Friday, April 17, 2015

[162]

[17 Apr 2015]

(…)
Biskwit przyszedł na świat z własną wizją sprawiedliwości społecznej.
Trochę z Marksa, trochę z Engelsa, trochę z Robin Hooda, a dodając skłonność do protestowania nago –  nawet jakby święty Franciszek.
Jest to sprawiedliwość optyczna.
Jeśli cała rodzina je gicz cielęcą, to Biskwit nie życzy sobie resztek z pańskiego stołu, skrawków, ścinków, czy wiórków.
Biskwit chce na swoim talerzu gicz cielęcą tych samych rozmiarów oraz komplet instrumentów chirurgicznych (Nóż i widelec, kobieto, a żywo!).
To samo dotyczy innych produktów spożywczych, w tym głównie (nad)używek.
I jeśli gicz cielęcą mogę ostatecznie Biskwitowi wrzucić na ruszt to butelka absyntu, paczka hawańskich cygar, trzydzieści pieć gałek lodów lub dwadzieścia tabliczek czekolady (własność kolektywu) stanowią kontrowersyjny suplement diety osobnika, który wciąż jeszcze nie musi się schylać wchodząc pod stół.
Odmawiam.
W takich chwilach Biskwit nie waha się pokazać jak bardzo jest mną rozczarowany.
Siada jak myśliciel Rodina. Chowa twarz w rozcapierzonych dłoniach, prowadzi wewnętrzny dialog i z niedowierzaniem kręci głową.
... cygar nie dała, nie dała...

(...)
Jak na kogoś, kto najwyraźniej  ślubował, że przenigdy nie będzie chodzić na dwóch nogach, aby nie dostarczać grawitacji okazji do niewybrednych żartów, Biskwit zaskakująco zwinnie wspina się na najbliższe dostępne krzesło i chybotliwie spionizowany ćwiczy na nim Tai Chi.
Bez trzymanki.
(Co prowadzi do zatrzymanki.
Do zatrzymanki mojej akcji serca.)
 
©kaczka

Monday, April 13, 2015

[161]

[13 Apr 2015]

(...)
Pierwszy kadr.
Ostre, poranne słońce przeciska się przez żaluzje i zostawia na ciemnych ścianach cienko krojone plastry światła.
Biskwit wspina się na łóżko.
Oplata rękami szyję zaspanej Dyni.
Dynia obejmuje Biskwita.
Leżą przytulone.
Ładne.
[pstryk]

(...)
Drugi kadr.
Wieje.
Dynia i Jack London biegną chodnikiem trzymając się za ręce.
W plecakach obijają im się jakieś puste plastikowe pojemniki i metalowe butelki.
Dynia i Jack, zdyszani, przystają pod słupem z plakatami.
Dynia opiera się plecami o słup, włosy potargane wiatrem zakrywają jej twarz.
Jack pochyla się i delikatnie odgarnia pasemka.
Jedno po drugim.
Ładne.
[pstryk]
Kilkanaście lat póżniej byłby z tego nadzwyczajnie romantyczny moment na bank zwieńczony pocałunkiem.
Nie teraz.
Teraz Jack demoluje romantykę, z dzikim rykiem szarpie Dynię za włos i zwiewa.
Dynia w ryk.

(...)
Trzeci kadr.
Słoneczna plama.
Siedzę na ławce oparta o stary, pruski mur.
Spijam menisk znad kawowych fusów.
Kawa jest z Hajfy albo z supermarketu.
Przez trawnik biegnie trójka bosych.
Dynia, Ryfka, brat Ryfki.
Za nimi na czterech galopuje Biskwit.
Wszyscy blond. W słońcu nieomal platynowi.
Brat Ryfki z lokami do ramion.
Lecą z miską rwać cytryny z drzewa [1].
Będą robić lemoniadę.
Dwunożni rwą, Biskwit klęczy, zanosi się śmiechem, bije brawo.
Ładne.
[pstryk]

