Image Slider

[407]

[17 Oct 2019]

(...)
Okrętem dowodził kapitan o imieniu Manuel.
Manuel Panzerfaust.
Imię to, rzecz jasna, każdemu kto oglądał ‘Hotel Zacisze’ natychmiast winno wystukiwać w głowie sygnał S.O.S i odpalać ratunkowe race. Tymczasem poziom mej despracji, by odbyć tę podróż, sprawił, że od tych niepokojących danych personalnych nawet nie zacisnęłam mocniej troczków  kamizelki ratunkowej.

Kapitan Manuel wyznał przy wódce, że od dzieciństwa marzył o rzeczach wielkich. Zapewne odwrotnie proporcjonalnych do swego nienachalnego wzrostu.
Kapitan Manuel był bowiem drzewkiem bonsai pośród oficerskich smreków. Gdyby ubrać Biskwita w czapkę, ozdobić adekwatną ilością gwiazdek i pasków oraz zaplanować akcję po zmroku, możliwe, że Biskwit przeniknąłby na mostek i dziś bylibyśmy już u brzegów Australii.
Historia szła tak, że od dzieciństwa śnił  Manuel o morzach i oceanach, ale brzydził się martwą rybą, niedojrzałymi bananami i kontenerami plastikowych misek z Chin, wybrał zatem przeładunek niemieckich emerytów.

Korab nasz był długi na czterysta łokci, a projektant jego wnętrz najwyraźniej inspirował się Titanikiem (przed katastrofą). Niestety,  ograniczenia budżetowe pozwoliły mu realizować wizję jedynie w sklepie niemieckiej marki meblowej Poco. Złoto, srebro, pasteloza i brylantoza, a wszystko to z tombaku, sklejki, polichlorku winylu i przetworzonych butelek PET.

Codziennie o świcie wymykałam się z kajuty, darłam na najgórniejszy pokład, budziłam drzemiącego w stercie kocy stewarda, który półprzytomnie wydawał gorące napoje, i łaziłam w kółko przez godzinę lub dwie, radując się samotnością i naparem z rumianku, nim poderwały się z łóżek me dzieciny, a zaraz po nich emeryci. Niewielu było takich, którzy zaczynali dzień o piątej rano (oprócz mnie rodzice niemowlęcia z tymże rześkim niemowlęciem i pięciu emerytów, którzy dym z cygar strząsali na swe aparaty tlenowe), więc szybko stałam się rozpoznawalna. Ikona poranka po trzydziestym piątym okrążeniu i czwartej herbacie z ziółek.
Przysięgam. Nigdy mi się nie znudziło.
(Nawet teraz, gdy wpadam we wnyki zebrań w fabryce, przymykam oczy, marszczę brew symulując skupienie i nadal tam chodzę.)

Przez trzy tygodnie morze było gładkie jak stół, aż w końcu zakipiało już w drodze powrotnej, gdzieś między Grenlandią i Islandią. Przez dwa dni i dwie noce ciskał nami sztorm o rozmachu dziewięciu Beaufortów. Podłoga uciekała spod stóp. Fale z pianą na pyskach uderzały w bulaj i z irytującym, rytmicznym hałasem rozbijały się o burty. (Oto i powód, dla którego kabina trzeciej klasy na dziobie jest tańsza.) Biskwitowi doskwierał globus. Ja wbrew rozsądkowi leczyłam się dietą z frytek, których dzięki okolicznościom i wyeliminowaniu konkurencji wreszcie było pod dostatkiem. Dynia z garstką rówieśników grała w grę salonową ‘Kto ostatni puści pawia?’ i podobno wygrywała, nawet bez dopingu z aviomarinu. Najgorsze momenty zgodnie postanowiłyśmy przespać, nawet jeśli oznaczało to ubranie się w pidżamy zaraz po obiedzie.
Co tam!
Powidoki wynagrodziły wszystko.













Aappilattoq. Metropolia pośrodku przesmyku. Stu trzydziestu jeden mieszkańców.

cdn.

(...)
Szkoła imienia Ofiar zaskoczyła nas już w dniu rozpoczęcia roku szkolnego. Dynia przyniosła zeń list odwołujący wszelkie weekendowe zadania domowe, a w zamian zastępujący je propozycjami: wyjdź na plac zabaw, zagraj w grę planszową, zapatrz się w chmury, odwiedź pradziadka, wyczyść rodzicom przynajmniej trzy pary butów, przeczytaj książkę.
Moja euforia trwała równe piętnaście sekund. Przez piętnaście sekund myślałam o placówce z czułością. Oto wreszcie wszyscy gramy do jednej bramki! Oto naszym wspólnym, nadrzędnym celem jest dobrostan przyszłości narodu! Nurzałam się w tym szczęściu do chwili, gdy odkryłam treść drobnym drukiem. Zadania domowe z trzepania dywanów i chodzenia boso po rosie (identyfikuję wpływy pedagogiki Montessori i metafizyki Coelho) mają być obowiązkowo udokumentowane jednostronnicowym esejem na papierze formatu A4. Mniemam, że nic tak nie pociągnie cherubiątek ku karierze literackiej jak konieczność napisania wypracowania o pastowaniu kozaków.

