Image Slider

[391] Ich Syn Franek

[8 Sep 2018]

(...)


To spotkanie miało się wydarzyć cztery (!) lata temu na Okęciu imienia Szopena Fryderyka. Oni byli w stolicy, bo grał w bierki Madryt, ja akurat tego wieczora leciałam z jakiejś zapomnianej już przyczyny do stolicy. Idealny plan. Precyzyjnie zsynchronizowane trajektorie. Wykreślony kieszonkowym astrokompasem środek ziemi między Kaliszem a Erefenem. Przytroczone do pasków szwajcarskie zegary z kukułką.
Miały być szybkie uściski na lotnisku, konfetti z frytek, orkiestra mariachi, kawa w papierowych kubkach, a na pierwsze te wszystkie zdziwienia, które mają miejsce, gdy spotykają się ludzie znani sobie wyłącznie z internetów.
Nie wyszło.
Samolot poślizgnął się na pętli czasu.
Samochód oddał ducha gdzieś między Muranowem a Marymontem.
Cristiano przegrał.
Kawa wystygła.
Nocny stróż zamknął lotnisko.
Orbity się rozjechały.

Los odczekał kilka lat i dał nam ponownie szansę. Krygowali się, więc nie przeczę, trzeba było ich wkręcać i bałamucić. Że jak nie oni, to kto? Że skoro już jadą do Szpitala na Peryferiach w Klinice w Szwarcwaldzie, to mogą odbić z autostrady, zrobić dodatkowe - furda! - sześćset kilometrów i wpaść na frytki.
Tylko, na b(l)oga, niech samochód zorganizują tym razem z tytanu i batmanu, bo kolejnego zawodu mogę nie przeżyć.

Przyjechali.
Wpadli na dwadzieścia cztery godziny z takim samym koktajlem radości, szaleństw, trosk i smutków, o jakim czytacie (a to lektura obowiązkowa) na blogu, z koktajlem zdobnym na czubku w dwie najdrorodniejsze, krasnolice wisienki - kremdellakrem – Franka i Leona.
Franek ściął Dynię intelektem jak polne kwiecie kosą. Zemablował ją znajomością stolic, w tym, na przykład, stolicy Tadżykistanu, poprawił hiszpańskim komplementem, podbił serce pogardą dzieloną dla arytmetyki, a na końcu zabił tym, że jarmuż albo tran może sobie zapodawać bezpośrednio słomką do żołądka.

Erzac Lewandowskiego, atrapa frytek i lektura o intrygującym tytule.

Czym ściął Biskwita Leon tego się nie dowiemy, gdyż ta tarantinowska para – wypisz-wymaluj Pumpkin i Honey Bunny - zamknęła się z paczką czipsów w komnatach na piętrze i nie wpuszczała obserwatorów społecznych.
Niedaleko padają wisienki od jabłoni [1], nie dziwi zatem, że protoplaści Franka i Leona też zjawiskowi [2].
(W internetach może wam to umknąć, bo chowają się tam między wierszami. Myk, myk, każde światło reflektorów w mgnieniu oka odwrócą tak, aby świeciło na ich synów.)
Rodzice do zadań specjalnych.
Mimowolni, niechcący eksperci. Habilitowani w pediatrii, rehabilitacji, dietetyce, ortopedyce, ekonomii, edukacji, legislacji i nieustannej życiowej adaptacji.
Chronicznie niewyspani. (Od ośmiu lat śpią rzutami, w skąpych dawkach, snem perforowanym, z respiratorem pod poduszką.)
Względem Systemów i Ograniczeń twardzi jak Roman Bratny. Silni jak Hulk. Przebiegli jak MacGuyver.
I do tego jeszcze o wiele ładniejsi.
Rozkochali nas i odjechali.
O czym zawiadamia w żalu i tęsknocie nieutulona,
kaczka

(Jakkolwiek chciałabym uniknąć tu patosu...  – zatem drobnym drukiem - ... Aniu, Szymonie, zaszczytem było was gościć.)

Dygresja: Jeśli wierzyć Milgramowi to dzięki Frankowi od Roberta Lewandowskiego dzielą nas jedynie dwa stopnie oddalenia. Hyc w  LINK i LINK!
To może okazać się pożytecznym zbiegiem okoliczności, albowiem gdy miesiąc temu Lewandowski w osiemdziesiątej pierwszej minucie zabił na śmierć pierwszoligowe aspiracje wioski kaczego szwagra, mamy podobno żal w Rodzinie.
Spersonalizowany.

[1] Czniać słowiańskie jabłonki! Ci protoplaści są jako te palmy kokosowe, o których sanskryt powiada, że to drzewa, które zapewniają w s z y s t k o. Z górką. Ponad berecik.

[2] Nędzny ten atrybut, ale wielcy, cudni i wspaniali już było zajęte.








[390]

[20 Aug 2018]
Kaczkopolis. Architekci bez wytchnienia kładą plany nowej republiki.
(...)
Zakończenie roku szkolnego nie przyniosło wcale wyzwolenia od codziennej udręki dostarczania cherubiąt do placówek wychowawczych. Podniosło jedynie tę udrękę na kolejny, bardziej wyrafinowany  poziom.

Władze dwóch okolicznych miast i łączacych ich torowisk, a konkretnie to jakiś nienawidzący ludzkości Stavro Blofeld, zażądały rearanżacji wszystkiego. W tym celu zerwano asfalty, wywleczono na powierzchnię kanały, przestawiono domy, jeziora przelano w inne miejsca, a przy okazji zastąpiono dysfunkcyjną komunikację miejską jej jeszcze bardziej (choć to po ludzku  wydaje się zupełnie niemożliwe) dysfunkcyjnym erzacem. Landszaft, jak okiem sięgnąć, wygląda jak dzień po ataku monstrualnego kreta z kosmosu.
Projekt planowo ma trwać miesiąc, ale to samo onegdaj mówiono o tym nowym lotnisku w Berlinie, więc zachowuję umiarkowany optymizm.

Pierwsze dni sierpnia, czas, gdy funkcjonowało jeszcze przedszkole, ale młodzieży szkolnej należały się już półkolonie, wspominam jako okres, gdy wstawałam o piątej, hulajnoga, pociąg, autobus, tramwaj, hulajnoga, nie-zgubić-żadnego-dziecka, skrótem przez ogródki działkowe, pociąg, hulajnoga i już przed dziesiątą byłam w pracy.

