Saturday, April 30, 2016

[269]

[30 Apr 2016]

(...)
Jedni w Ameryce, inni raczej w Sajgonie.
Natura nie znosi próżni, więc Biskwit ochoczo i skwapliwie podjął się wypełniania  pustostanów oraz testowania, jak mocno należy szarpnąć, by odkorkować odpływ mej wysychającej studzienki cierpliwości. Czy wystarczy raz, a może trzeba systematycznie co pięć minut pociągać za łańcuszek zatyczki?
W tych dniach najczęściej skrzymy o niewystarczającą ilość rajstop ‘z tygryskiem’, który to faktycznie jest misiem, i których większość pochopnie rozdałam trzy lata temu, bo Dynia uważała, że to straszliwy obciach lansować się w ochronce z fauną na zadku. Biskwit jest odmiennego zdania, a żeby umotywować potrzebę nieustannego zzuwania i wzuwania pary za parą, niby tak niechcący coś wciąż na siebie wylewa. I nie są to wyłącznie żale. A bawełna schnie długo, szczególnie w bieżącym klimacie meteo. (Aktualnie: smutna i wilgotna jesień.)
Dziś Biskwit pikietował w obronie swoich praw. Nie do końca wiem, jakich, ale wzrok Biskwita nie pozostawiał złudzeń – złamałam mu je wszystkie! A niektóre to i po kilka razy.
No to usiadł Biskwit na klatce schodowej i tak siedział odmawiając wejścia do domu. Pięć minut, dziesieć, dwadzieścia.  Chcąc nie chcąc, i ja siedziałam na wycieraczce z zaawansowanym szczękościskiem, fantazjując o prozie Dickensa i dopuszczalności kar cielesnych w czasach wiktoriańskich. Sąsiad aż trzy razy wynosił śmieci, żeby się napatrzeć. Zaniepokoiłam się, czy aby nie przyjdzie mu do głowy nosić w te i wewte kredensu, gdy zabraknie mu odpadów jako pretekstu, ale Biskwit go oszczędził. Po pół godzinie Biskwitowi  skończyły się mordoklejki, a strajk głodowy to na szczęście, działania zbyt dla Biskwita radykalne.
Studzienkę swojej cierpliwości napełniam wieczorami etanolem Beaujolais Sakreble.
Ale szybko wyparowuje.
Zbyt szybko.

(...)
Pierwszego poranka po drugiej stronie oceanu, dzięki technologicznemu zaawansowaniu Hauptcioteczki, Dynia nawiązała ze mną kontakt audio-wideo.
- Patrz! –  wykrzyknęła tonem Kolumba Krzysztofa i otworzyła drzwi prowadzące na zewnątrz. – To jest właśnie Ameryka!
Trawnik, krzak, śmietnik, drzewko, krzak, nigdzie nie widać Donalda Trumpa.
Oszczędne dekoracje jak na supermocarstwo.

(...)
Z twarzy podobny do Spajdermana.

©kaczka

Wednesday, April 27, 2016

[268]

[27 Apr 2016]

(...)
Stacjonujemy w piwnicy.
Pod pralką.
Biskwit z wypiekami na licu śledzi program ‘Płukanie’, ja zbieram z linek garderobę miejską, podsuszaną.
Nadchodzi Don Corleone z własną miednicą białego, segregowanego (tu na Dolce, tu  na Gibona), i zawiązuje small talk, że ooo... tak tam u was na mansardzie cicho od niedzieli, normalnież jakby nikogo nie było!
(Nawet jeśli, szyte grubymi nićmi ironii to udaję, że nie zauważam.)
- Cóż – odpowiadam. - Dzieciny dorastają.
(Głupi argument, synowie sąsiada, dwaj utrwaleni żelem do włosów bamboccioni,  dawno już mogą głosować, a i tak na życiowe rady rodziców reagują podobną akustyczną histerią jak i moje córki. Może rzadziej, może głównie o pieniądze i używki, ale decybele porównywalne.)
- Ooo - interesuje się sąsiad. - Zatem od teraz żyją już w zgodzie?
- NIE! - krzyczę, bo w tym samym czasie wszystkie pralki w pomieszczeniu wchodzą  w program ‘Turbowirowanie’. - TO TYLKO STARSZA WYJECHAŁA!!!
- AHA!!!  – krzyczy sąsiad z trudem skrywając rozczarowanie, a właściwie nawet nie starając się skrywać.
(W tym miejscu Biskwit odrywa wzrok od hałasującego bębna pralki i strofuje nas przykładając palec do ust i emitując: CIIIIIIIIIIIIIIIII!  Bezczelnie daje do zrozumienia, że zagłuszamy mu fonię turboobrotów.)

