Image Slider

[395]

[17 Jan 2019]

Kryzys wieku średniego objawia się na rozmaite sposoby.
Jedni inwestują w park maszynowy, inni wyjeżdżają odnaleźć siebie w klasztorze w Tybecie, a Norweski pół roku temu zapisał się na kurs polskiego dla początkujących.
Byłam pewna, że ten kurs, organizowany przez uniwersytet ludowy we współpracy z organizacją polonijną ‘Szarotka’ nie odbędzie się z braku zainteresowanych. Ostatecznie, w tym samym terminie rywalizowały o uczestników: amatorska grupa malarzy olejnych (w tym semestrze: akty!), duński dla zaawansowanych, duchowość dla sceptyków, cykl wykładów ‘Grzybica paznokci z perspektywy tradycyjnej medycyny chińskiej’, panel ‘Egzystencjalizm według Sartre’a’  oraz warsztaty ‘Makijaż w trzech prostych krokach’.
Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy Norweski powrócił z pierwszych zajęć i oznajmił, że grupa, która się zawiązała jest tak obfita, że wypełnia całą salę, szatnię, korytarz i dodatkowo listę rezerwową.
Rzecz jasna, rzuciłam się dociekać, co takiego może skłaniać obywateli Erefenu do podjęcia lekcji słowiańskiego? Jak się okazuje, dla jednych motywacją jest nuda, życiowa stabilizacja, profilaktyka chorób degeneracyjnych mózgu, potrzeba adrenaliny oraz fobia względem samogłosek. Osobną grupę stanowi drugie pokolenie słowiańskich emigrantów, które umie mówić, ale nijak tego, co mówi nie potrafi zapisać.
Pośród najbardziej wyróżniających się uczestników jest starowinka, skarbniczka lokalnej komórki Związku Wypędzonych, której polski potrzebny jest do odnalezienia idealnego przepisu na żurek. Takiego jak w Rumii. W 1943 roku.
Jest dziennikarz, który postawił odważną hipotezę, że jeśli nauczy się polskiego to wreszcie zrozumie aktualną sytuację polityczno-społeczną w Polsce. (To by w takim razie wyjaśniało, skąd w naszej ojczyźnie trzydzieści osiem milionów ekspertów w tym temacie.)
W końcu jest również Włoch, nikt mi w to nie uwierzy, który całe życie marzył o tym, aby czytać Dostojewskiego w oryginale i dopiero po miesięcu lub dwóch zorientował się, że pomylił budynki, klasy, alfabety i języki.

Zewsząd docierają do mnie peany zachwytów i hymny podziwu dla straceńczej odwagi Norweskiego w tym nierównym, z góry skazanym na klęskę sparringu z polszczyzną, nerdem dialektów indoeuropejskich, nieślubną córką ze związku ugrofińskiego z jakimś rozwiązłym Piastem Kołodziejem, bałwochwalcą dwuznaków i konsonatów.

Norweski nie miał łatwego startu, żadnych forów. Wstępna rozmowa kwalifikacyjna ujawniła, że po trzynastu latach intelektualnego obcowania z moim systemem fonologicznym, Norweskiemu najlepiej wychodzą podsumowania (‘Trudno!’) oraz negocjowanie cen autobusów (‘Ten autobus jest zbyt drogi. Poproszę, wazon.’)
Jednakoż to wcale nie  tak, że on bruszy, a ja tu sobie poczywam.

Do nauki Norweski zabrał się z podejrzanym, rzekłabym, nieomal farmakologicznie-indukowanym entuzjazmem oraz bardzo fałszywym przekonaniem, że mowa polska ma na pewno sens i logikę, nawet jeśli na pierwszy rzut oka są one głęboko ukryte. Do celu Norweski postanowił iść po trupach.
Po trupach gramatyki, zdań, słów, głównie zaś po moim trupie.
Mój trup pojawia się tu jako rezultat kolejnego fałszywego założenia, że człowiek-Polak zna się na wnętrznościach swej ojczystej mowy i potrafi w każdej chwili, przez całą dobę, w każdej sytuacji, na żądanie, udzielić profesjonalnej odpowiedzi, na przykład, dlaczego nie wypada powiedzieć, że brakuje nam ryża, skoro nie brakuje nam ani skarabeusza, ani kotleta, ani zderzacza hadronów. Albo skądże to nam, że mały liść to listek, ale mały list to liścik?

Każde zdanie z podręcznika ‘Witam i o zdrowie pytamNorweski poddał sekcji zwłok jak Doktor Tulp. Do tego w tle mają miejsce nieustanne badania terenowe:

- To jest McDonalds, o kaczko [1]! McDonalds jest RESTAURACJA.
- Jest RESTAURAC-JĄ. .
- JĄ! Co ją?

- Jedzą!

- Jedzą bułka?

- Bułki.

- Jedna bułka, dwie bułki, pięć... bułk?


Ujawnijmy, ustnej maturze z polskiego wywinęłam się w 1994 roku o włos i prawdopodobnie z litości. W dżungli humanistów nie przetrwałabym ani dnia, chociażby ze względu na karygodnie niefrasobliwe podejście do instytucji przecinków. Dobór naturalny przekąsiłby tam mną jak czipsem. Przypadek to dla mnie szczęśliwy zbieg okoliczności, a nie narzędzie do ociosywania słów z sufiksów. Gdy chcę napisać ‘w ogóle’ to odpalam słownik ortograficzny (odpaliłam) albo z lenistwa rezygnuję z uogólnień. Niosę to niesłodzone jarzmo i wcale nielekkie brzemię mowy przypisanej mi z urzędu, ale nijak przez samo jej używanie nie znam się na podzespołach. Cóż, gdyby z samego używania spływała na człowieka taka wiedza, to pierwsza lrzyczałabym, że za działanie odkurzacza wcale nie odpowiada zamknięty w nim krasnoludek, a ruchomych schodów nie napędza wyrośnięty chomik biegający w swoim kółku. Tymczasem nadal wierzę w krasnoludka, a w centrach handlowych czule myślę o gryzoniach.