Skrót przez ogródki działkowe w sezonie klęski urodzaju skutkował zazwyczaj a to siedmiokilową cukinią, a to wanną porzeczek, a to pomidorami wielkości piłek futbolowych. W cieniu i wodnej mgle ludzkość bywa nadzwyczajnie hojna i życzliwa. Odwrotnie niźli w autobusach zastępczych, gdy musi zrobić miejsce dla cukinii i hulajnogi. (Jednocześnie okazuje się, że jedną dorodną cukinią przerobioną na placki ziemniaczane można żywić czteroosobową rodzinę przez ponad tydzień. Byleby je tylko porządnie przypalić, bo religia zabrania Biskwitowi jedzenia chlorofilu.)

W sierpniu Montessorianie zaapelowali, by w czynie społecznym skopać teren pod trawnik, bo akurat ich podwórko ominęły plany Blofelda. Zapisani byliśmy całą rodziną w najupalniejsze z niedzielnych popołudni. Tymczasem, dwa dni wcześniej podczas zakończenia roku szkolnego (tym razem ja przyniosłam wegańskie kotlety, a rolę czarnego charakteru odebrała mi australijska matką z sałatką z mielonego z koali) Biskwit z bandą poddanych sobie kurdupli zaczął wydłubywać z tej ziemi szklaną stłuczkę, butelki po Budweiserze i od niechcenia dekorować nimi low-fat, no-meat sojowy sernik z czekoladą z cykorii na talerzach dyrekcji i trójki rodzicielskiej. W ten sposób Biskwit nie tylko wywinął siebie i nas z tego czynu społecznego, ale jeszcze sprawił, że w wyniku detalicznych oględzin terenu okazało się, że ziemię należy zerwać do wysokości minus czwartego piętra schronu przeciwatomowego usytuowanego pod przedszkolem. Najpewniej buldożerem.
(Nie wiem, czy te potłuczone butelki leżały tam naprawdę od czasów Reagana. Biskwit odmawia składania zeznań bez obecności adwokata.)

Również w sierpniu na naszej posesji złe wstąpiło w naturę.
Jeż-neurastenik potrząsał nocami szopą na rowery. Przyklejone u powały jaskółki mnożyły się na potęgę, defekując na najbardziej reprezentacyjny kawałek tarasu, jak pozbawione samokontroli maszyny do produkcji guana, a wreszcie jakiś ornitologiczny Kain wypchnął z gniazda dziobatego Abla prosto w miskę müsli należącą do Biskwita. Ponieważ nie było świadków zdarzenia, ani chętnych do przeprowadzenia sekcji zwłok, pozostanie niewyjaśnionym, czy nieboszczyk nie przeżył upadku, czy utonął, czy może skonał z przeżarcia. Dwa dni później, podobna bratobójcza napaść miała miejsce po drugiej stronie dachu, gdzie zalęgły się gołębie. W tym wypadku potencjalny nieboszczyk wylądował na naszej wycieraczce, gdzie siedział smutno gulgocząc, a potem zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. (W wersji dla Biskwita: wspiął się po ścianie używając czekana oraz lin i wrócił na piechotę do gniazda.) Ledwieśmy nad tym przeszli do porządku dziennego, a już kot sąsiadów upolował kosa z gniazda na jabłonce za płotem i triumfalnie przeszedł z ofiarą wśród bawiącej się w ogródku młodzieży. Patriarcha kos miast zaatakować kidnapera, lotem koszącym napadł na młodzież i to była ta kropla, która przelała mój naparstek tolerancji. Dość tej ewolucji, weganizmu, pokoju, miłości, szachów, Krystyny Czubówny i Davida Attenborough! Z myślą o następnym sezonie doboru naturalnego zamówiłam w Chinach elektronową atrapę orła bielika (rozstaw skrzydeł siedem metrów, ruchoma, obrotna głowa z fotokomórką, zamiast oczu dwa lasery kryptonowe a w bonusie playlista z boomboxa zawierająca głosy siedemnastu gatunków sępów, sapanie sowy pójdźki, największe przeboje Krzysztofa Krawczyka i kompilację sejmowych wystąpień ministra Szyszko.) Tę wyklepaną w garażu w Pekinie atrapę cynicznie i bez skrupułów planuję przybić na słupie na środku podwórka tuż obok niedźwiedzia grizzli z poliestru uzbrojonego w sterowany dżojstikiem miotacz płomieni i wulgaryzmów.
Jak czule nie myślałabym o faunie i florze oraz przyszłości planety to zeskrobanie z okien i parapetów tony zasuszonego guana, przenoszenie szopy w tę i z powrotem, wyplątywanie ptasich kamikadze z dziecięcych koafiur, całodobowe tupanie po dachu jakby gołębie przychodziły na świat w holenderskich chodakach, hobbystycznie składały meble z Ikei lub tańczyły flamenco, dwa pogrzeby (w tym jeden pod osłoną mroku) skutecznie wypłukały ze mnie miłość do bastardów Matki Natury. A przecież nawet nie wspomniałam o wijcach, z którymi szarpałam się o kubły na śmieci, o choince ciskającej w nas szyszkami, o ślizganiu się na dzikich śliwkach i o tym, że gdy uzbrojona w teflonową rękawicę kuchenną upiłowałam oset z ambicjami sekwoi i zdeponowałam jego szczątki w kuble na odpady organiczne to on tam kompletnie odłączony od korzeni i w ciemnościach, euforycznie zakwitł i wyprodukował nasiona!

W sierpniu również importowaliśmy z Ojczyzny zaprzyjaźnioną osiemnastolatkę, by dopilnowała nam Dyni i Biskwita. Dla mnie było to ekscytujące doświadczenie – antropologiczne safari wśród wąwozów pooranych różnicami pokoleń. Dla osiemnastolatki - spotkanie z przedstawicielami obcej cywilizacji reprezentowanej przez Biskwita. Ponoć najtrudniejszy był dzień, w którym Biskwit wyszedł przed dom w pidżamie, przywiązał się do ulicznej lampy paskiem od szlafroka i piskał żałosne mamomamomamomamomamo, a wszystko to w odwecie za nietrafny kształt kanapki podanej mu na śniadanie. Wrażliwa osiemnastolatka przeszukała internety w temacie, ile może wytrzymać dziecko bez jedzenia, a w obliczu sprzecznych informacji wykonała naprędce kilkanaście modeli kanapek, z których ostatecznie Biskwit wybrał jeden i skonsumował siedząc na wycieraczce bo tak. Po tak traumatycznych przeżyciach osiemnastolatka nawróciła się na drogę cnoty, poprzysięgła, że zda maturę, zaczęła czytać klasyków, w tym Huxleya (recenzja: zero fabuły, prawie nic o seksie) i złożyła dobrowolne śluby czystości i bezdzietności. Biskwit za to złożył raport do statku-bazy, że ludzkość (z okolicznościowym wyjątkiem matki i jednej naszpani z przedszkola) można prowadzać na pasku (również tym od szlafroka).

