Friday, August 22, 2014

[104]

[22 Aug 2014]

(...)
Tracing continues. Please check back later.
Informuje od przedwczoraj najbłękitniejsza linia.
Serio?
Serio tak trudno namierzyć walizkę, za którą ciągnie się jagodowy kilwater?
Męczennik z telefonu zaufania (w tle muzyka: 'I want to know what’s on your mind' (!) NAPRAWDĘ? Bo jeśli mam się zwierzać, stojąc tu bez pierogów i bez szczoteczki do zębów z pszczółką Mają, to trzeba by nad wyraz dużo wykropkować w tym monologu, droga linio!) wyjawił mi, że mogę sobie nakupić majtek za sto ojro i wysłać mu rachunek.
Możliwe, że uznał, że czternasty telefon w sprawie pierogów to ponad jego siły i gra na zwłokę.
Majtki kupię, ale dzwonić będę nadal.
Biskwitowi tymczasem zamieszaliśmy w percepcji wszechświata.
Pod osłoną nocy obniżyliśmy materac w łóżeczku do poziomu podłogi.
Biskwit wstał i chyba nadal mu się wydaje, że oto zjadł ciasteczko i się zmniejszył, bo minę ma nietęgą.
Badając okolice ruchem pełzającym Biskwit odkrył również, że pole grawitacyjne pod kanapą (bezwstydnie konfabuluję i nie mam pojęcia o czym mówię) jest udrapowane w lej i zasysa przechodzące niemowlęta.
Nieustannie wyciągamy Biskwita spod kanapy.
Albo konfiskujemy mu tasaki, siekiery, żyletki i noże sprężynowe.

(...)
Zastanawiam się, jak o tym pisać, by uniknąć zbędnego patosu.
Pierogi to efekt uboczny.
Celem był Niegów.
Ten z ‘Robótki’.
Znów byliśmy, widzieliśmy, dotknęliśmy.
Lekcja wszystkiego dla nas czworga.
I dlatego mogę się upierać.
To świąteczne pisanie ma sens.
Taki do szpiku kości.
Czekanie by zostać dostrzeżonym, zauważonym, zaakceptowanym jest tam jak powietrze.
Czekanie na drugiego człowieka.
Patos. Patos. Cholera. Patos. Wiem.
A w tym wszystkim Dynia z Biskwitem.
Takie naturalne.
Spontanicznie dzielące się uśmiechem, cukierkiem, kucykami Pony i butami z bananów.
Czy im tak zostanie?  


(...)  
                                      

©kaczka

Thursday, August 21, 2014

[103]

[21 Aug 2014]

(…)
[Czytelnicy! Darujcie karygodne zaniedbania w dotychczas raczej konsekwentnym nurcie narracji. Wybaczcie braki w listach, emailach i komentarzach. Mea culpa. Wakacyjna przerwa w placówce oraz fakt, że oto dziś czterozębny Biskwit wyszedł sam z łóżka i ruszył wprost ku kablom, wtyczkom, nożom i tasakom nie ułatwia czepiania się słów. Wróci jesień, wróci  Ordnung, kojec i regulamin.]