Liczyłam, że Norweski po tygodniu się zmęczy tym szukaniem i przestanie nieustannie pytać: Dlaczego? i Warum?, ale ten zaparł się jak Jazon na złotą włóczkę lub Ikar na lot Ryanairem, a do tego uznał, że za moją powściągliwością w odpowiedziach kryje się jakiś tysiącletni spisek. Zapewne mój z Bullą Gnieźnieńską i Psałterzem Floriańskim.

Nie jest łatwo być małżonką dociekliwego kursanta, którego nie sposób zbyć prostym:  'Bo taaaaaaaaak!', ale być naszpanią w grupie polskiego dla początkujących to też ołowiany kawałek suchego chleba. Po zbiorowych zamieszkach na tle celownika (Warum - Donnerwetter! - komu? czemu? narzeczonej, a nie narzeczonie?), która przerodziła się w niepokojową manifestację przeciw pobłażliwemu stosunkowi narodu polskiego do reguł językowych (nawet Włoch, zdrajca i zaprzaniec, niósł transparent!), naszpani w obawie o swoje życie ostatecznie zezwoliła kursantom  mówić jak chcą, pod warunkiem, że jeśli kiedykolwiek będą w Polsce pozostaną w granicach administracyjnych Śląska i nikomu przenigdy nie zdradzą, kto udzielał im lekcji.

Naszpani może spać spokojnie. Nie będą mówić. Podręcznik 'Witam i o zdrowie pytam' oferuje wąski wybór tendencyjnych fraz i skutecznie krzewi defetyzm, nicość, gnozę i grozę:

Defetyzm. Nicość. Gnoza. Groza. Norweski (2018)

W rezultacie Norweski nakłaniany przeze mnie do prób zawiązania życzliwego small talku z recepcjonistami w hotelu w województwie zachodniopomorskim (... i żeby może tym razem niekoniecznie o autobusach?), bezradnie rozłożył ręce i zapłakał:
- Nie mam z nimi o czym rozmawiać! Sprawdziłem dwa razy! Tu wszystko działa!

(przyp. kaczki: O, Polsko! Jak ty zawsze potrafisz mnie zaskoczyć!)

[1] Wołacz omamił Norweskiego swoją egzotyką.


©kaczka

[394]

[9 Jan 2018]

(…)
Kilka tygodni temu Google przypomniał, że w 1974 roku ludzkość rzekomo pyknęła do kosmitów telegram z Arecibo. W tym telegramie, który na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka uparcie przypomina Pac-Mana w wersji na Atari, ludzkość niby tłumaczy obcym skąd przychodzimy, kim jesteśmy i którędy na Ostrołękę.
Podobno odpowiedź nie nadeszła. Że niby RSVP kosmici pozostawili bez odzewu.
Nie jestem przekonana.
Biskwit od miesięcy wstaje codziennie przed wschodem słońca i przy świetle latarki mozolnie, świt w świt, bez wytchnienia i w sekrecie przed humanoidami prokuruje i teleportuje raporty do bazy.
Do statku-matki.
O czym?
Trudno powiedzieć.
Ta Rosetta nadal szuka swego kamienia.



Pośrodku: człowiek biskwitański i dysproporcje ludzkości. Dookoła: dowód twierdzenia Fermata, widma światła niewidzialnego, teoria wielkiego wybuchu lub koci kłaczek w powiększeniu, schemat wehikułu czasu w sepii i w kolorze, koordynaty statku-matki (Biskwit, 2018)


Kilka tygodni temu Biskwit skończył pięć lat.
Na śniadanie Biskwit jada owsiankę na surowo, na obiad szpinak z czosnkiem. Chleba z marmoladą nie ruszy. Marmolada to Biskwici kryptonit.
Zdaje się, że to w listopadzie zapisaliśmy jednak Biskwita na lekcje gry na klawikordzie. Biskwita relegowano z nich karnie już po dwóch tygodniach za lekceważący stosunek do instrumentu i kontrowersyjne interpretacje Etiudy Rewolucyjnej. Biskwit podobno wolał śpiewać Marsyliankę. (Prowadząca reklamowała się jako terapeutka muzyczna. Miejmy nadzieję, że będzie potrafiła uporać się z traumą i jeszcze kiedyś odnajdzie radość w uczeniu młodzieży przedszkolnej.)
Obchody  urodzin Biskwita trwały trzy dni i trzy serniki (Biskwit hołduje prostym, laktozotolerancyjnym przyjemnościom), a przeliczając na jednostki rodzicielskiej wytrzymałości, mniej więcej trzydzieści lat wenusjańskich.
Jako, że w swej przedszkolnej grupie rówieśniczej Biskwit jest jedynym drugorodnym dzieckiem, pierworodne imprezy urodzinowe współosadzonych, w których jak dotąd uczestniczył najwyraźniej powiodły jego oczekiwania i wyobrażenia na szkodliwe manowce.
Na tych manowcach podają dipy z jarmużu z przystawką z kalafiora, czipsy z kalafiora i torty z buraków. Sensem imprezy – obowiązkowo domowej - są pruskie zabawy towarzyskie o wysokim indeksie edukacyjnym, prezenty muszą stymulować korę mózgową, a w podzięce goście wynoszą płaskorzeźby własnoręcznie strugane przez solenizanta w kostkach ekologicznego mydła.
Zatem jeśli wydawało nam się, że przez lata odkupiliśmy swe grzechy (do kilkunastu pokoleń wstecz) podczas imprez organizowanych ku czci urodzin Dyni, to byliśmy w błędzie.
Otóż Biskwit zaprosił koleżanki i kolegów.
...
...
...
Do domu.

