Image Slider

[396]

[20 Feb 2018]

(...)
Piszę.
Dużo piszę.
Nieustannie piszę.
(Tak wiem, z pozoru nic nie wskazuje.)
Problem w tym, że głównie piszę na Berdyczów albo inne Wiesbaden.
Od jesieni regularnie koresponduję ze szkołą imienia Ofiar. Jako, że cyfryzacja i informatyzacja placówki przewidywana jest prawdopodobnie dopiero w następnym kenozoiku, korespondencja odbywa się przy użyciu tradycyjnych materiałów – papirus, pergamin, inkaust, kacze pióro i dziecko w roli pocztyliona. (Jest plus, ręcznie szkoła nie może mi odpisać Comic Sansem.)
Nie skłamię, po pół roku, każdy mój list wyprzedza już moja reputacja.
Ten spontaniczny happening, który dziś jest trwałym elementem dnia, zaczął się jesienią ubiegłego roku, gdy Dynia przyniosła ze szkoły informację, że na pracę klasową z przyrody ma opanować daty narodzin i zgonów kilkudziesięciu lokalnych bohaterów narodowych, pokroju Berty Benz lub Karola Drezyny. Do tego dochodziły daty wprowadzenia na rynek rozmaitych typów rowerów, silników Diesla lub kosiarek do trawy.
(Wypisz, wymaluj materiał z Wychowania Technicznego, klasa pierwsza słowiańskiego LO, rocznik 1990. Do pełnego obrazu brakowało jedynie pytań o schemat pieca hutniczego i skład surówki.)
Zdziwiłam się treścią tej klasówki, gdyż jesienią ośmiolatki  ledwie zaczynały przerabiać liczby trzycyfrowe, a dla Dyni rok 1768 niczym nie różnił się od 1851. Ot, jakieś mętne, pozbawione jakiegokolwiek kontekstu, punkty na horyzoncie czasoprzestrzeni. Równie dobrze w 1768 mogły wyginąć dinozaury albo mógł narodzić się Budda.
Przez chwilę miałam jeszcze nadzieję, że skoro sprawdzian z daty zgonu żony Rudolfa Diesla był identyczny dla trzecich i czwartych klas to punktacja, a tym samym oceny zostaną dopasowane do danego rocznika. Szkoła imienia Ofiar szybko odarła mnie ze złudzeń i wyraźnie dała do zrozumienia, że taka sugestia jest szkodliwą fanaberią. (Zapytajcie Imienia Ofiar, a powiedzą wam, że w dziedzinie szkodliwych fanaberii jestem niepokonanym liderem peletonu. Wiszą mi już paletę żółtych koszulek.)

Zimą Dynia przyniosła do domu plik fatalnie wykonanych kserokopii zawierających czarno-białe mazaje - szkice zyliona drzew, krzewów, grzybów i roślin euroazjatyckich. Z łacińskimi nazwami. Naszpani od przyrody zaordynowała w grudniu temat ‘Dary lasu’ i zapowiedziała klasówkę z rozpoznawania ziela pierwszego dnia po przerwie świątecznej. (Wypisz wymaluj, drugi rok moich studiów, ale tam były przynajmnej zielniki i nikt nie uczył się do sesji w Sylwestra ani nad barszczem z uszkami.) Na moje pytanie, dlaczego młodzież zamiast biegać po lesie jesienią, zbierać liście i suszyć je między gazetami, uczyła się, kiedy na łono stwórcy powrócił Pierre Welocyped Michaux, szkoła wystękała odpowiedź o szkodliwych fanaberiach.
Pełna ideałów Stasi Bozowskiej przeszłam się po sąsiadach i pozbierałam trochę pni drzew spod pieców i kominków, urąbałam w parku jakiejś sekwoi i wysłałam ten chrust razem z Dynią do szkoły. Naszpani od przyrody odpisała, że jest bardzo wdzięczna, bo to pozwoli jej w r e s z c i e (!) pokazać dziecinom na przykładzie, jak liczyć wiek drzew i czy byłabym tak łaskawa zdradzić, gdzie jest źródło takich niesamowitych (!) pomocy naukowych?
- No – pomyślałam. – Teraz, kaczka, to już naprawdę przegięłaś, że ci naszpani spluwa w oko takim bezlitosnym sarkazmem i ironią.
A potem okazało się, że to jednak nie był ani sarkazm, ani nawet ironia, a naprawdę szczere pragnienie odnalezienia jakiegoś świętego Graala tej botaniki.

