Saturday, July 4, 2015

UWAGA! Jest okazja!

[4 Jul 2015]

(...)
UWAGA! Jest okazja!
Dziś o tym jak zaoszczędzić przynajmniej  dwadzieścia dziewięć milionów opakowań misiów Haribo, a przy okazji wielce korzystnie zainwestować na rynku dzieł sztuki.

Oto jedyna i niepowtarzalna okazja, by wylicytować:  ‘Arrangement in Grey and Black No. 1: The Artist's Mother’, czyli ‘Matkę Whistlera’!



Linearna surowość, chromatyczny rygor, psychologiczna przenikliwość oraz 'czarny pasuje do wszystkiego'. Do tego, ergonomiczny, przenośny format i ekskluzywna wyłączność dożywotniego obcowania z prawdziwą  sztuką [1].
Oryginalne [2] dzieło wykonane pędzlem wycieranym w matczyną cierpliwość, wysycone nadwyżką haseł motywacyjnych, noszące ślady kilkunastu kryzysów twórczych, Dynia z dumą wystawia na bardzo szczególną aukcję.
Dochód z tejże posłuży operacyjnemu wyregulowaniu uderzeń serca pewnego młodzieńca.
(Bliskie są nam wszelkie sprawy sercowe!)

Cena wywoławcza w dyńskiej jednostce walutowej wynosi równowartość dwóch torebek misiów Haribo. Dziesięć zeta według oficjalnego kursu.
Nadzwyczajna  okazja, bo po pierwsze, dzieło bez promocji kosztuje ponad dwieście osiemdziesiąt milionów sztuk misiów z żelatyny (!). Po drugie, moja cierpliwość ma słabe zdolności regeneracyjne, a kolejne dzieło wymagałoby jej sporych nakładów. No way Jose!
Dzieło opatrzymy certyfikatem pochodzenia i z należnymi honorami niezwłocznie dostarczymy zwycięzcy  licytacji pod dowolnie wybrane skrzyżowanie południków i równoleżników.

W imieniu domu aukcyjnego i artystki prosimy tędy.

[1] a choćby i w pidżamie, i bez przepychania się między japońskimi turystami
[2] to wyłącznie kwestia interpretacji

©kaczka

Monday, June 29, 2015

[187]

[29 Jun 2015]

(...)
Uczucie, które łączy Biskwita z Kroacją (dwuletnią siostrą Jacka Londona) to miłość skomplikowana i uporczywa.
Biskwit może i wygląda, jak ten anioł przeprowadzający dziateczki przez mostek nad przepaścią, ale pamięć ma jak słoń i zaznane krzywdy zapisuje sobie skrupulatnie  na twardym dysku.
(Powinno mi to dać do myślenia, że i moja odmowa nieustannego podsypywania biszkoptów również nie ulega przedawnieniu.)
Twardy ten dysk, o konsystencji granitowej ściany, w którą można sobie dla sportu ciskać grochem, przechowuje wspomnienia wszystkich przypadków poszarpania nietykalności osobistej, których dopuściła się Kroacja w czasach, gdy Biskwit był dzieckiem stacjonarnym i potępiał przemoc fizyczną.
Odkąd jednak Biskwit zsynchronizował ruchy kończyn dolnych i górnych, używa jednych i drugich, by zemścić się za doznane krzywdy.
Czasem czyni to w otwartym pojedynku na ubitej w piaskownicy ziemi, czasem tka intrygę na miarę piłkarzy z Premier League (nie tylko fauluje, ale i odgryza przeciwnikom wystające wypustki), czasem skrada się od tyłu wydłubanymi tunelami i atakuje z zaskoczenia w przebraniu burzy piaskowej.
Prędzej niż później, każde spotkanie Biskwita z Kroacją kończy się efektownym sparringiem.
W powietrzu unosi się piasek, latają fragmenty wyszarpanych koafiur, garderoba się mechaci, guziki strzelają, uczestnicy wymieniają się odciskami szczęk na tkankach miękkich, a bronią ostateczną jest w przypadku  Biskwita bardzo wysokie ce  – pisk, którym Biskwit rozpękuje kryształy z Bohemii, ścina żółtka w surowych jajach i wprowadza w niebezpieczne wibracje niestabilną konstrukcję matczynej psychiki.
Załamałabym się, odgryzła łapy i wraziła sobie szydełko w ucho albo mózg, ale przecież mam Dynię!
Dynię wyróżniono niedawno za zasługi dla pokojowego rozwiązywania konfliktów zbrojnych, podkreślając przy tym jej wyjątkowe zdolności negocjacyjne.
W domu tego nie dostrzegam, bo w domu również koafiury, guziki i szczęki wbite w tkanki miękkie (ot, taka tam dowolna interpretacja miłości siostrzanej), ale faktycznie na mieście Dynia ma w sobie coś, co upodabnia ją do batalionu Błękitnych Hełmów, Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, Anakina Skywalkera, Matki Teresy i Martina Luthera Kinga.
Dynia nie zważając na rykoszety, wciska się w sam środek afery między Biskwitem i Kroacją i wygłasza antywojenne, poruszające do trzewi mowy o cywilizacji miłości.
Zużywa przy tym sporo zwrotów typu: ‘kind hands!’, ‘UNDERSTOOD?!’, ‘sharing is caring!’, a także... ‘you may not have very big brains BUT...
Z tym ostatnim trudno się nie zgodzić. Mózgi Biskwita i Kroacji nie mieszczą większości pereł, którymi sypie Dynia.
Ba, nie są nawet na tyle duże, żeby zidentyfikować obelgę.
Takoż stoją obie przed Dynią, patrzą na nią wzrokiem, w którym dostrzec można pewien zachwyt nad elokwencją kaznodziei, ale bardziej refleksję nad nieprzystępnością treści.
Imaginuję sobie, że tak właśnie może wyglądać Grecja i Bruksela pochylone razem nad wyciągiem z konta.

