Image Slider

[354]

[18 May 2017]

(...)
Przerzucałam nocą kanały w telewizorze w poszukiwaniu jakiejś wartościowej wizji i fonii. Na przykład, filmu o katastrofie Hindenburga czy fabularyzowanej opowieści o produkcji mąki kukurydzianej...
Klik.
Wiadomości.
Klik.
Reklamy.
Klik.
Zombie kontra wampiry kontra Frankenstein kontra wilkołaki kontra kanibale kontra ludzie, którzy obgryzają paznokcie u stóp przy obiedzie...
Klik.
Reklamy.
Klik.
Kup komplet garnków kup krem pod oczy kup fontannę do salonu kup tysiąc kulek na mole. Drapaczka do pleców GRATIS! Kup kup kup!
Klik.
Wróż Gunther obnaży przed tobą twoją przyszłość za 4,99/min plus VAT.
Klik.
Goli ludzie w probówkach.
Kli...
Wróć.
GOLI LUDZIE bez pikseli?!
O rany! Faktycznie nudyści w probówkach!
- Norweeeeeeeeeeeeski – krzyknęłam. – Chonotu! Roswell to prawda. Kosmici przybyli na ziemię, pobrali próbki gatunku i robią na tych próbkach eksperymenty! I jeszcze przez przypadek jest live stream w naszej satelicie.
(Czasem, gdy na naszej satelicie usiądzie orzeł bielik albo dorodniejszy kruk to ona się obraca jak kogutek na wieży ratuszowej i przez tydzień odbieramy wiadomości z Istambułu. Na trzystu trzydziestu kanałach.)
Norweski przyszedł, rzucił okiem i powiedział, że to nie kosmici, tylko niemiecka TV tydzień temu wymyśliła taki nowy, szałowy i rewolucyjny format rozrywki.
Tłum ochotników włazi do szklanych rur i stopniowo na wizji eksponuje swoje drugorzędowe i trzeciorzędowe cechy płciowe. Najpierw do pasa, potem po szyję, a na końcu to nawet i twarz.
Ubrany uczestnik programu drogą eliminacji wybiera sobie spośród tychże ochotników partnera na ubraną (!) randkę, w stronę której odchodzą już wspólnie rozebrani (!).
- Norweski – powiedziałam, gdy minął mi szok pourazowy i gdy dysonans poznawczy udało mi się znów zagnieść w jedną gładką i homogeniczną kulkę swawolnej bezmyślności. – Myślę, że w takim razie widziałam już wszystko. Pora umierać!
Ale zaledwie chwilę później życie zweryfikowało moją pochopną opinię.
- Jestem panseksualistką – ujawniła uczestniczka programu i nim zdążyłam dobiec do Wikipedii wyjaśniła, że nie liczy się płeć, wiek, gatunek, ani nawet stan skupienia obiektu pożądania, liczy się wyłącznie uczucie.
- W takim razie teraz widziałam już wszystko! – rzuciłam hardo w twarz Wszechświatu, ale znów jak się okazało popełniłam falstart.
- Do programu zgłosiłam się, bo najbardziej cenię w ludziach... charakter. - wyznała uczestniczka, a ja natychmiast przełączyłam na przepowiednie wróża Gunthera .
Wiadomo, po co ryzykować, może i ten charakter dałoby się jakoś przebić?

(...)
I gdy wstałam rano myśląc, że widziałam już wszystko widziałam to okazało się, że jednak nie.
Ledwie skosztowałam porannej kawy, a oślepił mnie sygnał świetlny nadawany stroboskopem z podwórka.
Zanim dostałam ataku epilepsji,  zidentyfikowałam źródło.
Zła wiadomość jest taka, że to sąsiad z Drugiego Naprzeciwka ustawił sobie w ogródku uroczy wiatraczek ulepiony własnymi rękami z potłuczonych  lusterek.
Dobra wiadomość to ta, że słońce jednak odpaliło i działa. Dwadzieścia osiem w cieniu. Wiosna przeszła bokiem. Mamy od razu lato.
Zła wiadomosć to ta, że co mi po tym słońcu? Póki ten wiatraczek tam jest wkopany na siedem metrów w głąb gruntu to do zimy nie podniosę kuchennych żaluzji w obawie przed urazem neurologicznym.

(...)
Gdyśmy się ostatnio z naszpanią od Mastodontów zderzyły na trasie do placówki (ja szczęśliwie właśnie zdeponowałam dziecko, ona mniej szczęśliwie bieżyła by ponosić tego konsekwencje) tośmy się wymieniły informacjami. Ja o pogodzie, w skrócie, że beznadziejna. Ona, w skrócie, że Dynia uprawia na przerwach mezalians z Dawidkiem z klasy Oposów. Że Dawidek przychodzi po Dynię na każdej długiej przerwie i wspólnie idą na betonowo-cementowy spacerniak, gdzie oddają się rozmaitym rozrywkom.  I że absolutnie nie powinnam się niepokoić, bo Dawidek jest synem pana od wszelakich sztuk walki. Tych, co to Dynia je również pobiera i do których potrzebowała kija od szczotki.
Powiadam wam, słodycz zalała moje matczyne serce.
Młody ninja!
Syn pana od wszelakich sztuk walki!
Tego przystojnego pana, który od niechcenia, kantem dłoni, narąbie opału do kominka, a małym palcem u stopy obezwładni przestępcę wyrywającego staruszce torebkę.
O ileż to bardziej obiecująca partia niż szesnaście kilo metrowego Łukaszka, którego Dynia może nosić w torebce jak yorka!
I radowałam się tym romansem do ubiegłego czwartku, gdy po treningu Dynia przedstawiła mi Dawidka.
Metr wzrostu. Góra szesnaście kilo.
W tym formacie, w sztukach walki można go chyba wykorzystać wyłącznie do ciskania w przeciwnika.
Nabój do procy przeciw Goliatowi!
Z tego mi wynika, że w naszym domu też ceni się w ludziach charakter.