Szkoła imienia Ofiar zasadniczo funkcjonuje w oparciu o kserokopie, zwykle, z punktu widzenia praw autorskich, nielegalne albo jeszcze bardziej nielegalne. To dostarcza wielu emocji, bo gdy dziecko przynosi do domu jedną, skserowaną kartkę to nigdy nie wiadomo, co robiło w szkole wczoraj, dziś, a co będzie robić jutro i czego ma nauczyć się na klasówkę. Jako, że toner i papier kosztują, szkoła oszczędza. Na ostatnią pracę klasową z niemieckiego naszpani w ramach oszczędności przepisała cztery strony tekstu na dwóch stronach (czcionką 10) i powieliła całość na jednej stronie A4, ignorując formatowanie. Dynia jest krótkowidzem, ma astygmatyzm, ma też osiem lat i męczy ją czytanie tekstu wielkości ogłoszenia drobnego w gazecie codziennej. Zła jakość kopii (kserokopiarka zostawia ślady, kleksy i smugi) sprawiła, że Dynia odpowiedziała jedynie na połowę pytań do tekstu. Na podstawie oceny z tekstu wysłano Dynię na zajęcia wyrównawcze (odbywające się w czasie lekcji plastyki). Na zajęciach wyrównawczych młodzież uczy się... czytać. Nikogo nie zainteresowało, że uczęszcza tam Dynia, która od listopada przeczytała i odpowiedziała prawidłowo na pytania do stu dwunastu książek, w tym nie tylko po niemiecku (Tu dygresja: Szkoła zainwestowała w dostęp do komercyjnej strony internetowej zawierającej pulę lektur i pytań do lektur. Dostęp do niej w szkole jest niemożliwy z powodu braku internetu i komputerów. Po lekcjach strona cierpi na przeciążenia i czkawki, więc stajemy przed nieustannym dylematem – budzić cherubiątko o piątej rano, czy kłaść w piernaty o północy. Jednocześnie prawdopodobnie wszyscy – choć głowy za ciało pedagogiczne nie dam - mamy świadomość, że to mocno ograniczona metoda sprawdzania zaangażowania uczniów w czytelnictwo. Taki Wasilij, dla przykładu, nastukał w ciągu jednej nocy ponad tysiąc punktów w te lektury, co oznacza, że albo przeczytał po obiedzie przynajmniej czterdzieści książek, albo że istnieją takie zakątki internetów, gdzie święty spokój można kupić sobie za bitmonety lub kody do Minecrafta.)

O tym, że Dynia chodzi na lekcje głośnego czytania (prowadzone przez naszpanią od matematyki), dowiedziałam się przypadkiem, gdy na piśmie zagaiłam naszpanią od plastyki, skąd u mego dziecka obniżona ocena z przedmiotu na półrocze. Naszpani odrzekła, że to dlatego, że z powodu absencji (cóż, ostatecznie uczyła się czytać) Dynia nie wykonała czterech obowiązkowych prac plastycznych i że oprócz ilości, naszpani ocenia również... wartość artystyczną wykonanych dział. Wartość artystyczną! Ośmiolatków! (Wypisz wymaluj,  sakreble, tak jak u mnie na Akademii Sztuk Pięknych, w pracowni Jana Matejki... are you freaking kidding me?!)

Z niemieckiego własnymi rękami obniżyłam dziecku ocenę zawartością pudełka z drugim śniadaniem. Szkoła podobno ciągnęła jakiś projekt pod tytułem ‘Zdrowe odżywianie’ i przeprowadzała wyrywkowe inspekcje drugich śniadań. Sądnego dnia Dynia miała, jak zwykle, marchew, rzepę, orzechy kokosowe, jagody, kilo miechunki, tran, ser kozi, rzeżuchę, batony z owsianki i źródlaną wodę. Niestety, chromatografia cieczowa przeprowadzona przez naszpanią ujawniła, że dołączona do zestawu bułka żytnia z nasionami chia, dynią i sezamem zawierała śladowe ilości pszenicy. Tym samym, moje śniadanie znalazło się na tej samej zakazanej liście, co pszenna bułka z Leberwurstem (frakcja rosyjska) lub briosze z nutellą (frakcja włoska). Pytanie, dlaczego treść śniadania miała wpływ akurat na ocenę z niemieckiego, a nie z wuefu, muzyki lub matematyki pozostało bez odpowiedzi.
(Notabene, zaangażowanie dzieci w projekt o pożywnej diecie nagrodzono lizakami.)