Helisy Biskwita są brytyjskie.
Lewoskrętne.
Jak inaczej tłumaczyć, że Biskwit chce ryby w tłustej panierce, a w każdy z teleskopowych chwytników po frytce?
Biskwit to jednocześnie ćma.
Jedenasta wieczorem, bar w Amsterdamie, pluszowe fotele, głuchy stuk bilardowych kulek. Z jedzenia wyłącznie nasmażone frytki z majonezem do ryby, która połknęła Jonasza i prawdopodobnie nadal go trawi. Z napojów piwo, sznaps i sok z syntetycznych pomarańczy.
Biskwit jada duszone.
Chwyta w ręce i dusi.
Fytki i panierka puszczają tłuste soki, ale Biskwit ani myśli wypuścić z garści ofiary.
(Palce trzeba wyłamywać łyżeczką.)
Gdy nie dusi próbuje wylizywać kieliszki.
Nie było naszą intencją siedzieć nocą w amsterdamskim barze, lecieliśmy na pierogi z jagód.
Tyle, że najbłękitniejsze królewskie linie powietrzne zapodziały samolot i odesłały nas do hotelu z barem i z frytką.
Hotel łyskał łuną gwiazdek, miał szlafroki i kapcie z monogramem, a do śniadania podlewał szampany, ale człowiek naszarpawszy się w podróży, kiwając się tuż przed północą nad rybą i frytką nie doceniał szlachetnych detali.
Co innego Biskwit.
Biskwit doceniał wszystko. Od panierki przez podgrzewacz do skarpet po sypialną miejscówkę na gęsim puchu.
Biskwita radowały starty, lądowania, Pindakaas, Strupciastka, naleśniki na śniadanie, Gouda i posypka z czekoladowych farfocli.
Biskwit chętnie zbierał dary (głównie wypchane pluszowe truchła z logo) oraz wyrazy uznania od najróżniejszych grup zawodowych – kanadyjskich zakonnic, holenderskich gejów, niemieckich stewardess i pani sprzedającej ceramiczne chodaki z Delf.
I ostatecznie dolecieliśmy na pierogi.
Takie domowe pierogi z ciasta z mąki i wody, al dente, broczące prawdziwą, leśną jagodową posoką, wypychane słodkim twarogiem, ocieplane nieruchomą, gęstą śmietaną, inkrustowane malinami prosto z krzaka.
I zabraliśmy sobie tych pierogów na pamiątkę i na niebieskich językach, i w plamach na ubraniach, i na sztuki w walizce.
Tyle, że najbłękitniejsze królewskie od wczoraj nie wiedzą, gdzie wysłały naszą walizkę i kto teraz je nasze pierogi.
Czy pies od narkotyków w Amsterdamie, czy plemię Masajów w Kongo?

(...)


©kaczka

Thursday, August 14, 2014

[102]

[14 Aug 2014]

(...)
Przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny mieszkaliśmy w bardzo krzywej wieży Babel.
Zatrzymali się na popas znajomi w drodze ze Skåne do Wielkiego Zderzacza.
Wyszło z tego pięcioro dzieci i pięć języków.
Germańskich, słowiańskich, romańskich.
Inwentaryzując.
Urzędowe.
Polski, angielski, niemiecki, szwedzki i francuski.
Oraz szósty.
Biskwicki. Nieoficjalny, ale donośny.
Lingwistyka i akrobatyka stosowana.
Dyni, której już wydawało się, że skutecznie posortowała wszechświat, znów zaczęła latać powieka.

- Dyniu, podziękowałaś Astrid za prezent?
- I said ‘Thank you’.
- Ale Astrid nie rozumie ‘Thank you’. Lepiej jeśli powiesz ‘Tack’.
- ... yyyyyyy? But I do not want to say ‘yes’ in proszę language! I WANT TO SAY THANK YOU!


- Mama! Astrid does not want to come and eat dinner.
- Córko! Powiedz jej, że rzucili lody.

Poszła. Wróciła.
- She still does not want to come! – zadenuncjowała.
- To zamiast ice cream powiedz, że rzucili glass.
- GLASS?!! And now you are simply being silly, mum…

©kaczka

Monday, August 11, 2014

[101]

[11 Aug 2014]

(...)
Ośmiomiesięczny Biskwit jest ośmiokilową praliną.
Jest jak szwedzka semla. Ze słodkiej bułki, z marcepanu i z zawijasów śmietany.
Jest jak pączek reduced-fat wyciągnięty z frytury, osuszony na serwetce i hojnie unurzany w waniliowym cukrze.
Ośmiomiesięczny Biskwit jest głównie z cukru.
Z cukru i ze sprytu.
Nigdy tu nie było na stanie dziecka, które w mgnieniu oka potrafiłoby stopą otworzyć butelkę z napojem, poodpinać w celach konsumpcyjnych przyczepione do wózka klamerki do bielizny,  albo pochwycić worek z marchwią i próbować  - nieomal z sukcesem - przegryźć się do wnętrza.
(To inwentaryzacja zdarzeń z ostatniej godziny. Teraz Biskwit śpi, ale może tak naprawdę, podpiłowuje kraty swego przenośnego więzienia?)
Dynia była obserwatorem. Biskwit jest, nie ma wątpliwości, manipulatorem.
Ratuj się, kto żyw.
Ośmiomiesięczny Biskwit cieszy się głównie nogą.
Prawą.
(Tak mu śmiesznie podskakuje z radości. Najpierw prawa noga. Reszta wypustek dołącza z opóźnieniem.)
Biskwita rozsadza ciekawość.
Biskwit musi mieć wszystko na oku.
Wyciąga szyję, unosi tors, rzekłbyś nieomal lewituje, by tylko nie uronić nic z akcji.
A przy tym Biskwit wciąż jeszcze odurzająco pachnie niemowlakiem.
Świeżą hodowlą bakterii kwasu mlekowego.
Sianem.
Ryżowym grysikiem.
Nawet zmienne kolejności losu (zęby!), które napadami Biskwiciej goraczki wyciągają mi ostatnio wtyczkę od świata realnego i wirtualnego, Biskwit znosi dość godnie.
Przykładnie przyjmuje lekarstwa, wysypia się (w odróżnieniu od czuwającego z przyrządami do pomiaru temperatury) i nie narzuca sobie diety.