Dynia istotnie wyjechała.
Na drugi koniec świata z Hauptcioteczką.
Zabrał się z nimi i Norweski, aby dopilnować tego eksperymentu na ludzkich tkankach, ale nie oszukujmy się, co może Norweski, gdy mu się Dynia z Hauptcioteczką rozlezą w dwie strony?
Sobie może najwyżej pobrzdąkać na ukulele, albo kupić Corn Doga.
A że wypadałoby dopilnować, Hauptcioteczka udowodniła już w chwili, gdy odmówiła zabrania walizki, a następnie spakowała do bagażu podręcznego scyzoryk, nunczako, nożyczki do paznokci, puszkę rozpuszczalnika, żywe hodowle bakterii i jogurcik marki kefirek, co właściwie podchodzi pod żywe hodowle, albo też, w tym konkretnym przypadku, nawet pod broń biologiczną.
- Dla kogóż ten kefirek?  (Sprecyzujmy:  dla kogóż ten kefirek, który stał od dwóch dni na kuchennym blacie, dwa metry od lodówki? ) – zapytałam, by usłyszeć, że dla Dyni, gdy zgłodnieje.
Tu ujawniła się moja natura pesymisty, który miast widzieć szklankę wypełnioną w połowie kefirkiem, ujrzał własne dziecko trwale blokujące klozet Boeinga 747, galopującą sraczkę na wysokości dziewięciu tysiecy metrów, deficyt wymiotnych torebek na pokładzie i czterystu pozieleniałych pasażerów sikających do butelek po coca coli. A zaraz potem rachunek za czyszczenie Boeinga.
Skonfiskowałam kefirek, ale wiadomo, moje ręce konfiskanta nie sięgają poza Stary Kontynent. Pokładam jedynie nadzieję we własnym dziecku i w jego instynkcie samozachowawczym, że oto mając wybór będzie żywić się popcornem z poliakrylamidu i chemicznie zsyntetyzowanym zbożem śniadaniowym marki Lucky Charms i unikać miejscowych kultur.

Na dwanaście godzin przed odlotem odkryliśmy też, że sprzedawca biletów okołoziemskich błędnie zapisał personalia Hauptcioteczki przez co bilet przestał nagle być kompatybilny z Auswajsem, a bez tej symetrii ani (się podobno) rusz. Planowana fala strajków w awiacji zablokowała gorące linie przewoźników lotniczych, więc już zaledwie po czterech godzinach, gdy uszy stopiły nam się z ebonitem słuchawek telefonicznych, a w mózgu powstał nieusuwalny ślad pamięciowy nagrania umilajacego czekanie: ‘pirli pirli plum plum, nie bądź pierdoletem,  lataj z nami dżambodżetem’, wreszcie  ktoś w centrum obsługi klienta w Mumbaju przerwał ten horror i wyjaśnił, że miło, że dzwonimy, ale nasz telefon się nie liczy, bo zadzwonić powinien sprzedawca biletów, zatem sajonara i konichiwa.
Sprzedawca biletów spał, jak to zwykle ludzie mają w kłopotliwym zwyczaju o drugiej w nocy, więc zostawiliśmy mu  obszerną wiadomość z kwasu, ługu, materiałów łatwopalnych i słów eksplodujących.
O poranku Hauptcioteczka jako Bauptcioteczka przeszła przez rozmaite kontrole lotniskowe, które machały ręką w geście 'nie takie literówki już tu widzieliśmy, idzie pani, czy nie?'
Zatrzymano ją dopiero na mecie, gdyż sprzedawca biletów się obudził, odsłuchał nasze groźby karalne, przejął się i zmienił bilet, a tym samym sekwencję numerów w systemie. Zatem, Halt! Haende hoch!, w jaki sposób przedostała się pani pod bramkę odlotów? Alarm, alarm! Wyją syreny. Wkracza oddział antyterrorystyczny.
Nieomal.