Gdyśmy już przyzwyczaili się do myśli, że odtąd przynajmniej raz w roku będziemy mieć czyste buty wypolerowane maczugą Melpomeny, szkoła podjęła temat bezpłatnych zajęć pozalekcyjnych. Dotychczas był to chór szkolny, lekcje gry na flecie oraz gimnastyka. W tym roku, w swej niepojętej hojności szkoła dorzuciła gotowanie i francuski.
Piętnaście miejsc przy patelni z sadzonym jajem na boczku. Ośmiuset chętnych. Kwestionariusz wymagał wybrania zajęć w opcji pożądanej i alternatywnej. Na życzenie Dyni wpisałam gotowanie. Wbrew życzeniom –  francuski. Ponieważ wszyscy chcieli gotować, a nikt nie chciał uczyć się języków obcych, Dynię natychmiast umieszczono w grupie filologów romańskich  i tym samym, odebrano jej szanse na gwiazdkę Michelina. Przez dwadzieści cztery godziny byłam najmniej popularną matką na świecie. Na szczęście okazało się, że szkoła zaplanowała zajęcia pozalekcyjne na czas, gdy trwają regularne zajęcia lekcyjne (!) - francuski zaczyna się o 11:45! - do końca zatem nie wiadomo, kto będzie na nie uczęszczał (woźny i bibliotekarka?) Tajemnicy tej nie sposób rozwikłać, bo od początku tego happeningu naszpani od francuskiego jest na zwolnieniu lekarskim. Dynia nie może się zatem z zajęć wypisać. Ba! Według drobnego druku wypisanie się zasadniczo nie jest możliwe. Akt nieuzasadnionej apostazji karany jest obniżeniem oceny z dowolnego przedmiotu na świadectwie. Z niejednego pieca już w tej szkole sznycle jadłam, żeby zdawać sobie sprawę, że fakt, iż Dynia ma ustawowy wuef w czasie francuskiego niekoniecznie jest wystarczającą wymówką.
(W ramach daru od losu: dla sąsiadki zabrakło miejsca w grupie flecistek, co położyło kres porannym ćwiczeniom tuż przed wyjściem do szkoły i audiotorturom.)

Ustawowy wuef wpadł w tym roku w ręce naszpani od niemieckiego.
W każdy czwartek młodzież musi odpękać godzinę aktywności fizycznej w sali gimnastycznej, przebrać się z krótkich gaci, zaliczyć matematykę, łyknąć na stojąco obiad w świetlicy i zdążyć na szkolny autobus, który powiezie ją na obowiązkowy basen. Dodatkowo po basenie Dynia łapie tenże autobus, wpada do domu, zarzuca kimono i na rowerze pędzi na trening. Do tego również w czwartki przedszkolna banda Biskwita wychodzi na cały dzień do lasu, co wymaga stroju kanadyjskiego drwala, scyzoryka, poduszki, latarki, pudełka na chrabąszcze i dzicze bobki oraz precli powieszonych na szyi na sznurku.
Ilość rzeczy, o których nie wolno mi zapomnieć w środę wieczorem jest bardzo wyczerpującą profilaktyką demencji. Komu scyzoryk, komu gumowe pantofle, komu strój do kąpieli, komu suszarkę do włosów, komu precla, by wabić dziki i wiewiórki?

Że sport to zło, mógłby zaświadczyć Norweski, któremu siódmoligowa, ukraińska drużyna siatkówki urwała podczas treningu nogę. Mógłby zaświadczyć, ale twierdzi, że nie zaświadczy, bo niby dzięki urwanej nodze nie musiał pląsać irlandzkich tańców ludowych podczas muzycznego weekendu w dzikiej głuszy, który zorganizowali nam Montessorianie. Jednym słowem, Norweski uważa, że wygrał. To klasyczne wyparcie, bo naszą godność osobistą straciliśmy na długo przed wywijaniem finałowych hornpajpów, co potwierdzi każdy, kto w tych dniach słyszał nas śpiewających w chórze. Obecnie Norweski czeka, aż noga mu przyrośnie z powrotem do reszty człowieka. Nie wiem, czy mi aż tak zależy, bo wreszcie fraza ‘skocz po...’ nabrała sensu.

©kaczka





[406]

[19 Sep 2019]

(...)
Nikt właściwie nie wiedział o naszych wakacyjnych planach, aż do chwili, gdy Dynia udzieliła wywiadu organowi prasowemu województwa i nagle stałyśmy się sławne. Może nie na cały kraj, ani land, ale już po Patriarszych Prudach [1] w spokoju przejść się nie dało. W rozmowie z dziennikarką Dynia wyjawiła bowiem, że nadrzędnym celem jej podróży na Grenlandię jest... iskanie żywych niedźwiedzi polarnych.

Iskanie niedźwiedzi przebiło meduzy z Fuerteventury.
Potęga prasy (i wyobraźni mej pierworodnej córki) oraz, być może, również nasza reputacja, sprawiły, że wszyscy w to uwierzyli, a w dniu wyjazdu cała ulica żegnała nas jak Amundsena i Perry’ego, raczej nie oczekując, że wrócimy.