Mini jeźdźców apokalipsy było siedmioro.
Przybyli na kucykach z leasingu ze Stajni Augiasza, zaparkowali pod domem, a ponieważ byli pieroworodni i mocno nieletni, to przywiedli ze sobą rodziców.
Tak upadł nasz plan, by porzucić kurdupli samopas z niezastąpioną Dynią w charakterze kaowca, sernikiem w charakterze marchewki, zabarykadować się w piwnicy, odkapslować wino i Netflix oraz skupić się na przetrwaniu.
Cóż było robić?
Cóż innego niż udzielić się towarzysko?
Wyszliśmy z bunkra wprost w falę uderzeniową emocji grupy wiekowej lat 3-5. Lelija wyła, bo Biskwit pierwszy wszedł po schodach. Biskwit wył, bo Persefona wyjadła wszystkie zielone emenemsy. Persefona wyła, bo Abelard oświadczył się Eloizie. Eloiza wyła, bo czipsy miały, zacytujmy, ‘głupi kształt’. Zyndram wył, bo wydawało mu się, że but zjadł mu nogę, a Rupert zamknął się w szafie i wąchał naftalinę.
Odebraliśmy protoplastom płaszcze, podaliśmy napoje, relanium, orzeszki fair-trade, odpaliliśmy small talk o pogodzie. W tym czasie apokaliptycy eksploatowali żyłę cukrów i paśli swe kucyki na radioaktywnych barwnikach nienaturalych. W ramach profilaktyki szaleństwa udałam się więc po kieliszki i butelkę wina. Niosłam je triumfalnie na tacy, w rękach wyciągniętych nad głową, balansując między miotającą się pod nogami masą krytyczną pozczepianych ze sobą glutem i cukrem cherubiąt oraz umiejętnie i z doświadczeniem sapera omijając kurduple dyndające na kryształowych żyrandolach.
I co?
Gdy już pokonałam te ludzkie pułapki, gdy dotarłam do stołu z niewychlapaną zawartością, to akurat trafiłam na ten moment, gdy rodzice Biskwiciego narzeczonego kończyli publicznie się zwierzać ze swej abstynencji powodowanej przynależnością do kościoła Świętych w Dniach Ostatecznych.
Ja wszystko rozumiem.
Ja się nawet cieszę.
Wszak z jednej strony to znakomita okazja do infiltracji grupy wyznaniowej, która fascynuje mnie od czasów lektury dzienników Wańkowicza. Z drugiej strony, z wszystkich denominacji, do których można by dopasować Biskwita z narzeczonym, ta, która ma w nazwie Ostateczność, Doomsday, Zagładę, Kres i Paruzję wydaje się być idealnym wyborem. Ale z  trzeciej – na litość, nomen omen, boską – impreza dla grupy wiekowej 3-5 na trzeźwo?!
Serio?

To nie koniec tortury.
Jak ostatni amatorzy, jak niewykarmieni szpakami, jak para wioskowych głupków, nie zaznaczyliśmy na zaproszeniach godziny wieńczącej obchody. Takoż minęła czwarta, piąta, minęła szósta, o siódmej zaczęłam się niepokoić, że już nigdy nie wypiję wina, ani nie skorzystam z łazienki bez konieczności ustawienia się w kolejce. O ósmej zaczęłam dawać do zrozumienia, spacerowałam po domu w papilotach i szlafroku, ziewałam, pytałam wymownie, która to godzina i dlaczego taka późna. Bez skutku!
 O dziewiątej zamiast wychodzić, goście zaczęli wciągać następnych gości, tych, którzy dla zmylenia mieli ich niby odbierać, a ich ilość z minuty na minutę rosła w postępie wykładniczym.
Babcie, mężowie, bracia, siostry, świekry.
Zjedli pierniki, orzeszki, serniki, relanium, słoik ogórków i schowane na czarną godzinę, czekoladki z masłem orzechowym.
Ale to wszystko nic w porównaniu z faktem, że w tym zamieszaniu ktoś z premedytacją odkapslował i wypił moje wino.


(...)
Jedna z montessoriańskich wychowawczyń, przebywająca aktualnie na sześciomiesięcznym urlopie wypoczynkowym (dolary przeciw orzeszkom, że w klasztorze o ścisłej regule całodobowego milczenia) przesłała Biskwitowi prezent na urodziny.
Prezentem był naszyjnik. Głaz narzutowy powieszony na rzemyku.
Wzruszyło mnie to ogromnie, bo Biskwit ma słabość do geologii. Być może to na zlecenie swojej cywilizacji nieustannie pobiera próbki skał i napycha nimi wszelkie dostępne kieszenie. Swoje i matczyne.
(Nasza pralka specjalizuje się w dopieraniu kwarców, granitów i bazaltów.)
Cieszyłam się tą myślą, że oto ktoś dostrzegł pasję mego dziecka i postanowił ją tak pozytywnie wzmocnić.
Cieszyłam się do chwili, gdy Norweski zapytał, czy to aby nie tak testowano czarownice w średniowieczu? Spławiając je z młyńskim kamieniem u szyi?
No i czar jakby jednak trochę prysnął.
[mryg]

©kaczka

[393]

[6 Jan 2019]

(…)
Rok ów 2019.
kaczka jak feniks klasy ekonomicznej powstaje z popiołów, sztacha się semantyką, wciąga nosem samogłoski i odurza się słów zaczynem.

kaczka jako feniks z popielniczki spod pędzla E. Wasiuczyńskiej (2018)

Zacier zdarzeń bulgoce w kaczce od trzech miesięcy.
Samogon z rodzynek rzeczywistości.
Polać?