Ale to i tak drobiazg w porównaniu z: 'kaczko, potrzebuję czegoś na głowę!'
Zmylona tym sygnałem rzuciłam się do apteczki w poszukiwaniu tabletek z krzyżykiem lub aspiryny, a tymczasem Hauptcioteczka zanurkowała w koszyk pełen czapek i apaszek i wydobyła zeń, z samego dna, a nawet z jakiejś jeszcze głębszej odkrywki, materiał na turban, gdyż jak się okazało brakowało jej kapelusza od słońca.
I wiem, że w korytarzu było ciemno, a miły w kontakcie materiał dawał z pewnością uczucie taktylnej ekstazy, ale nic nie przygotowało mnie na to, że Hauptcioteczka znajdzie w tym koszyku i wyłoni się z ciemności korytarza przyozdobiona ... czerwoną arafatką. (Dla jasności, kilkaset lat temu w Barcelonie to był fashion statement i poręczny obrus na pikniki na plaży.).
Wizja Hauptcioteczki aka Bauptcioteczki udekorowanej arafatką, stającej przed urzędnikiem imigracyjnym Najlepszego z Kontynentów z porcją wzdętego kefirku w jednej ręce i szwajcarskim scyzorykiem w drugiej, a w trzeciej z fałszywym biletem, już nigdy mnie nie opuści.

PS Dolecieli.

©kaczka

Tuesday, April 26, 2016

[267]

[26 Apr 2016]

(...)
Spóźniony bonmot z okazji Dnia Literata, Literatki, Pisarza, Prozaika, Poety, Barda i ogólnie Literatury (niekoniecznie tylko tej Pięknej), a właściwie to chyba chodziło o Dzień Książki

Dynia: Maaaaaamo! Napisałam książkę o tym, skąd biorą się biedronki!
kaczka: No właśnie, a niby skąd biorą się biedronki?
Dynia: NIE WIEM! PRZECIEŻ JA JESZCZE NIE UMIEM CZYTAĆ!

©kaczka

Friday, April 22, 2016

Festiwal Literatury Dziecięcej 2016

[22 Apr 2016]
(niesponsorowany wpis lansujący)

(...)
A co Ty zrobiłeś dziś dla literatury?

Bo my sfedrowałyśmy dwa przodki: imaginacji artysty (Dynia) i cierpliwości pomywacza pędzli (ja)!

Otóż lada moment rozpoczyna się kolejna edycja Festiwalu Literatury Dziecięcej.
Coraz trudniej ją wyminąć. W tym roku podbija Warszawę, Kraków, Gdańsk i Wrocław.
Fundacja Czas Dzieci organizuje z tej okazji znakomity konkurs dla nieletnich: Pocztówka do autora!
Szczegóły TUTAJ

Furda nagrody! Organizatorzy obiecują, że nadesłana korespondencja trafi podczas festiwalu w ręce właściwych Twórców!
Lista gości festiwalowych jest imponująca, międzygalaktyczna i zaiste niemożliwym jest ograniczyć się w malowaniu i pisaniu.
Ponieważ z niejdnej już poczty oblizywałam znaczki, trudno również przewidzieć, czy nasze pocztówki kiedykolwiek dotrą do Adresatów.
Dlatego, aby cały ten gargantuiczny wysiłek nie poszedł na marne, wieszam je i tutaj.

Dla lansu, inspiracji i porwania tłumów naśladowców!

 

Mistrz Butenko. Portret. Za całokształt.
Marianna Oklejak.  (Basia protestuje przeciwko zjawiskom meteo w przestrzeni publicznej?)

Julia Friese. Parafraza
Aina Bestard. Portret.
Malujcie, piszcie, ślijcie!



©kaczka

Thursday, April 21, 2016

[266]

[21 Apr 2016]

(...)
- Patrz. Znowu wyszła maca. – rzekła matka Ryfki wyjmując z piekarnika drożdzowy wypiek, któremu istotnie, wiele brakowało do desygnaty, że ‘na grubym i mięsistym spodzie’.
Wyszła maca, choć nie dodałyśmy do niej żadnego z naszych dzieci.
(Ale dla jasności, pokusa, żeby dodawać bywa czasem bardzo silna.)