Wymieniłam kilkanaście listów z naszpanią od matematyki, która to, na przykład, uważa, że ośmiolatkom na dwadzieścia zadań tekstowych (zapisanie pytania, rozwiązanie, pisemna odpowiedź) powinno wystarczyć czterdzieści pięć minut. W swej wylewności naszpani podzieliła się ze mną informacją, że w podstawówce miała fatalne oceny z matematyki, jeszcze gorsze niż moje dziecko, ale odmieniło jej się w gimnazjum. Drążąc temat, zapytałam, co według niej spowodowało ten nieoczekiwany przełom.
- W gimnazjum miałam świetnego nauczyciela. – odpowiedziała mi naszpani.
Duh! No shit Sherlock!

Szukania logiki na lekcjach wuefu zaprzestałam, gdy Dynia powiedziała, że naszpan dyscyplinuje klasę zabraniając (!) ćwiczeń fizycznych. Jeśli Vijoletta zapomni gatek albo Wolfgang palnie Tristana w łeb cała klasa za karę siedzi w szatni. Nie, pisanie do naszpana od wuefu nie ma sensu. Wątpliwe, że on potrafi czytać.

Romans z religią katolicką zakończy się lada moment, już w lipcu. Nie zdzierżę kolejnego sezonu przypowieści o Jonaszu. To już trzeci rok i w odróżnieniu od bohaterów Prison Break, Jonasz nadal, tydzień w tydzień, siedzi w tej rybie. Jedynymi przerywnikami są chwile, gdy naszpani ocenia wartość artystyczną spontanicznych modlitw produkowanych przez nieletnich wyznawców. (Spojler. Jeśli Jahwe używa tej samej skali, to obawiam się, że wszyscy jesteśmy potępieni.)
Prośbę o zastępcze zajęcia z etyki, filozofii, czy heurystyki, szkoła określiła jako szkodliwą fanaberię. (Nie żebym łatwo poddawała się stereotypom, ale szczerze przyznaję, że takiej odpowiedzi spodziewałabym się raczej po tej drugiej stronie Odry.)
Skoro zatem nie katolicyzm, ani filozofia to zostaje nam albo imam, albo pastor, albo ateizm. Program nauczania religii pozostaje poza wpływem szkoły, bo naszpani jest lotną bojówką biskupa. Skargi i zażalenia przyjmuje tenże biskup. (Do biskupa też miałabym pisać? O ichtiofaunie?) Jednocześnie ocena z religii liczy się do średniej. W odróżnieniu od oceny z angielskiego. Chyba.

Status oceny z angielskiego nie  jest jasny, gdyż Bundesministerstwo zorientowało się niedawno, iż młodzież kończąca podstawówki wychodzi z nich z różnym, niezsynchronizowanym poziomem znajomości języka. Jedne szkoły uczą, inne nie uczą. Część młodzieży potrafi zatem w kolory, część nie. Naszpani od rosyjskiego, która uczy Dynię angielskiego (wypisz wymaluj, słowiańskie liceum ogólnokształcące, rok 1994)  uważa, że po trzech latach Dynia opanowała angielski w stopniu doskonałym (kolory, liczenie do stu, pory roku). Natomiast do końca, nie wiadomo, czy ta ocena znajdzie się oficjalnie na świadectwie końcowym.  Co ciekawe, gimnazja z klasami dwujęzycznymi wymagają do przyjęcia przedstawienia ocen z języka. Będą je zatem pozyskiwać z drugiego obiegu?
(Na marginesie, tym, co niepomiernie zaskakuje jest wszechobecność łaciny wykładanej w każdym gimnazjum w regionie. Skąd, do diaska, oni biorą te zyliony filologów klasycznych? Czy to znów drugi etat naszpań od rosyjskiego? I czy z łaciny też lecą w kolory, pory roku i liczenie do stu?)