(...)
Tymczasem Biskwit, dzięki Szwabskim Kluseczkom,  rozwija się społecznie.
Nadzwyczajnie się rozwija.
Gdyby Obcy (TEN Obcy Ridleya) ewoluował społecznie tak szybko jak Biskwit to od tygodnia miałby już kartę do biblioteki miejskiej, a do tego  podpisany kredyt na mieszkanie w apartamentowcu oraz dyplom ukończenia (z wyróżnieniem) rocznego programu ‘Advanced Anger Management’.
- Nikola mnie popchnęła. Dwa razy – powiedział kilka dni temu Biskwit gdym go odbierała z placówki. Powiedział to jednak tonem wskazującym na to, że już zrobił sobie tabelkę w Excelu i analizuje trendy.
Przez kolejne dwa dni Nikola nie zaprzestała procederu, a wręcz zwiększyła częstotliwość.
Zanim zdążyłam wyrwać Nikoli serce, Biskwit wziął sprawy we własne ręce.
- Ale że co? – nie zrozumiałam, bo Biskwit pod wieszaczkiem tłumaczył mi pantomimą scenariusz tej konsumowanej na zimno zemsty. Wyglądało to tak, że wetknął sobie palec w nos, a po wyjęciu rysował nim kółka w powietrzu.
- Mnie się wydaje –Dynia, specjalistka w dziedzinie kontaktów z obcymi cywilizacjami, przetłumaczyła na ludzki – że Biskwit wetknął sobie ten palec w nos, a potem nim zamieszał w jogurcie Nikoli.
Biskwit nie potwierdził, ale niestety, również i nie zaprzeczył.
Uznałam, że nie będę drążyć tematu.
Grunt, że już podobno nie popycha.

©kaczka

[353]

[15 May 2017]

(...)
Życie to się chyba swoich strategii marketingu, dystrybucji dóbr, a szczególnie orientacji na nabywcę uczy w sklepach z odzieżą używaną.
W takim sklepie, wiadomo, można znaleźć niejedno.
Podobno byli tacy, co znaleźli Rolex przez x a nie przez ks.
Albo sukienkę Marylin Monroe z Marylin Monroe w środku, co pozwoliło im sprzedać komplet na aukcji w Sotheby’s a za uzyskane fundusze kupić sobie cały Nowy Jork. Dwa razy. A Oklahomę to im nawet dorzucono gratis.
Dziwnym trafem, innym, w kategorii: Niebywałe Okazje, zwykle trafia się Chanel przez dwa L, który obejrzany pod światło ostatecznie okazuje się chińską ściereczką do naczyń przedstawiającą ENGLISH CHANNEL (!) i klify Dover.
Albo jeden but z pary od Manolo Blachnika w dodatku trzy numery przyciasny.
I ze złamanym obcasem.
Otóż Biskwit dostał się do Montessorian.(TU i TU)
Chciałabym móc napisać, że w tym wyścigu pokonaliśmy bazylion innych, zdeterminowanych rodziców, że ujęliśmy Komisję wdziękiem i szarmem osobistym, a Biskwit to nawet przypadkowo rozsądkiem, nienagannymi manierami i dojrzałością. I że z pewnością nie przeszło niezauważone, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej  z mej torebki wypadł (przynajmniej dwanaście razy) egzemplarz Dzieł Zebranych Montessori, który wieczór wcześniej cynicznie przekładałam niezliczonymi zakładkami i który z premedytacją gniotłam w rękach, by wyglądał na moją codzienną lekturę i źródło wychowawczych inspiracji.
Tymczasem, pewnie większość korporantów w krawatach i eko-wojowników z bio-jarmużem na sztandarach, których wabił glamour placówki w centrum miasta, zmieniła zdanie na widok warunków lokalowych w filii i tak, zostaliśmy sami na placu boju z przyciasną obórką i kącikiem zabaw wydzielonym w wychodku.
- Patrz na to optymistycznie – zaskoczył mnie Norweski. – Im bliżej wychodka, tym większe szanse, że nasze dziecko dobiegnie do toalety.
Tę ofertę życie przedstawiło oczywiście zaraz po tym, gdy dzień wcześniej powiedziałam, że w sumie to mi już naprawdęserioprzysięgam wszystko jedno.
Naszpanie ze świętego Maurycjusza von Knotke jedzą Biskwitowi z ręki. Biskwit realizuje tam sobie jakieś niecne własne cele i nie zraża go do instytucji nawet ta cykliczna konieczność uprawiania publicznych występów artystycznych.
No i brzdęk.
Na drugi dzień, życie dzwoni i oferuje mi pół Manolo Blachnika, niby w moim rozmiarze, ale piętę nieznacznie obciera.
A bo placówka jedynie do szesnastej, wozić trzeba pociągiem, a za foie gras z buraków i ciecierzycy płacić osobno...
A w dodatku, gdzie teraz nie pójdziemy to zewsząd wyskakują naszpanie od Maurycjusza, czy to lada chłodnicza w sklepie, czy kolejka po bułki, i opowiadają jakim to pazłotkiem w bombonierkach ich żywota jest nasze dziecko i jak jaśnieje na firmamencie Szwabskich Kluseczek. No tak jaśnieje, że lada moment wszyscy tam będą zmuszeni zakładać okulary przeciwsłoneczne. Nawet zimą.
- ... i kto im w takim razie wyrwie serce i powie, że zimą już nie będą potrzebować?
Ja się nie wyrywam.
Norweski mówi, że jest zbyt wrażliwy.
Może wynajmiemy sobowtóra?