Ta nagła sława i oślepiający blask reflektorów były mi nieszczególnie na rękę, bo dwa tygodnie przed podróżą solidnie zaniemogłam i do samego końca nie byłam pewna, czy dam radę dotrzeć do portu nie gubiąc przy tym walizek, torebki i woreczka (na przykład, żółciowego).
A tu dodatkowo presja społeczna!
A tu zapotrzebowanie na niedźwiedzie!
A tu Dynia rozdaje autografy [2]!
A tu sąsiedzi z kremem na odmrożenia i proszkiem na rekiny!
A tu medycyna przemawia głosem lekarza rodzinnego,  że nie daje gwarancji na moje narządy wewnętrzne!
(Do podróży przekonała mnie ostatecznie opinia pragmatycznej koleżanki z pracy, iż jeśli będę musiała skorzystać z usług grenlandzkiego szpitala to z pewnością, trzeba mnie tam będzie transportować helikopterem. Jednym słowem, wygrywam podwójnie, no, bo kto nie chciałby zobaczyć Grenlandii z lotu ptaka? No kto?)

Wypłynęłyśmy z Bremerhaven.
W 1991 roku Bremerhaven było moim osobistym Eldorado, do którego pozwolono mi wjechać przez granicę na Odrze, z paszportem wyjątkowo ścisłego zarachowania. Moim najcenniejszym wspomnieniem z tego osobistego raju pozostały hamburgery w styropianowych pudełkach z najprawdziwszego baru McDonald’s! Trzydzieści lat później Eldorado trochę się zużyło i wytarło na brzegach, podskoczyła mu wyraźnie stopa bezrobocia, ale ten McDonald’s jest tam nadal, w tym samym miejscu. Trochę stuningowany, ale wciąż wisi nad nim fragment oryginalnego szyldu!

Któż by zliczył, co się wydarzyło od tamtego pierwszego Maca, w ilu barach się jadło, a w ilu piło? Któż by wtedy przypuszczał [3], że po trzech dekadach będę w tych samych dekoracjach ustawiać do zdjęcia moje cherubięta! I jakie to znamienne, że natchnienia i refleksje nad sensem życia na innych spływają na szczycie Mont Blanc, drogi Kordianie, a kaczce to najwyżej pod barem i to wyłącznie szybkiej obsługi.

Był to zaiste bar szybkiej refleksji, albowiem Biskwit odkrył, że w Bremerhaven jest łódź podwodna wyciągnięta na brzeg (była już w 1991) i zażądał dostępu. Trudno rozwijać kruche wspomnienia młodości z bibułek i wstążeczek neuronów, gdy twoje dziecko próbuje zwodować przyspawany do nabrzeża okręt podowodny pełen turystów, więc pospiesznie zaniechałam nostalgii.

Biskwit w U-boocie wchodzi w nadświetlną.
Nasza podróż na Grenlandię, wyznać należy to już na wstępie, nie była romantyczną przygodą. Żaden DiCaprio, żadna Winslet.
(Z dekoracji Titanica wystąpiły jedynie góry lodowe i kajuta trzeciej klasy.)  Zaokrętowałyśmy bowiem na statek zdolny pomieścić oprócz nas milion niemieckich emerytów złaknionych egzotycznej przygody. Ten milion emerytów na widok Dyni i Biskwita podzielił się natychmiast na dwa obozy. Jeden z miejsca uznał dzieciny za rujnujący wakacje, plugawy pomiot szatana, drugi próbował odnaleźć w nich swoje pozostawione na brzegu puci-puci wnuki.  Kolaborowanie z drugim obozem pierwotnie przynosiło Biskwitowi pewne zyski. Aczkolwiek, okazało się, że nawet najróżowsze lico i najjaśniejszy błękit ócz nie dają przewagi w krwawym wyścigu po ostatni kawałek tortu z wisienką. Pobrawszy taką bezwzględną lekcję od życia, Biskwit przeanalizował strategię i miast stawać do niepewnych zawodów z emerytami, zahipnotyzował okrętowego kucharza. Odtąd każdego poranka Biskwita witał stos spersonalizowanych naleśników (naleśnik jako kanwa dla obrazów z czekoladowych bobków), przy obiedzie nigdy nie zabrakło dlań makaronu sauté z frytkami, majonezem i kiszonym ogórkiem, a tort i wisienkę regularnie produkowano dla Biskwita w obiegu niezależnym.
Biskwit pławił się w luksusie, a pozostali cieszyli się tym, co było dostępne.
A najbardziej ze wszystkiego dostępne było morze.









Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.



©kaczka

[1] Nie da się ukryć, że fundament miejscowej populacji coraz bardziej opiera się na przybyszach znad Cichego Donu. Kilka dni temu w spożywczym odruchowo wyrwało mi się Spasiba i Do swidaniya i nikt w kolejce – oprócz mnie samej – się nie zdziwił.
[2] Na dwudziestu egzemplarzach gazety, które wyłudziłam ze zwrotów do Redakcji

[405]

[30 Aug 2019]