Piszę więc, dzień w dzień, te listy do ciała pedagogicznego – głos na puszczy, prorok - sakreble! - nawet nie we własnym kraju.
Nie ma to większego sensu, ale jeśli ja przestanę to najwyraźniej nikt się już tu nie upomni o rozsądek.
Nawet nie o zdrowy, po prostu o jakikolwiek, choćby i cherlawy, ale rozsądek.
Chociaż nie, pisze również matka Ryfki.
Jak wieść niesie, matka Ryfki zaangażowała ostatnio całą katedrę fizyki teoretycznej, by toczyć spór z ich naszpanią, że zadanie z matematyki dla klasy trzeciej prawidłowo rozwiązała Ryfka, nie naszpani.
Szczerze?  Mogłaby pewnie i Gaussa wysypać z urny, ożywić nocą pośród wyładowań atmosferycznych, i na  świadka powołać, i też by nic nie ugrała. Pięciu doktorów (w tym dwóch habilitowanych) i jeden profesor przegrało z kretesem w tym pojedynku na algebrę dla ośmiolatków.

Co ciekawe, to nie jest tak, że to wszystko to jakiś Dickens, Janko Muzykant i w piwnicznej izbie zmierzch zapadł czarny... cherubiny lubią chodzić do szkoły (syndrom sztokholmski?) zakładam zatem, że to po prostu przeraźliwa, obezwładniająca bezmyślność.

Nie wiem, dokąd zmierzasz ludzkości, ale ktoś ci chyba powinien powiedzieć, że ledwie wyszłaś z wody a już wlazłaś na rondo.


©kaczka

[395]

[17 Jan 2019]

Kryzys wieku średniego objawia się na rozmaite sposoby.
Jedni inwestują w park maszynowy, inni wyjeżdżają odnaleźć siebie w klasztorze w Tybecie, a Norweski pół roku temu zapisał się na kurs polskiego dla początkujących.
Byłam pewna, że ten kurs, organizowany przez uniwersytet ludowy we współpracy z organizacją polonijną ‘Szarotka’ nie odbędzie się z braku zainteresowanych. Ostatecznie, w tym samym terminie rywalizowały o uczestników: amatorska grupa malarzy olejnych (w tym semestrze: akty!), duński dla zaawansowanych, duchowość dla sceptyków, cykl wykładów ‘Grzybica paznokci z perspektywy tradycyjnej medycyny chińskiej’, panel ‘Egzystencjalizm według Sartre’a’  oraz warsztaty ‘Makijaż w trzech prostych krokach’.
Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy Norweski powrócił z pierwszych zajęć i oznajmił, że grupa, która się zawiązała jest tak obfita, że wypełnia całą salę, szatnię, korytarz i dodatkowo listę rezerwową.
Rzecz jasna, rzuciłam się dociekać, co takiego może skłaniać obywateli Erefenu do podjęcia lekcji słowiańskiego? Jak się okazuje, dla jednych motywacją jest nuda, życiowa stabilizacja, profilaktyka chorób degeneracyjnych mózgu, potrzeba adrenaliny oraz fobia względem samogłosek. Osobną grupę stanowi drugie pokolenie słowiańskich emigrantów, które umie mówić, ale nijak tego, co mówi nie potrafi zapisać.
Pośród najbardziej wyróżniających się uczestników jest starowinka, skarbniczka lokalnej komórki Związku Wypędzonych, której polski potrzebny jest do odnalezienia idealnego przepisu na żurek. Takiego jak w Rumii. W 1943 roku.
Jest dziennikarz, który postawił odważną hipotezę, że jeśli nauczy się polskiego to wreszcie zrozumie aktualną sytuację polityczno-społeczną w Polsce. (To by w takim razie wyjaśniało, skąd w naszej ojczyźnie trzydzieści osiem milionów ekspertów w tym temacie.)
W końcu jest również Włoch, nikt mi w to nie uwierzy, który całe życie marzył o tym, aby czytać Dostojewskiego w oryginale i dopiero po miesięcu lub dwóch zorientował się, że pomylił budynki, klasy, alfabety i języki.

Zewsząd docierają do mnie peany zachwytów i hymny podziwu dla straceńczej odwagi Norweskiego w tym nierównym, z góry skazanym na klęskę sparringu z polszczyzną, nerdem dialektów indoeuropejskich, nieślubną córką ze związku ugrofińskiego z jakimś rozwiązłym Piastem Kołodziejem, bałwochwalcą dwuznaków i konsonatów.

Norweski nie miał łatwego startu, żadnych forów. Wstępna rozmowa kwalifikacyjna ujawniła, że po trzynastu latach intelektualnego obcowania z moim systemem fonologicznym, Norweskiemu najlepiej wychodzą podsumowania (‘Trudno!’) oraz negocjowanie cen autobusów (‘Ten autobus jest zbyt drogi. Poproszę, wazon.’)
Jednakoż to wcale nie  tak, że on bruszy, a ja tu sobie poczywam.