Trochę czuję, że na końcu tej edukacyjnej tęczy tak naprawdę nie ma wcale garnca ze złotem, a jedynie – jak zwykle – skserowane pliki banknotów z Monopoly i zgaga po ciecierzycy.

©kaczka

[352]

[8 May 2017]

(...)
Ledwie skończyłam drwić z pisanek nabitych na pal, które Ryfka niosła w szkolnym pochodzie ku czci wiosny, a już karma przysłała mi telegram zwrotny, w którym kategorycznym głosem naszpani wyjaśniła czule, że tradycją placówki imienia Ofiar Holokaustu jest pochód ku czci lata – niedziela, obecność obowiązkowa. I że każde dziecko ma przynieść kij, na który nabije pszczołę.
Przez moment, przyznaję, pomyślałam, że naszpani od Mastodontów poszła z tym szałem artystycznym jeszcze dalej niż naszpani Ryfki i że dzieciny będą na te kije nabijać żywe pszczoły wydłubane z ula albo, na przykład, przywiązywać insekty do kija na nitkach. Za odnóża.
Na szczęście, okazało się, że pszczoły mają być z papieru. Mastodonty machną je sobie w ramach zajęć z religii przy okazji omawiania plag egipskich, a jedynym zadaniem rodziców jest ten kij ‘na jutro’.
Z czasów, gdy dziewczęta znosiły do domu chrust wierząc, że to magiczne różdżki, mamy na balkonie kopiec patyków wystarczający na podpałkę Dziewicy Orleańskiej średniego wzrostu. Mamy też szwajcarski  scyzoryk z mikroskopijną piłką, zatem raz-dwa, w cztery godziny Norweski ociosał coś z kolekcji tak, żeby prezentowało się jak godna, metrowa wykałaczka.
Gdyśmy odprowadzili Dynię do szkoły, na miejsce zbiórki, część Mastodontów akurat naparzała swoimi kijami przedstawicieli klasy Tygrysów. Był to konflikt międzygatunkowy: pszczoły kontra biedronki. Dynia wysłuchała naszych uwag na temat zasad unikania bezmyślnych konfliktów zbrojnych, pokiwała głową, przytaknęła i z okrzykiem: WRRRRRRRRRRROAAAAAAAAAAAAAH! rzuciła się ze swoją pszczołą bronić honoru Mastodontów.
W tym czasie reprezentacja mieszkańców naszej ulicy deliberowała nad zagadnieniem, czy Mastodonty mają na kijach pszczoły, czy może, jak wskazywałyby wszystkie poszlaki, są to jednak osy?
(Odkąd odkryłam, że klasa Ryb ma na sztandarze delfina nie pokładam szczególnej nadziei w szkolnej interpretacji filogenezy i żyje mi się już o wiele spokojniej.)
Kres rzezi biedronek położył Burmistrz, który dał znak do wymarszu.
Na początku pochodu szedł Węgierski Woźny, który, gdyby go zapuścić wyglądałby jak gajowy w Hogwarcie.
Woźny niósł pal z zafoliowanym preclem.
Potem przejechało kilka choinek na wrotkach.
Przemaszerowała orkiestra dęta i Burmistrz z Małżonką.
W dalszej kolejności paradowały przedszkolaki i tu ktoś popełnił  taktyczny błąd.
Przedszkolaki w ilości ponad czterdziestu miały najwyraźniej triumfalnie przejechać na udekorowanych krepiną hulajnogach. Rzecz w tym, że gdy czołówka tego peletonu już na pierwszym zakręcie wywaliła się na nierównej drodze nastąpił efekt domina i wkrótce na asfalcie leżały dwie grupy przedszkolne przysypane hulajnogami i kwieciem z bibułki. To znacząco obniżyło morale i zdezorientowało napierających z tyłu kolejnych uczestników parady (w tym członków Koła Hodowców Drobiu Egzotycznego z klatkami żywych eksponatów).
Kiedyśmy wspólnymi siłami oczyścili drogę z czterolatków i kur, pojawiła się młodzież i lokalne kluby sportowe.
I wtedy reprezentacja naszej ulicy zaczęła dość histerycznie wykrzykiwać ‘Jochen, Jochen! Tu! Patrz! Tu! W obiektyw! JOCHEN!!!’. Para niezrzeszonych staruszków stojących obok rozczuliła się niezmiernie. ‘Oh, du Lieber Gott... jak państwo musicie to dziecko kochać, że tak dopingujecie mu tłumnie i całą rodziną. Jakie szczęście ma ten Jochen! Precelek mamusiny! Kluseczka tatusiowa!
Nikt nie miał serca zaprzeczyć, choć Jochen ma lat czterdzieści, mieszka pod ósmym i oddelegowano go do ciągnięcia zaprzęgu wagoników wypełnionego czterdziestką dzieci z klubu sportowego. (Jochen prosił, by zrobić mu zdjęcie, na wypadek, gdyby żywy nie dotarł do mety.)
Potem przeszły Mastodonty z resztkami pszczółos. I Tygrysy z sieczką z biedronek.
I wtedy sąsiedzi – siedemnasty raz na pochodzie -  powiedzieli, że teraz jest właśnie ten najlepszy moment, żeby skoczyć skrótem do bufetu, bo pochód będzie się błąkał po wsi jeszcze ze trzy kwadranse, a potem wszyscy rzucą się na ciasto i jak zwykle zostanie tylko tort z marchewki, w którym klasa cukiernicza corocznie utylizuje obwiędłe warzywa z ziemianki. A pod ten tort zacznie przygrywać orkiestra dęta.
Tak zrobiliśmy i zaiste, trzeba słuchać profesjonalistów.
W rozkosznie przyjemnej atmosferze (nie licząc Biskwita wykłócającego się o ilość placków przeznaczonych do konsumpcji) spędziliśmy w ciepłym, cichym i suchym bufecie następne kwadranse.
Gdy pochód powrócił, co dało się zauważyć po narastających dźwiękach orkiestry dętej, wyszłam w deszcz, by odebrać Dynię.
Był to ten moment, w którym Dynia, jak reszta cherubinów, odbierała z rąk Burmistrza mokry precel za zasługi w marszu. I chciała poprosić o jeszcze jeden dla Biskwita, ale naszpani od Tygrysów jej zabroniła. (Zapewne w zemście za rzeź biedronek.)
Och, w tym momencie wróciła trauma z pochodu pierwszomajowego, gdy sekretarka Związku Młodzieży Polskiej dystrybuująca dekoracje z przyczepy Jelcza odmówiła mi kwiatka z bibuły motywując to mym niedojrzałym światopoglądem ideologicznym oraz jakoby nieumiejętnością pisemnego pokwitowania odbioru kwiecia.
Mam nadzieję, że naszpani od Tygrysów dostał się już tylko tort z marchewki i Oda do Radości rozpisana na instrumenty dęte i perkusyjne.