(...)
Zakończył się rok przedszkolny.
(Dynia wykonała dla naszpań pożegnalne kartki z dość motywującą treścią, którą dyktowała w przypływie natchnienia:
It was nice and ...yyyyyyyy... pretty. Now I am going to a new class. So ... yyyyyyyyyyygood job!’)
Zakończył się apelem z częścią artystyczną.
Prawdopodobnie, po ostatnim fiasku organizacyjnym, ktoś (i przysięgam, nie byłam to ja), zwrócił uwagę, że kolejne imprezy można by jednak zaplanować w czasie, w przestrzeni, a nawet w podpunktach.
Derekcja wzięła sobie do serca..
'O trzynastej czterdzieści pięć sharp odbiór dzieci i przejście na plac zabaw, o czternastej sharp początek części artystycznej – dzieci i nauczyciele śpiewają piosenkę, którą przygotowywali od miesiąca, o czternastej pięć sharp – ceremonialne sadzenie drzewa ufundowanego przez rodziców grupy Kangurków, między czternastą dziesięć, a czternastą dwadzieścia sharp – lody, o piętnastej sharp – wszyscy opuszczają teren przedszkola.'
Tak brzmiał list od Derekcji, a nieustannie nawracającym sharp zatemperowałam sobie wszystkie ołówki.
Wyszło, wiadomo, jak zwykle.
Derekcja pojawiła się ściskając ponownie w dłoniach, tak jak na pikniku,  mikrofon podłączony do czegoś na kształt odkurzacza.
Ponieważ sprzęt ten znów niczego nie nagłaśniał zaczynam wierzyć, że to faktycznie może być odkurzacz bez efektu placebo.
O czternastej zero pięć sharp Derekcja odśpiewała solowo piosenkę o drzewku... (i nie, nie było to 'O, Tannenbaum!') wspierana przez bardzo nieśmiały chór Kangurków sfiksowanych raczej na zagadnieniu, o której rzucą lody i w jakich smakach niż 'a teraz zwrotka numer czterdzieści dwa...'
W tle pan od Psychodelicznych Małpiatek coraz bardziej znikał w otchłani, która początkowo miała być otworem pod jabłonkę, a w rezultacie służyć będzie jako dziura tranzytowa do Australii. Następnie ktoś krzyknął, że przyjechały lody i jakoś tak wyszło, że Dynia jako pierwsza pokonała trzy piętra w dół (przedszkolny plac zabaw aspiruje do wiszących ogrodów Semiramidy, ma trzy poziomy, które łączą wąskie, wykute w skale, strome i kamienne schody) i trzy piętra w górę, by przynieść sobie gałkę w waflu.
Bez obaw.
Dla Dyni ta jedna gałka to był aperitif.
Na własne uszy słyszałam, jak Marcelek z grupy Lisków wspinając się na huśtawkę, na której bujała się reszta ferajny z Dynią włącznie, apelował do Dyniowego miłosierdzia: ‘Hold it for me but PLEASE! Not eat! NOT EAT! You can’t eat! O.K.?
Naiwny Marcelek.