[1] mamy tu niezły południowy klimat, ale drzewa zimują w szklarni

(...)
Czwarty kadr.
Dynia i Rubenito.
Wideokonferencja.
Weisst du? Das ist meine Schwester.’ – mówi  Dynia podnosząc za kołnierz do kamery wierzgającego i zdegustowanego Biskwita. Jej niemieckie rrrrrrr jest tak ostre, że mogłoby otwierać konserwy ze skumbrią w tomacie.
Rubenito, który kompulsywnie przebiega przed kamerą ze świetlnym mieczem, zatrzymuje się zdezorientowany.
You speak funny!
No! I speak GERMAN!
Ładne.
[pstryk]

(...)
Piąty kadr.
Dynia i Ryfka leżą na tapczanie.
Wyjęły z półek książki Ryfki.
Gruffalo’, ‘Room on the broom’, ‘The cat in the hat’.
Po hebrajsku.
Czytają.
Dynia tradycyjnie od przodu do tyłu.
Ryfka – oficjalnie – od tyłu do przodu.
Ładne.
[pstryk]
Lubię twoje książki, Ryfka.’ – mówi Dynia. ‘Od razu wiadomo, co jest na końcu!
(... o czym należy pamiętać sięgając po hebrajskie powieści detektywistyczne...)

(...)
Szósty kadr.
Róż i baletnice [2].

Ładne.
[pstryk]
Bardziej dygas niż Degas, prawda?

[2] pozowałam kończynami górnymi

(...)
Siódmy kadr.
Poranne słońce błyskawicznie podgrzewa imitację marmuru na klatce schodowej.
Schodzę boso do skrzynki na listy.
Ładne.
[pstryk]

(...)
Ósmy kadr.
Wyjeżdża Hauptcioteczka.
Na pożegnanie podaję mielone.
...
...
z soi.
Nikt się nie zorientował.
(MWHAHAHAHAHAHAHA!!!)
Mówcie mi: Lukrecjo!

©kaczka

Friday, April 10, 2015

[160]

[10 Apr 2015]

(...)
Dzieciny wróciły z Północy wypchane po brzegi wielkanocnym, czekoladowym asortymentem.
Mobilna jednostka specjalna do spraw wykrywania i oczyszczania terenu z jaj zawijanych w sreberka.
Oprócz kilogramów jaj pochowanych w zakamarkach ekwipażu tak, jakby pakowała je wiewiórka z zaawansowaną demencją, dzieciny przywiozły też katar.
To potwierdza przypuszczenie, że katar to nie jednostka chorobowa, ale styl życia.
Markuję jakieś działania względem tego kataru. Okadzam, nacieram, wkrapiam. Szczerze? Czynię to bez przekonania.
Okadzę, natrę, wkropię, a dzieci mi pójdą znów między ludzi i przyniosą katar w wersji  XP Professional Ultimate Premium?
Warto się pocić?
Biskwit - oceniam po parszywej melancholii  i strudze śliny jaką pozostawia za sobą -  staje w zawodach o laur przodownika w wyżynaniu. To zła wiadomość dla trąbek słuchowych sąsiadów z dołu, na których to zaciskają się czwórki (tudzież piątki, bo kto sprawdzi?) Biskwita i jedynki dziecka z piwnicy. Sąsiedzi z dołu przechodzą ząbkowanie w wersji  dolby stereo.
Kilka dni temu, nocą, zastałam matkę piwnicznego dziecka siedzącą z umęczonym potomkiem na krawężniku przed domem. Ja nie mówię po niemiecku, ona nie mówi po niemiecku, ale obłęd indukowany dziecięcym rykiem stanowi uniwersalny język. Przytuliłam ją spontanicznie, ona przytuliła mnie. Poklepałyśmy się po łopatkach, że niby obie wierzymy, że przetrwamy i mleczne i stałe.
My może tak, ale kolekcja kryształów z Murano sąsiadów z dołu jest w niebezpieczeństwie.

(...)
Menu okołowielkanocne przygotowane przez Bebe składało się głównie z barszczu, bigosu i pierogów.
Barszcz imitował barszcz tak udanie, że pewien Niemiec z matkipolki dawał Norweskiemu głowę w zastaw, że identyczny gotowała jego babka z Opola.
Bigos był z bakłażanem, ale na słowiańskiej kapuście i odrestaurowanym podgrzybku.
Bez boczku, ale z polską parówkową.
Pierogi były wegetariańskie, ale dla odmiany z boczkiem.
Nie ruskie, ale z rosyjską soczewicą.
I zaplatane irlandzką ręką w kornwalijski pieróg.
Cornish meets Polnisch!