(...)
Partycypowałam tu sobie ostatnio po łokcie w pewnej międzynarodowej chałturze, przez co ominął mnie zjazd rodzinny u Hauptcioteczki. Nie poznałam przez to inteligentnej jak trzylatek papugi wuja Horsta (Błękitna, ale nie wiadomo, czy Norweska) i nie natknęłam się w korytarzach na wuja Günthera zakradającego się nocami do lodówki, by wyżerać papudze winogrona. (W kuluarach mówi się, że Cioteczka Maryja skąpi wujowi Güntherowi antocjanów i flawonoidów, stąd droga przestępstwa, moralny upadek, odciski palców na kostce masła, ogonki od winogron oraz ewaporacja koniaku.)
W ramach preekspiacji złożyliśmy wcześniej weekendową wizytę u Überhauptcioteczki pod Luksemburgiem. Z Luksemburga przywieźliśmy, jak to prawdziwi Niemcy, dziesięć kilogramów kawy i dwa litry paliwa (bo taniej) oraz walizkę czekoladowych zajęcy (bo nie potrafimy odmawiać). (Kwiecień jeszcze się nie skończył, a projekt bożonarodzeniowej makiety betlejemskiej z przetopionego wielkanocnego nabiału i dziczyzny nabiera rozmachu.)
Przyznaję, były momenty, gdy przekładając kwity żałowałam, że nie siedzę przy stole z papugą wuja Horsta i nie gawędzimy nad talerzem rodzynek o przerzucaniu mostów międzygatunkowych. Międzynarodowa chałtura udowadniała bowiem na każdym kroku, że najtrudniej przerzucać w obrębie własnego sapiens. Weźmy taką damę z Kraju Basków, która punktualność traktowała nieortodoksyjnie, pojawiała się jak dyliżans (‘kursuje co dwa lata... dopuszczalne opóźnienie jeden miesiąc’), a gdy już przysiadała do wirtualnego stolika to można było zawsze liczyć na to, że zaraz wszystkich obrazi.
Znajduję niemożliwym czytanie waszych komentarzy!’ – pisała, na przykład, dama z Krainy Basków powodując deflację morale zespołu i obowiązkowy napad furii przedstawiciela Księstwa Grecji i Macedonii. Grek zawzywał Zeusa, krzyczał, że jego komentarze są możliwe, a nawet słuszne, dławił się oliwką, szarpał zębami laurowy wieniec na strzępy, dramatycznie rozdzierał togę, a potem ostetntacyjnie zamykał się od środka w wirtualnej toalecie i ignorował zniecierpliwioną kolejkę. A tymczasem okazywało się, że dama z Krainy Basków chciała jedynie powiedzieć, że to nadmiar obowiązków i brak czasu uniemożliwia jej lekturę naszych światłych opinii na temat.
I ja potem stojąc pod drzwiami wirtualnej toalety musiałam to Grekowi wyjaśniać. Od alfy po omegę. Łagodnie i czule.  Żeby znów nie rozsierdzić. ‘Spyrydionie, wyjdź!’ ‘Nie wyjdę! Tak tu będę siedział!’
(Jak z dwulatkiem, tyle, że Spyrydion bojkotuje niemieckie produkty spożywcze, więc nie dał się, tak jak Biskwit, wywabić na Haribo.)
I w takich chwilach, a było ich tyle, ile rodzynek w taniej mieszance studenckiej, wizja gawędy z inteligentną jak trzylatek papugą wuja Horsta wydawała się bardzo nęcąca.
Szczególnie, że papuga jada najdroższe rodzynki.
Bio-eko-sreko.
Wuj Horst kupuje online w Bakczysaraju.
Każda pakowana osobno i przewiązana wstążeczką.

(...)
- Dyniu, to kogo grasz w tych majowych jasełkach?
(Próby trwają od miesiąca.)
- Boga.
- yyyyyy?
- ... i Maryję.
- yyyyyy? Jednocześnie?!
- ... i męża Maryi.
Albo to monodram, albo oszczędność, albo jakiś liberalny odłam dogmatyki.

(...)
Było też po drodze jedno doświadczenie nieomal mistyczne.
Na dnie piekieł, a konkretnie w przaśnej sali rozrywek dziecięcych.
Umpa, umpa, didżej Schnapi, parówki z keczupem, kulki w basenie, trampoliny, elektryzujące zjeżdżalnie, tabuny napalonych cukrem dziatek, rowerki trójkołowe, kabriolety różowe, glut, smrut, pot, wymiot i nieświeże skarpetki.
A na środku tego hangaru gigantyczna, nadmuchana planeta.  Trochę Saturn, bo z pierścieniem, trochę Jowisz, bo dużo gazów.
Delegacja młodzieży zachęciła, aby wniknąć w to osmarkane sajensfikszyn razem z nimi.
To poszłam.
A wrota do tej scjentologii, jak wstęp... wrażliwych uprasza się o odwrócenie ócz... do waginy.
Odtworzony nadzwyczaj realistycznie.
By wniknąć trzeba przejść przez kanał rodny.
Na czworakach.
Do wnętrza, pustego i bez atrakcji, dostać się nawet nietrudno.
Poobijaliśmy się z bandą o ściany pustostanu, pofalowaliśmy padając na nadmuchane podłoże, Łukaszek nam trochę pozieleniał, bo bujało.
Ale rebirthing to już nie bułka z masłem.
Ponownie się narodzić, gdy do wnętrza prowadzi tylko jeden wąski kanał, którym ciągle ktoś włazi i gdy wiatry dmuchawy wieją ci prosto w grzywkę, a laserowe światła tną po oczach?
Zgroza i gnoza.



