonim domagający się natychmiastowej rewizji programu dorocznej, świątecznej akcji charytatywnej.
ANONIM!
(E-mailem?! Anonim?! Cóż było złego w wycinaniu liter z gazet i tygodników i ich transfiguracji w tekst przy pomocy kleju Plastuś? )
[ ‘… a do 1990 roku porwania staną się dominującą metodą interakcji społecznych’  Woody Allen. Złowróżbnie.]
Anonim domagał się odrzucenia nieergonomicznej, bezgratyfikacyjnej wysyłki paczek do Turkmenistanu i ogarnięcia troską miejscowych uchodźców, których główną zaletą byłoby to, że muszą być wdzięczni. Okazana przez uchodźców wdzięczność live uwarunkowałaby klasycznie nieletnich i pchnęła ich ku dalszym nieskrępowanym napadom szlachetności.
- A przecież! A przecież!  – zaszlochała Derekcja. – Ja nie mogę. Sumienie mi nie pozwala. Przy nieustannie zmieniającej się liczbie uchodźców mogłoby się zdażyć, że dla któregoś z tych dzieci zabrakłoby paczki i co wtedy? Przecież nie możemy, ten tego, sprawiać, że ktoś poczuje się wykluczony!
Łał!
Tak, wiem, mogłam zasugerować, że zamiast paczek Matka Hildegardy zorganizuje dla uchodźców przyjęcie urodzinowe z recitalem przy akompaniamencie puzonu, ale przegapiłam okazję, gdyż zajął mnie problem, czy winnam zaopatrzyć się w przenośny defibrylator?
Derekcja sprawia wrażenie, że obsługa placówki jest zajęciem bardziej stresującym niźli bycie prezydentem USA, naziemnym kontrolerem lotów i niewidomym neurochirurgiem z prawem wykonywania zawodu.

(...)
Tryptyk.
(Przyjemna odmiana po ckliwych landszaftach szkicowanych przez naszpanie od Lisków.
Oraz kredki! Są kredki!)



©kaczka

Tuesday, October 21, 2014

[120]

[21 Oct 2014]

(...)
We Frauenkirche Dynia ofuknęła japońskich turystów, że przecież 'No photos', tu tu stoi na piktogramie, że 'No photos', a następnie sama wykonała serię zdjęć  (głównie selfies z fragmentami świętych, gdyż Frauenkirche obfituje w relikwiarze), a potem płynnie przeszła do zadawania trudnych pytań z dziedziny teologii fundamentalnej ‘A kto tu wisi i dlaczego?’ lub opiniując na podstawie wyrazu twarzy Ukrzyżowanego  ‘Is he crossed?’ [1] Na szczęście głód fizyczny był u Dyni większy niźli głód wiedzy, płynnie zatem ominęliśmy zagadnienie świętości wody święconej i  obraliśmy ortodromę na laickie frytki. Przy Marienplatz.

Odbyliśmy zagraniczną pielgrzymkę.
Do Bawarii.
By na własne oczy obejrzeć Terytorium Okupowane.
Podróże, wiadomo, kształcą.
Po przekroczeniu granicy przez wiele kilometrów analizowałam fenomen występowania w katolickiej Bawarii tak nieprzeliczonej ilości meczetów. Gdzie okiem nie sięgnąć, minaret! Wieża za wieżą w zabawnej czapce i z głuchoniemym muezzinem (nikt do niczego nie nawoływał!). Dopiero później, facepalm, okazało się, że Bawarczycy lubią swoje kościoły ‘z cebulą’.
Terytorium Okupowane okupuje piętro z widokiem na rondo. To szalenie wygodne, gdyż może ze swojego balkonu odbierać niekończące się defilady na cześć własną lub cudzą.
Z balkonu widać też sklep z piętrowymi tortami. Tu nie sposób nie pochwalić zapobiegliwości kobiety w ciąży. Przecież może się zdarzyć, że obudzi się pewnej nocy i uzna, że musi natychmiast wgryźć się w szwarcwaldzki na kremie. Wzuje wtedy kapcie, w ręce chwyci łom i w pidżamie pójdzie po swoje.
Najechaliśmy na Terytorium Okupowane i z miejsca stało się ono Oblężonym.
Dynia przejęła kredki, Biskwit klocki.
Dynia dekorowała ściany, Biskwit podłogi.


