Thursday, May 23, 2013

Enerde

[May 2013]

(...)
Gdy nocą wychodziliśmy z domu wiatr zerwał Dyni czapkę.
Na dzielnicy zaciemnienie. Szukaliśmy czapki z latarkami.
Dziesięć stopni, szkwał.
Pięć godzin później gorący, enerdowski asfalt, dwadzieścia siedem w cieniu.
Suche powietrze, platanowe aleje, duszący zapach bzów.
Gdy z rzadka nad naszą wsią rozlewa się słońce społeczeństwo bieży wietrzyć piernaty.
Świeci słońce, powietrze pachnie stuletnią pleśnią.
Enerdowskie słońce pachnie słońcem, nie zarodnikami grzybów.
A Niemcy nieustannie mają ściśnięte pośladki.
Strażniczka Układu Schengen nieomalże wypadła z budki.
- Nie jest sobą na zdjęciu!
Trudno zaprzeczyć. Na zdjęciu ma trzy tygodnie i wygląda jak Józef Oleksy.
- Potrzebny jest nowy paszport!
Tu jeszcze myśleliśmy, że to bawarska krotochwila.
Pominę zatem kwadransową, czczą dyskusję ‘ten paszport jest urzędowym dokumentem ważnym przez pięć lat’ kontra ‘nie jest sobą’.
W końcu jednak prześlizgnęliśmy się pod bramką.
Zatem, gdy później, gdy kupowaliśmy w kiosku zdrapkę, gdy nieobyczajnie przyszło nam do głowy pozwolić Dyni dokonać wyboru, gdy subiekt rzucił się na pojemnik nakrywając go ciałem, nieomal przytrzaskując nam palce i krzycząc ‘TYLKO DLA DOROSŁYCH! TYLKO!’ już nie zakładaliśmy, że sobie żartuje, tylko grzecznie przeprosiliśmy, że żyjemy.
W krainie spiętych pośladków trzeba spiąć i własne.
W planach mieliśmy bogaty program kulturalny, roztopił się w dwudziestu siedmiu w cieniu.
Snuliśmy się po Enerde od lodziarni do kawiarni, leżeliśmy na trawie, Dynia ciskała bułką we wróble.
(... by z miejsca podnosić z ziemi tę bułkę i konsumować pod przykrywką ‘majn trying!’)
Piwo, curry wursty, kebap, turecka pizza ze smażonymi kartoflami, drink z palemką.
Jedynym wydarzeniem artystycznym był podrzędny kukiełkowy teatrzyk w zasmarkanym namiociku wbitym w sam środek granicy między wschodem i zachodem.
Odbębniłam jeden akt z Dynią.
Dynia usiadła w pierwszym rzędzie, mnie posadziła w ostatnim.
Wychodząc z założenia, że mogę być językowo niewydolna, przychodziła co pięć minut streszczać zawiłości akcji ('Maaaaama! Gruffalo! Roooarrrrrrr!) oraz informować kto komu w pierwszym rzędzie dał w ucho.
Dużo mówi ta Dynia.
(Mówi, na przykład, ‘Maaaaama! Pani said Aufstieg! Hallo pani!
I nie wiem, czy otwierać szampana, czy fiolkę z relanium?)
I wszędzie jest u siebie.
Tego jej zazdroszczę.


(...)










©kaczka

Sunday, May 12, 2013

1565-1566

[10-12 May 2013]

(...)
U progu weekendu Republika Dyńska ogłosiła niepodległość i niezawisłość.
Wszystko winszuje sobie robić sama, za zamkniętymi drzwiami, bez świadków.
Trochę niepokojące.
(Komplet tasaków w kuchni, kran z wrzątkiem w łazience, kanalizacja skrótem do Tamizy...)
I znacząco komplikuje logistykę.


(Norweski w trwodze teoretyzuje, czy wygodniej jest o świcie ubierać dziecko bezwładne, czy z wybujałym przerostem samodzielności?)

(...)
 Opanowała podstawy ekonomii.
- Tata kupi.
- A jeśli nie ma pieniędzy, Dyniu?
- Tata kupi. Pieniądze.



©kaczka

Friday, May 10, 2013

1563-1564



[9-10 May 2013]

(...)
Pouczona na okoliczność emitowania entuzjazmu w zakładzie wychowawczym (brak entuzjazmu -brak wymiernych, kalorycznych bonusów) Dynia wstąpiła w progi placówki z uśmiechem ‘kill Batman’ (patrz: Sheldon Cooper).
Personel się spłoszył myśląc, że to symptom jakiejś rzadkiej neurologicznej choroby.