©kaczka

Sunday, April 17, 2016

[265]

[17 Apr 2016]

(...)
Analizując przypadek, wygląda na to, że Biskwit trafił do naszej nudnej, bogobojnej, pacyfistycznej i mieszczańskiej rodziny dla potrzeb kontrastu a także, być może, nie obawiajmy się wielkich słów, dla ratowania kosmicznej równowagi.
Może gdzieś tam w zmarszczkach wszechświata skupiło się zbyt wielu Hunów i zaistniała potrzeba translokacji? A może odwrotnie, patrząc przez judasza na nasz spłacheć kosmosu, komuś wydało się, że nie rozdymamy się ze spodziewaną prędkością, potrzeba zatem kogoś, kto wyszarpie nam spod nóg dywan czasoprzestrzeni i zdemoluje czwarty wymiar?
Biskwit idealnie nadaje się do tej roboty.
Umie jeździć na hulajnodze do tyłu, bezgłośnie otwiera drzwi wyjściowe kluczem yale (o czym przekonałam się biorąc prysznic), zdegustowany zakazami prowadzi milczące i zawzięte strajki okupacyjne na klatce schodowej (‘Biskwicie! Wracaj do domu, bo woda ze mnie kapie!’’Nie wrócę! Tak tu będę siedział!’), a gdy przyznać mu talon na JEDNO ciastko pobierze JEDNO pięciokilogramowe opakowanie i  da do zrozumienia, że możemy rozmawiać z nim przez prawników.
(Mowa nie jest najmocniejszą stroną Biskwita i tu ciekawe spostrzeżenie socjologiczne. ‘Czemu, ach czemu, Biskwit nie mówi jeszcze pełnymi zdaniami?’ – melorecytuje chór grecki z nieskrywanym wyrzutem, ale gdy krzyczę ‘Biskwicie, to straszliwy obciach, że nie chce ci się używać klozetu!' – ten sam chór skanduje: ‘O-SZA-LA-ŁAŚ? O-SZA-LA-ŁAŚ! BISKWIT TAKI JEST MALUTKI!’ Niekompetencje w wydalaniu wybacza się zatem łatwiej, niż braki w elokwencji.)
Prawem kontrastu oraz z potrzeby wypełnienia próżni wytwarzanej przez Dynię, Biskwit z mieszanki studenckiej wyjada jedynie orzechy, z truskawek tylko jabłka, z sera feta wyłącznie mozarellę, a z chleba z masłem - masło. (Kompromis osiągamy nad kulkami ryżu z rozpłaszczoną krewetką. Uprasowanej krewetki nie rusza żadne z mych dzieci, ale ryż w kulce i owszem.)
Jednak najgorsze jest chyba to, że nawet jeśli dla podkreślenia wagi swoich nieprzywoitych słów lub  uzasadnienia łajdackich uczynków Biskwit pierdyknie o podłogowe kafle wazą dynastii Ming, to wszelkie narzędzia wychowawcze wytrąca z rąk archangeliczne ‘Ooooo?! PUT!’ (tłum: KAPUT!) emitowane przez Biskwita nad skorupami.
To ‘PUT’ podane jest z takim autentycznym, naukowym zainteresowaniem (‘Z czego, do diaska, to robicie Ziemianie, że taka tandeta? Na czym się to wam trzyma?’) i kraszone takim naturalnym zaskoczeniem (‘O, w mordę? Wszystko się tu tak rozpada?’), że człowiek ma ochotę wcisnąć pacholęciu oryginał jakiegoś Carravagia i brzytwę, żeby sobie popróbowało, czy faktycznie WSZYSTKO, a sam rzuca się do pisania interpelacji odnośnie tandetnych praw fizyki.