©kaczka

Saturday, June 27, 2015

[186]

[27 Jun 2015]

(...)
Biskwit ewoluuje.
Nic to, co prawda, niezwykłego.  Nic, czego nie przewidziałby Piaget lub Chomsky. Żadnych aberracji względem promili i centyli. Normalna kolej rzeczy.
Ale to tak ładnie przychodzi znienacka.
Człowiek Dyni z oka nie spuszczał, żeby tylko nie przegapić żadnego rozwojowego piruetu, a Biskwit w tym dwudzietnym bałaganie przez nikogo nie niepokojony, gdzieś tam w kąciku poleruje swoje IQ.
(Hodowla akwariowa kontra wolny wybieg.)
I nagle się go zastaje, gdy układa naczynia w zmywarce.
Sam rozbiera się do negliżu zapragnąwszy zażyć kąpieli.
Odziewa się w buty, sukienki  i kapelusze.
Pisze listy z pretensjami do szerokiej rzeszy odbiorców.
Rozumie po polsku, odpowiada po biskwicku.
Śpiewa pieśni liryczne.
Tańczy z podrygiem.
Domaga się racji biszkoptów.
A gdy mu odmówić, niezrażony dokonuje włamu do opakowania.
(Reprymendę przyjmuje bez cienia skruchy, żując trzy biszkopty naraz. Po rewizji osobistej okazuje się, że pozostałe siedem schował sobie w dekolcie.)
Od słońca Biskwit ma biszkopcią, podpieczoną na delikatny brąz cerę, a na skalpie, gęstą czapkę blond włosia.
Natomiast od biszkoptów (i siedemnastu innych posiłków dziennie) Biskwit ma wciąż jeszcze trochę tej niemowlęcej pulchności. Fałdkę tu, fałdkę tam. W zgięciach i wygięciach.
Rety, jak ten Biskwit odurzająco pachnie! Jak pokruszone, maślane ciastka.
Biskwit doskonale wie, że ten zapach to matczyna kocimiętka i pewnie dlatego wszystkie negocjacje zaczyna od ocierania się.
Ktoś oparłby się dziesięciu kilogramom maślanych, waniliowych ciastek zaplecionych wokół szyi?
Wątpię.

©kaczka

Thursday, June 25, 2015

[185]

[25 Jun 2015]

(...)
Życie towarzyskie pięciolatków synchronizowane jest przez sekretariaty matek.
Czy już napisałaś do mamy Rosalindy, żeby Rosalinda przyszła mnie odwiedzić? – Dynia przezornie bada tętno zdarzeń, przykłada ucho do ich klatki piersiowej i nieustannie monitoruje rozszerzanie się źrenic. To ostatnie, nomen omen, błyskotliwymi  pytaniami ‘Czy już?’. Czy już zrobiłam, napisałam, zadzwoniłam... (Dzięki temu, drogi pamiętniczku, czuję się tak jakbym nigdy nie opuściła korporacji.)
Rozszerzam źrenice.
Jest szósta trzydzieści osiem.
Nie, jeszcze nie napisałam.
Tylko pamiętaj, że musisz napisać do niej bardzo p o w o l i, bo mama Rosalindy nie mówi po angielsku!
(Miałam kiedyś identycznego menadżera projektu...)

(...)
Z perłą.

©kaczka


Sunday, June 21, 2015

[184]

[22 Jun 2015]

(...)
Czerwcowy wyż demograficzny - rocznik 2010 - skutkuje zmasowaną serią urodzinowych imprez kulturalno-towarzyskich oraz tym, że ich uczestnicy od tygodni wykazują objawy wstrząsu hiperglikemicznego.
Gdyby nimi potrząsać to sypałby się cukier w kostkach.
W ich żyłach pływają kraulem misie Haribo.
Nieletnie trzustki prokurują wyrzut. Sumienia. Nie tylko insuliny.
Odbieramy wczoraj z imprezy dwoje napalonych cukrem. Własne i cudze.
Własna jest Dynia. Cudzy – Spajderman w skali 1:2.
Coś tam knują na tylnym siedzeniu pod wpływem cukrowych opiatów.
- ... ucieknij ze mną – kusi Spajderman. – Zabiorę cie do Ameryki i się schowamy i się z tobą ożenię i będziemy mieszkać razem i nikt nas nie znajdzie.
- Dobra! – zgadza się Dynia. – Ale wrócimy na kolację?
Pragmatyczna.
Po tatusiu.