(...)
Do końca wakacji wciąż długie dwa tygodnie, więc dzieciny uczęszczają na półkolonie. Gdzieś muszą uczęszczać, bo nikt nie chce ich wpuścić do kasyna, a i bary niekoniecznie otwierają się już o ósmej rano. No chyba, że mleczne?
Półkolonijne bachanalia  organizuje Klub Przyjaźni Niemiecko-Amerykańskiej imienia Walta Whitmana. (A może Walta Disneya?)
Zapisuję tam progeniturę raz po raz,  a dla własnego dobra już dawno powinnam zaniechać tego procederu.
Kolonie są na wskroś amerykańskie, co może nie przejawia się w nieograniczonym dostępie do broni palnej, ale za to w rozmachu podejmowanych wyzwań.
Jeśli portret Abrahama Lincolna to najlepiej mural. Jeśli kopia Statuy Wolności z masy solnej to w skali 1:1. Jeżeli domek dla ptaków to wyłącznie dla kondora kalifornijskiego.
A potem, wszystko to, i mural, i słup soli, i penthouse dla zwierzęcia, należy zabrać do domu.
Tramwajem.
Jak dotąd, ze względu na ograniczenia wiekowe, na półkolonie uczęszczała tylko Dynia. Tym razem dołączył Biskwit, co zdublowało liczbę produkowanych artefaktów.
Dwa murale, dwie statuy, dwa apartamenty z garażem i lądowiskiem dla helikopterów, czterdzieści osiem własnoręcznie pokolorowanych flag stanowych, słoik po maśle orzechowym XXL przerobiony na Mount Rushmore, Pentagon ze sklejki, indyk z papier mâché i pierwsi osadnicy wyciosani w mydle na wzór grupy Laokoona ...
Wystarczy wyjść z tym na ulicę i natychmiast człowiek czuje się jak parada na Dzień Dziękczynienia.
Brakuje jedynie balonów, ale – igram z losem - to pewnie kwestia zorganizowania przed śniadaniem jednej lub dwóch cystern lateksu.
Efektem ubocznym półkolonii, oprócz mojej przepukliny, jest autorska piosenka Biskwita, której pierwsza i jedyna zwrotka brzmi:
OH, SAY, CAN YOU SEEEEEEEE...
I LOVE MYSELF!
I LOVE MYSELF SOOOOOO MUCH!

(Bo zbiegiem okoliczności szlagier ten jest na melodię ‘Gwiaździstego sztandaru’.)
Nikt, kto zna Biskwita, nie wątpi w moc tego uczucia.
Ale jakie to pożyteczne, że dzięki czcicielom Whitmana, Biskwit może je ot, swobodnie wyrażać w jeszcze jednym języku.

©kaczka

[404] Na co dybie w wielorybie...

[27 Aug 2019]

(...)
Jak żyję, nie przypuszczałam, że pruski wokabularz czymkolwiek mógłby mi zaimponować.
Bijąc się w pierś przyznaję, że gardziłam derdiedasem i zumbeispielem, słownikiem Dudena podpierałam szafy, za nic miałam Goethego, Schillera i ich egzaltowane umlauty.
Chronicznie obcując z miejscowym narzeczem, w pewnym momencie wyzbyłam się złudzeń, że można go użyć do czegoś bardziej romantycznego niż ulotka maści na hemoroidy.
(W tym miejscu bardzo przepraszam wszystkich amatorskich i profesjonalnych filologów germańskich. Uwaga! Spojler. Zaraz będzie o tym jak sie nawróciłam.)
Aż tu nagle, gdzieś na semantycznym przednówku potknęłam się o słowo idealne i oniemiałam z zachwytu.
Die Vorfreude.
Przedradość?
Ekscytująca antycypacja?
Moment przed otworzeniem prezentu?
Chwila przed wyruszeniem w podróż?
Idealne słowo, którego przez lata daremnie szukałam w tylu językach, znalazłam - o ironio! - w tym, który najbardziej lekceważyłam.
Teraz już wiem, że stan przedradości towarzyszył mi przez ostatnie osiemnaście miesięcy, choć dopiero od góra dwóch umiem go nazwać z tą fascynującą, analityczną, niemiecką precyzją.
Osiemnaście miesięcy temu kupiłam bowiem bilet w podróż na czubek globusa i złożyłam śluby milczenia w tym temacie, z obawy, że życie na pewno znajdzie jakiś sposób, by próbować pokrzyżować mi plany.
(Nie myliłam się. Życie naprawdę przyłożyło się do tej roboty, próbując wykonać dwieście procent normy w krzyżowaniu.)
Teraz już mogę opowiadać, bo wróciłam.
Wróciłyśmy, ja i moja progenitura, z podróży.
Trzy tygodnie.
Sześć tysięcy mil morskich.
Kabina rozmiarów szafki na buty, a w niej ja, Dynia, wszystkie osobowości Biskwita, kalesony z merynosów i sześć zimowych kurtek z podpinką.
(Bywało ciasno. Bardzo ciasno.)
Tadam!
Zdobyłyśmy Grenladię (zanim kupił ją Donald).
Trasą przez Szkocję, Islandię, Prins Christian Sund, przez Nuuk, przez Morze Labradorskie aż do osady Ilimanaq, w której mieszka siedemdziesięciu Inuitów i trzy, a może trzydzieści razy tyle grenlandzkich psów (trudno było liczyć nogi w  masie), które z miejsca uznały Biskwita za część swojego stada.
Temat na osobną historię.
Na początek zatem pozostawiam dowód na to, że żaden ze mnie Attenborough (chociaż i on by się spocił starając się utrzymać Biskwita na pokładzie mikroskopijnej łódki) oraz że mimo spektakularnych wysiłków nie udało nam się ustalić: na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa!

