1109-1110

[3-4 May 2012]

(...)
Pfffff... Pfffff... Pfffff...
PFFFFFF...

Włosy, włosy, włosy rosną.
Z każdą sekundą milimetr.
Rosną, daję słowo, że słyszę.
Zaraz się o własną grzywkę potknę.
Zaliczę na twarz wywrotkę.
Zaraz się po grzywce zaczną wspinać gronkowce, co to nad ich krzywdą się schylam.
Zaraz wyjdą z szalki.
Zaraz niepodległość ogłoszą, wywołają pandemię, albo urynemię, albo sraczkę pospolitą.
Republikę otworzą.
Organ prasowy założą.
Pfff... dmucham w grzywkę, grzywka się unosi, opada, siecze prosto w oczy...
Grawitacja dziewięć koma osiem mucha nie siada.
Pfff...
Grzywka z hukiem spada.
Pffff... Pfffff...
Zaraz się potknę, przydepnę, do cholery!
Rzuć, rzuć Rapunzel, warkocze!
Grzywka jak sztandar łopoce.
Kiedy obciąć, jak obciąć, skoro fryzjer o dwunastej naście opcjonalnie o szesnastej aście?
Ten we wsi, co tnie, Fahrid, ciął w Legii.
Uwierzcie na słowo, ręczę taaaa... głową.
Poznać po tym, że wszyscy najemnicy z tej samej matrycy.
Nie wiem, czy strzyże żonę.
Żona okręcona.
Byłam u takiej Barbie, ale jak tu ciąć, gdy na kolanach dwuletnie lęki separacyjne się wiercą, się kokoszą.
Barbie brwi się wznoszą, tnie tu tam, lęki podskakują, jedno ucho mam... ał ał...
Taniej policzy z litości, czy przez to ucho?
Głucho.
Koniec, koniec, koniec mówię, trzeba ciąć, bo oszaleję.
Rano wstaję, nie ma takiej godziny na zegarze, nie ma, w drzwi salonu pięściami tłukę, art style director otwiera w piżamie, zapalają się światła, kawy, herbaty, wina? która to godzina, nie moja wina, że nie mam kiedy, nie mam, że mi włosy tak rosną, że z tego co wyciął lamę możesz sobie złożyć i jeszcze na sweterek zostanie na stanie. Oto produkt najlepszy, ziewa art director, wstaniesz piętnaście minut wcześniej tu umyjesz, tam wklepiesz, tam przyklepiesz, jakie piętnaście minut pytam, nie mam piętnastu minut na zbyciu, by je poświęcać myciu, na deszcz lepiej wyjdę, a że ciągle tu pada...
Do domu wracam, włosy jak po tyfusie, we łzach art style director, bo za dużo, za ostre rysy, nie stać mnie na miękkie rysy, nie mam czasu na basseta łagodność wyrazu, tnij wszystko od razu... w domu drzwi otwieram, jak po tyfusie, siedzą, jedzą, widzą, nic! Nic, ani słowa! Że co?
ANI słowa?!
Gdzie twoja głowa, albo jakoś tak?
NIC!
Tło, matka tło.
I nie wiem, płakać, czy śmiać.
Się.
Oooooo....


©kaczka
20 comments on "1109-1110"
  1. Tylko wykrzykniki mi w glowie:)

    ReplyDelete
  2. O kurcze. Dobra. Wytrzymaj jeszcze trochę! Wygrywam dzisiaj w totka i przysyłam Ci prywatny śmigłowiec. O nic nie pytaj, tylko wsiadaj, a w pracy powiedz, że wrócisz za tydzień. W domu nic nie mów. Bo jeszcze Cię nie puszczą, a tak, może się nie zorientują? ;-))) Posiedzimy w spa z widokiem na tatrzański imażyk. Fryzjera stylistę też tam na pewno mają. Pakuj się. Idę skreślać.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Spa z widokiem?
      Stoje u drzwi z walizka.
      Moga mi sie u kolan obwiesic... wychodze!