(...)
Nagłe zainteresowanie Dyni sztuką ikebany ujawniło brak flakonów, wazonów i donic.
Ukryty w kwieciu morderczy pająk ma podkreślać rodzinny charakter świąt.
Albo nie.



 ©kaczka

Saturday, April 4, 2015

[159]

[4 Apr 2015]

(...)
Ryfka (po lewej) i Dynia (po prawej) ilustrują.

 

Stary i Nowy Testament?
Albo naparzankę pod wieszaczkiem tuż przed wyjściem na podwórko.
Autorki nie pamiętają.

 ©kaczka

Friday, April 3, 2015

[158]

[3 Apr 2015]

(...)
Przeszliśmy przez ciemną dolinę utrapienia, której wzgórza do złudzenia przypominały mleczne trzonowce wychynające ze spuchniętych dziąseł (...a  echo odbijało się o nie i z przyzwyczajenia powtarzało: mać, mać, mać.) Brnęliśmy przez bagna smarków. Roztapiała nas gorączka. Fruwały pawie w technikolorze Odbył się tu jakiś sympozjon wirusów, na który nie pamiętam, abym wyrażała zgodę. Nie pamiętam też kto miał sraczkę, kto zapalenie ucha, kto epicki żal, że nie idzie do placówki, a komu powiedziano w recepcji  ‘Proszę z tą grypą wrócić w lipcu, może wtedy da się panią wpisać na listę pacjentów.
Trzonowce się wypiętrzyły. Wirusy uznały, że ‘nic tu po nas’ widząc, że leżymy bez ruchu, sprytnie udając martwych.
Dzieci wyjechały.
Zostały po nich fantomowe dżwięki i szmery.
Czas powstać (z popiołów?).
A przynajmniej usiąść.

(...)
Rodzony ojciec wystąpił kiedyś jako przypadkowy bohater opowieści reportażowej  (Janusz Skarżyński, ‘Moja Wielka Ryba’ 1967). Opowieść ta nie doczeka się wznowienia, więc przynajmniej zachowam jej kawałek. Czarno na białym, że ród kaczy zawsze dbał o czystość mowy ojczystej!
Konopnicka widzi?


©kaczka

Wednesday, April 1, 2015

[157]

[1 Apr 2015]

(...)
O tym, że zwykle spływa jak po kaczce.
A czasem nie.