 


©kaczka

[403]

[18 Jun 2019]

(...)
Czerwiec, jak zwykle, ledwie mieści rozmach obchodów kolejnych (DZIEWIĄTYCH!) urodzin naszej pierworodnej dzieciny.
Z czerwca, jak na razie, pamiętam głównie silos mąki i wagon kakao, które przerabiałam nocami na czekoladowe wypieki o rozmiarze satysfakcjonującym apetyty szkoły, świetlicy,  ulicznego gangu, klubu sportowego, siedemnastu nieletnich baletnic (low fat, low sugar ) i czworga uczestników lekcji amerykańskiego (high fat, high sugar i kilka wiader lentilek).
Sprzyjającym zbiegiem okoliczności w dniu urodzin Dyni w mieście występowała jej ulubiona szansonistka, artystka jednego przeboju, prawdziwy one-hit wonder, co zgrabnie rozwiązało problem prezentu dla dziecka.
Na koncert dziecko i swoje fobie społeczne zabrał Norweski. Miejsca stojące pod sceną zajęli o siedemnastej i już o dwudziestej pierwszej, tuż po trzech niekończących się supportach, doczekali się wokalistki.
Wokalistka, szpakami karmiona, swój największy i jedyny przebój zaśpiewała przed jedenastą na zakończenie koncertu, więc niestety, w międzyczasie Dynia straciła miejsce przy samej scenie na rzecz interwencyjnych frytek i ratunkowej coli. Nie wiem, czy to przez colę, inne substancje odurzające, a może przez przypadkowe dotknięcie wchodzącej na scenę artystki [1], ale gdy pierworodna córka wróciła przed północą do domu to ominęła mnie w drzwiach, omiotła niewidzącym wzrokiem i na autopilocie poszła do siebie... odrabiać zadanie domowe z matematyki.
O północy (!)
Zadanie domowe (!)
Pierwszego dnia ferii (!)
Zadanie domowe (!)
Z  m a t e m a t y k i (!)
(Jeśli Dynia na dopalaczach, po jednym przeboju, w mgnieniu oka rozwiązuje dodawanie i odejmowanie do tysiąca, to co dopiero musi dziać się po takim Woodstocku i jakie oblężenie musi przeżywać, abojawiem, Politechnika Białostocka?)

[1] Było dość ciemno, więc możliwe, zatem podtrzymujemy tę legendę.
 
(...)
Następnego dnia impreza przeniosła się do fabryki węglowodanów, gdzie dziatwa starannie wyselekcjonowana z listy tysiąca znajomych (temat przewodni urodzin: ‘Zaprośmy wszystkich, których znam oraz ich kuzynów!!!’) miała ukręcić sobie po lizaku.
Taki Willy Wonka w wersji ekonomicznej.
(Ostatecznie cherubięta ukręciły kilkaset, a przodownikiem produkcji był Biskwit, który zjadł tyle cukru ile ważył, a dalsze dwie tony przyniósł do domu w kieszeniach.)
Ta część obchodów minęła raczej bezstresowo. Mówię, rzecz jasna w swoim imieniu, bo personel fabryki wyglądał na dość znękany po wizycie tej rozkosznej gromady ludożerców. Również Norweski, który to na pięć minut przed rozpoczęciem imprezy odebrał telefon od Ludmiły, matki Aloszy, może mieć w tej materii inne zdanie. Matka Aloszy zażądała bowiem, by podbiec do jej samochodu... aber schnell... i odebrać Aloszę, gdyż jak okiem sięgnąć żadnego miejsca parkingowego na horyzoncie.
Niestety, Norweski nie przewidział, że matka Aloszy w swej wschodnioeuropejskiej fantazji zaparkowała na głównym skrzyżowaniu w mieście, skutecznie blokując ruch we wszystkich kierunkach i że on sam, prymus kodeksu drogowego, unosząc Aloszę z miejsca ożywionej dyskusji między Ludmiłą, strażnikami miejskimi, policjantem i pozostałymi uczestnikami ruchu drogowego zostanie, bez dania racji, z miejsca oskarżony i napiętnowany za współudział.

(...)
Innym fascynujacym doświadczeniem tych urodzin, eksperymentem na żywej tkance mózgowej (mojej) okazała się lektura kartek z życzeniami, które współosadzeni z klasy imienia Wszystkich Zjednoczonych Księżyców Saturna przygotowali dla Dyni w ramach swojego zadania domowego.
I tak oto dowiedziałam się, że słowo ‘ÓRODZINY’ można zapisać na szesnaście różnych sposobów, z których żaden nie jest tym siedemnastym, bezwzględnie zalecanym przez pruski słownik ortograficzny. Okazało się również, że dla niektórych autorów życzeń nawet własne imię po trzech latach publicznej edukacji stanowi poligon krwawej walki z ortografią. I tu na miejscu szkoły imienia Ofiar nie klepałabym się już  tak ochotnie po pleckach w uznaniu dla dobrze wykonanej roboty.
Gdyż mam dowody, że jednak nie.
A te dowody są podpisane: JUZEK, RZANETTA oraz FOLFGANK.

(...)
Tymczasem natura nie spuszcza oka z mojej potencjalnej próżni.
Siedzę o poranku przy stole, ślepia przecieram, a przez otwarte drzwi do ogródka wchodzi ptasisyn-wróbelek z kijkiem w paszczy.
I dalejże realizować na moim dywanie jakieś dzikie fantazje dewelopera.
Że niby tu będzie gniazdo, tam tysiąclatka, pod parapetem sklep wielobranżowy, a tu meblościankę szwagier wstawi...
Pogoniłam skłotersa ciskając weń, przyznaję, raczej nielogicznie - kromką chleba.
Gnał tak, że patyczek zgubił, a potem mściwie zdefekował na ogrodowe krzesło.
Impertynencja przyrody ożywionej przechodzi ludzkie pojęcie. Przechodzi je, dodajmy, po moich dobrach doczesnych!