Lśniące parkiety pokryły prochy kukurydzianych chrupek. Na szybach objawiły się niezidentyfikowane odciski palców. Na umywalkach ślady pasty do zębów. W dywany wdeptywano przystawki,  a w gobeliny wcierano desery.
Terytorium Okupowane w odwecie wyrządziło nam placek (krzywdę dla każdej diety) oraz zorganizowało rozrywki intelektualne o charakterze gier planszowych.
Cel jednej z gier był moralnie dość wątpliwy. Należało zlikwidować głównego bohatera na śmierć i bez świadków.
Czy to przypadek, że najzręczniejsza okazała się w tym kobieta w ciąży, szczególnie upodobawszy sobie za narzędzie zbrodni, o ironio!, wypchaną (plackiem?) kaczkę?



A następnego poranka w celu zminimalizowania dalszych strat, opuściliśmy lokal, by zaznać stolicy i ekstraordynaryjnej, letniej pogody. Nie przypominam sobie, żeby  był w czasie tego zaznawania taki moment, w którym  Dynia akuratnie czegoś NIE jadła!
Zatem wersja przedstawiona dziś o poranku w placówce:  ‘It was a lovely, silly day. Nothing to eat. Nothing to sit. Only walking.  Lovely but very silly.’ wymaga solidnego retuszu.

[1] Prawdopodobnie. Ja bym była. Na większą część ludzkości.

©kaczka

Thursday, October 16, 2014

[119]

[16 Oct 2014]

(...)
Dynia chodzi na lekcje gry na trójkącie.
Gdy dzielę się tą informacją z opinią publiczną, tą, która ma rozeznanie w możliwościach wokalnych pozostałych członków rodziny (live lub unplugged), napotykam na rozmaite reakcje.
Jednych trzeba cucić krócej, innych dłużej, a niektórzy mówią, że coś im pękło i świat odtąd już nigdy nie będzie dla nich taki sam.
Cóż poradzę?
Widać dobór naturalny jednak działa.
Po pierwszej lekcji trzeba było Dyni wyłamać palce, bo nie chciała oddać trójkąta, ale liczę, że entuzjazm nieco zgaśnie, bo cotygodniowe łamanie palców może zamknąć jej drogę kariery w Nowojorskiej Orkiestrze Symfonicznej.
Czekam na Dynię na korytarzu, zwykle między klasą trójkąta, a klasą akordeonu.
Z klasy trójkąta dochodzą dźwięki wskazujące na to, że prędzej jednak to zięby Darwina niźli kwartet Małpiatek  wystąpią podczas The Last Night of the Proms.
Z klasy akordeonu słychać Biełyje Rozy albo Kalinkę.
Bo nieoficjalnym językiem urzędowym tej muzycznej placówki jest cyrylica, a nauczycielki mogłyby pozować jako Śnieżynki do zdjęć z Dziadkiem Mrozem.
Widać, wnoszę po frekwencji, taki mus, by nawet na emigracji, obywatel Federacji Rosyjskiej mógł swoją nostalgię wyrazić pieśnią bądź balladą z użyciem instrumentu.
W klasie trójkąta nostalgię wyraża się układem choreograficznym, do złudzenia przypominającym krakowiaka.
Krakowiak w wykonaniu ambitnych, czteroletnich Małpiatek pochodzących z Pendżabu i nawykłych raczej do tańca Bollywood jest dla nieuprzedzonego widza obrazem niemożliwym do wymazania z pamięci.

©kaczka

Monday, October 13, 2014

[118]

[13 Oct 2014]