(...)
Z uwag w dzienniczku.
'Dynia odmówiła zjedzenia obiadu twierdząc, że ‘mama said first yoghurt, next dinner’.'
Podobno negocjacje zerwano po dziesięciu minutach przekrzykiwania się: ‘no, mama said first dinner, next yoghurt’ ‘NO, FIRST  YOGHURT, NEXT DINNER’...
Zerwano, bo jedna ze stron szekspirowsko rzuciła się na podłogę - sprawdziwszy uprzednio kątem oka, czy pada na miękkie i wygodne – i tak trwała chromoląc przystawki, główne oraz puddingi.
 Nadwątloną zajściem cierpliwość ochronki wyczerpał ostatecznie Rubenito, który obserwując zajście znad swego talerza paelli, postanowił nadmienić, że i on jest zainteresowanym wcześniejszą konsumpcją jogurtu.
Nadmienił – 'I wish I had yoghurt NOW' – (cholerny językowy purysta!) i cisnął talerzem o stół.
Tego za wiele. Za wiele tego było.
Rebeliantów rozstawiono po kątach z dożywotnim szlabanem na jogurt.
Ochronka zażyła bromu.
- Dyniu – przesłuchuję patrząc w niewinny lazur ócz – niby zatem jakie jest moje stanowisko w sprawie obiadu i nabiału?
- NEXT YOGHURT, NEXT DINNER!
I nawet jej powieka nie drgnęła.

©kaczka

Tuesday, May 7, 2013

1256-1562

[1-7 May]

(...)
Przede wszystkim nauczyła się wyrywać serce Rubenitowi i wycierać sobie nim buty. (I sercem, i w sumie Rubenitem.)
- Majn no like you more. – rzuca ponoć od niechcenia w regularnych interwałach i syci się iberyjską spektakularną, dość teatralną rozpaczą. (Gil, smark, ryk, darcie szat, ‘Dynia no like me’.)
Indagowana o powody, bezczelnie się wypiera.
- MAJN LIKE! MUCH!

(...)
W trzecim roku wojny o jeden plastikowy, ogrodowy samochód pokonała przeciwników jednym strategicznym posunięciem.
Zdjęła gacie i nasikała do środka.
Ochronce nerwowo lata powieka.
Rubenito bawi się piłeczką.

(...)
Na nic próby racjonalnej dyskusji na temat ‘przestań urządzać sceny, gdy ojciec oddaje cię do zakładu wychowawczego’.
Posunęłam się do przekupstwa ‘nie będziesz płakać, dostaniesz lizaka’.
Dyni zaświeciły się chytre oczka.
Przekalkulowała.
Przypieczętowałyśmy kontrakt.
Zaiste, powiada Norweski, łzy nie uroniła, ale mową ciała dała do zrozumienia, że placówka napawa ją wstrętem. Słowem, miała minę jakby ją obesrało.
Mój błąd.
Należało sprecyzować.
Nie będziesz płakać i będziesz emitować entuzjazm.

(...)
Długi weekend był nadzwyczaj krótki.
Zbyt krótki.
Niby w tych samych dekoracjach, ale przy niebywałej pogodzie i w doborowym towarzystwie.
Od wczoraj Dynia utrzymuje, że pomidory są błeeeeee..., bo tak powiedziała Ulu.
Ulu guru.
W ciągu czterdziestu ośmiu godzin Ulu przekonała Dynię, że arcyfajnie jest nurkować w wannie, a mycie włosów to rozrywka najwyższych lotów.
Słowem, Ulu wykonała niewykonalne.
Może dzieci powinno wychowywać starsze rodzeństwo?

(...)




©kaczka

Tuesday, April 30, 2013

1255


[30 Apr 2004]

(...)
Czasem nie bardzo rozumiem.
Nadzwyczajną popularnością cieszy się wśród matek tubylczych zegarek gro-clock.
Budzik, który zamiast cyferblatu ma ciała niebieskie.
'Stay in bed until you see the sun!' – krzyczy z reklamy producent.
Brak zegarka wyniknął w rozmowie, gdyśmy między bułką a bibułką podzielili się rodzicielskim doświadczeniem, że o siódmej dwanaście w weekendy Dynia oczekuje śniadania.
- Nie macie gro-clock?! – zgorszyły się mateczki. – Natychmiast kupcie gro-clock. Nastawcie na dziewiątą i zabrońcie wychodzić z łóżka zanim kurant nie wybije!
I to jest ów fragment, którego nie rozumiem.
Jeśli śpi snem nieprzerwanym od siódmej do siódmej, za oknem świergolą ptaki, oryginalne słońce wciska się przez firanki to w oczekiwaniu na ten kurant  miałabym nakazać dziecinie tkwić we własnym łóżku przez dwie godziny?
Nie ma malarycznej śpiączki, za dnia przyśnie na godzinę lub dwie, to ile jeszcze ma siedzieć w piernatach rozmawiając z Dżordżem niemową?
Nie trzyma mi się to żadnej ideologii.
Z wyjątkiem, tej, że tak, czasem i ja chciałabym wrócić do czasów, gdy sobota zaczynała mi się podwieczorkiem.
Ale, zauważam z nostalgią, brodzę w innej rzece.