...Policja? Proszę przyjechać i zdjąć odciski dzioba!...
©kaczka

[402]

[26 May 2019]

(...)
Natura niezmiennie w ofensywie.
Tym razem postanowiła odbić nam szopę na rowery. Taką ustawioną w kącie ogródka budkę ze sklejki zamykaną na klucz od skarbonki, opcjonalnie na wsuwkę do włosów lub spinacz do papieru.
Gniazdo najpierwszy zauważył Norweski, gdy w majowym słońcu udał się do szopy po kosiarkę do trawy. Trawa naonczas sięgała nam już po szyje, więc do szopy nie było łatwo trafić.  Norweski poszedł i długo nie wracał, co faktycznie przez pierwsze kilka dni można było tłumaczyć rozmachem ogrodowej flory, ale gdy minął tydzień, a małżonka nadal nie było, wyruszyłam z ekspedycją ratunkową. Znalazłam Norweskiego w szopie, zapatrzonego w zwisającą z sufitu plastromiodową konstrukcję. Mójże David Attenborough siedział na kosiarce i jak wyjaśnił, cierpliwie czekał na powrót właściciela tej samowoli budowlanej.
Krew się we mnie zagotowała, że oto znów natura przysyła mi nagie miecze i zażądałam od Norweskiego brutalnej eksmisji dzikiego (sic!) lokatora.
Gdy dzień później dzieciny wyciągały z szopy swoje jednoślady zastały na podłodze nieboszczyka w formacie wyrośniętej osy. Wiem, bo przyniosły zwłoki i zbeszcześciły je wrzucając w miskę owsianki. W przygotowanej naprędce wersji dla Biskwita, mocno zbulwersowanego nieżywością owada, insekt potknał się myjąc okna w swoim bungalowie i uległ nieszczęśliwemu wypadkowi ze skutkiem śmiertelnym.
Tego wieczora pogratulowałam Norweskiemu udanej akcji snajperskiej, ale jednocześnie wyraziłam życzenie, by snajper, mając na względzie, delikatną konstrukcję psychiczną swego młodszego dziecka, na przyszłość lepiej ukrywał zwłoki.
Norweski na to, że o czym ja tu mówię i że chyba nie myślałam, że on mógłby skrzywdzić muchę?
(No nie, trochę jednak myślałam. A nawet miałam nadzieję.)
Tajemnica rozwiązała się sama.
Gdy  następnego poranka otworzyłam szopę, aby dobyć zeń rowery, okazało się, że puste gniazdo, a właściwie to cała szopa, jest już zajęta. 
Przez samotną osę rozmiarów latającej bagietki.
Internety nie pozostawiły wątpliwości, że bagietka to Raskolnikow świata błonkoskrzydłych i że wcześniejsze zwłoki na pewno nie zginęły śmiercią naturalną. (Chyba, że za naturalne uznamy krwawe walki plemienne ukoronowane bratobójstwem.)
Przez następne dwa tygodnie odzyskiwanie rowerów z szopy odbywało się etapami. Najpierw ja skradałam się do drzwi, otwierałam je znienacka, a potem jako żywy cel biegałam po ogródku, aby odciągnąć buczącego jak helikopter skurczybyka od szopy i rowerów. Gdy ja po tym ogrodzie, zygzakiem, w pidżamie i szlafroku, dzieciny zabezpieczały pojazdy odprowadzając je na bezpieczną odległość. Wtedy już tylko wystarczało podbiec do szopy, zamknąć drzwi kopniakiem, odczekać chwilę aż insekt na sterydach wlezie znów do środka szparą nad drzwiami i obijając się od półek wewnątrz, przesunie tę szopę o kilka metrów w przypadkową stronę.
Uff.
Zanim opracowaliśmy strategię pozbycia się intruza (Straż pożarna? Miotacz płomieni? Obudowanie szopy żelbetonowym sarkofagiem?...) osa zniknęła.
Nie ma jej od kilku dni.
Możliwe, że wyjechała do rodziny. Możliwe, że znalazła lepszy lokal. Zupełnie niemożliwe, że coś ją  zeżarło.
Boję się tam zajrzeć po weekendzie, bo jeśli natura postanowi być konsekwentna i dokwaterować coś o większych gabarytach to jutro z szopy wyfrunie jastrząb.
Albo archeopteryks.

[EDIT: dzieciny właśnie przyniosły wiadomość, że przez trawnik idą mrówki. W niekończącym się pochodzie.]