A potem dzieciny wyjechały na wakacje do Hauptcioteczki. Od kilku dni w domu wszystko leży na swoim miejscu, pod stopami nie chrzęszczą ludziki z plejmobilu ani okruchy precli, nie zostało już nic do uprania, jaskółki lecą do Afryki, pod zamek nie podchodzi las, a w uszach dzwoni cisza.
Zaraz oszaleję.

©kaczka

[389]

[24 Jul 2018]

(...)
Zdałam do trzeciej klasy.
Krew, pot, łzy oraz  Lisbeth Salander z odstrzeloną głową, odkopująca się z grobu jedną ręką.
Neurochirurg, psychiatra, specjalista od dyskalkulii, wykluczanie epilepsji, wykluczanie ADHD, wykluczanie dysleksji, wykluczanie guzów mózgu, ukraińska psycholożka, kubańska psycholożka, testy na inteligencję.
A wszystko to potwierdziło jedynie roboczą hipotezę, że szkoła jest smutnym, opresyjnym i bardzo złym miejscem.
Możliwe, że nie każdy siedmiolatek pęknie mając opanować w ciągu pół roku (a te pół roku liczę hojną ręką, bo przecież nieustanne wakacje, dwa miesiące zwolnienia lekarskiego naszpani, imprezy z okazji, w zimie za zimno i skrócone lekcje) dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie do stu, a wszystko to w pamięci, zadania z tekstem, sprawdziany bez zapowiedzi i kartkówki za karę. Możliwe, że typowe siedmiolatki wciągają nosem, jak heroinę, czytanie, niemiecką ortografię, pisanie esejów, układanie haiku, zdania złożone, przygotowywanie prezentacji, analizę tekstów i trwające miesiącami, nudne jak flaki z olejem, kaligrafowanie setek liter pismem odręcznym. (Sens zmiany czcionki alfabetu po roku nauki pozostaje nieodgadnionym. Naszpani od Mastodontów, wielbicielka epistolografii, żadnego swego listu do nas nie popełniła pismem z zawijaskami, a napisała ich w tym roku wiele. O wiele za wiele. Zatem jeśli to nie jest ostateczny dowód na nieprzydatność formy i jej przerost nad treścią, to co nim jest?)
Możliwe, że to można wyegzekwować, ale Dynia rozsypała się pod ciężarem.
Nie było ani jednego weekendu, ani jednych wakacji, ani jednej przerwy na siku, bez zadań domowych typu: przepisz słowo 'mrówkojad' osiemdziesiąt trzy razy.
Od września do lipca siedmiolatki namalowały cztery (!) prace plastyczne farbą lub kredką. Na więcej zabrakło czasu.
Dodajmy do tego oceny, które naszpani od Mastodontów, zaczęła nagle kalkulować z zacięciem obłąkanej księgowej: dwa koma sześcset dwadzieścia pięć albo trzy przecinek osiemset dwanaście albo cztery i trzy czwarte. Tak, jakby chciała pobić rekord Bellarda względem miejsc po przecinku liczby pi.
(Strach było zwrócić uwagę, że halo! dziateczki nieszczególnie kumają, o co chodzi z tymi ułamkami, bo nie daj Boże, naszpani przyszłoby do głowy jeszcze i te ułamki dorzucić do repertuaru.)
Szkoła imienia Ofiar (sic!) wspierała jak mogła, kolportując prawdy, że to zasadniczo zawsze wina rodziców jeśli dziecko nie nadąża, lub krasząc osiągnięcia Dyni bonmotami typu ‘no cóż, widocznie, matematyka nie jest twoją mocną stroną, phi!
Jasne, nie jestem naiwna, pamiętam, że w szkole nie ma miejsca na człowieka, ale nie przypuszczałam, że nadal, i że w dowolnym ustroju, i że aż tak bardzo.

Epilog: 
Spotykam na ulicy matkę rówieśnika Dyni, dawnego współosadzonego z przedszkola. Small talk schodzi na szkołę. Chłopina jest w konkurencyjnej na drugim końcu dzielnicy. Matka opowiada, że trafili fantastycznie, że cudowna szkoła, że wychowawczyni jej syna to świetna nauczycielka, najlepsza jaką można sobie wymarzyć...
Zazdrość zalewa mi wątrobę, w myślach układam podanie o przeniesienie, ale tylko przez nanosekundę, bo opinia kończy się tak: 
... gdyż jest bardzo surowa i dzieci uczą się, bo się jej boją.
...
...
...
Powiadam wam, nie ma nadziei dla ludzkości.
... a Biskwit pójdzie do szkoły cyrkowej i już.


(...)
Biskwit – człowiek-enigma – też zdał do następnej klasy.
Zebranie w przedszkolu ujawniło, że Biskwit uwielbia czyścić buty, jeść zupę i zawsze na ochotnika zgłasza się do sprzątania.
(To musi być jakaś istotna część planu podboju wszechświata przez cywilizację, która przysłała tu Biskwita, a wglądu w któren Biskwit nam skąpi.)
Jedyne, co martwi naszpanie, to fakt, że Biskwit nie zwierza się im ze swoich uczuć, ani względem jarmużu i polenty, ani względem kolegi, który jest damskim bokserem, ani względem kolejki do toalety.
I że nie jest dobrze, by dziecko tak w sobie skrywało emocje, tudzież brało sprawy we własne ręce.
Przytaknęliśmy, choć Norweski zamamrotał pod nosem, że nie martwiłby się aż tak o Biskwita, martwiłby się raczej o Kanadę! (nie omieszkajcie zerknąć w materiał źródłowy: Lucifer, sezon 3, odcinek 3).