                                                                          Republika Federalna, marzec 2015

Droga Wandziu,
No co tam? O czym ty mi tu znowu?
Że poszłam za Niemca? Choć przestrzegałaś?
Przestrzegałaś spektakularnym gestem, ale nie wiem, czy słyszałaś, że już krążą  plotki, że ten twój gest taki znów nie do końca historycznie udowodniony?
(Wiesz jak to bywa z historią. Idziesz sobie na basen, jeden zaraz napisze, że chciałaś majtki przeprać, drugi, że ‘w rzekę wskoczyła, od razu się utopiła. I dopiero wtedy Niemce poszły precz, a u nas pokój nastał.’)
Serio, ty naprawdę wciąż myślisz, że poszłam za Niemca, a nie, dla przykładu, że za człowieka? Że przed pójściem robiłam tu kasting na auswajsy?
Fakt, mogłam się lepiej zastanowić, wszak były sygnały, że popełniam sralians. Te czerstwiutkie żarciki o Adolfie,  te plejbeki ‘nie dla mnie przyjaźń polsko-niemiecka’, te życzliwiutkie ‘a jakże tam twój Helmucik?’, te brwi unoszone, te grymasu cienie.
Brałam za dobrą monetę.
Myślałam, że to przejdzie, gdy zobaczysz jacy my razem ładni.
Poza tym, zakasaliśmy rękawy, żeby robić nową, dobrą przyszłość. Niewystarczający powód żeby okiem łaskawszem spojrzeć?
I  teraz odzywasz się z naszej poświęcanej ziemi i mi mówisz, że w świetle bieżących wydarzeń  poszłam już nie tylko za Niemca, ale i za mordercę.  Bo każdy Niemiec – frazą taką jak z Barei mi tu jedziesz -  to morderca. (I jak, mniemam, cham?) A pomiot jego, wyczytuję z twoich międzywierszy, też  niebezpieczny, bo genetycznie modyfikowany.
Patrzę na mojego Niemca. Patrzę na nordyckie blond główki pacholątek GMO.
No fakt, ten mój Niemiec, bydlę, niby ma lęk wysokości, ale jak już kroi cebulę to jakoś tak nieszczerze płacze. A dziateczki też tylko pewnie czekają aż usnę, żeby po kryjomu popylać na swoich trzykołowcach do wieczorowej szkółki szybowcowej.
I nie wiem, co ci Wandziu na twoją diagnozę szczerą odpowiedzieć?
Zaskoczyłaś mnie.
Siedzę od tygodnia w kącie i kiwam się sieroco.
Bo i śmieszno, i straszno.
Co innego dostać taki anonim cięty z cybernetycznych pikseli, co innego, gdy mówisz mi to w twarz.
(Najpierw ty, potem on, ona, ten pan, a wreszcie tamta pani.)
Walisz mi tą prawdą między oczy, jak tomahawkiem i nawet ci powieka nie drgnie.
Pierwszą myślą było, że mam nadzieję, że o twoich ci ktoś powie, że z Polski, więc c**je, co kradną samochody.
Drugą, że, o jejuniu, jakby tak kilka warstw pozłoty z twojej rodziny zeskrobać paznokciem, to też byłby materiał dla prokuratora.  Weźmy, bratobójstwo. Za pieczarkami twój braciszek po tej banicji nie latał, co nie?
Ale się w język gryzę, bo co ja tam wiem, może akurat jeszcze wyjdzie na twoje? Może dane ci będzie z satysfakcją zatrzeć rączki i powiedzieć ‘ha! a nie mówiłam?’. Może się przecież zdarzyć, że na dany znak Niemiec mój wyprowadzi z garażu swój helikopter i dokona desantu. (Jezu, gdzie on tu od ręki garaż znajdzie? Zapisy są na rok 2028.)
Jest w tym, co mówisz, przyznaję, solidna logika. ‘Co ty o nim wiesz?’ Racja. Nic. Ciebie myślałam, że znam, a tu jaka siurpryza!
Pewnie Jekyllowa też mówiła o swoim, że to dobry chłop, do rany przyłóż, tyle, że jak wraca nad ranem do domu to sobie futro spomiędzy zębów wydłubuje, a w kieszeniach kawałki staruszków przynosi.
Ale wiesz, Wanda, ja Ci chyba nawet zazdroszczę tej perspektywy. Tego twojego czarno-białego fotoplastykonu. W ziemi leżysz, wszystko masz na płask. W jednym wymiarze. Niemiec to morderca, Arab-terrorysta, Francuz żre żaby, a Polak to zawsze bohater w wersji delux.
Wygodne.
Szkoda tylko, że ten robak cię tak toczy.
(Ciebie, jego, ją, tego pana i tamtą panią.)
No, ale tak to już bywa w grobie.

Diametralnie nie twoja,
kaczka

Sunday, March 29, 2015

Bajki Tysiąca i Jednej Polki


Poniższy tekst powstał w ramach projektu “BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI” Klubu Polki na Obczyźnie. Projekt ten jest dedykowany ośmioletniej Karinie i czternastoletniej Ali, dwóm siostrom, które bardzo chciałyby, a niestety, nie mogą podróżować.  Zadaniem Klubowiczek jest zabrać je w podróż po świecie i okolicach. Wszystkie bajki do przeczytania TU.

Względem wyjaśnienia. Zdaję sobie doskonale sprawę, że bliżej mi do bajaderki niż do bajarki [1]. Tak jak przerasta mnie układanie tekstów pieśni biesiadnych, donos
ów na sąsiadów, życzeń z okazji złotych godów i ogłoszeń matrymonialnych, tak i programowo nie tykam się bajek. Cóż jednak było robić, jak tu milczeć, jak słów kilku nie wtrącić, gdy pomysł zacny, a towarzystwo doborowe?


[1] W pierwszym odruchu chciałam błysnąć światowym obyciem i napisać, że bliżej mi do Anderson (Pameli) niż Andersena (Hansa Christiana), ale każdy kto raz ujrzał pierś moją wątłą podda to zaraz publicznie w wątpliwość!