(...)
Szybko pojęła, że spolegliwych omijają konfitury.
Ponieważ przy wejściu do placówki anglikański zakład wychowawczy skupiał całą uwagę na tych, którzy wyli i darli szaty, Dynia uznała, że omijają ją przywileje i zainteresowanie zebranych.
Od miesiąca urządza zatem na wstępie widowisko światło-dźwięk (głównie dźwięk) ‘nie porzucaj mnie tu, tato!’, czepia się Norweskich kolan, bezlitośnie wykorzystuje każdą nanosekundę ojcowskiego wahania.
Gdy tylko targany wyrzutami sumienia Norweski znika za progiem, Dynia rzuca się ku malarskim fartuchom, odziewa się i w znakomitym nastroju, jak gdyby nigdy nic, oddala się produkować kolejne landszafty.
Natomiast oddawana przeze mnie do depozytu rozbiera się w biegu, niczego się nie czepia i czasem tylko jej plecy powiedzą mi ‘Tschüss!’. Acz i to niekoniecznie.
- Nie lubisz zakładu, Dyniu? – pytam.
- MAJN LIKE! – obrusza się Dynia.
Nie ma innego wytłumaczenia.
Nie tylko pojęła, że spolegliwi są ostatni w kolejce do deseru. Ma też w ręku schemat wszystkich słabych punktów Norweskiego.

©kaczka

Monday, April 29, 2013

1252-1254

[27-29 Apr 2013]

(...)
Po dwóch zaliczonych w tym sezonie pościgach za wielkanocnymi jajami, podczas trzeciego (wczoraj! [1]) Dynia była już jak kombajn do zbioru czekoladek.
I jak sieczkarnia, gdy przyszło do konsumpcji łupów.

(...)
Kombajn do zbioru czekoladek.

(...)
Dieta Atkinsa musi działać.
Jak inaczej wytłumaczyć, że dziatki, które żywią się tak:


wyglądają jak cień Dyni schowanej zwykle za miską sałatki z pomidorów.

(...)
Technika gry nieortodoksyjna.


(...)
Absolutną wisienką na torcie weekendu była przelotna wizyta gangu Pociech.
Pociechy i Dynia wytarły każdy centymetr podłogi w centrum handlowym, wypiły hektolitr gorącej czekolady, przepłoszyły pryszczatych blokersów z placu zabaw, siłą woli przeprogramowały karuzelkę z Bobem Bauerem, dzięki czemu zamiast dwóch kolejek kręciły się niemalże do wymiotu i były wielce niezachwycone rodzicielskim szlabanem na dalsze obroty [2].
Potem Pociechy odjechały na karkówkę z grilla, a Dynia długo jeszcze łkała i nie pocieszyła jej nawet najlepsza belgijska czekolada.
No, może trochę.
Troszeczkę.
Odrobinę.
Ciut. Ciut.
(tu przerwa, żeby oblizać palce)
Nieco.
Ale bez przesady.
Ostatecznie lojalność wobec przyjaciół zobowiązuje.

[1] funkcja zdolności decyzyjnych matek stowarzyszonych versus zagęszczenie kalendarzy wydarzeń towarzyskich

[2] czemu zresztą dały zbiorowy wyraz


(...)
I obowiązkowe lokowanie produktu.
Zachwycającą odzież wierzchnią znalazłyśmy w tej oto bibułce:

Uwielbiamy!



©kaczka

Friday, April 26, 2013

1250-1251

[25-26 Apr 2013]

(...)
Otóż anszlus rodzicielskiego łóżka to żadna tortura.
Wparować do sypialni o szóstej dwanaście, krzycząc ‘PAPA! FUKSZTUK!’ oraz (gdy papa usilnie udaje padlinę) ‘MAMA! ŚNIDANIE!’, to jest dopiero przeciw wszelkim konwencjom.

(...)
Subkultura.



©kaczka