Przełom roku spędziliśmy w głuchym lesie, w Enerde.
Pośród landszaftów tamtejszej Szwajcarii, tudzież Zagłębia Stu Tysięcy Jezior.
Wiało jak w kieleckim. Z drzew spadały wiewiórki. Łabędzie przelewały się z miejsca na miejsce razem ze zbiornikiem wodnym. Dziki żarły żołędzie prosto z koron przygiętych do ziemi drzew, a gdy wiatr przypadkowo zmieniał kierunek, latały nad horyzontem jak wystrzelone z katapulty Angry Birds.
Niebo cierpiało na chroniczne nietrzymanie deszczu.
Dookoła bagna, błota, pięć stopni w słupku rtęci i dziesięć kilometrów do najbliższego sklepu z alkoholem.
W ludzkiej osadzie my, Hauptcioteczka, Hauptwujaszek i dwa domy dalej - para Finów z Tampere.
FINÓW!
FINÓW, którzy przyjechali z Tampere fiatem Pandą!
Do Enerde!
Fiatem Pandą!
Na Sylwestra do Enerde!
Z Tampere!
Pandą!
Jakiż to sekret mógł się za tym kryć? Jaka motywacja przycisnęła Topika i Topcię, żeby wbić się w Pandę i jechać tydzień do Enerde, by witać nowy rok w samym środku bagien w deszczu wiewiórek i dzików, gdzie każdy spacer nad jeziorem groził dostaniem w twarz łabędziem.
Międzynarodowy przemyt rubinów?
Pomyłkowy zjazd z autostrady za Helsinkami?
Przemyt umlautów?
Świeże warzywa z mrożonki?
Jakaś pochopna obietnica, by rozsypać prochy przodka?
Co było tutaj, czego zabrakło im w ojczyźnie Stu Tysięcy Jezior i jeszcze ładniejszych okoliczności przyrody, do których w dodatku Fińczycy tradycyjnie zwykle dorzucają saunę gratis?
Wytrzymałam dwa dni tych wewnętrznych, targających mną spekulacji.
Trzeciego dnia wdziałam sztormiak i zaczaiłam się na Topika i Topcię w krzakach, udając, że zbieram jagódki.
Gdy po kwadransie Topik i Topcia wynurzyli się zza zakrętu z fruwającym na smyczy dobermanem (Doberman! W fiacie Panda! Z Tampere! Do Enerde!) nie było już we mnie entuzjazmu Pollyanny dla sąsiedzkich pogawędek, i z rozmokniętej, osmaganej wichurą fizys wycharczałam jedynie ‘WARUM?’ próbując jednocześnie wyplątać sobie wiklinowy koszyczek z koafiury.
Topik upewniwszy się, że zrozumiał sens mojego egzystencjalnego niepokoju (‘WARUM tu, na bogów nordyckich, a nie nad jeziorem w Tampere, w norce ze śniegu i z całodobowym dostępem do sauny?!’), odwrócił się do żony, opatulonej, jako i on w kurtkę z karibu, obszytą wokół kaptura ziemską powłoką polarnych lisów i zagaił ją melodyjnym, ojczystym gulgotem obfitującym w przegłosy. Małżonka radośnie odgulgotała. Topik przetłumaczył.
- Gdyż żona nade wszystko lubi ciepły klimat!

Przyjmijcie, więc na 2019 rok życzenia, by każdemu z nas spełniało się według potrzeb!
(Cokolwiek o tych potrzebach myślą nasi sąsiedzi.)


PS Jak dobrze znów poczuć pismo nosem! [mryg]

©kaczka

[392]

[26 Sep 2018]

(...)
Początek września był jak zwykle sparingiem zdrowego rozsądku z oczekiwaniami  publicznej edukacji.
Już pierwszego dnia okazało się, że na przedwakacyjnej liście rzeczy, które powinien wnieść w posagu trzecioklasista zabrakło przezroczystych okładek o wyglądzie ściśle określonym normą DIN.
Na jutro.
Szkoła to tysiąclatka.
Tysiąc lat tradycji pomnożonej przez dziesięć klas razy przynajmniej dwudziestu uczniów, a każdy z zestawem pięciu woluminów wyczerpało w kwadrans zasoby jedynego we wsi sklepu z okładkami.
Gdyśmy doń dobiegli na chwilę przed zamknięciem, pracująca tam Chinka wyjaśniła, że okładek było tylko sto, a żądny polietylenu tłum przewrócił regał prosto na kolekcję ogrodowych owczarków niemieckich wykonanych z rygipsu - po sześćdziesiąt ojro od psa.
Owczarki w proch.
Najbliższy sklep z okładkami w Stuttgarcie, Władywostoku lub w Turku.
Albo na Marsie.