[Oficjalny trailer]
... istnieje mapa bez krańców świata – są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce.
Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy – nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj.

...
...
...
(dopisek kaczki)
Albo i nie.
  
 Bajka 28. Donnerwetter! Znowu w Niemczech!

(...)
Mapa nie była narowista, ale wiatr, który przyczepił się do niej nad Czarnym Lasem łaskotał ją w podziałki i szarpał za równoleżniki!  To jeszcze mapa może by zniosła, ale gdy natręt uczepił się równika, gdy strzelił zeń jak z gumki do majtek... ałć!
Prosto w Ekwador!
Zabolało!
I to jak! 

-Aaaaaa! – ryknęła mapa. - W tyłek mnie strzelił! Widziałyście? W tyłek! Jak ja mu zaraz... niech go tylko dogonię!
Mapa podskoczyła, wierzgnęła i gwałtownie zmieniła kierunek lotu nie zważając na to, że ma na pokładzie dwie pasażerki!
 - Trzymaj się ramki z legendą! – krzyknęła Ala do Kariny, sama jednocześnie próbując zatrzymać mapę. Nie było to proste, o nie! Ala pamiętała, że instrukcja obsługi mapy wspominała o hamulcu bezpieczeństwa. Był na pewno, ale gdzie, do licha?! Mapa wznosiła się i opadała, wykonywała szalone spirale i korkociągi próbując dogonić wiatr. Słona woda z malowanych mórz i oceanów zalewała Ali oczy. Wszystkie zaznaczone kropkami na mapie miasta przesuwały się, mieszały i wbijały boleśnie w stopy jak ostre pinezki albo te najdrobniejsze klocki Lego.
- No żesz! Bulwia nać! – syknęła Ala nadepnąwszy na Pekin. – W nosie mam taką bajkę bez wygód! Bajki powinny być przyjemne, wygodne i z certyfikatem bezpieczeństwa!
(Mimo, że Urząd do Spraw Podnoszenia Jakości Baśni i Podań Ludowych przyjmuje skargi i zażalenia drogą telepatyczną, na niewiele się to zdało, bo przyjmuje je wyłącznie w pierwszą środę października roku przestępnego między godziną 8:15 a 8:17.)
Na szczęście jednak hamulec bezpieczeństwa był. Przytroczony do jednego z biegunów.
Nieomal w ostatniej chwili Ala nie bez trudu złapała za rączkę (‘Ooo! Taka sama jak w polskim intercity!') i mocno szarpnęła. 
Leciały właśnie pół metra nad spacerowym deptakiem jakiegoś miasta, a przerażeni przechodnie pierzchali na boki. To nie było dobre miejsce na pokazy lotnicze! 
...
Grrzrzrzrzrrwrrrrrrrrrrrrrrzzzzzzzzziiiiiiiiiiiiiiiiizgrt!
Mapa gwałtownie zahamowała i opadła na chodnik.
Wiatr (z)wiał. 
(- Zwiał! – triumfowała mapa. – Zgrywał się na huragan, a nawet bryzą nie był! Oszust meteorologiczny!)
Lądowanie było łagodne. Zapobiegliwy konstruktor mapy nie zapomniał o poduszkach powietrznych, zamontował nawet kilka innych, w swoim mniemaniu udogodnień. Poduszki powietrzne były zatem faktycznie poduszkami wypchanymi przyzwoitym gęsim pierzem (podobno skubanym przez samego Nilsa Holgerssona!), a pociągnięcie hamulca bezpieczeństwa uruchamiało również dyspenser konfetti, sokowirówkę i  kabinę prysznicową. Niestety, najwyraźniej podczas wykonywania powietrznych figur akrobatycznych rurki sokowirówki i prysznica mocno się poluzowały i pomieszały...
- Aaaaaaaaaaa! Zrób coś z tym! – wrzasnęła Karina, bo
prysznic siekał ją strumieniem soku z marchwi, kapusty i szpinaku, a rozszalała sokowirówka rozsiewała dookoła tryliony papierowych kropek.
Zrezygnowana Ala rzuciła się ciałem na słuchawkę prysznica, by zas
łonić siostrę i ograniczyć skalę zniszczenia.Po chwili z ulgą skonstatowała, że pojemność zbiornika na sok była jednak ograniczona. Kilka ostatnich podrygów i słuchawka prysznicowa przestała wreszcie miotać się po ziemi. Puf! I sokowirówka wydmuchnęła ostatnią porcję konfetti.
- Rety, zobacz jak my wyglądamy! – powiedziała Ala, gdy podniosła się z ziemi.
- O jacie! – jęknęła Karina.
Widok bowiem był dość osobliwy.
Obie panny nasiąknęły sokiem z warzyw, który chlupał im w uszach i w butach.  Do mokrych ubrań przykleiło im się konfetti. A pierze z podartych poduszek powietrznych smutno fruwało dookoła imitując śniegową burzę.
A w dodatku... w dodatku stały na zatłoczonym placu jakiego
ś miasta i ...
- Psst! Ala! Wydaje mi się, że wszyscy na nas patrzą!
Owszem. Patrzyli.
Patrzyli tubylcy i tambylcy, japońscy turyści, wycieczka włoskich gimnazjalistów, chińska drużyna piłkarzy ręcznych, sprzedawcy bułek ze słonym śledziem, zaplatacze s
łonych precli, malarze pierników, właściciel włoskiej lodziarni, kelner z talerzem smażonych szupfnudli ... Ba! nawet gołębie przystanęły i z wrażenia otworzyły dzioby. Wszyscy oni otoczyli dziewczynki kołem i czekali, co wydarzy się dalej.
- HAAAAAAAAALT! – policjant przedarł się przez gęstniejący tłum, spłoszył gołębie i rozepchnął japońskich turystów, którzy nie tracąc czasu natychmiast zaczęli sobie pstrykać zdjęcia  na tle dziewczynek.
- Donnerwetter! – zaklął szpetnie. – Co się tu wyprawia! Na głównej ulicy?! Pod zakazem wjazdu!
Kartę wozu poproszę! Ubezpieczenie! Prawo jazdy! Upoważnienie do parkowania! Pozwolenie na wykonywanie artystycznych performansów! Zezwolenie na dystrybucję soków owocowo-warzywnych! Kartę szczepień! Dowody osobiste! Paszporty! Bilety wstępu! Panny sobie tu robią jakieś śmichy-chichy, a porządek musi być! Ordnung muss sein! Powtarzam!
Porządek musi być!
- O rany! Aleśmy się wpakowały!– wymamrotała przez przymknięte usta Ala, jednocześnie promiennie uśmiechając się do policjanta. – Karina, uśmiechaj się i potakuj. W dogodnym momencie na moje trzy cztery... odwracamy się i dajemy nogę...
Policjant cały trząsł się z poirytowania i wymachując palcem tuż przed nosami dziewczynek dorzucał do listy kolejne przewinienia... brak pasów bezpieczeństwa, zakłócanie porządku publicznego, za
śmiecanie odpadem nieekologicznym ... na szczęście wycieczka włoskich gimnazjalistów zaczęła właśnie wyskrobywać na murach kościoła (Heiliggeistkirche) napisy ‘Tu byłem. Giuseppe’ albo ‘Romeo jezd gupi’ i policjant zapowietrzony ze zgorszenia zmuszony był pospiesznie interweniować.
Ten właśnie moment wykorzystały Ala i Karina rzucając się do ucieczki. Za nimi na siedmiu długich, niewydepilowanych nogach odzianych w pasiaste podkolanówki, biegła mapa krzycząc: ‘Nie zostawiajcie mnie tu! Błaaaaaaaaaaagam!’