©kaczka

[351]

[4 May 2017]
 
(...)
Pośród siąpliwych, oślizgłych, porosłych pleśnią, mchem i glonem dni minionego weekendu trafił się jeden jak złoto.
I ten właśnie chemicy wybrali sobie, zupełnie przypadkiem, na grillowanie.
Och, jak się Norweski cieszył, że to grill u chemików, bo do dziś prześladują go koszmarne wspomnienia z BBQ z mikrobiologami.
... i nie tylko, że do każdego rodzaju zamarynowanego jestestwa był osobny ruszt. – zwierzał się już z tego Norweski na kozetce niejednemu psychoterapeucie. – Nie tylko, że osobno do wieprzowiny, osobno do pstrągów, osobno  do przepiórek, osobno do fondue z wiewiórek, a do kurczaków to nawet postawili w sąsiednim ogródku i pod przenośną lampą UV. I nie tylko, że każdy dobrowolnie przyniósł termometr kuchenny ze szpikulcem i nie tylko, że mierzyli temperaturę w Celsjuszach i przeliczali na Fahrenheity, ale mierzyli ją nawet w pieczonej cukinii (osobny ruszt)! A w dodatku każdy średnio wysmażony stek był tam dla bezpieczeństwa zwęglonym kawałkiem tkanki!

To wszystko podobno Norweski może byłby nawet i zdzierżył, ale gdy okazało się, że po sałatki trzeba za każdym razem chodzić do lodówki w mieszkaniu na szóstym piętrze bez windy, i gdy Norweski poszedł, i gdy wrócił, nałożywszy sobie zapasową porcję na ten sam papierowy talerzyk, z którego przed chwilą zjadł polędwicę z oposa (osobny ruszt!) i szaszłyk z tofu (osobny ruszt!), i gdy z tym talerzykiem przedefilował  wśród tłumu mikrobiologów to nagle wszyscy porzucili przeliczanie Celsjuszy na Fahrenheity, ucięli rozmowy o współczynnikach zapadalności na czerwonkę, oderwali się od oglądania w internecie śmiesznych filmów o zatruciach pokarmowych na weselach i zatchnąwszy się zbiorowo (jedni:  YYYYYYYYYYYYYYYYYYYYch! Inni: OHMYGOOOOOOOOOOD-on-używa-tego-samego –talerzyka-do-sałatki-a-przed-chwilą-jadł-na-nim-oposa!) zastygli, tak jak stali, w niemym przerażeniu wgapieni w Norweskiego i w to samobójstwo, jakie popełniał na ich oczach zastawą stołową.
Zapadła tak przeraźliwa cisza, że było słychać wyłącznie orgię rozmnażających się na talerzyku bakterii i mlaskanie Norweskiego.
Wreszcie ktoś z tłumu przerwał ten horror słowami: 'TO CHEMIK! Trzeba mu wybaczyć, bo nie wie co czyni!' i zebrani z wyraźną ulgą, choć nadal w szoku pourazowym powrócili do Fahrenheitów, czerwonki i do sceny, gdy ratownicy medyczni próbują upchnąć pierwszą partię zatrutych salmonellą gości weselnych w karetce, ale karetkę wypełnia po dach suknia panny młodej.
Czy chodziło wyłącznie o histeryczną reakcję mikrobiologów, czy może dołożył się do tego również walor smakowy zwęglonego steku z oposa, trudno dziś ustalić, ale Norweski na samo wspomnienie wydarzenia reaguje mentalną zgagą.