Do nauki Norweski zabrał się z podejrzanym, rzekłabym, nieomal farmakologicznie-indukowanym entuzjazmem oraz bardzo fałszywym przekonaniem, że mowa polska ma na pewno sens i logikę, nawet jeśli na pierwszy rzut oka są one głęboko ukryte. Do celu Norweski postanowił iść po trupach.
Po trupach gramatyki, zdań, słów, głównie zaś po moim trupie.
Mój trup pojawia się tu jako rezultat kolejnego fałszywego założenia, że człowiek-Polak zna się na wnętrznościach swej ojczystej mowy i potrafi w każdej chwili, przez całą dobę, w każdej sytuacji, na żądanie, udzielić profesjonalnej odpowiedzi, na przykład, dlaczego nie wypada powiedzieć, że brakuje nam ryża, skoro nie brakuje nam ani skarabeusza, ani kotleta, ani zderzacza hadronów. Albo skądże to nam, że mały liść to listek, ale mały list to liścik?

Każde zdanie z podręcznika ‘Witam i o zdrowie pytamNorweski poddał sekcji zwłok jak Doktor Tulp. Do tego w tle mają miejsce nieustanne badania terenowe:

- To jest McDonalds, o kaczko [1]! McDonalds jest RESTAURACJA.
- Jest RESTAURAC-JĄ. .
- JĄ! Co ją?

- Jedzą!

- Jedzą bułka?

- Bułki.

- Jedna bułka, dwie bułki, pięć... bułk?


Ujawnijmy, ustnej maturze z polskiego wywinęłam się w 1994 roku o włos i prawdopodobnie z litości. W dżungli humanistów nie przetrwałabym ani dnia, chociażby ze względu na karygodnie niefrasobliwe podejście do instytucji przecinków. Dobór naturalny przekąsiłby tam mną jak czipsem. Przypadek to dla mnie szczęśliwy zbieg okoliczności, a nie narzędzie do ociosywania słów z sufiksów. Gdy chcę napisać ‘w ogóle’ to odpalam słownik ortograficzny (odpaliłam) albo z lenistwa rezygnuję z uogólnień. Niosę to niesłodzone jarzmo i wcale nielekkie brzemię mowy przypisanej mi z urzędu, ale nijak przez samo jej używanie nie znam się na podzespołach. Cóż, gdyby z samego używania spływała na człowieka taka wiedza, to pierwsza lrzyczałabym, że za działanie odkurzacza wcale nie odpowiada zamknięty w nim krasnoludek, a ruchomych schodów nie napędza wyrośnięty chomik biegający w swoim kółku. Tymczasem nadal wierzę w krasnoludka, a w centrach handlowych czule myślę o gryzoniach.

Liczyłam, że Norweski po tygodniu się zmęczy tym szukaniem i przestanie nieustannie pytać: Dlaczego? i Warum?, ale ten zaparł się jak Jazon na złotą włóczkę lub Ikar na lot Ryanairem, a do tego uznał, że za moją powściągliwością w odpowiedziach kryje się jakiś tysiącletni spisek. Zapewne mój z Bullą Gnieźnieńską i Psałterzem Floriańskim.

Nie jest łatwo być małżonką dociekliwego kursanta, którego nie sposób zbyć prostym:  'Bo taaaaaaaaak!', ale być naszpanią w grupie polskiego dla początkujących to też ołowiany kawałek suchego chleba. Po zbiorowych zamieszkach na tle celownika (Warum - Donnerwetter! - komu? czemu? narzeczonej, a nie narzeczonie?), która przerodziła się w niepokojową manifestację przeciw pobłażliwemu stosunkowi narodu polskiego do reguł językowych (nawet Włoch, zdrajca i zaprzaniec, niósł transparent!), naszpani w obawie o swoje życie ostatecznie zezwoliła kursantom  mówić jak chcą, pod warunkiem, że jeśli kiedykolwiek będą w Polsce pozostaną w granicach administracyjnych Śląska i nikomu przenigdy nie zdradzą, kto udzielał im lekcji.