(...)
Z niewyjaśnionych, a już na pewno nie z racjonalnych powodów (samoumartwienie? pokuta za grzechy? skutki uboczne zażywanych leków?) naszpani od szkolnego chóru zaparła się wystawić musical, by zwieńczyć tegoroczną działalność zespołu złożonego głównie z dziecin, które tak jak Dynia, nie mają się gdzie podziać o siódmej rano w poniedziałki (rodzice w pracy), dziecin, których rodzice uważają, że chór to w sam raz zajęcie dla małych dziewczynek (córka naszych sąsiadów) oraz z potomków rosyjskiej diaspory, która to diaspora wychodzi z założenia, że każdy mały Rosjanin rodzi się Ałłą Pugaczową.
Kto partycypował w okołoświątecznym koncercie kolęd, ten miał przeczucia.
Moje mówiło: zostań w domu, kaczka, zostań, wyślij Norweskiego na premierę, kaczka, nie idź!!!
Nie posłuchałam.
Pasmo cierpień psychicznych, które na siebie sprowadziłam tą pochopną decyzją to nawet nie kwestia wątpliwej wydajności wokalnej chóru, ani standardowej akustyki i woni sali gimnastycznej, ani wad wymowy wiodących aktorów przebranych za zebry, żyrafy i surykatki.
Notabene, Dynia w kostiumie lwa.
Jedynym zadaniem lwów było trzymanie się z dala od chóru i rozpędzanie antylop.
W odróżnieniu od naszej sąsiadki, której córkę również przydzielono do tego stada, natychmiast pojęłam aluzję. To nie była kwestia nadwyżki zebr, jak tłumaczyła naszpani od chóru unikając naszego wzroku, a tego, że zdolności muzyczne są dziedziczne, a z pustego to -wiadomo - i Salomon nie odziedziczy.
(Być może cała nadzieja w Biskwicie, który kilka dni temu ze śmiertelną powagą zażądał lekcji gry na klarnecie, perkusji i klawikordzie.)
Normalnie dałabym radę wysiedzieć tę godzinę w bezduchu, w woni spoconych skarpetek, nagradzając stojącą owacją sceny rzezi antylop (dwa razy po dwadzieścia sekund), ale nim jeszcze zaczęła się ta premiera, to już pod sceną ustawił się tłum rodziców z telefonami komórkowymi, gotowych prowadzić relację live z wydarzenia na wszelkich mediach społecznościowych od Monachium po Władywostok.
Z jednej strony, ok – mur ludzkich ciał bezpiecznie odizolował mnie od fonii i wygłuszył niedociągnięcia wokalu. Niestety, barykada odcięła mnie również od wizji, a trudno robić obciach własnemu dziecku rzucając perukę na scenę, gdy człowiek przegapi te dwadzieścia sekund rozszarpywania gazeli przez potomstwo.
Z drona wyglądałoby to tak: my z Norweskim i Biskwitem w piatym rzędzie, wokół ocean pustych krzeseł, a sto osób kłębi się pod sceną, jak na koncercie Rihanny.
Łudziłam się, że może to kwestia pierwszych dziesięciu minut, że potem im się znudzi, ale nie.
Musieli mieć wszystko. Od prologu po napisy końcowe.
Ręce im omdlewały, nogi odmawiały posłuszeństwa, ale nie odpuszczali.
Wstałam więc i w krótkich żołnierskich słowach poprosiłam o tunel do wizji.
Przełknęłam opinie, żebym spierdalała (o! Państwo Rodacy, jak miło!), że jak mi zależy to mogę sobie przecież postać, jak wszyscy (nie, aż tak bardzo mi nie zależy), że serca nie mam (możliwe), że przeszkadzam w przedstawieniu (serio?) i że ... Alosza dasz radę tę babę wyciąć, bo całe nagranie przez nią w ch..? (Alosza przysiągł na grób matki, że da).
Mój postulat poparł wątły głos grona pedagogicznego i jacyś zabłąkani emeryci z osiemnastego rzędu, którzy przyszli, jak co tydzień, na tai chi 60+, ale nikt im nie powiedział, że dziś odwołane, bo premiera, no, to by sobie chociaż popatrzyli.
Tłum pod sceną nieznacznie się poruszył, zrobił taki wyłom na grubość mikrona, głównie to Alosza wciągnął brzuch i zsiniał, i  już nawet widzieliśmy trochę zebry, trochę żyrafy i plecy dyrygenta.
I już nawet serca zaczęło nam przepełniać to specyficzne, jedyne w swoim rodzaju, discopolowe wzruszenie, które człowiek czuje, gdy krew z jego krwi pojawia się w wystąpieniu publicznym na scenie.
I już nawet sięgaliśmy po chusteczki.
Ale wtedy pojawiła się ONA.
Kobieta z tlenionym kokiem, ocieplona pomarańczową syntetyczną opalenizną, wbita w rulon z czarnego spandeksu, który zaczynał się na biuście 90FF, podkreślał wszelkie obręcze torsu i uparcie ześlizgiwał się z pośladków.
W rękach trzymała aparat fotograficzny z obiektywem takich rozmiarów, że Freud bezzwłocznie zadałby RETORYCZNE pytanie, co ma on jej kompensować?
Na wysokości naszego rzędu Tleniona padła na kolana i zaczęła sunąć na nich ku scenie. Lewa-prawa-lewa-prawa... Cały czas pstrykała zdjęcia, choć nie było to łatwe, bo jedną ręką musiała ujarzmiać odsłaniający pośladki lateks, drugą machać do swego dziecka na scenie, a trzecią trzymać dziesięć kilo i trzy metry obiektywu. Wreszcie na wysokości pierwszego rzędu, tuż przed Canossą,  Tleniona rzuciła się na ziemię i dystans do sceny pokonała ruchem węża.
...
...
Węża o dwóch wypiętych pośladkach odzianych w koronkowe desusy.
...
...
...
Wyszłam.
Nim odzyskałam wzrok i równowagę emocjonalną, na scenę wchodziły bisy, więc w sumie chyba wygrałam.
A woźny, najęty na akustyka i oświetleniowca, jarał aktorom po oczach tysiącwatową żarówką w reflektorze, więc jeśli Biskwit mnie nie wyda to mam alibi.

©kaczka

[388]

[4 Jul 2018]

(...)
Nie ma mnie, zniknęłam, z tłem się zlałam, bo obsesyjnie liczę bakterie (i drożdże) na czubkach szpilek.
Co policzę, to podstawiam do wzorów.
A te wzory, co tu dużo mówić, jakiś książę ciemności napsztykał.
I jeśli jest piekło, to fototapety w recepcji wyglądają tam tak:

Przyszło lato.
Osobiście nie przepadam, ale grzechem byłoby twierdzić, że nie ma zalet.
Tę, na przykład, że latem dzieciny żywią się powietrzem, miąższem arbuzów i tym, co zbiorą po sąsiadach, więc odpada gotowanie.
W ostrym, bezwzględnym letnim słońcu cherubięta płowieją i smukleją.
Żar podpieka je jak kajzerki.
Niektóre nawet posypie piegiem jak makiem, ale nie, nasze nie. Naszych trzyma się tylko brud, nie melanina.
Wieczorami, gdy po całym dniu na wolnym wybiegu wreszcie zbiegną się te dziecięta ze wszystkich stron do domu, sypie się z nich w piernaty panierka z piasku, czarnoziemu, kamieni i trawy.
Najniepraktyczniejsze zajęcia terenowe z geologii.
Czarne nogi i brązowe korpusy niepraktycznie kontrastują pośród białej pościeli.
Nie zawsze, to prawda, bo czasem po prostu kurduple usną tam, gdzie stoją, choćby na schodach i z kromką chleba pod głową.
Kontrast wtedy zaiste jakby mniejszy, ale rekompensuje go nieustanny element niespodzianki i zaskoczenia.
Codzienna, wieczorna loteria.
Gdzie i w stosie czego szukać trzeba swoich nieletnich somnambulików?