Tak, Norweski woli smażyć z chemikami, ale chemicy też mają swoje grillowe sentymenty. (W podręcznikach psychiatrii definiowane jako natręctwa lub urojenia).
Chemicy, na przykład, lubią modyfikować paliwo do grilla. Podpalać patyczki nitrogliceryną, krzesać ogień trotylem, wzbogacać oktan octanem, a pentan – eksplodanem. W wyniku takich eksperymentów zwęglił się już niejeden kawałek tkanki. Czasem nawet takiej żywej, bezpośrednio przytwierdzonej do operatora rusztu.
Tym razem, nie odnotowano przesadnych ofiar w ludziach.
Chemicy trochę podrośli i zaczęli inwestować w posrebrzane kombajny do grillowania Ultimate Über Hell Fire Deluxe Extra Premium Super Turbo 2000 Platinium Edition, które po rozłożeniu zajmują cały ogródek do wysokości pierwszego piętra.
Trochę z tego powodu, a trochę, dlatego, że przeraźliwie wiało, impreza chemików przeniosła się w zakątek przynajmniej z jednej strony osłonięty od przelatujących kubłów na śmieci i latających wurstów z grilla.
Zakątek zlokalizowany był na środku publicznego parkingu obok ogródka i to było trochę niewygodne, bo wymagało przenoszenia stołów i ławek za każdym razem, gdy ktoś chciał zaparkować albo wyjechać.  A wiele osób chciało nagle wyjechać, być może dlatego, że ubezpieczenie nie pokrywa uszkodzeń samochodu spowodowanych eksplozją wurstów. Albo uszkodzeń wywołanych trzyletnim dzieckiem grającym w Boule według reguł atletycznej dyscypliny miotania kulą.
Główną ofiarą imprezy była Dynia i o dziwo, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, nie trafiła jej latająca, metalowa kula ciskana przez Biskwita.
Dynię zaatakowała rozżarzona cukrowa pianka opieczona w płomieniach Ultimate Über Hell Fire Deluxe Extra Premium Super Turbo 2000 Platinium Edition w przystawce (!) do opiekania cukrowych pianek (!).
(A ostrzegałam, że na moim termometrze ze szpikulcem zawsze schowanym na dnie torebki, temperatura różowego karbohydratu osiągnęła temperaturę powierzchni Słońca!)
Biskwita tym razem nic nie zaatakowało, ani kula, ani pianki, bo na tej imprezie Biskwit udawał, że gardzi węglowodanami, a jego pasją jest wyłącznie chlorofil zmaterializowany w sałacie, jarmużu i ogórkach.
(W domu Biskwit brzydzi się chlorofilem do tego stopnia, że potrafi rozłożyć  kotlet z mielonej ryby na atomy i wydłubać zeń kwanty trzech liści pietruszki, które przypadkowo wpadły do masy. Biskwit rozdziela je wydajniej niż jakikolwiek amatorski chromatograf lub jakikolwiek profesjonalny Kopciuszek.)
I nie jest prawdą, że zemdlałam, gdy zobaczyłam, że Biskwit je chlorofil z tego samego talerzyka, na którym Norweski jadł przed chwilą stek z pancernika medium rare.
Co najwyżej, trochę się zachwiałam.

©kaczka

[350]

[26 Apr 2017]