(...)
Goście, co odjechali, a pył drogi już po nich opadł, zastrzegli sobie drobnym drukiem ‘tylko nas nie obsmaruj na blogu’.
(Ja? Kiedykolwiek? Doprawdy!)
Jak trudno pisać w szczękach autocenzury.
A chciałoby się, że dzieci nakarmili mi parówkami (sojowymi) i sznyclem (z warzywa).
Że odkryli w pobliskim kanale amfibiotycznego szczura, który potem okazał się gardzącą precelkami wściekłą nutrią, ale zanim się okazał to pogłębił we mnie dojmujące uczucie, że nie mieszkam w pałacu.
Że pośród nieprzeliczonych, hojnych darów przywieźli kubek Hello Kitty ze spiralną słomką. Odpowiednik świętego Graala w kategorii wiekowej do lat czterech.
Że nie mrugnęli okiem, gdyśmy im kazali siedzieć w domu i czekać na nową lodówkę.
(Nic to. Zemścili się zaszczepiając w niewinnym umyśle Dyni miłość do jednego odcinka kreskówki, która odtąd mogłaby lecieć w trybie autorewind infinitive loop.)
Ale, że przywieźli ze sobą dziecko, które sypia dłużej niźli nasze?
Prawdziwy afront.

©kaczka

Friday, August 1, 2014

[100]

[1 Aug 2014]

(...)
Wyjaśniła się tajemnica mojego pochodzenia.
Kilka ulic dalej odkryłyśmy zagłębie australijskich dziewczynek w wieku szkolnym.
Dziewczynki tłumnie z Sydney. Z jednego ojca, ale oceniając po odcieniach chyba uwikłane w więcej niż jedną matkę.    
Znajomość ta kosztowała nas jeden ojro, gdyż obdarzone talentem przedsiębiorczym dziewczątka ustawiły przed domem stragan z lemoniadą i wyprzedażą kolekcji pegazich bękartów.
Bardzo zatem prawdopodobne, że skoro dla angielskich sąsiadów wszyscy Polacy byli z Krakowa, tak dla tutejszych, każdy kto mówi  po angielsku i latem skąpi dziecku skarpet jest Aborygenem.

(...)
Zjawił się dziś serwisant z narządami do transplantacji.
Operacja trwała cztery odcinki ‘The Killing’ [1], niestety, pacjent nie odzyskał przytomności.
Tym samym wciąż nie mamy gdzie chłodzić zimnych zakąsek [2].

[1] świeżo odpakowane z folijki, w której przeleżały cztery lata. To oznacza, że zakończyłam połóg i nie jestem w ciąży. I ciąża i połóg skutecznie zniechęcały mnie do produkcji filmowych, w których dobro nie zwyciężało.
[2] w ilościach hurtowych


(...)
Kilka dni temu odbieram Dynię z Instytutu, a Dynia siedzi na podłodze i gra w brydża z kilkoma współosadzonymi.
Znaczy po drzemce wstała i zapragnęła zaznać światowych rozrywek.
Może akurat dlatego, że tego dnia dotarła do placówki później, rano miała okazję się wyspać, a powietrze się mocno wystudziło?
- Czy to nie piękne? – zachwyciła się naszpani, czyniąc się z automatu matką tego sukcesu. – Osiem miesięcy jej zajęło, żeby się wreszcie zaprzyjaźnić. Przykre, że teraz musi przejść do innej grupy.
Próbując ogarnąć rozmach tej karkołomnie idiotycznej wypowiedzi zaznałam implozji szarej masy.
Nie, nie dyskutowałam.
Nie warto.


©kaczka

Tuesday, July 29, 2014

[99]

[30 Jul 2014]