Plan zajęć przyniesiony przez Dynię pierwszego dnia zaimputował, że klasa imienia Wszystkich Zjednoczonych Księżyców Saturna (gdyż albowiem już nie Mastodontów, Mastodonty wyginęły, ich miejsce zajął hołd dla rozmaitych wypełniaczy próżni Wszechświata) ma w planie zajęć wuef na trzeciej i piątej lekcji beztrosko przefastrygowany matematyką na czwartej. Plan był naprztykany Comic Sansem, więc uznałam, tę kombinację za krotochwilę. Taki żarcik na rozładowanie pogęstniałej od edukacyjnego przymusu atmosfery. Zresztą czy ja miałam czas zajmować się krytyczną analizą poczynań pań z sekretariatu skoro akurat cięłam zasłonę prysznicową na prowizoryczne okładki do kompletu książek trzecioklasisty?
Tymczasem następnego dnia, w ramach tej krotochwili Saturjanie wypruli zaraz po muzyce do sali gimnastycznej, którą w 1965 roku zbudowano z azbestu, łupków bitumicznych, nitrofoski i włókna szklanego w bardzo osobnym budynku, dość daleko od szosy i szkoły. Po piętnastu minutach byli na miejscu, w miarę sił przebrani w kostiumy sportowe (tu optymistycznie zakładam, że przeciętny Saturjanin miał na sobie jedną skarpetę, półbut i trzy koszulki).  Poskakali tak ponoć przez kozła przez dwadzieścia minut. Wysłani do szatni przebrali się w co kto znalazł pod ręką i wrócili na matematykę w tempie wprost proporcjonalnym do entuzjazmu i pociągu do tabliczki mnożenia. Kilku wcale nie dotarło, bo albo skręcili do sklepu z drożdżówkami albo poszli obwodnicą na Stuttgart. Naszpani od matematyki przetrzymała tedy Saturjan dyscyplinarnie na przerwie, co naszpan od wuefu odebrał jako afront względem świętości swej profesji, gdyż spodziewał się, że przerwę młodzież poświęci na ponowne  wdziewanie gaci i wiązanie supłów w adidasach, tak, aby potem móc przez pełne czterdzieści pięć minut skakać przez kozła w wersji infinitive loop. Nim udałam się do szkoły z owczarkiem niemieckim z rygipsu, jak Basil Fawlty z ceramicznym krasnalem, szkoła przetasowała plan lekcji i odebrała mi temat na kolejne trzydzieści notek.

Trochę szarpnęło mi trzustką, trochę przenicowało wątrobę, gdym pierwszego dnia, w pierwszym zadaniu domowym z niemieckiego wykryła, że naszpani pyknęła błąd ortograficzny w tekście. Tekst był o tym, że nadrzędnym celem uczęszczania do trzeciej klasy jest nauka pruskiej ortografii. Zapytana Times Romanem o motyw tej zbrodni na rzeczowniku, naszpani wyraziła natychmiastową skruchę Comic Sansem nie próbując nawet brnąć w kanał o testowaniu spostrzegawczości nieletnich. Tyle na jej obronę.

Trochę boję się zapeszyć, bo jest jakby odrobinę lepiej niż było [1] .
Naszpani od rosyjskiego może i uczy angielskiego, ale przytula dzieciny i wydaje się być zadowolona z wykonywanej pracy. (Na to konto, zapomnijmy, że trzeci rok z rzędu ex-Mastodonty uczą się nazw kolorów po albiońsku, a Dynia na pierwszej lekcji wyrobiła podstawę programową na najbliższe dwa lata, bo okazało się, że potrafi policzyć do stu [2]) Naszpani od matematyki postawiła memu dziecku sehr gut z klasówki [2] i nie krzyczy. Naszpani od religii po dwóch latach porzuciła wreszcie niezdrową fascynację grzechem, Jonaszem i ichtiofauną. Naszpani wychowawczyni, nim jeszcze wysechł Comic Sans na planach lekcji, zabrała Saturjan na wycieczkę do lasu i wróciła z pełnym kompletem, a nawet kilkoma dodatkowymi egzemplarzami zgubionymi w ubiegłym roku. (Po tygodniu od wydarzenia wszyscy nadal żyją, choć Vladimir i Aureliusz nadgryźli hubę, a Fabrizio przeprowadził autopsję martwej wiewiórki.)
Idzie plotka, że ta heroina planuje również pójść z młodzieżą na ‘Fizyków’ Dürrenmatta, aczkolwiek możliwe, że Dyni skleiły się strony repertuaru i chodzi raczej o 'Ronję Progeniturę Zbójcy'. (Dynia obstaje przy Fizykach, bo wabią intrygującym plakatem.)
Ze względu na konflikt terminów córka ma pierworodna zmuszona była porzucić poranne lekcje śpiewu, co dla niej jest może  policzkiem od losu, acz naszpani od chóru z pewnością odejmuje kłopotu w dopisywaniu ról dla milczących statystów w następnej musicalowej produkcji. (Nie jestem przekonana, czy to ona nie stała za tą intrygą – sorry, Dyniu, zajęcia chóru od piątej trzydzieści rano w każdy nieparzysty poniedziałek roku przestępnego i jedynie w miesiącach bez litery R, serdecznie zapraszam... eeeeeee... nigdy.)