(...)
Ojciec Laloliny, gdy odbierał od nas swoją córkę, wyznał bez skrupułów, że popołudnie spędzone bez dzieci (starsza łamała obcasiki na innym kinderbalu) bezwstydnie przespał na kanapie przed telewizorem.
I było mu bardzo przyjemnie.
Z tego wynika, że jedni rodzice żywią się energią innych rodziców i dzięki temu, cały ten biznes jeszcze jakoś się kręci.
Podczas, gdy ojciec Laloliny regenerował nadwątlone siły - fakt, trochę mu się należało, już niedługo zostanie ojcem trzeciej córki -  Dynia i Lalolina wspólnymi siłami wykonały nam na salonach rekonstrukcję oblężenia Stalingradu. Z dbałością o detal.
Niezmiennie nas zaskakuje, że czterolatki nie interesują się gambitem von Kumpersztykla (Norweski), nie potrafią przez trzy godziny nawlekać korali na sznurek (ja), a najlepszą zabawką jest im żywe niemowlę (Biskwit).
Po zakończeniu wizyty, na hasło ‘a teraz cały naród odbudowuje swoją stolicę’, Dynia profilaktycznie usnęła.Tak, jak leżała półżywa, fantazyjnie przewieszona przez oparcie kanapy.
Biskwit dopiero dziś otrząsnął się z szoku i wkląsł mu się wytrzeszcz. (‘Do you want to cuddle my sister? She is VEEEEEEEEEEEEERY squeezy!’)
Norweski zamiótł okruchy, wysuwając kontrowersyjną hipotezę, że każdy może dokonać cudownego rozmożenia chleba, o ile ten chleb jest z ciasta francuskiego.
Miałam nadzieję, że ja zregeneruję się dzisiaj, pod drzwiami sali od rytmiki, gdy razem z Biskwitem uśniemy kołysani sfałszowaną melodią trójkątów i blaszanych talerzy, ale nie.
Złapała mnie za guzik mama niejakiej Judyty, która to Judyta uważa, że jest Ryszardem, uczęszcza do leśnego przedszkola, gdzie prawdopodobnie sama musi sobie upolować i wypatroszyć obiad, a do tego afiszuje się z opinią, że księżniczki są głupie.
Choćby i przez te antyrojalistyczne poglądy, nie widzę dla tej znajomości przyszłości, ale widzi ją bardzo wyraźnie mama Judyty.
(Czemu dała wyraz w sześćdziesięciominutowym monologu.)
Cóż, dajmy szansę. Może Dynia nauczy się, jak pozyskać wodę z martwego wielbłąda, a Judyta z upolowanego aligatora uszyje sobie torebkę?

©kaczka

Friday, October 10, 2014

[117]

[10 Oct 2014]

(...)
Biskwit w przekazach ustnych znany jest obecnie coraz częściej jako Pancho Villa, albowiem wije się oraz robi Meksyk.
(Dość często również przyprawia sobie wąsy z dostępnych produktów spożywczych.)
Taktyka  stosowana przez Villę cechowała się szybkością przemieszczania.’ – poucza encyklopedysta.
O to to, tak właśnie.
A ‘Dzięki znajomości terenu i charakteru ludności zamieszkującej północny Meksyk, udało mu się stworzyć duży oddział zbrojny.’
W rzeczy samej.

Jednoosobowy, duży oddział zbrojny, który się wije, robi Meksyk, a raz w tygodniu plądruje bio-genetycznie-niezmodyfikowany-ekologiczny targ bez azotanów i konserwantów.
Wczoraj oddział zbrojny uniósł z targu za friko pęto kiełbasy, bułkę wielkości głowy, jabłko wielkości bułki i pomniejszą drobnicę w postaci bezglutenowych, wegańskich wyrobów cukierniczych. (Cukier wyłącznie  z kryształów fair trade.)
Część kiełbasy ukradł Panchu pies. I nie był to chihuahua.
Część bułki ukradła Panchu Dynia.
Okruchy po ciastkach wydziobały gołębie.
Jabłko zamemłał sam Pancho, korzystając z tego, że produkuje zęby w postępie wykładniczym i na taki akord (tym razem cztery na raz), że oko bieleje mieszkańcom Pekinu.
Cykl odbierania bogatym i rozdawania biednym może zacząć się od nowa.

(...)
Galeria.
Pancho Villa raczkuje.


Królewska rodzina zażywa konnej przejażdżki na dwóch wierzchowcach pełnej krwi angielskiej.


(A Juliusz Kossak kontynuuje spoczywanie w pokoju.)