Tegoroczne lato osiągnęło masę krytyczną w dziedzinie rewii, festiwali i obchodów domagających się naszej prezencji i atencji. Od występów chórów szkolnych, przez erupcję przyjęć urodzinowych rocznika 2010, po festyn Miłośników Wyklepywania Modeli Lokomotyw Spalinowych.
Stąd – choć, mój Boże, jaka byłaby z tego prawdopodobnie piękna i soczysta notka, odmówiliśmy (nie bez socjoantropologicznego żalu) wyjazdu pod namioty z Montessorianami.
Na froncie Montessorian straciłam ostatnio cztery godziny życia na dwa zebrania interwencyjne  i trzydzieści dwa towarzyszące im emaile w temacie, kto powinien sfinansować zakup fluorescencyjnych czapek i kamizelek kuloodpornych dla podopiecznych i jak wybrać markę tej odzieży, żeby czapki były wegańskie, a kamizelki - fair trade. Na każdym z zebrań autorytarnie wymaga się, by rodzice w ramach przerywników w dyskusji śpiewali przedszkolne szlagiery przy akompaniamencie ukulele. Zatem bez skrupułów i cienia wyrzutów sumienia zwagarowałam z trzeciej sesji na temat wdzianek.

Lato przyniosło rozliczne zadziwienia.
Nie żeby tam szkoła imienia Ofiar.
Nie. Szkoła mnie nie zaskoczyła. To szkołę zaskoczyły egzaminy, upały i ustawa o ochronie danych osobowych.
Taaaak? Naprawdę na odwrotnej stronie esejów pani córki znalazła pani, Frau kaczko, wszystkie osobiste dane uczniów 8a? Że stan cywilny rodziców i wyznanie? I adres? I nawet telefon? No, nieeee... przecież pan od chemii przekreślił te dane zielonym długopisem! Chyba rozumie pani, że przekreślone się nie liczy? Co przekreślone to było a nie jest i nie pisze się w rejestr!
Nie.
To lato jest mistrzem zupełnie innych zadziwień.
Zacznijmy od tego, że impreza urodzinowa ośmiolatki to już nie pożar Rzymu, ani wybuch Wezuwiusza, ani nawet popas najcherlawszego z jeźdźców Apokalipsy w przydrożnej gospodzie.
Dziesięć dziewczątek i jeden narzeczony, którzy w godzinie zero wbili się nam na kwaterę, pozostawili miejscówkę nietkniętą i nienaruszoną. Nikt nie nasikał do paprotki, nikt nie udusił kanarka, nikt nie zostawił obelżywych napisów na ścianach klozetu, nikt nie podpalił choinki w ogrodzie.
(Przeczuwam, aż tak naiwna wszak nie jestem, że jest to jakaś faza remisji i że siły zniszczenia jeszcze tu wrócą i siłą hormonów pubescencji zmiotą paprotkę z powierzchni ziemi.)
Tymczasem młodzież zjadła tort na rodowym serwisie w różyczki i sama z siebie (!) odniosła talerzyki do kuchni.
Nikt nikomu nie wraził widelczyka w aortę, choć w zaprojektowanym przez solenizantkę (!) i samodzielnie zamówionym w ulubionej lodziarni (!) torcie były tylko dwie kulki niebieskich lodów, a niebieskie wiadomo, chcieli wszyscy. (Ale jak to!? Ale jak to! Oto nagle już nie muszę, nurzać Barbiów w tortach ani rzeźbić w marcepanach bohaterów popkultury?!)



I d e a l n i e trafiliśmy w oczekiwania ośmioletniego targetu angażując magika i brzuchomówcę, by zabawił tłumy.
Kolejne jedenaście (!) urodzinowych imprez, na które proszona jest w tym sezonie Dynia, ma w planach, jak wnioskujemy z trailerów, jakąś magię, króliki i cylindry, więc czujemy się mimowolnymi trendsetterami.
Jedyną stratą była stłuczona filiżanka, którą sama wypuściłam z rąk, gdym zobaczyła, że cherubiny sprzątają zabawki przed opuszczeniem lokalu.
Sprecyzujmy! Wszystkie cherubiny z wyjątkiem Biskwita. (Fakt, on nie opuszczał. Czemu zatem się czepiam!)
Tak, jakie to szczęście, że został nam jeszcze ten Biskwit – królowa degrengolady i chaosu, stały punkt niestałości, latarnia morska w abysie macierzyństwa.
Tyle, że i Biskwit się zmienia.
Biskwit odcumował od Dyni i znalazł sobie własne grono wzajemnej, czteroletniej adoracji zarówno w placówce jak i na dzielni.
Zaproszony na rówieśnicze urodziny, Biskwit stanowczo i bezwzględnie odmówił rodzicielskiej eskorty i poszedł sam. Był to cios w sam splot słoneczny moich uczuć matczynych, aczkolwiek zadośćuczyniły mi za tę krzywdę zawistne spojrzenia pozostałych rodziców, których potomstwo nie posiekało jeszcze pępowiny na sałatkę szopską, tak jak Biskwit, tępym ostrzem nagłej dorosłości.
Gdym w nagłym przypływie szaleństwa zabrała Biskwita 'dla towarzystwa' w dwudziestogodzinną podróż pociągiem, to Biskwit zapytał tylko raz, w pięć minut po odjeździe, czy już jesteśmy na miejscu, a resztę czasu zagospodarował sobie snem, jedzeniem kabanosów albo grą w 'Popylaj, mała rybko!' Siedemset partyjek 'Rybki' i pięć kilogramów kabanosów później uważam, że Biskwit jest idealnym i zupełnie niekłopotliwym kompanem w podróży.
(Brzmi to, jakby odebrało mi rozum, ale by dać świadectwo względnej przytomności mego umysłu, oświadczam, że nie, nie poleciałabym z Biskwitem w załogowy, kolonizować Marsa, ale jeśli ktoś kupi nam bilety z Moskwy do Soczi, to choćby jutro!)
Biskwit nieodmiennie pozostaje dla nas zagadką.
Biskwit prawdopodobnie umie czytać i pisać. Możliwe, że umie też już w całki i logarytmy oraz że zapoznał się z treścią 'Państwa' Platona i szykuje kontroofertę.
Dedukujemy to na podstawie strzępów informacji, bo sam Biskwit przenigdy się nie przyzna, że umie ani też proszony, nie zademonstruje sztuczek na żądanie.
Wiadomo, zaraz mu każą wypełniać zeznania podatkowe albo liczyć bakterie na czubku szpilki.
Poza tym, nie ma takiego CSI w Miami, ani w całej galaktyce, które wydobyłoby z Biskwita jakiekolwiek zeznania. Nawet w kwestiach z pozoru tak neutralnych jak jakość humusu z daktyli w przedszkolnym menu.
Było już na przykład tak, że Biskwit krążył na hulajnodze wokół stołu, do którego przykuto Dynię, by w cierpieniach pisała eseje i rozprawki na tych kartkach, które wcześniej kreślił zielonym długopisem pan od chemii.
Biskwit krążył, i krążył, i mamrotał: Błąd, błąd, widzę błąd!
I gdyśmy byli pewni, że jedynie powtarza to, cośmy już nad tym esejem kilka razy wcześniej wypowiedzieli, to Biskwit prychnął, zahamował, pacnął palcem w ewidentny ortograf, po czym odjechał.
Nie!
Nie łudźmy się tutaj zbiorowo. Nigdy się nie dowiemy, a przynajmniej nie bez użycia amytalu sodu, czy to był przypadek, ani czy ten sam eksperyment Biskwit mógłby powtórzyć na kuponie totolotka.