Tymczasem prawdziwy cios przyszedł z zupełnie innej strony. Nowy, powakacyjny sezon u Montessorian dla Biskwita, dziewczęcia splecionego z mego kodu genetycznego w ciasny warkoczyk, rozpoczął się antycznym dramatem. Wynaturzeni bracia bliźniacy - Lasse i Bosse z grupy Niezidentyfikowanych Zjawisk Atmosferycznych przedstawili Biskwitowi dowody na nieistnienie Wróżki Zębuszki. Jak dowiadujemy się ze sporządzonej na ekopapierze notatki służbowej, zszokowany tą półprawdą Biskwit, który nie zdążył jeszcze być beneficjentem programu wymiany mlecznych na ojro, podciął obu bliżniakom nogi, usiadł na nich, znieważył werbalnie nazywając ‘bezmyślnymi penisami’, by na końcu uderzyć w szloch. Nie wiem, nad czym rozczulać się bardziej, nad lojalnością względem wyimaginowego bytu, znajomością anatomii, czy nagle objawionym talentem do walk ulicznych z elementami capoeiry?
(Jakkolwiek oficjalnie nie popieram rozwiązań przemocowych to w tym wypadku, powiadam, Lassemu już dawno należało się w dziób.)

I gdy już myśleliśmy, że nic nas we wrześniu nie zaskoczy, że wyczerpaliśmy płatny abonament na dostępne zjawiska paranormalne, Biskwit zażądał lekcji gry na fortepianie. I tak przez scenę naszego życia przejechała na steinwayu Irina Antonowna znad Donu, wdowa po Szostakowiczu, córka Filharmonii Moskiewskiej.
(Rzekłbyś, to jedno jedyne zdanie, które zapamiętałam skutkiem dziesięciu lat sponsorowanej przez MEN nauki rosyjskiego  – Kagda Irinie było siem liet, ana pastupiła w dietskuju, muzykalnuju szkołu. – wreszcie się przydało, wreszcie w moim życiu dołożyło się do jakieś puenty!)
Pewnego wrześniowego popołudnia usiedliśmy zatem całą rodziną na komplecie wypoczynkowym w piwnicy u Iriny napaleni wiarą, że to właśnie Biskwit jest depozytariuszem talentów, których nikt przenigdy wcześniej w żadnym z obu rodów nie objawił. Szło dobrze. Na tyle dobrze, na ile może to ocenić dwoje głuchych i jedna relegowana ze szkolnego chóru.
Bum.
Biskwit cisnął w klawisze.
Ciach.
Piosenka o kaczuszkach.
Łup.
Etiuda rewolucyjna.
Sru.
Wariacje Goldbergowskie.
Szło tak dobrze, żeśmy oczyma duszy zaczynali już widzieć Biskwita w finale kolejnego Konkursu Szopenowskiego - Szopen, Argerich, Blechacz, Biskwit  - ale Norweskiego coś tknęło i przezornie zapytał, ile nas to wszystko będzie kosztować nim Popowa-Zydroń odczyta publicznie nasze nazwisko w świetle fleszy i kamer. Odpowiedź Iriny nieco nas stropiła, bośmy byli pewni, że kwota jaką  podała to roczne wydatki z ratą za koncertowego steinwaya, a tymczasem jak się okazało Irina miała na myśli swoje tygodniowe honorarium.
To jakby przesądziło sprawę.
Zabiliśmy Mozarta.
Biskwit będzie grał na trójkącie ucząc się z tutoriali na youtubie.
Albo sobie sam z gonta klawikord ustruga.

[1] Minęło kilka dni i już nie jest. Ale wspomnień nikt mi nie odbierze.
[2] Każdym sukcesem Dyni  na niwie jakiejkolwiek matematyki jaram się jak Londyn w 1666 i lśnię jak szopa Skłodowskiej polonem

Fluorescencyjnie yours,

©kaczka

[391] Ich Syn Franek

[8 Sep 2018]

(...)


To spotkanie miało się wydarzyć cztery (!) lata temu na Okęciu imienia Szopena Fryderyka. Oni byli w stolicy, bo grał w bierki Madryt, ja akurat tego wieczora leciałam z jakiejś zapomnianej już przyczyny do stolicy. Idealny plan. Precyzyjnie zsynchronizowane trajektorie. Wykreślony kieszonkowym astrokompasem środek ziemi między Kaliszem a Erefenem. Przytroczone do pasków szwajcarskie zegary z kukułką.
Miały być szybkie uściski na lotnisku, konfetti z frytek, orkiestra mariachi, kawa w papierowych kubkach, a na pierwsze te wszystkie zdziwienia, które mają miejsce, gdy spotykają się ludzie znani sobie wyłącznie z internetów.
Nie wyszło.
Samolot poślizgnął się na pętli czasu.
Samochód oddał ducha gdzieś między Muranowem a Marymontem.
Cristiano przegrał.
Kawa wystygła.
Nocny stróż zamknął lotnisko.
Orbity się rozjechały.

Los odczekał kilka lat i dał nam ponownie szansę. Krygowali się, więc nie przeczę, trzeba było ich wkręcać i bałamucić. Że jak nie oni, to kto? Że skoro już jadą do Szpitala na Peryferiach w Klinice w Szwarcwaldzie, to mogą odbić z autostrady, zrobić dodatkowe - furda! - sześćset kilometrów i wpaść na frytki.
Tylko, na b(l)oga, niech samochód zorganizują tym razem z tytanu i batmanu, bo kolejnego zawodu mogę nie przeżyć.

Przyjechali.
Wpadli na dwadzieścia cztery godziny z takim samym koktajlem radości, szaleństw, trosk i smutków, o jakim czytacie (a to lektura obowiązkowa) na blogu, z koktajlem zdobnym na czubku w dwie najdrorodniejsze, krasnolice wisienki - kremdellakrem – Franka i Leona.
Franek ściął Dynię intelektem jak polne kwiecie kosą. Zemablował ją znajomością stolic, w tym, na przykład, stolicy Tadżykistanu, poprawił hiszpańskim komplementem, podbił serce pogardą dzieloną dla arytmetyki, a na końcu zabił tym, że jarmuż albo tran może sobie zapodawać bezpośrednio słomką do żołądka.