Kilka przecznic dalej w wąskich uliczkach starego miasta zdyszane dziewczynki zatrzymały się, a gdy dogoniła je mapa, zażądały wyjaśnień: ‘Gdzie jesteśmy?! Do diaska! Miały być włoskie lody, a wyszła jakaś chryja! I wcale nikt tu na nas nie czeka!
Spocona mapa wycharczała z trudem łapiąc oddech: ‘Według moich współrzędnych jesteśmy znowu w Niemczech, konkretnie to w Heidelbergu! Dwieście kilometrów od wróbla z Ulm. Stoimy pod gmachem Biblioteki Uniwersyteckiej. Bo musicie wiedzieć, że tu w Heidelbergu znajduje się najstarszy i najlepszy niemiecki uniwersytet. Studiuje w nim prawie trzydzieści tysięcy studentów, podczas gdy samo miasto liczy g
óra sto pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców...
- Tak, to na pewno bardzo interesujące. – zniecierpliwiła się Karina. – Ale popatrz jak my wyglądamy! Mokre od soku, oklejone konfetti, bez obiadu i  w dodatku uciekamy przed policją...
- Rety! Rzeczywiście! Coś z tym trzeba zrobić! Wykąpać mogłybyście się w rzece! Jest tu bowiem rzeka Neckar nad którą przerzucono piękny most znany jako Alte Brücke, ale wiem, wiem... – mapa uprzedziła protesty dziewczynek. – Policja! Z pewnością nie byłaby zachwycona widząc was zażywające rzecznych kąpieli. Może zatem szybko ochlapcie się w fontannie, potem zakupy, a na obiad miska Bubenspitzle
- tu mapa zachichotała - czyli akhem... klusek-siusiaków, albo porcja Maultaschen w rosole?
To był niezły pomysł. Ala i Karina wmieszały się w tłum turystów spacerujących po Hauptstrasse, zmyły z siebie sok i konfetti w fontannie, kupiły nowe sukienki w domu towarowym i usiadły nad miską pełną smażonych klusek.
- Widziałaś w sklepie i na ulicach te kolorowe tornistry? – zapytała siostrę Karina. – Wydaje mi się, że prawie każde dziecko z takim właśnie chodzi do szkoły! 