Aha!
Byłam w Polsce i wykazuję objawy zespołu stresu pourazowego.
No bo jakże to?
We wszystkich urzędach państwowych potraktowano mnie – Józefa K. –  czule i serdecznie, a pani w ZUSie zachowywała się tak, jakby chciała mnie przytulić.
Ponadto, żaden sklep spożywczy ani wielobranżowy nie jest mi winien ani jednego grosza.

©kaczka

Robótka 2018 - wielce eksperymentalna edycja czerwcowa

[25 Jun 2018]

(...)
Nim zinwentaryzuję pozostałe zdarzenia minionego miesiąca, liczne jak pestki w krymskim arbuzie, zacznę od tego, które jest zdarzeniem wszystkich zdarzeń.
Wynalazkiem koła, rozbiciem atomu, psem Łajką w kosmosie i wodą na Marsie.
Na raz.
Odwiedziła nas Robótka.
Dacie wiarę?
Na fali zbiorowego szaleństwa, w oparach standardowej dezorganizacji, pewnego czerwcowego wieczoru przed kwaterą kaczki w Wurstenbergii zahamował autobus-czołg-amfibia, z którego wysypała się delegacja Agentek z Rodzinki II: Jadzia, Maryla, Basia i Agnieszka w towarzystwie Dyrekcji i Panigosi.
Przyjechały.
I Bebe też przyjechała.
Pięć dni trwały te bachanalia, których detaliczny opis  pojawi się na Robótkowym blogu, gdy tylko obie strony wymienią się (wreszcie!) zdjęciami.
Fakt, spało się, gdzie było miejsce, jadło się to, co się upolowało, społeczna lista kolejkowa wisiała na drzwiach łazienki, a sąsiadom nie pierwszy (i być może nie ostatni) raz zachwiały się światopoglądy.
Ale były też i jasne strony.
Ba! Nieomal promienne!
Może nie było zupy i drugiego (bardzo nie było!), ale dokładka włoskich lodów zawsze się znalazła. Bebe profesjonalnie ogarnęła stołówkę, salon tatuażu i ekspozyturę zwierząt morskich w Spirze. Dyrekcja znalazła odrobinę świętego spokoju i dokonała metodycznego remanentu w s z y s t k i c h obiektów sakralnych w okolicy. Panigosia odkryła, że Erefen jest potentatem produkcji musu jabłkowego oraz że w naszym ogrodzie mieszka nielegalny jeż. Dynia z Biskwitem zajęły się byciem sobą i przytulaniem na masową skalę.
(Wychodzi na to, o jakże to nieskromne, że mamy z Norweskim absolutnie zjawiskowe dzieci, a te dzieci potrafią sobie znaleźć absolutnie zjawiskowych przyjaciół!)
Bufet sponsorowały sery od wyzwolonych kóz (Kanionek), bawarskie precle oraz niegowskie pęta  domowej, suchej kiełbasy.  
Jakość imprezy oceniamy w jednostkach uśmiechu Jadzi.
Jadzia, tak powiadają, jest niezwykle oszczędna w radości. Zatem, skoro kilkakrotnie udało się ją przyłapać z pełnym uśmiechem na licu to musi oznaczać, że coś jednak zrobiliśmy dobrze.
Ciekawe, czy za rok wrócą?













©kaczka

[387]

[10 May 2018]

(...)
Ominęło mnie uroczyste pożegnanie ze starą miejscówką u Montessorian, bo w tym czasie byłam zagranicą, gdzie zeskrobywałam wyimaginowane bakterie z kanalizacji w czeskiej fabryce Polo-Cockty.
(I gdzie mieszkałam w upiornie seledynowym pałacu, którego wnętrza udekorowano płytą paździerzową i lamperią w stylu wczesnego funduszu wczasów pracowniczych. I może rybiki miały swoją kolonię w mej łazience, a Flekovský guláš c domácími houbovými knedlíky jadłam nieco się dławiąc, usadzona przy stole pośród lokalnej żulii, ale co to był za gulasz! I jak szybki był tam internet!)
Kuszenie po czesku. Sztuka hotelowa.
Z tego powodu nie wiem,  (i cholernie żałuję!) jaki wyraz twarzy przybrali Montessorianie, gdy na środku wegetariańskiego bufetu, rozepchnąwszy jarmuż i pizzę na spodzie z kalafiora, Norweski postawił swój koszyk bułek z szynką.
Z niczym niezamaskowaną szynką.
Resztę znam z opowieści.
W trakcie, gdy w opuszczanej placówce trwała pożegnalna impreza, czipsy z buraków, risotto z karczochów i bułki z szynką Norweskiego, do nowego obiektu położonego frywolnie na terenie byłych  amerykańskich koszarów (Nową placówkę otaczają zasieki z drutu kolczastego i co dwieście metrów strażnicza wieżyczka! Żaden kurdupel się nie wyślizgnie!) zajrzał niezobowiązująco Sanepid i poskrobał tu i tam.
I tak dwa tygodnie temu, w piątek, pięć minut po zamknięciu starego przedszkola nadszedł oficjalny email, w którym Sanepid poinformował, że w hydraulice nowej placówki znalazł Dwighta Eisenhowera, kawałki czołgu, kilku ukrywających się aliantów, trochę poświaty z prób jądrowych na pustyni Nevada, kibuc rodentów i biliony, a nawet biliardy sraczkogennej mikroflory.
W ten sposób ostatnie dwa tygodnie dziatwa przepędziła obozując w okolicznym lesie wśród wściekłych wiewiórek i krwiożerczych kleszczy, co dla Biskwita, który brzydzi się sikaniem w jagodach i jest raczej antytezą Jane Goodall, stanowi wyjątkową udrękę.
Sanepid odmawia komentarzy na temat, czy do zimy dziateczkom uda się wprowadzić do koszarów?