Naszpani może spać spokojnie. Nie będą mówić. Podręcznik 'Witam i o zdrowie pytam' oferuje wąski wybór tendencyjnych fraz i skutecznie krzewi defetyzm, nicość, gnozę i grozę:

Defetyzm. Nicość. Gnoza. Groza. Norweski (2018)

W rezultacie Norweski nakłaniany przeze mnie do prób zawiązania życzliwego small talku z recepcjonistami w hotelu w województwie zachodniopomorskim (... i żeby może tym razem niekoniecznie o autobusach?), bezradnie rozłożył ręce i zapłakał:
- Nie mam z nimi o czym rozmawiać! Sprawdziłem dwa razy! Tu wszystko działa!

(przyp. kaczki: O, Polsko! Jak ty zawsze potrafisz mnie zaskoczyć!)

[1] Wołacz omamił Norweskiego swoją egzotyką.


©kaczka

[394]

[9 Jan 2018]

(…)
Kilka tygodni temu Google przypomniał, że w 1974 roku ludzkość rzekomo pyknęła do kosmitów telegram z Arecibo. W tym telegramie, który na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka uparcie przypomina Pac-Mana w wersji na Atari, ludzkość niby tłumaczy obcym skąd przychodzimy, kim jesteśmy i którędy na Ostrołękę.
Podobno odpowiedź nie nadeszła. Że niby RSVP kosmici pozostawili bez odzewu.
Nie jestem przekonana.
Biskwit od miesięcy wstaje codziennie przed wschodem słońca i przy świetle latarki mozolnie, świt w świt, bez wytchnienia i w sekrecie przed humanoidami prokuruje i teleportuje raporty do bazy.
Do statku-matki.
O czym?
Trudno powiedzieć.
Ta Rosetta nadal szuka swego kamienia.



Pośrodku: człowiek biskwitański i dysproporcje ludzkości. Dookoła: dowód twierdzenia Fermata, widma światła niewidzialnego, teoria wielkiego wybuchu lub koci kłaczek w powiększeniu, schemat wehikułu czasu w sepii i w kolorze, koordynaty statku-matki (Biskwit, 2018)


Kilka tygodni temu Biskwit skończył pięć lat.
Na śniadanie Biskwit jada owsiankę na surowo, na obiad szpinak z czosnkiem. Chleba z marmoladą nie ruszy. Marmolada to Biskwici kryptonit.
Zdaje się, że to w listopadzie zapisaliśmy jednak Biskwita na lekcje gry na klawikordzie. Biskwita relegowano z nich karnie już po dwóch tygodniach za lekceważący stosunek do instrumentu i kontrowersyjne interpretacje Etiudy Rewolucyjnej. Biskwit podobno wolał śpiewać Marsyliankę. (Prowadząca reklamowała się jako terapeutka muzyczna. Miejmy nadzieję, że będzie potrafiła uporać się z traumą i jeszcze kiedyś odnajdzie radość w uczeniu młodzieży przedszkolnej.)
Obchody  urodzin Biskwita trwały trzy dni i trzy serniki (Biskwit hołduje prostym, laktozotolerancyjnym przyjemnościom), a przeliczając na jednostki rodzicielskiej wytrzymałości, mniej więcej trzydzieści lat wenusjańskich.
Jako, że w swej przedszkolnej grupie rówieśniczej Biskwit jest jedynym drugorodnym dzieckiem, pierworodne imprezy urodzinowe współosadzonych, w których jak dotąd uczestniczył najwyraźniej powiodły jego oczekiwania i wyobrażenia na szkodliwe manowce.
Na tych manowcach podają dipy z jarmużu z przystawką z kalafiora, czipsy z kalafiora i torty z buraków. Sensem imprezy – obowiązkowo domowej - są pruskie zabawy towarzyskie o wysokim indeksie edukacyjnym, prezenty muszą stymulować korę mózgową, a w podzięce goście wynoszą płaskorzeźby własnoręcznie strugane przez solenizanta w kostkach ekologicznego mydła.
Zatem jeśli wydawało nam się, że przez lata odkupiliśmy swe grzechy (do kilkunastu pokoleń wstecz) podczas imprez organizowanych ku czci urodzin Dyni, to byliśmy w błędzie.
Otóż Biskwit zaprosił koleżanki i kolegów.
...
...
...
Do domu.