      Delete
  3. ja się boję fryzjera bardziej niż dentysty. nie chodzę zupełnie, mam koszmarne włosy, bo trudno to nazwać fryzurą, ale boję się naszych zdolnych pań Mariolek. czekam aż ktoś mi dobrego poleci, ale jakoś nikt nie chce. za to jednego niezłego w Londku znam jakby co :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ototo! Problem jest kompleksowy. Wlosy mi rosna jak bambus. Sa geste i sztywne jak siersc dzika. Zeby toto ujarzmic trzeba ciac przez godzine, trzeba chciec ciac przez godzine i jeszcze miec wizje. We wsi bez szans...
      Do Londka mam osiemdziesiat funtow od osoby w dzien powszedni, budzet mi tego nie uniesie :-)

      Delete
    2. ojezusicku, co za ceny, a fe

      ja mam z kolei włosię przykłapłe i przyklejone do głowy. zawsze myślę, że fryzjer zrobi z tego puszysty fryz wystrzępiony na wszystkie strony. a wyglądam nieustająco jak katechetka. więc wolę już zapuścić i nosić wiecznie spięte. ale teraz desperacko potrzebuję stworzenia jakiejś fryzury i oczywiście nie wiem gdzie pójść.

      Delete
  4. Tośmy się zsynchronizowały!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jak szwajcarskie zegarki :-)

      Delete
    2. Donoszę, że Wiewiór zrobił mi z grzywki tyfus z zezem.

      Delete
  5. Może lepiej że nie widzą. Kupiłam nowe okulary-syn na to- wyglądasz jak babcia.
    ..................

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mamy te przewage, ze Dynia nie mowi :-)

      Delete
  6. This comment has been removed by the author.

    ReplyDelete
  7. mam! mam dobrą fryzjerkę i umiem się dzielić! Mało bierze. Przyjeżdżaj co 5-6 tygodni.

    Nie zauważyli, bo faceci tak mają, a Dynia jeszcze nie całkiem kobita.
    W PEWNYM wieku kobiety stają się niewidzialne, choć na razie to nie Twój przypadek.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wierze! Widzialam twoje wlosy.
      Ciac musze co cztery. Budzet. Nie uniesie.
      I no niby wiem, ze tak maja, ale nie opuszcza mnie mysl, jak Norweski opisalby mnie policji gdybym zaginela...

      Delete
  8. Faceci jak faceci, jak ścięłam włosy z takich do ramion na tak do brody, to jedna koleżanka po tygodniu zauważyła, za to inna mi wmawiała, że byłam u fryzjera, kiedy akurat na bank od dawna nie byłam. Prawie się obraziła, że ją wkręcam, bo przecież ona widzi, że jest inaczej :)

    Kaczko, też mam czasem ochotę tyfusowo się śćiąć (ale mąż straszy rozwodem), a grzywkę w desperacji nie raz ciachnęłam sama, zwykle z opłakanym skutkiem, ale w końcu szybko rośnie :)
    PS. Świetny poemat!

    ReplyDelete
    Replies
    1. mnie usilnie od kilku lat regularnie ktoś wmawia, że się farbowałam. a ja właśnie od tych kilku lat się nie farbuję

      Delete
    2. Mam na koncie kilka samodzielnie przystrzyzonych grzywek... i przekonanie, ze bogom dziekowac, slusznie, ze poprzestalam na swoich. Raz ostrzyglam psa, rodzina przez miesiac wyprowadzala go po zmroku:-)

      Delete
  9. kaczko, a może kurs samostrzyżenia od wydry? http://wydra.fotolog.pl/2309697,komentarze.html
    wg mnie za sposób na cięcie grzywki (ach, jak prosty i oczywisty!) należy się ogólnoświatowa nagroda sieci. ja dla odmiany wręcz przeciwnie - zapuszczam. też niezły horror. pozdrawia wioskowa

    ReplyDelete