(...)
Bardzo nieżywa natura.



©kaczka

Friday, June 19, 2015

[183]

[19 Jun 2015]

(...)
 (...)
Był czas, gdy marzyłam o posadzie kosmonautki.
Obecnie, zerknąwszy pod podszewkę oraz obejrzawszy sobie desusy i racje żywnościowe, czuję, że entuzjazm we mnie stygnie.
Przypuszczam też, że odpadłabym z kastingu po pierwszej wizycie u psychiatry i okulisty.
Na liście dań uparcie widzę zupę a’la Raskolnikow.

 
 
 


(...)

... podczas ostatniego weekendu w kosmosie Gerst oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu: wyglądał przez okno [1].’ Tyle wersja niemiecka. W wersji angielskiej: ‘...robił to co umiał najlepiej: wyglądał przez okno.
Wygląda na to, że naraził się tłumaczowi?
(Niestety, nieustannie mnie zdumiewa, że w metropolii, w której, co trzeci mieszkaniec jest Jankesem, instytucje publiczne wolą translate-it-again-google.)

[1] tudzież, ściągając wodze rumaka mej fantazji, rzucał okiem na Ziemię?

©kaczka

[182]

[19 Jun 2015]

(...)
Jest w rodzie Norweskich taki, wykrochmalony jak koszula Kordiana, obyczaj, że Ojczyźnie trzeba zwrócić.
A to w ochotniczym gaszeniu sikawką, a to grając w szachy w okopach Bundeswehry, a to ściągając zagubionych turystów helikopterem z wierchów, a to nosząc za generałem plany inwazji na Kanadę (w ramach ćwiczeń NATO).
Taki sznyt jak w rodzinie Windsorów.
Zwracać przy tym należy od najwcześniejszej młodości i bez różnicy na płeć.
Norwescy nie są w tym zwracaniu odosobnieni, stąd obserwuję popularność organizacji typu Jugend.
(O! Na pewno  da się tą z pozoru niewinną uwagą wykarmić niejedną teorię spiskową. Na tłusto.)
Norweski, który przez pół życia zwracał, gasząc, organizując konwoje lub zamiatając fortyfikacje w Ontario, uważa, że to nadzwyczajnie poleruje charakter. I dlatego już od kołyski należy progeniturę popychać ku czynom, a to łagodną perswazją, a to własnym przykładem.
W minioną niedzielę z powodu absencji Norweski nie mógł własnym przykładem, więc wynajął mnie w zastępstwie do ćwiczeń z łagodnej perswazji.
A działo się to z okazji lokalnych obchodów dnia strażaka-ochotnika. Miałam pójść  i zapalić (sic!) do czynu młodociane umysły.
Nic gorszego niż wysłać na misję agnostyka.
Nie pomógł, a zaryzykuję, że wręcz zaszkodził, entuzjazm szwabskiego (rozpoznałam po końcówkach!) prelegenta, który płonął (sic!) chęcią podzielenia się najdramatyczniejszymi przypadkami gaszenia zapominając o tym, że widownię zapełniają wrażliwe dziateczki. A gdy na końcu zdetonował dezodorant i poprawił wybuchem oleju we frytownicy live...
Nawet Spajderman nie przekona teraz Dyni, by wstąpiła w szeregi.
Sama Dynia na pytanie, co ją najbardziej urzekło w karierze strażaka, odpowiada, że nadmuchiwany zamek do podskakiwania (skakanie gratis) i zielony napój  produkowany z wonnej marzanki (ojro za szklankę). Frytek (półtora ojro) Dynia nie odważyła się skosztować.

(...)
Lato w tym regionie rozpoznajemy po tym, że rok w rok wracają zza morza klucze mormonów.
Zauważam regularne rozprężenie doktryny.
Panny starsze, kiedyś obowiązkowo na galowo, ciemne spódnice, białe bluzki, teraz chodzą niby to w białych tiszertach, ale z wywrotowymi nadrukami.
Niektóre – o tempora! –  noszą nawet szorty.
Już nie dziwi widok zboru oficjalnie delektującego się w Starbucksie zamówieniem na 'siedem razy americano koniecznie z kofeiną'.
Da się to oczywiście wytłumaczyć tym, że w kawie po amerykańsku trudno znaleźć kawę oraz tym, że kontakt ze Starbucksem zaspokaja pewnie tęsknotę za ziemią ojczystą.
Ale – wzdech! – zdaje się, że wszędzie coraz trudniej o solidnych wyznawców.

(...)
Beverly Hills 12345678910


©kaczka