(...)
Odjechała Lucyna nie doczekawszy naprawionej lodówki.
Ale bez obaw.
Jesteśmy w posiadaniu lodówki zastępczej, którą po rozmowie z Hauptcioteczką dostarczył nam do domu producent.
O czym rozmawiali nie wiem, ale kwadrans później lodówka była.
(Mam nadzieję, że to jest dziedziczne i obie me córki posiądą po Hauptcioteczce te werbalne ostrogi. Szczególnie dobrze rokuje Biskwit.)
Dzięki lodówce zastępczej ('Nie, pani kaczko, nie wypożyczymy pani lodówki. Mamy związane ręce względami higieny i bezpieczeństwa.'... dwadzieścia minut później... 'Pani kaczko, rozmawialiśmy z teściową, kwadrans temu zmieniły się przepisy, proszę wyjść na rozstajne drogi i wyglądać lodówki!') poziom mlecznych sznytek w Lucynie pozostał zadowalający.
(- Myślisz, Norweski, że przywiozą nową lodówkę? 
- Myślę, że nie zawahają się zabrać lodówki z pracowniczej świetlicy. Bądź przygotowana, że znajdziesz wewnątrz kanapki z Leberkaese i miejscowe kluski w pudełku podpisanym Johann lub Heinrich.)
Lodówka zastępcza jest dość pojemna.
Mieści, na przykład, wiadro czerwonych przeczek, drugie tyle śliwek węgierek, trzy paczki mlecznych sznytek w czekoladzie  i butelkę mołdawskiego wina ‘Stary Mnich’.
Dobrze Dyni było z Lucyną, bo Lucyna jest jak wojska ONZ.
Gdzie się nie ruszy tam sprowadza pokój i dobrobyt.
Lucyna się nie szarpie o zabawki, nie musi rządzić, jest uprzejma i na bank, zgodziłaby się udawać Niemców w zabawie w 'Czterech Pancernych'.
Dla nas radością było się znów przekonać, że słowotok Dyni w języku yes niczemu nie ustępuje.
(Taaa... jasne. Nie porównujemy, prawda?)
Społeczeństwo, na marginesie, torpeduje próby integracji.
- Chcesz lodów? Oto gotówka. Idź! Kup sobie i Lucynie. – wyjaśniłam pod budką z lodami. – Ale pamiętaj, by przemawiać w języku ‘Bitte!’.
Dynia złożyła w całość wystąpienie na temat truskawkowych, pochwyciła Lucynę i poszły.
Pan z budki powitał je radosnym ‘Which one?’.
Dynia powróciła tedy z taką jakby amerykańską pretensją: ‘Mama! EVERYONE speaksYES! Why should I speak ‘Bitte!’?
Trochę ją rozumiem.
Trzy nagabywane przeze mnie wczoraj osoby, które prosiłam o wskazanie drogi na pływalnię, uciekły w popłochu krzycząc, że nie mówią po niemiecku.
(- Ja też nie! Ja też nie! – wołałam, ale odpowiadało mi jedynie echo.)
Mimo wszystko, odbieram to jako pewnego rodzaju komplement.
Uciekając mogły przecież krzyczeć, że nie rozumieją australijskiego.

(...)
Wpadło w toń biedne dziewczę. Przez czas jakiś
Wzdęta sukienka niosła ją po wierzchu
Jak nimfę wodną (...)



[Hamlet, Szekspir, tłum. J. Paszkowski]

(...)
O ironio losu.
Lucyna przywiozła nam na nasze własne życzenie kilka kilogramów angielskiego poręcznego, nieortodoksyjnego, smakowitego  jadła dla niemowląt.
Wyhodowałam na nim jedno. Będę hodować i drugie.
Jak to możliwe, że angielska kuchnia ma taką złą prasę? 

©kaczka

Saturday, July 26, 2014

[98]

[26 Jul 2014]

(...)
Zepsuła się lodówka.
(- Niesamowite! – powiedział serwisant. – Takiej usterki nie widziałem w całej mojej karierze. – dodał tonem kardiochirurga, który po rozcięciu skalpelem klatki piersiowej zamiast serca znalazł wątrobę, a zamiast wątroby zegarek.
Może, sakreble,  zaproszą nas na Kühlschrank-Con?)
Zepsuła się lodówka.
Przyjechała Lucyna.
Podejmowanie gości bez lodówki jest trochę kłopotliwe, a trochę nie.
Bo brak zimnych napojów, ale też jedzą na mieście i przez to mniej zmywania.
Lucyna ma cztery lata, nieujarzmione blond loki i skutkiem wywoływanego przez miesiąc kleszczowego porodu oraz nielekkiego połogu pewną w sobie asymetrię, i twarzy, i ciała.
Nie jest to żadna deformacja, Lucyna jest piękną, intelektualnie sprawną  blondyną, ale nieodmiennie mnie zaskakuje, jak bardzo mózg traci grunt pod nogami, gdy ja tu chcę spojrzeć Lucynie prosto w oko...a oko jest przesunięte.
Do tego Lucyna szybko sypia.
Sypia, rzekłbyś, błyskawicznie.
Przecknęłam się dziś o piątej, patrzę stoi u stóp łóżka zjawa w różowej pidżamie, portki się za nią ciągną jak welon, i szepce: Wake up, wake up! Time to play!
Och, już nigdy złego słowa o własnych dzieciach o siódmej trzydzieści.

