[12 Nov 2014]
(...)
Naukę niemieckiego porównuję odważnie do układania okrągłej kostki Rubika.
Z zawiązanymi oczami.
Na czas.
Nic dziwnego, że mi to nie wychodzi, ale wszak nie od razu Berlin zdobyto.
Norweski nie jest w tej materii szczególnie przydatny, gdyż ortografii uczył się za Bismarcka i nigdy nie zadał sobie trudu, by przyswoić postrewolucyjne zasady.
Bywają więc te niesłychanie rzadkie momenty, gdy wiem lepiej.
Ale zasadniczo, co tu kryć, nie wiem nic.
Ma to swoje dobre strony, gdyż wszystko mnie cieszy.
Na przykład, brak nazewniczego polotu, osobliwa semantyczna dosadność i to, że Goethe rymował (zaznaczam! to subiektywne odczucie) dość ciężką ręką, nieomal jak ‘w nosie –prosię’.
Język , dostrzegam, wiele mówi (sic!) o narodzie.
Ostatnio prowadząca nam zaniemogła i przysłano zastępstwo.
Zastępstwo pochodziło z Federacji i zachodzę w głowę, czy reprezentowało wrodzony, czy nabyty model dydaktyki języków obcych?
Zastępstwo było wrażliwe na przerwy na myślenie (
Schnell! Schnell!) i wydawało się, że najchętniej lało by nas wszystkich linijką po łapach przy każdym źle wykrztuszonym umlaucie.
Dla mnie nostalgia i powrót do piątej klasy podstawówki. Anglosasi niby wykazali jakieś zarzewie buntu, ale ostatecznie zaczęli oficjalnie przepraszać, że żyją. Jugosłowianie natychmiast ruszyli kolaborować z systemem i donosić na mniej rozgarniętych. A Japonka, chyba trochę z natury niezdolna, by artykułować co bardziej karkołomne zbitki niemieckich sylab, miała nieprzenikniony wyraz twarzy i kłaniała się nam po każdym ćwiczeniu.
Zastępstwo cisnęło nam na odchodne dwieście dwadzieścia nowych słówk, które kazało wykuć na pamięć na czwartek. Ozdobiwszy uprzednio każde jedno nieodłącznym
derdiedas.
Czy cieszę się, że nie zapisałam się na kurs intensywny? I owszem. Bardzo.
Ale podział jakiego dokonało Zastępstwo, podział na słowa ważne oraz te wyłącznie ‘
zum dekorieren’, winien moim zdaniem być oficjalną jednostką w lingwistyce.
(...)
Z okazji świętego Marcina Derekcja przebrała się za Simona i Garfunkela i uderzając w struny gitary, ze śpiewem na ustach przeprowadziła dziateczki na drugą stronę dwupasmówki.
Jak Mojżesz.
Widziałam to.
Setka dzieci, każde z latarenką nietrwale osadzoną na patyku i podłączoną do obwodu elektrycznego z żarówką. (W trakcie imprezy odntowano kilku porażonych, którzy postanowili podłączyć się do baterii zamiast żarówki.)
Personel i rodzice.
Matki z wózkami. (Z nieznanych przyczyn, największa troska Derekcji i powód jej nerwowej agitacji.)
Niemowlęta (a raczej po prostu Biskwit) bez czapeczek. (Bezpośrednia przyczyna lęków napadowych Derekcji.)
I poszli świecąc, choć dzień jeszcze był jasny.
Derekcja jak samotna boja z gitarą powstrzymała ruch na dwupasmówce.
Kierowcy trąbili, lżyli Derekcję słowem wulgarnem, grozili sankcjami i prokuraturą, światła sygnalizacji zmieniały się raz po raz,
Rezolutne Liski splątały druciki od latarenek i rozplątywały je na środku przejścia dla pieszych, matki wymieniały się przepisami na kluski, chodnik po drugiej stronie ulicy okazał się zbyt wąski, przedszkolaki zablokowały całe skrzyżowanie, zapanował bezruch i stagnacja, a Derekcja stała na środku jezdni przygrywając sobie na gitarze.
Piękne.
Ale w końcu coś drgnęło i dotarli do Domu Spokojnej Starości.
Wyłuskani z kurtek, oskubani z nadopiekuńczych rodziców ruszyli przez ciemne korytarze śpiewając ‘
Laterne, laterne’, a ja nie nadążałam rozdawać chusteczek.
Nawet koreańskie matki, które dotychczas wydawały mi się pozbawione jakichkolwiek mięśni mimicznych twarzy, łkały wzruszone.
I tak się niosło to ‘Laterne’ przez mrok, wibrując uroczym niemieckim ‘ehr’. (Dowód na to, że do piątego roku życia człowiek faktycznie przyswoi każdy akcent jak gąbka.)
Po występach święty Marcin, uderzająco podobny do Pana z grupy Oposów ' [1], rozdał dziateczkom po bułce ulepionej na kształt Golema z rodzynkowymi oczami. Teoretycznie, Derekcja przykazała dzieciom, by zgodnie z tradycją odpaliły rodzicom po kawałku tej bułki.
Dynia udawała, że tej części przemówienia nie zrozumiała.
Nocą obudziło mnie
‘Maaaaaaaaaaaaaaamo!’
Pobiegłam łamiąc nogi.
Obudzona Dynia siedziała na łózku gotowa by zadać pytanie:
‘
Why Saint Martin had no HORSE?! Where was THE HORSE?!’
No właśnie, droga Derekcjo, gdzie koń?
[1] Na nic się zdały okulary przeciwsłoneczne (!) na pół twarzy.
(...)
(...)
I najważniejsze!
Lada moment ruszamy z
Robótką! Edycja 2014!
Można ustawiać się w blokach startowych.
(W tym roku na specjalne życzenie Robótkowiczów rozbudowana na miarę możliwości i limitu znaków, charakterystyka Bohaterów.)
©kaczka