Erzac Lewandowskiego, atrapa frytek i lektura o intrygującym tytule.

Czym ściął Biskwita Leon tego się nie dowiemy, gdyż ta tarantinowska para – wypisz-wymaluj Pumpkin i Honey Bunny - zamknęła się z paczką czipsów w komnatach na piętrze i nie wpuszczała obserwatorów społecznych.
Niedaleko padają wisienki od jabłoni [1], nie dziwi zatem, że protoplaści Franka i Leona też zjawiskowi [2].
(W internetach może wam to umknąć, bo chowają się tam między wierszami. Myk, myk, każde światło reflektorów w mgnieniu oka odwrócą tak, aby świeciło na ich synów.)
Rodzice do zadań specjalnych.
Mimowolni, niechcący eksperci. Habilitowani w pediatrii, rehabilitacji, dietetyce, ortopedyce, ekonomii, edukacji, legislacji i nieustannej życiowej adaptacji.
Chronicznie niewyspani. (Od ośmiu lat śpią rzutami, w skąpych dawkach, snem perforowanym, z respiratorem pod poduszką.)
Względem Systemów i Ograniczeń twardzi jak Roman Bratny. Silni jak Hulk. Przebiegli jak MacGuyver.
I do tego jeszcze o wiele ładniejsi.
Rozkochali nas i odjechali.
O czym zawiadamia w żalu i tęsknocie nieutulona,
kaczka

(Jakkolwiek chciałabym uniknąć tu patosu...  – zatem drobnym drukiem - ... Aniu, Szymonie, zaszczytem było was gościć.)

Dygresja: Jeśli wierzyć Milgramowi to dzięki Frankowi od Roberta Lewandowskiego dzielą nas jedynie dwa stopnie oddalenia. Hyc w  LINK i LINK!
To może okazać się pożytecznym zbiegiem okoliczności, albowiem gdy miesiąc temu Lewandowski w osiemdziesiątej pierwszej minucie zabił na śmierć pierwszoligowe aspiracje wioski kaczego szwagra, mamy podobno żal w Rodzinie.
Spersonalizowany.

[1] Czniać słowiańskie jabłonki! Ci protoplaści są jako te palmy kokosowe, o których sanskryt powiada, że to drzewa, które zapewniają w s z y s t k o. Z górką. Ponad berecik.

[2] Nędzny ten atrybut, ale wielcy, cudni i wspaniali już było zajęte.








[390]

[20 Aug 2018]
Kaczkopolis. Architekci bez wytchnienia kładą plany nowej republiki.
(...)
Zakończenie roku szkolnego nie przyniosło wcale wyzwolenia od codziennej udręki dostarczania cherubiąt do placówek wychowawczych. Podniosło jedynie tę udrękę na kolejny, bardziej wyrafinowany  poziom.

Władze dwóch okolicznych miast i łączacych ich torowisk, a konkretnie to jakiś nienawidzący ludzkości Stavro Blofeld, zażądały rearanżacji wszystkiego. W tym celu zerwano asfalty, wywleczono na powierzchnię kanały, przestawiono domy, jeziora przelano w inne miejsca, a przy okazji zastąpiono dysfunkcyjną komunikację miejską jej jeszcze bardziej (choć to po ludzku  wydaje się zupełnie niemożliwe) dysfunkcyjnym erzacem. Landszaft, jak okiem sięgnąć, wygląda jak dzień po ataku monstrualnego kreta z kosmosu.
Projekt planowo ma trwać miesiąc, ale to samo onegdaj mówiono o tym nowym lotnisku w Berlinie, więc zachowuję umiarkowany optymizm.

Pierwsze dni sierpnia, czas, gdy funkcjonowało jeszcze przedszkole, ale młodzieży szkolnej należały się już półkolonie, wspominam jako okres, gdy wstawałam o piątej, hulajnoga, pociąg, autobus, tramwaj, hulajnoga, nie-zgubić-żadnego-dziecka, skrótem przez ogródki działkowe, pociąg, hulajnoga i już przed dziesiątą byłam w pracy.

Skrót przez ogródki działkowe w sezonie klęski urodzaju skutkował zazwyczaj a to siedmiokilową cukinią, a to wanną porzeczek, a to pomidorami wielkości piłek futbolowych. W cieniu i wodnej mgle ludzkość bywa nadzwyczajnie hojna i życzliwa. Odwrotnie niźli w autobusach zastępczych, gdy musi zrobić miejsce dla cukinii i hulajnogi. (Jednocześnie okazuje się, że jedną dorodną cukinią przerobioną na placki ziemniaczane można żywić czteroosobową rodzinę przez ponad tydzień. Byleby je tylko porządnie przypalić, bo religia zabrania Biskwitowi jedzenia chlorofilu.)