(...)
Przez lata zapomniałam, ile pułapek czyha na mieszkającego w bloku.
(W odróżnieniu od właściciela posiadłości ziemskiej nieprzylegającej do cudzego płotu.)
Mieszkając na pierwszym, tkwimy w samym środku socjologicznej, ciężkostrawnej kanapki.
Z sutereny, gdzie nie zagląda słońce, wyprowadził się właśnie apokaliptycznie blady, zupełnie pozbawiony chlorofilu student, pozostawiając po sobie w pralni jedną brudną skarpetę.
Skarpetę tę jako dowód rzeczowy okazał mi na kiju od szczotki sąsiad z pierwszego. Taka tam współczesna wersja bajki o Kopciuszku. Na szczęście, student miał ciało wątłe i rachityczne, a stopy w zaniku. Sąsiad z pierwszego rzucił okiem na moje buty i z miejsca był pewien, że to nie do mnie należała skarpeta.
Student odjechał w siną dal. Skarpeta została. Do sutereny wprowadziła się rodzina z Syrii.
Wszyscy czterdzieścioro.
- Panie!  - zwierzył się Norweskiemu sąsiad z parteru, dodajmy, emigrant z Portofino. – Oni [czyli właściciele] tu już teraz wpuszczają każdą chołotę!
Jako ta, co wprowadziła się tuż przed rodziną z Syrii, pospiesznie oddaliłam się do łazienki, by tam z godnością osmarkać się ze śmiechu.
Powiedzmy wszakoż, że rodzina z sutereny szczególnie się nie stara o swoją reputację.
Na przykład, listonosz zostawił im dla nas jakąś niezidentyfikowaną przesyłkę, a oni plączą się w zeznaniach. Najpierw nie reagowali na dzwonki, ani pukanie do drzwi, a gdy wreszcie zastawiłam na nich pułapkę, jedni twierdzili, że nie było żadnej przesyłki, drudzy, że przesyłkę, której nie było wsunęli nam szparą pod drzwiami. Pozostaje mieć nadzieję, że nie były to klejnoty koronne.
Potem rodzina z sutereny zajęła nasze miejsce parkingowe.
Uuuuu...
To nawet nie nietakt. To samobójstwo.
Zorientowani wiedzą, że wiele można odebrać Norweskiemu, ale przebóg, nie miejsce parkingowe! Bo owe są nie tylko w deficycie, ale od zawsze stanowią dla Norweskiego pożywkę dla łagodnej paranoi.
Norweski zszedł do sutereny, przemówił, oddali, ale zmarszczka na stosunkach dobrosąsiedzkich została.
Wczoraj.
Schodzę do piwnicy pełnej dóbr naszych i sąsiadów z pozostałych pięter.
Składuje się tam na kupie rowery, stare szafki, telewizory, wózki, urny z pradziadkiem, zepsute żelazka i maszyny do lodów.
My trzymamy tam walizki.
Przez ostatnie osiem miesięcy piwnica była zawsze otwarta i wiara w to, że pewne rzeczy pozostają niezmienne, kosztowała mnie obity bark, którym próbowałam sforsować zamknięte na klucz, ciężkie metalowe drzwi. Nie trzeba tu sprawności socjologa, by skojarzyć fakty. Pod sutereną zbudowano okopy z przedmiotów, które mogłyby zostać zdeponowane w piwnicy, ale zdeponowane nie zostały.
Idę do sąsiada z parteru, pytam: che?, a sąsiad mi na to, że decyzją administracji budynku, czyli sąsiada, dostęp do piwnicy przysługuje tylko mieszkańcom nadziemnym.  Pożyczalscy i hobbici won!
Tymczasem mieszkańcy sutereny skarżą się, że pies z Portofino sika na ich okna.
Sąsiedzi z drugiego nadal trwają przy zdaniu, że złośliwie tak ustawiam wózek pod swoimi drzwiami, żeby się o niego potykali wchodząc na swoje piętro. I że zbiorą podpisy wszystkich, którym to przeszkadza. Czyli swoje, tak? Bo nad drugim to już tylko niebo.
Za to najuniżeniej kłaniam się rodzinie z końca ulicy, bo oni zawsze siedzą przed domem. I wiedzą o wszystkich wszystko.
(- Pana żona to z Australii, co?
- Yyyy... czemu?  Mnie by się cisło, a przypomina kangura?!
- Bo dzieci takie zawsze cienko ubrane.)
Żyję na linii demarkacyjnej w oczekiwaniu na dzień, gdy zapłoną wycieraczki.
Paradoksalnie, wyszłam z bloku, wróciłam do bloku, wreszcie czuję, że żyję.

©kaczka