(...)
Najpierw wiosna zaczęła się na trawniku przed naszym domem. Standardowy prolog z magnolii, forsycji i akwizycji uczuleń wziewnych. Odczekaliśmy nieomal do napisów końcowych i ruszyliśmy na Północ. U Haupcioteczki wiosna przydarzyła się nam od początku po raz kolejny. Magnolie, forsycje, akwizycje. A potem, jeszcze raz, zupełnie nowa wiosna w Sztokholmie. Tyle, że tam, dodatkowo zdobiona zmarzniętymi żonkilami w celofanie rozłożonymi na chodnikach wzdłuż  Drottninggatan.
Boleśnie i nienaturalnie.
Może to nie było siedemnaście mgnień, ale nawet Stirlitzowi za trzecim razem oko zaczęłoby latać.
Wróciliśmy.
Jest zimno i pada.
Brygada Górali z Wisły (‘a Małysza pani zna?’) zamurowuje nam grzyba.
Ponieważ rzucają raufazę na mokry tynk, przypuszczam, że grzyb jak Barbara Ubryk zaraz zacznie czymś w nas ciskać. Na przykład, raufazą.
Wylewność górali nie ogranicza się wyłącznie do tynków, cementów i posadzek betonowych.
Już po kilku godzinach spędzonych wśród ekipy moglibyśmy razem z powodzeniem wystartować w jakimś rodzinnym teleturnieju, gdzie kluczem do sukcesu i głównej nagrody jest znajomość chorób skórnych wujecznego dziadka z Murzasichla (wymień w porządku alfabetycznym), nałogów szwagra stryjenki spod Bukowiny (przyporządkuj do odpowiednich paragrafów kodeksu karnego) albo losów masy spadkowej po teściu bratanka z Chicago, którego z łez padołu odwołały powikłania po resekcji wyrostka robaczkowego (przelicz w pamięci z dolarów na złotówki po kursie NBP z 14 marca 1978 roku).
Za to na konkretne pytania branżowe, na przykład: Czy ta raufaza jednak nie odpadnie? albo Na kiedy przewidziany jest koniec prac budowlanych?, Górale niezmiennie odpowiadają, że jak Bóg da.
Serio, panowie? Bóg?! Nie mówimy tu przecież o powtórnym stworzeniu świata w wersji 2.0, a o pospolitej ścianie między klozetem a sypialnią!
Zatem, jeśli Bóg przekwalifikował się na budowlankę to kto zajmuje się  naprawdę palącymi problemami ludzkości? Głód, wojny, globalne ocieplenie? Kto w tym robi?
Zaprawdę, powiadam nawet kult polskiego rzemieślnika powoli traci mnie w roli wyznawcy.

Do tego home-schooling to jednak nie zawsze taka czteropasmówka sukcesów, jak mogłoby się, oceniając po okładce, wydawać.
Dynia po powrocie z Północy obeszła sąsiadów z opowieścią, między innymi o tym,  jak to jej rodzice płynnie i z polotem mówią po... hiszpańsku (!).
Długo nie trzeba było czekać na konsekwencje. Jeden sąsiad już pytał, czy możemy pośredniczyć w zakupie hacjendy pod La Manchą. Drugi zaś chciał się wreszcie dowiedzieć, co tam ma napisane na tatuażu, który w stanie intelektualnej nieważkości dał sobie wydziergać w Magaluf.
SCHWEDISCH! Dyniu! To był SCHWEDISCH! Nie SPANISCH!!!
Odmówiwszy  z oczywistych względów (a najoczywistszy to ten, że znajomość hiszpańskiego ogranicza się nam do Hasta la vista!), dołożyliśmy sobie do reputacji na dzielni, żeśmy nieużytymi egoistami brzydzącymi się okołosąsiedzką pomocą.
(Opinię na temat znajomości szwedzkiego Dynia wyciągnęła na podstawie naszych rozmów z ulicznymi sprzedawcami hot-dogów. O czym czuję się w obowiązku napisać, zanim ktoś zapyta, czy przejrzymy dokumentację dotyczącą inwestycji w fabrykę nart pod Kiruną.)

To nie wszystko. Dynia okazała naszpani od Mastodontów swoją powieść o podróży do Sztokholmu, w której, jak na aspirującego Hemingway'a przystało, więcej jest o konsumpcji koktajli w barze niż o wartościach edukacyjnych zwiedzania. Był cień nadziei, że naszpani nie odcyfruje fonetycznego zapisu: KOGTEL, ale Dynia dla pewności wykonała, nie pozostawiający złudzeń rysunek poglądowy baterii drinków.
A Biskwit na nieuniknione pytania, co mu się zrobiło z twarzą (przypominam: Kliczko, jedenasta runda), wszem i wobec insynuuje powściągliwie: Matka.
Zatem, gdyby wyglądało, że zamilkłam to może właśnie wcale nie milczę, ale akurat gęsto tłumaczę się opiece społecznej.
Byle do wiosny, chociaż właściwie to już wcale nie wiem, której.


©kaczka

[349] kaczka i syndrom sztokholmski

[21 Apr 2017]

(...)