Mini jeźdźców apokalipsy było siedmioro.
Przybyli na kucykach z leasingu ze Stajni Augiasza, zaparkowali pod domem, a ponieważ byli pieroworodni i mocno nieletni, to przywiedli ze sobą rodziców.
Tak upadł nasz plan, by porzucić kurdupli samopas z niezastąpioną Dynią w charakterze kaowca, sernikiem w charakterze marchewki, zabarykadować się w piwnicy, odkapslować wino i Netflix oraz skupić się na przetrwaniu.
Cóż było robić?
Cóż innego niż udzielić się towarzysko?
Wyszliśmy z bunkra wprost w falę uderzeniową emocji grupy wiekowej lat 3-5. Lelija wyła, bo Biskwit pierwszy wszedł po schodach. Biskwit wył, bo Persefona wyjadła wszystkie zielone emenemsy. Persefona wyła, bo Abelard oświadczył się Eloizie. Eloiza wyła, bo czipsy miały, zacytujmy, ‘głupi kształt’. Zyndram wył, bo wydawało mu się, że but zjadł mu nogę, a Rupert zamknął się w szafie i wąchał naftalinę.
Odebraliśmy protoplastom płaszcze, podaliśmy napoje, relanium, orzeszki fair-trade, odpaliliśmy small talk o pogodzie. W tym czasie apokaliptycy eksploatowali żyłę cukrów i paśli swe kucyki na radioaktywnych barwnikach nienaturalych. W ramach profilaktyki szaleństwa udałam się więc po kieliszki i butelkę wina. Niosłam je triumfalnie na tacy, w rękach wyciągniętych nad głową, balansując między miotającą się pod nogami masą krytyczną pozczepianych ze sobą glutem i cukrem cherubiąt oraz umiejętnie i z doświadczeniem sapera omijając kurduple dyndające na kryształowych żyrandolach.
I co?
Gdy już pokonałam te ludzkie pułapki, gdy dotarłam do stołu z niewychlapaną zawartością, to akurat trafiłam na ten moment, gdy rodzice Biskwiciego narzeczonego kończyli publicznie się zwierzać ze swej abstynencji powodowanej przynależnością do kościoła Świętych w Dniach Ostatecznych.
Ja wszystko rozumiem.
Ja się nawet cieszę.
Wszak z jednej strony to znakomita okazja do infiltracji grupy wyznaniowej, która fascynuje mnie od czasów lektury dzienników Wańkowicza. Z drugiej strony, z wszystkich denominacji, do których można by dopasować Biskwita z narzeczonym, ta, która ma w nazwie Ostateczność, Doomsday, Zagładę, Kres i Paruzję wydaje się być idealnym wyborem. Ale z  trzeciej – na litość, nomen omen, boską – impreza dla grupy wiekowej 3-5 na trzeźwo?!
Serio?

To nie koniec tortury.
Jak ostatni amatorzy, jak niewykarmieni szpakami, jak para wioskowych głupków, nie zaznaczyliśmy na zaproszeniach godziny wieńczącej obchody. Takoż minęła czwarta, piąta, minęła szósta, o siódmej zaczęłam się niepokoić, że już nigdy nie wypiję wina, ani nie skorzystam z łazienki bez konieczności ustawienia się w kolejce. O ósmej zaczęłam dawać do zrozumienia, spacerowałam po domu w papilotach i szlafroku, ziewałam, pytałam wymownie, która to godzina i dlaczego taka późna. Bez skutku!
 O dziewiątej zamiast wychodzić, goście zaczęli wciągać następnych gości, tych, którzy dla zmylenia mieli ich niby odbierać, a ich ilość z minuty na minutę rosła w postępie wykładniczym.
Babcie, mężowie, bracia, siostry, świekry.
Zjedli pierniki, orzeszki, serniki, relanium, słoik ogórków i schowane na czarną godzinę, czekoladki z masłem orzechowym.
Ale to wszystko nic w porównaniu z faktem, że w tym zamieszaniu ktoś z premedytacją odkapslował i wypił moje wino.


(...)
Jedna z montessoriańskich wychowawczyń, przebywająca aktualnie na sześciomiesięcznym urlopie wypoczynkowym (dolary przeciw orzeszkom, że w klasztorze o ścisłej regule całodobowego milczenia) przesłała Biskwitowi prezent na urodziny.
Prezentem był naszyjnik. Głaz narzutowy powieszony na rzemyku.
Wzruszyło mnie to ogromnie, bo Biskwit ma słabość do geologii. Być może to na zlecenie swojej cywilizacji nieustannie pobiera próbki skał i napycha nimi wszelkie dostępne kieszenie. Swoje i matczyne.
(Nasza pralka specjalizuje się w dopieraniu kwarców, granitów i bazaltów.)
Cieszyłam się tą myślą, że oto ktoś dostrzegł pasję mego dziecka i postanowił ją tak pozytywnie wzmocnić.
Cieszyłam się do chwili, gdy Norweski zapytał, czy to aby nie tak testowano czarownice w średniowieczu? Spławiając je z młyńskim kamieniem u szyi?
No i czar jakby jednak trochę prysnął.
[mryg]