(...)
Norweski.
Ogolony.
 (...)
Siedzimy w zakładzie zbiorowego żywienia.
Na piątym piętrze z widokiem na sznycel i okolice.
Biskwit cznia sznycel. W zakładzie zbiorowego żywienia jest kącik rozrywek dla cherubinów.
Jest zjeżdżalnia, trochę klocków, polietylenowa chatka, syntezator (przezornie bez baterii) i kabriolet Thelmy i Louise odpalany monetami eins ojro. To kręci Biskwita.
Biskwit opanował zjeżdżalnię, wyładowuje się elektrycznie jak bursztyn pocierany wełenką. Wyładowuje się też emocjonalnie, bo nie lubi, gdy obcy mu się ślizgają. A tu w dodatku, klan grzecznych i miłych Chińczyków obłazi zjezdżalnię z każdej strony.
Udaję, że nie widzę, gdy pisk Biskwita wytrąca konsumentom sztućce z dłoni lub prowokuje do zakrztuszeń i zadławień.
Że się Państwo krzywo na mnie patrzą?
A któż wam kazał siadać ze swoim sznyclem pod kącikiem dziecięcym imienia Kubusia Puchatka i Jego Towarzyszy?

(Nie do końca mam rację. Pisk Biskwita zapewne z łatwością dociera pod holenderską  granicę. Żeby nie słyszeć należałoby wyemigrować na Kamczatkę.)
Biskwit szybko się przekonuje, że broń audio nie robi wrażenia na Chińczykach.
Używa więc podstępu.
Zapędza Chińczyków do polietylenowej chatki i zatrzaskuje drzwi.
Okazuje się, że Chińczycy szpakami karmieni, potrafią wyjść oknem, albo odzyskać wolność podnosząc dom i wychodząc dołem.
Ostateczną bronią Biskwita jest manipulacja (i demoralizacja).
Biskwit zagania Chińczyków do polietylenowej chatki. Zamyka się z nimi w środku i uczy te grzeczne, niewinne dziateczki, jak zrobić PRRRRRRUT!  twarzą, produkując przy tym jak najwięcej śliny i trafiając interlokutora w oko. To tradycyjna retoryka Biskwita w sporach z Dynią. Zachwyceni Chińczycy natychmiast wybierają Biskwita na Sekretarza Generalnego, Biskwit łaskawie się zgadza, wszyscy robią PRUUUUUUUUUUUUUUUUUT!, chińskie matki mimo nieprzeniknionego wyrazu twarzy wyglądają  jednak na zaniepokojone.
Opuszczam stanowisko obserwacyjne pod pretekstem udania się do toalety.
Gdy wracam, cała Chińska Republika Biskwita gibie się w kabriolecie napędzanym siłą ojro z sakiewek chińskich matek. Biskwit siedzi za kierownicą, zimny łokieć i umcyk, wszyscy robią PRUUUUUUT!, zakażenia roznoszone drogą kropelkową mają branie, część  Republiki, która nie zmieściła się w samochodzie gibie się na masce.  Zgorszenie przebarwia żółtość lic chińskich matek z kanarkowego na słomkowy.
Dynia w spazmach donosi, że gang Biskwita skolektywizował jej kabriolet. Przyszli i odebrali.
Gibią się i innym nie dają.
Ale, że tych kilku nieodrostków o średniej wieku dwadzieścia cztery miesiące?
Słabo mi, powiadam, słabo. Kiedy to się stało? Kiedy te przekształcenia własnościowe? Przecież nie było mnie przez moment.
Norweski mówi, że jakoś tak błyskawicznie, że nie zauważył.
Wiadomo, jak to z totalitarną dyktaturą.

©kaczka

Tuesday, April 12, 2016

Przerywnik geograficzno-kulturalny

[12 Apr 2016]

(...)
Za oknem południowa wiosna i letnie burze. Cherubiny chcą krótkich rękawów i sandałów. Można spać przy otwartym oknie i wreszcie suszyć desusy na balkonie.
Znakomita pora, aby opowiedzieć o Północy.
To nie jest nowy tekst.
Pierwszy raz pojawił się kilka eonów temu, w archeozoiku, na blogu Wawrzyńca Pruskiego. Wtedy jeszcze blogowałam w podziemiu, z ciemnej strony księżyca.
I oto nadarzyła się okazja, żeby go przypomnieć, więc odkurzona i wypolerowana opowieść pojawia się jeszcze raz w bardzo odpowiednim miejscu.
Remastered Director’s Cut
Tutaj.

©kaczka