 
- Fakt! A rozmach stoiska papierniczego?! Myślałam, że w naszym Empiku jest duży wybór, ale tu? Prawdziwe szaleństwo. Kredki luzem w każdym kolorze, regały pełne segregatorów, folderów i zeszytów w tęczowych okładkach, różnych gumek do ścierania naliczyłam z pięćdziesiąt! A te farbki, taśmy, nitki i bibułki! Te piórniki piętrowe! Pi
óra na atrament! Szkolne kalendarze i organizery! Oni chyba bardzo lubią pisać, rysować, kleić i wycinać. A niech mnie! Trzeba tu jeszcze wrócić na zakupy.
- A Plejmobile widziałaś? Całe półki pełne Plejmobili!


 
- Pozwólcie, że się wtrącę... – wtrąciła się mapa nie czekając na pozwalanie. - Skoro nie chcecie słuchać o Uniwersytecie, Zamku, czy moście to przynajmniej wam powiem, że zabawki Playmobil wymyślono czterdzie
ści lat temu w Niemczech. Całkiem niedaleko stąd. I gdybyśmy nie musieli tak spieszyć się do Włoch zboczylibyśmy trochę z kursu, żeby odwiedzić Plejmobilowy park rozryki w Zirndorfie...

 
- Oooo! – wykrzyknęły dziewczynki.
Ale mapa była nieubłagana.
- Lecimy dalej na południe. Zanim jednak wystartujemy, mam dla was propozycję. Wjedziemy kolejką górską na szczyt góry Königsthul, na wysokość pół kilometra nad poziomem morza. Stamtąd zobaczycie i most, i rzekę, i zamek, i nieomal cały Heidelberg. 

 



W budce na szczycie kupicie sobie Currywurst na wynos. A na południe odlecimy startując z miejsca, które szczególnie upodobali sobie paralotniarze. Zrobię kilka dodatkowych okrążeń i w ten sposób zobaczycie Heidelberg z lotu ptaka!
Propozycję przyjęto jednog
łośnie.
Ale zanim dziewczynki wsiadły do górskiej kolejki, która miała zawieźć je na szczyt, wbrew protestom mapy pobiegły jeszcze do jednej z wielu lodziarni sprzedających 'prawdziwe włoskie lody' żeby zaopatrzyć się w solidne porcje zimnych kulek.
Niby za kilka godzin miały być we Włoszech, niby mogły zaczekać, aż tam na miejscu skosztują tych prawdziwych i włoskich gelati, ale czy to wiadomo co je jeszcze może spotkać po drodze?

Może jednak uda się skręcić do tych Plejmobili?

[Oficjalana ścieżka dźwiękowa dla odpornych na wzruszenia: ‘Ich hab' mein Herz in Heidelberg verloren’]


©kaczka