(...)
Jako że cały niemiecki romantyzm roztrwonili Goethe do spółki z Hardenbergiem, nic dziwnego, że dla reszty narodu został tylko pragmatyzm.
A Norweski to już w ogóle po ten pragmatyzm wracał do kolejki, lekko licząc, osiemset czterdzieści osiem razy. (Liczbę tę ekstrapoluję na podstawie ilości standardowych przebiegów Norweskiego po darmową dolewkę soku z żurawiny w Ikei.)
Zatem, gdy Norweski mówi ‘Mam dla ciebie niespodziankę’ to może to być oczywiście wszystko, ale raczej tak bardziej coś między kompletem brązowych męskich sznurowadeł a wyciętym z gazety kuponem na bezpłatny kartonik soku z żurawiny, objętość 200 mililitrów.
Takoż zachwiał mi się światopogląd i musiał mocno przytrzymać się stołu, by nie osunąć się w omdleniu na podłogę, gdy pewnego dnia Norweski po triumfalnym ‘Mam dla ciebie niespodziankę’ okazał plik biletów lotniczych.
- Sztohholm? – zapytałam naówczas, gdy dotarłam do koordynatów. – Ale dlaczego akurat Sztokholm?
(Logika podpowiadała, że może mieć to związek z dostępnością płynnej żurawiny.)
- Chciałem, żeby było ciepło i bezpiecznie. – odpowiedział Norweski.
Byłam, wróciłam, mogę wypowiedzieć się w obu kwestiach.
Adidasy Norweskiego przymarzły mu podczas wysiadania z samolotu do płyty lotniska.
Natomiast, gdy nocą obudziła mnie cisza spadających, tłustych jak kacze pióra płatków śniegu, gdy wymknęłam się z hotelu narzuciwszy kurtkę na pidżamę i gdy na sąsiednim skwerze zaczęłam wydeptywać na nietkniętym ludzką stopą śniegu fantazyjne mandale to już po kilku minutach razem ze mną zaczął ten skwerek dyskretnie okrążać policyjny radiowóz. I na tej podstawie, wysoce oceniam swoje bezpieczeństwo w Sztokholmie o godzinie 3:45 nad ranem.
To była dobra podróż.
Tuż przed wyjściem z domu Hauptcioteczki Biskwit rozbił sobie nos i po samodzielnym zatamowaniu krwotoku przy użyciu rękawa swojej bluzki oraz całokształtu mojej odzieży stawiliśmy się na lotnisku wyglądając jak Wladimir Kliczko, jego trener i ekipa towarzysząca po dziesiątej rundzie na ringu.
Kwestia krwotoku i usuwania plam krwi odwróciła naszą uwagę od troskliwie hodowanego przez Dynię lęku przed lataniem.
Ponieważ post-romantyczny, niemiecki pediatra poradził Dyni na te lęki, żeby ‘wzięła się w garść’ (nie ukrywam rozczarowania, gdyż liczyłam raczej na receptę na twarde narkotyki), Dynia – o dziwo - wzięła się w garść w czym, zasadniczo najbardziej pomogło jej siedem kilogramów tic-taców z wolnocłowego.
(Cena siedmiu kilogramów tic-taców to zaprawdę promil kosztów oficjalnej psychoterapii, którą usilnie zalecała nam Lufthansa po ostatnim locie Dyni (WE ALL GONNA DIE!!!!), więc wychodzi na to, żeśmy jeszcze nawet zaoszczędzili.)
Biskwit wziął nowy kraj szturmem. Skrótem przez hotelowy bufet.
Po pierwszym śniadaniu wycieczka emerytowanych amerykańskich nauczycielek ochrzciła Biskwita mianem ‘rozkosznego generała MacArthura’, podczas gdy wycieczka emerytowanych włoskich geodetów obstawiała raczej ‘milutkiego Mussoliniego’. Biskwitowi było wszystko jedno, co o nim mówią, byleby miał wyłączność na kontener z jajkami ugotowanymi na twardo i nielimitowany dostęp do książęcych parówek.
(W Sztokholmie toaletowe biogazy są paliwem dla środków komunikacji publicznej, zatem już po jednym Biskwicim śniadaniu ludność śmiało mogła rozważać podróż nawet do Linköping.)
Biskwit zaskoczył nas wielokrotnie podczas tej wyprawy. Choćby wtedy, gdy w skupieniu, przez ponad pół godziny słuchał narracji z przewodnika audio opisującego mijane pośród kanałów zabytki.
Dodajmy, bo to istotne dla rozmiarów naszego dysonansu, że ta narracja była po fińsku.

Rzecz jasna, podróż z nieletnimi wyznacza nieprzewidywalne kierunki zwiedzania.
Samoistnie odpadło tedy muzeum Nobla (Norweski), muzeum Abby (ja), ale za to zażyliśmy bliskich kontaktów ze skandynawską literaturą dziecięcą i jej artefaktami, wiemy, w którym sklepie mają najlepszy wybór Godis na wagę i potrafimy wymienić z pamięci lokalizację czterdziestu toalet publicznych w centrum miasta. W wyniku negocjacji wspartych argumentami natury wysokokalorycznej udało nam się z cherubiętami pobieżnie obejrzeć wyżęty z wody okręt Wasa.
Tu, już po wyjściu, trzeba nam było wymieniać się notatkami, sprawdzać fakty i tkać gobelin historii z mocno rwanych wątków. W międzyczasie Biskwit próbował bowiem bezcześcić zwłoki złożone w gablotach, a Dynia uparła się, by samodzielnie zdobyć odznakę Wzorowego Zwiedzającego, co wymagało wypełniania formularzy i gwałtownego przemieszczania się pomiędzy sześcioma piętrami.

W Sztokholmie Dynia dobrowolnie napisała książkę o swoich przygodach, dzięki miejscowej walucie wciągnęła się w dodawanie i odejmowanie powyżej dwudziestu oraz  nauczyła się kilku szwedzkich słów i zwrotów (głównie tych, które w ojcowskim narzeczu oznaczają coś zupełnie innego). Przyznaję, przez moment poczułam mistyczne uniesienie, ekstazę home-schoolingu, ale szczęśliwie (dla nas wszystkich) moją uwagę zajęły intensywne badania terenowe odmian kultowych cukierków Polly.