(...)
Biskwit na stanowisku kierownika wszechświata ma się bardziej niż doskonale.
Odkąd TEN supermarket pod przedszkolem okleił się sezonową ofertą: wymieniaj ojro na punkty, a punkty na warzywa i frukta z poliestru, zbiorową wyobraźnię gangu przedszkolnych kurdupli opanowała żądza posiadania Adalberta Ananasa lub Kurta Kabaczka.
I tak, od miesiąca, każdego dnia w drodze do placówki Biskwit czynił pod Lidlem obowiązkowy przystanek na załamanie nerwowe na tle nieposiadania i za nic miał moje żałosne kontrargumeta o potrzebie powstrzymania niekotrolowanego przyrostu nienaturalnego pluszowych wypierdków.
Poranna rutyna.
Tu Biskwit zawodzi wklejony w baner. Tu siedzę ja na krawężniku pod sklepem i przeklinam dział marketingu Lidla.
Maj nas nie oszczędza, więc zazwyczaj jeszcze leje deszcz.
Tymczasem przedwczoraj.
- Ale ja chcę! – zawodzi Biskwit. – CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ! Chcę Ksenofonta Kalafiora!!!!! I Belzebuba Botwinę!
I nagle, kompletnie znikąd, nadciąga trąba powietrzna w wersji kompaktowej i ciska pod stopy Biskwita trzy foldery reklamowe, puste opakowanie po jogurcie i gdy pył opada ... piętnaście, lekko zmemłanych nalepek, które można od ręki wymienić na wypchlaka. 
Od ręki!
Biskwit wywraca oczami, prycha że no wreszcie, bo ileż można, wchodzi do sklepu...
... i tak mamy w domu Thorstena Truskawkę oraz... Jensa Jarmuża.
Bo podobno kolejka przy kasie wzruszyła się małym, samotnym cherubiątkiem i zrzuciła się 
w nalepkach na Jarmuża. 
Nasuwa się tu retoryczne pytanie, czy los ulitował się nade mną, żebym nie dostała wilka od krawężników, czy po prostu spełnił swój psi obowiązek względem Biskwita?

(...)
Tak się zdarzyło, że byłyśmy z Biskwitem w Polsce.
Pociągiem.
A nawet czterema.
W tym jednym, który wyprzedzają rowerzyści na trójkołowych rowerkach.
Być może przez pomyłkę wykupiłam jakąś nostalgiczną wycieczkę przez Enerde, bo pociąg zatrzymywał się na każdej stacji i... TRWAŁ. Podróżujący wysiadali, robili zakupy w centrach handlowych, zaciągali kredyty, rodzili się, umierali, wypalali sztangi cygaretów, jedli trzydaniowe obiady z poczwórnym deserem i gdy wracali pociąg nadal był tam, gdzie go zostawili. Nie była to może wieczność, ale dwa razy udało nam się przeczytać ‘Kometę nad Doliną Muminków’, a siedząca obok współpasażerka opowiedziała swemu ojcu o wymianie międzyszkolnej z Majorką. Dwadzieścia razy. (Czuję, jakbym sama tam była i dylała z Miguelem na pożegnalnym baunsie.)
Polska była dla nas miła, czuła i nadzwyczajnie powściągliwa w komentarzach typu ‘a gdzie czapeczka?’
(W sumie to bardziej winna pytać ‘dlaczego czapeczka i to na podwójnym futrze?’, bo w każdą podróż w tym roku udajemy się odziani kompletnie nieadekwatnie do warunków meteo. Tak, 
w Polsce było wyjątkowo gorąco i onuce z foki przykleiły nam się do asfaltu.)
Ten Wersal trwał pięć dni, nikt nie był mi winien grosika (!), nikt nie był mi winien porad jak hodować dzieci do lat pięciu (!).
Aż do ostatniego chwili.
Już, już wsiadałyśmy do pociągu, by odjechać w dal z nowym paszportem z nieco zaskakującą wlepką-niespodzianką ‘Bóg, Honor, Ojczyzna', gdy zatrzymała nas aktywistka z #teamKonopnicka #teamNieRzucim i dalejże, czy ja nie mam sumienia żeby to słowiańskie pacholę, tę sól pyzatą i rumianą ziemi Piastów na poniewierkę wydawać? 
- ... hę?... – zapytałam. 
- ... hę?... – zapytała sól piastowskiej ziemi.
Wszak tam, TAM! (tu wskazanie ręki, z rozmachem, na zachodni horyzont) Tam za Kołbaskowem przerabiają polskie dzieci na gumę do żucia w kulkach i proszek do prania Omo. Za Kołbaskowem Sodoma, dżender i automaty do skupu butelek.
I co?
Samosprawdzająca się przepowiednia Sybilli z peronu numer osiem!
Dwa tygodnie poźniej odbieram Biskwita z urodzinowej imprezy za Kołbaskowem i drzwi otwiera mi pięcioletni Grek płci męskiej omotany koronkową sukienką i w złotych koralach na szyi.
Z głośników dudni ‘We are all living in America’, a Grek (przypominam: sukienka, korale, płeć społeczna) dzierży w rękach piłę mechaniczną.
Z polichlorku winylu.
I dżender, i Sodoma.
Gdy zdjęty z lampy pod sufitem, zagotowany z emocji Biskwit po tygodniu ostygł, wytrzeźwiał 
i nawiązał kontakt ze statkiem matką, rzecz jasna, zadałam pytanie o kontekst kulturowy wydarzenia. O co chodziło z tą piłą. I, na Zeusa, z sukienką?!
Okazało się, że Biskwit zainicjował grę towarzyską w Davida Copperfielda przepoławiającego swoją asystentkę.
I Androkles wszystko zepsuł, bo chciał jednocześnie być przepoławianym i przepoławiającym.
Nie potrzeba peronowej Sybilli, by mieć jasność,  że raczej nas już więcej nie zaproszą.