©kaczka

[393]

[6 Jan 2019]

(…)
Rok ów 2019.
kaczka jak feniks klasy ekonomicznej powstaje z popiołów, sztacha się semantyką, wciąga nosem samogłoski i odurza się słów zaczynem.

kaczka jako feniks z popielniczki spod pędzla E. Wasiuczyńskiej (2018)

Zacier zdarzeń bulgoce w kaczce od trzech miesięcy.
Samogon z rodzynek rzeczywistości.
Polać?

Przełom roku spędziliśmy w głuchym lesie, w Enerde.
Pośród landszaftów tamtejszej Szwajcarii, tudzież Zagłębia Stu Tysięcy Jezior.
Wiało jak w kieleckim. Z drzew spadały wiewiórki. Łabędzie przelewały się z miejsca na miejsce razem ze zbiornikiem wodnym. Dziki żarły żołędzie prosto z koron przygiętych do ziemi drzew, a gdy wiatr przypadkowo zmieniał kierunek, latały nad horyzontem jak wystrzelone z katapulty Angry Birds.
Niebo cierpiało na chroniczne nietrzymanie deszczu.
Dookoła bagna, błota, pięć stopni w słupku rtęci i dziesięć kilometrów do najbliższego sklepu z alkoholem.
W ludzkiej osadzie my, Hauptcioteczka, Hauptwujaszek i dwa domy dalej - para Finów z Tampere.
FINÓW!
FINÓW, którzy przyjechali z Tampere fiatem Pandą!
Do Enerde!
Fiatem Pandą!
Na Sylwestra do Enerde!
Z Tampere!
Pandą!
Jakiż to sekret mógł się za tym kryć? Jaka motywacja przycisnęła Topika i Topcię, żeby wbić się w Pandę i jechać tydzień do Enerde, by witać nowy rok w samym środku bagien w deszczu wiewiórek i dzików, gdzie każdy spacer nad jeziorem groził dostaniem w twarz łabędziem.
Międzynarodowy przemyt rubinów?
Pomyłkowy zjazd z autostrady za Helsinkami?
Przemyt umlautów?
Świeże warzywa z mrożonki?
Jakaś pochopna obietnica, by rozsypać prochy przodka?
Co było tutaj, czego zabrakło im w ojczyźnie Stu Tysięcy Jezior i jeszcze ładniejszych okoliczności przyrody, do których w dodatku Fińczycy tradycyjnie zwykle dorzucają saunę gratis?
Wytrzymałam dwa dni tych wewnętrznych, targających mną spekulacji.
Trzeciego dnia wdziałam sztormiak i zaczaiłam się na Topika i Topcię w krzakach, udając, że zbieram jagódki.
Gdy po kwadransie Topik i Topcia wynurzyli się zza zakrętu z fruwającym na smyczy dobermanem (Doberman! W fiacie Panda! Z Tampere! Do Enerde!) nie było już we mnie entuzjazmu Pollyanny dla sąsiedzkich pogawędek, i z rozmokniętej, osmaganej wichurą fizys wycharczałam jedynie ‘WARUM?’ próbując jednocześnie wyplątać sobie wiklinowy koszyczek z koafiury.
Topik upewniwszy się, że zrozumiał sens mojego egzystencjalnego niepokoju (‘WARUM tu, na bogów nordyckich, a nie nad jeziorem w Tampere, w norce ze śniegu i z całodobowym dostępem do sauny?!’), odwrócił się do żony, opatulonej, jako i on w kurtkę z karibu, obszytą wokół kaptura ziemską powłoką polarnych lisów i zagaił ją melodyjnym, ojczystym gulgotem obfitującym w przegłosy. Małżonka radośnie odgulgotała. Topik przetłumaczył.
- Gdyż żona nade wszystko lubi ciepły klimat!

Przyjmijcie, więc na 2019 rok życzenia, by każdemu z nas spełniało się według potrzeb!
(Cokolwiek o tych potrzebach myślą nasi sąsiedzi.)


PS Jak dobrze znów poczuć pismo nosem! [mryg]

©kaczka