W ostatnim dniu, na sielankę wakacji podniosła rękę reprezentantka linii lotniczych, która jak Rejtan rzuciła się między nas a drzwi samolotu, żądając opłaty za wózek. Zdziwiło nas to szalenie, bo nikt niczego od nas wcześniej nie oczekiwał, a już na pewno nie w koronach. Być może dlatego, że spacerówka Biskwita jest najpaskudniejszym wytworem niemieckiej myśli technologicznej, którego kolor oraz ogólny stan sanitarny przyprawia o mdłości i ludzkość zwykle woli udawać, że nie widzi tego upadku moralnego na czterech, cholernie nieskrętnych kółkach? Reprezentantka była jednakoż pierwszy dzień w pracy i czuła – doskonale rozumiem – imperatyw. No, ale jakże to! – wyraziłam ubolewanie nad cherlawą konsekwencją SASu. – W jedną stronę płacić? W drugą nie płacić? I jeszcze płacić milionkrotność aktualnej rynkowej wartości pojazdu? (Serio, widywalam bezdomnych, którzy przewozili swój dobytek bardziej luksusowymi spacerówkami!). I tak pewnie stałybyśmy na tym lotnisku do teraz, zastanawiając się, co zrobić, ale reprezentantka nagle się wycofała. Norweski twierdzi, że to przez bagienne wyziewy z wózka. Ja natomiast bardziej skłaniam się ku teorii, że zaniepokoiło ją, że znudzony dyskusją Biskwit wlazł do pojemnika do mierzenia bagażu podręcznego i zaczął od niechcenia wyginać rękami stalowe pręty.

Wchodząc do domu Hauptcioteczki Biskwit potknął się o próg i tym razem podbił sobie oko.
Kliczko.
Runda jedenasta.

©kaczka

[348]

[9 Apr 2017]

(…)
Prawie siedmiolatki to taka osobliwa grupa demograficzna, która jeszcze poważa naszpańskie autorytety.
Zatem, gdy tydzień temu naszpani od arizońskiego zapowiedziała piknik i gdy rzekła młodzieży (cytuję, bo podsłuchiwałam pod drzwiami): ‘Jeśli chcecie, możecie przynieść ze sobą coś słodkiego dla wszystkich, na przykład, mufiny?’ to ta młodzież wydestylowała z tego oczywisty przekaz: ‘naszpani k a z a ł a przynieść mufiny’.
W rezultacie tego eksperymentu życie udzieliło nam wszystkim pouczającej lekcji, iż ośmioro cherubiąt nie jest jednak w stanie zjeść stu czterdziestu kul z ciasta w ciągu dwóch godzin.
Nawet popijając wodą z parkowej fontanny.

(...)
Przez ostatni tydzień Biskwit przynosił uporczywie z placówki okołowielkanocne artefakty. A to nadnaturalnej wielkości kurę z papier-mâché, a to wieniec (!) z malowanych wydmuszek, a to jajo na kiju, a to hydroponiczną plantację trawy dla kota, a to baranka na patyku od szaszłyka, a to zająca poddanego, jak Wayne Rooney, amatorskiemu przeszczepowi sierści.
Cała ta konfekcja tak obca zamiłowaniom kolorystycznym Biskwita (w tym sezonie czerń i lila), tak odbiegająca od jego  interpretacji szczegółów anatomicznych (raczej Picasso niż dojczrealizm) wyraźnie wskazuje, że naszpanie z placówki świętego Pulchercjusza z Erfurtu szukają ucieczki w terapii przez sztukę.
Swojej ucieczki.
Nie mam im za złe, nawet jeśli to oznacza, że jestem niedobrowolnym biorcą klonów monstrualnych kur, które schodzą im z prywatnej taśmy. Fala upałów w komplecie z oszczędnym i nieprzewiewnym metrażem przedszkolnych pomieszczeń nadzwyczajnie poluzowała Szwabskim Kluseczkom subordynację na złączach. Ponoć jedynie Biskwit niewzruszenie siedzi w balowej sukni w kącie z narzędziami i konsekwentnie realizuje jakiś tam swój projekt Manhattan.
Ten sam Biskwit zbojkotował program kulturalno-artystyczny na cześć wiosny, którym to chyba naszpanie próbowały zadać sobie jeszcze więcej cierpień moralnych i fizycznych.
Recital pieśni okolicznościowej miał miejsce w sali gimnastycznej, w której zgromadziło się tysiąc rodziców i dwa tysiące stopni Celsjusza (w większości sponsorowanych przez flesze rodzicielskich smartfonów.)
Całość recitalu Biskwit przestał na scenie odwróciwszy się do publiczności i zarzuciwszy sobie spódnicę na głowę.
W ten sposób nie tylko skutecznie ochronił swój wizerunek, ale jednocześnie zadkiem obleczonym w rajstopki zepsuł – na co mściwie liczę – kilkaset powidoków w wirtualnych albumach rodzinnych.

(...)
Tymczasem zmierzamy na Północ z bagażnikiem okołowielkanocnych artefaktów.
Hauptcioteczce wszak też się coś od życia należy, prawdaż?

©kaczka