©kaczka

Tuesday, October 7, 2014

[116]

[7 Oct 2014]

(...)
... i nie można odmówić Derekcji sprytu.
W celu wybrania komitetu rodzicielskiego zorganizowała konklawe.
Zamknięte pomieszczenie, grupa nauczycieli pilnująca wyjścia do toalety, krzesełka dla przedszkolaków (znak, że przedszkole nie ratyfikowało konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur), siedemdziesięcioro rodziców unikających kontaktu wzrokowego z personelem, a  w szwedzkim bufecie minimalna ilość skrobanych marchewek.
Skuszona marchewką (co przezorniejsi mieli własny prowiant), zakładając, że będziemy siedzieć tam do rana (a z głodu, kto wie, może zaczniemy zjadać się nawzajem) oraz by rozprostować zdrętwiałe pośladki, powstałam, by przemknąć do bufetu  i to był moment, na który czekała przyczajona  Derekcja: ‘Ooo! Widzę, że zgłasza się mama Dyni! Brawo! Brawo! Meksykańska fala. Kto za? Wszyscy? Kto przeciw? Mama Dyni? Przegłosowane. Gratulacje! Dziękujemy!  Tym samym przechodzimy do następnego punktu programu: zapisy na lekcje gry na trójkącie...
I tak oto – kara za grzech obżarstwa - zostałam jednoosobową trójką klasową.
Jeszcze nie zdecydowałam, czy pozwolę się zdemoralizować władzy, czy też zostanę zarzewiem rewolucji.
Obie opcje wydają się kuszące, choć jak znam życie skończy się na samotnym trymowaniu żywopłotu wokół placówki oraz na składaniu kwiatów pod pomnikiem Derekcji.
Przy takim poziomie stresu (nawet scjentolodzy są tu zbyteczni ze swoją maszyną z tutek) z jakim obnosi się Derekcja przy podejmowaniu każdej decyzji od ‘gdzie zaparkować’ po ‘ulotki rozdać na końcu, czy na początku zebrania?’, dobrze w sumie żeby to były kwiaty, a nie wieńce.

[Poza tym odsiadując swoje na krzesełku dla przedszkolaka marki Szymon Słupnik, zstąpiła na mnie refleksja, że ta placówka to Klondike po sezonie. Miejsce dla desperatów i krótkoterminowych, bezkorzennych poszukiwaczy przygód. Tu osiemnastoletni pan z Kanady, który uczył w Japonii, a wcześniej w Boliwii, a może Endywii. Tu matka Hildegardy, która przed chwilą pracowała w angielskiej opiece społecznej. Tam Niemka, która po stu latach wróciła z Nowej Zelandii.Tu Pan od Małpiatek, który nie wrócił do Alabamy ze swoim oddziałem. I pani, ta którą najbardziej denerwują dzieci, nic w sumie dziwnego, do tej pory była tłumaczem kabinowym. Może taka jest specyfika szkół międzynarodowych, że nic tam nie jest trwałe, chwytnik zamiast korzeni, wieczna rotacja i improwizacja? To osobliwe dla mnie doświadczenie. Wszak przez osiem lat mojej podstawowej szkolnej edukacji towarzyszył mi ten sam panteon ciała pedagogicznego z Derekcją dostrzegalną z kosmosu, a to dzięki fryzurze farbowanej od czasów piastowskich na wściekłą fuksję. Ba! Gdybym dziś wysłała Dynię do szkoły w mym rodzinnym mieście za przyczyną rejonizacji  Derekcja byłaby ta sama, wieczna jak Fidel Castro, i wciąż widoczna z kosmosu.
Dynia nie ma problemów w tym systemie, zmiany grup, czy nauczycieli przychodzą jej gładko, odbiera to jak nobilitację. Pytanie, czy w przyszłości  pojawią się niepożądane objawy uboczne?]

... i gdyśmy już wysłuchali o szczoteczkach do zębów, lekcjach gry na trójkącie, zajęciach jogi, udrękach alarmu pepoż, kalorycznej zawartości posiłków oraz kiedy święty Marcin, a kiedy Chanuka i kiedyśmy, nie bez trudu, oderwali się od krzesełek to podszedł do mnie pan i zapytał, czy to możliwe, że mówię w jidysz?
- Zupełnie niemożliwe. – odpowiedziałam. – Skąd pomysł? Wnosi pan z mego oryginalnego akcentu?
Pan odrzekł, że to moje dziecko powiedziało jego dziecku, że mama zna jidysz.
Que?
- Dyniu, o co chodziło z tym jidysz? – pytam dziś o poranku wyrwaną ze snu dziecinę. – Przecież nikt z nas nie mówi w jidysz.
- YOU SAID YOU SPEAK YIDDYSH!!!

Que?
Kiedy? Jak? Gdzie?
Tu Dynia kreśli tło i okoliczności towarzyszące.
I wszystko jasne.
SWEDISH!!!
(Ale dla jasności, w Swedish też nie mówię.)

©kaczka