(...)
Tymczasem, pierwszy raz w historii naszego związku, szkoła imienia Ofiar Holocaustu ukazała swe ludzkie oblicze, eskalując żądanie by na cito dostarczyć razem z dzieckiem butelkę po winie.
Pustą!
Dacie wiarę?
‘Na jutro pustą butelkę po winie.
Butelkę opróżniłam ochoczo i to niejedną, bo w międzyczasie kurier zgubił moje próbki z fabryki Polo-Cocty. Tak! Właśnie te, po które jechałam jedyne głupie tysiąc czterysta kilometrów i przez które nocowałam wśród rybików w seledynie, no i wiele osób miało mi za złe, że to kurier zgubił.
Odzyskałam tę butelkę (niestety, nie próbki) kilka dni później. Przerobioną na sztukę użytkową. Porażająca i elektryfikującą! W sensie bardzo dosłownym.
Wnętrze butelki iluminuje teraz żarówkami w połączeniu szeregowym, a całość przyozdobiona jest flagami Niemiec i Indonezji
(Dyniu, spoko! Jak odwrócisz flagę to wszystko się zgadza!).
Przez chwilę czułam tę niepohamowaną pokusę, aby zapytać: ... Szkoło!!! ...ABER... ABER... ABER WARUM?, ale po zastanowieniu odpuściłam.
Ostatecznie pytać należy tylko wtedy, gdy jest się gotowym by usłyszeć odpowiedź.

(...)
Jednak zanim to wszystko się zdarzyło, byliśmy na prawdziwych wakacjach.
Podróże kształcą.
Ja, na przykład, nauczyłam się, że jeśli mówisz swemu dziecku ‘spakuj do podręcznego to, co ci jest potrzebne’ to potem na lotnisku przychodzi ci tłumaczyć się smutnym panom z ochrony z trzech par nożyczek, scyzoryka, pilniczka do paznokci, temperówki (Dynia) oraz sześćdziesięciu resoraków, dwunastu pomadek ochronnych, bumerangu, zapałek i pokrywki od garnka (Biskwit).

(...)
W ciągu dwóch tygodni odwiedziliśmy sześć krajów zachodniego wybrzeża, od Gibraltaru po Amsterdam, a Atlantyk był zwykle opalizująco zielony i z daleka wyglądał jak ścinająca się galareta.
W ciągu tych dwóch tygodni przesunęliśmy wskazówki zegarków w te i wewte tyle razy, że gdyby to się przydarzyło Doktorowi Who to dostałby dodatek za pracę w szkodliwych warunkach.

(...)
Najpierw była skała i małpy live.



I samochód, który cudem nie rozsypał się w drodze na czubek skał i przewodnik audio z kasety magnetofonowej (!)
Spotkały się angielskie przywiązanie do tardycji i hiszpańska interpretacja BHP.
Ze zdjęć wynika, że Dynia boi się małp, a małpy boją się Biskwita.
Trzeba to będzie jakoś skroić w fotoszopie.
Dynia, która w Erefenie jest powściągliwa w kontaktach towarzyskich, wystarczy, że stawia stopę w brytyjskich koloniach i zamienia się w lwicę salonów.
Tym razem, samotnie zniknęła na kwadrans w gibraltarskiej lodziarni, gdzie sprzedawczynią była jej imienniczka i tak się zaangażowała w rozmowę o życiu, żeśmy ją siedem kulek później musieli wynieść z fragmentem lady.

Stoimy i czekamy...
(...)
Najwygodniej nam było w Lisbonie, kiedy już zrozumieliśmy, że tylko nas irytuje, gdy oto znienacka tubylec gwałtownie hamuje przed naszym tramwajem, nie wyłącza silnika swego samochodu, po czym znika w najbliższej kamienicy i zaczyna zeń systematycznie wynosić i układać w bagażniku meble i walizki, bo prawdopodobnie akurat się przeprowadza.
Tramwaj numer 28 stanowi atrakcję, ale kto trzydzieści lat temu jeździł szóstką po Szczecinie ten może czuć się nieco zblazowany.

Jednak to na pętli dwudziestki ósemki, śladem pęcherzy naszych dzieci, trafiliśmy na cmentarz Prazares.
Tam, gdzie nieboszczycy mają widok z okien, zza firanek, na żyjących. Tam, gdzie trumny układa się w grobowcach w systemie kuszetkowym, a w każdym grobowcu oprócz krucyfiksu stoi odświeżacz powietrza marki Febreze.
Tam, gdzie koty porozkładane wszędzie wśród nagrobków. Leniwe, bezczelne, wolnożyjące, cmentarne pumy i tygrysy, utrzymankowie portugalskich, schludniuteńkich starowinek.
Czubek piramidy pokarmowej puszek z tuńczykiem.
Magia.


Obowiązek segregacji odpadów wtórnych obejmuje również życie wieczne.





(...)
Dla odmiany Porto okazało się być zaniedbanym skansenem i sklepem wolnocłowym dla japońskich oraz chińskich turystów i miast ucieszyć, raczej nas zirytowało.
Nie pomogło, że w kolejce do Lelllo stało akurat pół kilometra ludzkości oraz, że Lello oczekuje uiszczania opłaty za wstęp.
(No bloody way, Harry Potter!)
Nie pomogło, że kiepskie pączki miały trzykrotne przebicie w porównaniu z tymi z kraju obok, a markowy port z outletu kosztował dwa razy tyle, co w Erefenie.
Nie pomogło, że akurat w Porto kilkanaście razy stratowali nas niemieccy turyści, którzy do rangi sztuki podnieśli umiejętność wpychania się do kolejek metodą na emeryta, na kombatanta lub po prostu, na chama. 
(- Pan tu nie stał!
- Ale moja żona  stała!!! Kiedyś tu stała!!! W 1945 stała!
)
Nie pomogły echa w pustostanach, łuszczące się elewacje, odłupane kafelki i łupieże framug!
Może to efekt kryzysu ekonomicznego, a może narodowa nonszalancja w temacie zagospodarowania przestrzennego?
Z Porto oprócz lęków wysokości pamiętamy głównie parę niemieckich emerytów.
Ona, archetypowa Hiacynta Bukiet, przebiła się przez kolejkę, stratowała portugalskie staruszki, starców, niemowlęta i kobiety w ciąży wdarła się na piętro autobusu, jednakoż gubiąc po drodze swego małżonka - lekko demencyjnego Ryszarda.
Ryszard tkwił tedy na przystanku, zatracony w falującym tłumie, a Hiacynta biegała po pięterku tłukąc pięściami w szyby i próbując nakłonić Ryszarda by siłą łokci wziął się i raz w życiu wreszcie nadążył.
Ryszard nie kumał.
Napierająca na autobus kolejka przesuwała Ryszardem, a ten bezwolnie pozwalał się przestawiać i coraz bardziej odsuwać od wejścia do pojazdu.
Wreszcie autobus przekroczył masę krytyczną pasażera na centymetr kwadratowy i oderwał się od przystanku.
W tym czasie do Hiacynty walącej pięściami w szyby, dołączyli już inni rozochoceni niemieccy turyści i pomocni tubylcy.
Wszyscy tłukli w szyby i skandowali ‘RY-SZARD! RY-SZARD!’, ale Ryszard nie kumał.
Efekt akwarium.
Przyciemniane szyby i zamknięte okna.
Gdy Hiacynta zorientowawszy się, że autobus porywa ją bez Ryszarda, rzuciła się ze schodów, sterroryzowała kierowcę, który z piskiem opon zahamował na środku skrzyżowania i ostatnie, co dane nam było zobaczyć w Porto to publiczna egzekucja Ryszarda przy pomocy ukamieniowania damską torebką.