(...)
Byłam na wywiadówce w szkole imienia Ofiar.
Tak wyszło. Norweski nie mógł. Poszłam, choć uprzedzałam, że to się nie może udać.
Nie udało się.
Naszpani podciągnęła rękawy, odsłoniła tatuaż i już do końca, czyli jakąś wieczność plus dodatkowe dwie godziny, by wyłonić przewodniczącego trójki klasowej, próbowałam odcyfrować co oznacza: ONUSTR.
Imię dziecka? Ulubiony klub sportowy? Uniwersalne hasło do konta bankowego? Inicjały pierwszych narzeczonych? 'What Would Jesus Do?' po fińsku? Wpadka z krótkowzrocznym tatuażystą w salonie w Magaluf?
ONUSTR? STRUNO? NUSTRO? USTRON?
Na litość!
Tortura jak w korespondencyjnej grze w Scrabble.
I gdy pod koniec wieczności byłam już tak zdesperowana, by wstać i zapytać, w tym właśnie momencie naszpani podniosła rękę (głosowanie nad niższością kanapek z nutellą) i ujawniła cały tatuaż.
...
...
...
BONUSTRACK.
...
...yyyyyyy...
BONUSTRACK???
Nie, nadal nie rozumiem, ale doceniam, że nie Comic Sansem.

©kaczka

[401]

[10 May 2019]


(...)
Ostatnimi tygodniami intensywnie ratuję pomidory całego świata przed apokaliptyczną zagładą lub dla odmiany, myję martwy, oskubany drób tym, co wpadnie mi w ręce, by zatrzymać pochód morderczych bakterii.
Jestem, nieskromnie mówiąc, Batmanem keczupu i Wonderwoman pakowanych próżniowo kurczęcych udek.
W tych okolicznościach łatwo byłoby mi popaść w samouwielbienie, wykrochmalić sobie spandex i  utracić kontakt z rzeczywistością.
Fatum jak zwykle dba, abym przesadnie nie lewitowała.

Najpierw był gołąb.
Gołąb wykorzystał naszą nieuwagę i wprowadził się pod dach, nim jeszcze zdążyliśmy zrealizować nasze fantazje o jastrzębiu na fotokomórkę odstraszającym ptaszyny plejlistą Krzysztofa Krawczyka.
Gołąb przez trzy tygodnie włączał się o piątej rano, a jego wściekłe gruchanie obijało się o sklepienie dachu i wracało ogłuszającym echem.
Cały dom od świtu wypełniało tępe: GRUCHU GRUCHU GRUCHU.
Liryka nieodkrywcza, a emisja z taką siłą jakby spotkały się, co najmniej, dwa chóry Armii Czerwonej.
Gdy wreszcie gołąb zamilkł, gdyż albo zmienił miejscówkę, albo się śmiertelnie wyczerpał, natura natychmiast zajęła tę próżnię, jednocześnie spełniając moje marzenia o iskaniu szympansów w  Gombe.
Dziewczęta przyniosły do domu wszy.
(Jaka Jane Goodall takie to i szympansy.)
Do klasera życiowych doświadczeń dołożyliśmy zatem kupowanie szamponu z arszenikiem przez mikroskopijne okienko w nocnej aptece.
Norweski ponoć się krygował przed tym okienkiem, że może wszawica to nie aż taka kryzysowa sytuacja by blokował tu nocą kolejkę. Tę, która zdążyła się już za nim ustawić i dwa razy zapętlić. W  odpowiedzi farmaceutka w milczeniu przyniosła całą skrzynkę szamponu z zaplecza. Dla Norweskiego i dla pozostałych uczestników kolejki.
Mamy tu najwyraźniej epidemię.
Trochę jest więc jak w Gombe, trochę jak na planecie Fiorina 161.
W Gombe, bo podobno iskanie zacieśnia więzy u naczelnych. Na Fiorinie, bo po postrzyżynach wszyscy wyglądamy prawie tak jak porucznik Ellen Ripley.
(Bywa też jak w Dickensowskim sierocińcu, gdy oto Biskwit na kolanach zbiera z podłogi swe powyrywane grzebieniem loki, przygarnia je do piersi i pyta, czy może chociaż wszy adoptować, bo przecież NIGDY nie kupiliśmy mu jeszcze żadnego zwierzątka!)

Ale to wszystko to wciąż nic w tym pochodzie upokorzeń i cierpienia sponsorowanych przez faunę.
Gdy wczoraj o świcie Norweski odpalił swoją limuzynę, ta zasygnalizowała dramatyczny ubytek płynu chłodniczego. To, że wyparował było mało prawdopodobne, bo akuratnie temperatury są
w tych rejonach raczej ujemne, a i automobil, jak raz, właśnie wrócił od mechanika
z błogosławieństwem na kolejne czterdzieści tysięcy mil morskich.
Tenże mechanik, do którego Norweski poturlał auto z pretensją, zajrzał pod maskę, a następnie oddzwonił, żeby poinformować, że na całym układzie chłodzenia znalazł ślady... zębów.
Cień podejrzenia padł na narzeczonego Biskwita, który znany jest z załatwiania porachunków między pięcioletnimi gangsterami przy użyciu kompletu mleczaków.
Jednakoż mechanik przekazał, że CSI Białowieża ustaliło, że zęby należą do...
...
...
...
...
...
...
KUNY!
W ten sposób utrwaliłam sobie, że w tubylczym kuna to Der Marder.
Milion ojro później (rachunek za protetykę perforacji wykonanej siekaczami i zainstalowanie ultradźwiękowego odstraszacza kun, tygrysów bengalskich i hipopotamów) uważam, że nazwa jest wyjątkowo adekwatna.
Der Marder.
Der M A R D E R F U C K E R.



©kaczka