(...)
Do Composteli trafiliśmy w wielkanocny, niedzielny poranek.
Biskwit zachwycony dekoracjami (niebieski Ku-Klux-Klan niesie przez miasto figurę smutnej Maryi i dmie w trąby), pod wpływem apokryficznej wersji zdarzeń Wielkiego Tygodnia opowiedzianej przez Dynię (zdekapitowany Jezus wraca na ziemię trochę jak Thor, trochę jak Captain America – Dynia utrzymuje, że to oficjalna wykładnia naszpani od religii) zażyczył sobie podążać za procesją.
Przez trzy godziny.

Szyk marszowy legionu cherubinów na wstępie...
...i  formacja po kilku godzinach od wymarszu.
Było to zdarzenie łatwe do zakwalifikowania jako cud boski, bo Biskwit nigdy nie podąża, Biskwit zawsze domaga się lektyki.
A tu proszę, trzy godziny dociekliwego tropienia, do tego nieustanny update audio na temat stanu psychicznego smutnej Maryi i równie niewesołych krabów uwięzionych w restauracyjnych oknach i tylko jedna przerwa na pączka-mutanta za ojro.


Pod katedrą – CUD! -  spotkaliśmy Hiacyntę i mocno obitego po kręgosłupie moralnym, Ryszarda.
Hiacynta z zadartą ku wieżom koafiurą, obleczona w różowy dres z dederonu, zataczając ręką koła po okolicznościach przyrody, emitowała na głos rozczarowany do trzewi dysonans poznawczy niemieckiego turysty: To po TO oni wszyscy tu idą tygodniami???! PO TO???!!
Pełna satysfakcja albo zwrot pieniędzy?
Ja to trochę nawet rozumiem, bowiem odkąd usłyszałam, że w tej Galicji rosną eukaliptusy to liczyłam, że pod stopy będą spadać mi misie koala.
A tu nic.

A i ser w kształcie biustu miał miseczkę taką raczej A niż DD.


Podsumowując wrażenia duchowe:
u grobu Apostoła – wiekowy mnich jakby wyjęty z końcowej sceny w Poszukiwaczach Zaginionej Arki – wychynął zza sarkofagu i pobłogosławił Biskwita z zaskoczenia.
Zmian na lepsze w Biskwicie nie zaobserwowano.
Wniosek jest prosty, albo nie może już być lepiej, albo potrzebny jest egzorcysta.

©kaczka

[386]

[17 Apr 2018]

(…)
Kategorycznie odmówiwszy w trakcie zabaw salonowo-towarzyskich przyniesienia wyimaginowanej zgrzewki mleka jednorożca, z równie wyimaginowanego sklepu, z uwagi na jej wyimaginowany ciężar, wyimaginowaną utratę sił witalnych i możliwość nabawienia się wyimaginowanej przepukliny, Biskwit po raz kolejny udowodnił, że potrafi podnieść bezczyn i lenistwo do poziomu, którego jeszcze nie opisano.
Żadna z nauk społecznych nie dysponuje jak dotąd narzędziem, które umożliwiłoby detekcję spontanicznych, wyrywnych odruchów Biskwita w dziedzinie jakiegokolwiek wysiłku.
Ten bozon czeka nadal na swojego Higgsa.
I prędzej połowicznie rozpadnie się promieniotwórczy węgiel niźli zaobserwujemy zdarzenie z gatunku 'utrudzony Biskwit z mozołem poci się, by osiągnąć wybrany cel'.
(Jednakoż to, co za młodu jest krytykowane jako bezczyn i lenistwo, przy posiwiałych skroniach nagle staje się pożądaną 'umiejętnością delegowania'. Biskwit trzyma rękę na pulsie swojego przyszłego CV, bo po wyimaginowane zgrzewki mleka do wyimaginowanego sklepu, biega już teraz wyimaginowany lokaj.)
To również przez bezczyn i lenistwo karnie relegowano Biskwita z kliniki dla sepleńców.
- Pacjent umie 'SZ', ale mu się nie chce - głosi epikryza podpisana przez grecką logopedkę.
Z urzędu przydzielono Biskwitowi dwadzieścia godzin zajęć korekcyjnych żuchwy i już po pierwszych było wiadomo, że od sygmatyzmu Biskwita logopedka dostanie stygmatów.
I apopleksji.
I syndromu wypalenia zawodowego.
I myśli samobójczych.
I że prędzej wywoła ducha Hamleta Seniora niźli u Biskwita głoski na żądanie.
Biskwit tymczasem trwał tygodniami w nieustannym zachwycie, że oto los podarował mu nową scenę anarchii, korzystał, jak tylko mógł, indukował w logopedce pomieszanie zmysłów, zjadł jej roczny zapas misiów Haribo i z ogromnym, szczerym przygnębieniem przyjął wiadomość o gwałtownym i przedwczesnym zakończeniu logoedukacji.
(Jestem przekonana, że dla odmiany, gdyśmy już wyszli, logopedka z radości odkapslowała zębami ouzo i zatańczyła zorbę.)
-Wie sade! [1]- zaseplenił Biskwit Paulą Modersohn-Becker w tych jakże smutnych, acz mimo wszystko żywszych niż cytowane, okolicznościach rozstania.
Po czym, już na progu, brodząc w poczuciu głębokiego rozczarowania, dodał: SZAAAAAAJSE!!! [2]
Tak, pacjent umie.


[1] … mając na myśli: Wie schade! (czyli 'Ojojoj, jaka szkoda i niepowetowana strata!')
[2] … mając na myśli dokładnie to, co miał na myśli

©kaczka