W sierpniu Montessorianie zaapelowali, by w czynie społecznym skopać teren pod trawnik, bo akurat ich podwórko ominęły plany Blofelda. Zapisani byliśmy całą rodziną w najupalniejsze z niedzielnych popołudni. Tymczasem, dwa dni wcześniej podczas zakończenia roku szkolnego (tym razem ja przyniosłam wegańskie kotlety, a rolę czarnego charakteru odebrała mi australijska matką z sałatką z mielonego z koali) Biskwit z bandą poddanych sobie kurdupli zaczął wydłubywać z tej ziemi szklaną stłuczkę, butelki po Budweiserze i od niechcenia dekorować nimi low-fat, no-meat sojowy sernik z czekoladą z cykorii na talerzach dyrekcji i trójki rodzicielskiej. W ten sposób Biskwit nie tylko wywinął siebie i nas z tego czynu społecznego, ale jeszcze sprawił, że w wyniku detalicznych oględzin terenu okazało się, że ziemię należy zerwać do wysokości minus czwartego piętra schronu przeciwatomowego usytuowanego pod przedszkolem. Najpewniej buldożerem.
(Nie wiem, czy te potłuczone butelki leżały tam naprawdę od czasów Reagana. Biskwit odmawia składania zeznań bez obecności adwokata.)

Również w sierpniu na naszej posesji złe wstąpiło w naturę.
Jeż-neurastenik potrząsał nocami szopą na rowery. Przyklejone u powały jaskółki mnożyły się na potęgę, defekując na najbardziej reprezentacyjny kawałek tarasu, jak pozbawione samokontroli maszyny do produkcji guana, a wreszcie jakiś ornitologiczny Kain wypchnął z gniazda dziobatego Abla prosto w miskę müsli należącą do Biskwita. Ponieważ nie było świadków zdarzenia, ani chętnych do przeprowadzenia sekcji zwłok, pozostanie niewyjaśnionym, czy nieboszczyk nie przeżył upadku, czy utonął, czy może skonał z przeżarcia. Dwa dni później, podobna bratobójcza napaść miała miejsce po drugiej stronie dachu, gdzie zalęgły się gołębie. W tym wypadku potencjalny nieboszczyk wylądował na naszej wycieraczce, gdzie siedział smutno gulgocząc, a potem zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. (W wersji dla Biskwita: wspiął się po ścianie używając czekana oraz lin i wrócił na piechotę do gniazda.) Ledwieśmy nad tym przeszli do porządku dziennego, a już kot sąsiadów upolował kosa z gniazda na jabłonce za płotem i triumfalnie przeszedł z ofiarą wśród bawiącej się w ogródku młodzieży. Patriarcha kos miast zaatakować kidnapera, lotem koszącym napadł na młodzież i to była ta kropla, która przelała mój naparstek tolerancji. Dość tej ewolucji, weganizmu, pokoju, miłości, szachów, Krystyny Czubówny i Davida Attenborough! Z myślą o następnym sezonie doboru naturalnego zamówiłam w Chinach elektronową atrapę orła bielika (rozstaw skrzydeł siedem metrów, ruchoma, obrotna głowa z fotokomórką, zamiast oczu dwa lasery kryptonowe a w bonusie playlista z boomboxa zawierająca głosy siedemnastu gatunków sępów, sapanie sowy pójdźki, największe przeboje Krzysztofa Krawczyka i kompilację sejmowych wystąpień ministra Szyszko.) Tę wyklepaną w garażu w Pekinie atrapę cynicznie i bez skrupułów planuję przybić na słupie na środku podwórka tuż obok niedźwiedzia grizzli z poliestru uzbrojonego w sterowany dżojstikiem miotacz płomieni i wulgaryzmów.
Jak czule nie myślałabym o faunie i florze oraz przyszłości planety to zeskrobanie z okien i parapetów tony zasuszonego guana, przenoszenie szopy w tę i z powrotem, wyplątywanie ptasich kamikadze z dziecięcych koafiur, całodobowe tupanie po dachu jakby gołębie przychodziły na świat w holenderskich chodakach, hobbystycznie składały meble z Ikei lub tańczyły flamenco, dwa pogrzeby (w tym jeden pod osłoną mroku) skutecznie wypłukały ze mnie miłość do bastardów Matki Natury. A przecież nawet nie wspomniałam o wijcach, z którymi szarpałam się o kubły na śmieci, o choince ciskającej w nas szyszkami, o ślizganiu się na dzikich śliwkach i o tym, że gdy uzbrojona w teflonową rękawicę kuchenną upiłowałam oset z ambicjami sekwoi i zdeponowałam jego szczątki w kuble na odpady organiczne to on tam kompletnie odłączony od korzeni i w ciemnościach, euforycznie zakwitł i wyprodukował nasiona!

W sierpniu również importowaliśmy z Ojczyzny zaprzyjaźnioną osiemnastolatkę, by dopilnowała nam Dyni i Biskwita. Dla mnie było to ekscytujące doświadczenie – antropologiczne safari wśród wąwozów pooranych różnicami pokoleń. Dla osiemnastolatki - spotkanie z przedstawicielami obcej cywilizacji reprezentowanej przez Biskwita. Ponoć najtrudniejszy był dzień, w którym Biskwit wyszedł przed dom w pidżamie, przywiązał się do ulicznej lampy paskiem od szlafroka i piskał żałosne mamomamomamomamomamo, a wszystko to w odwecie za nietrafny kształt kanapki podanej mu na śniadanie. Wrażliwa osiemnastolatka przeszukała internety w temacie, ile może wytrzymać dziecko bez jedzenia, a w obliczu sprzecznych informacji wykonała naprędce kilkanaście modeli kanapek, z których ostatecznie Biskwit wybrał jeden i skonsumował siedząc na wycieraczce bo tak. Po tak traumatycznych przeżyciach osiemnastolatka nawróciła się na drogę cnoty, poprzysięgła, że zda maturę, zaczęła czytać klasyków, w tym Huxleya (recenzja: zero fabuły, prawie nic o seksie) i złożyła dobrowolne śluby czystości i bezdzietności. Biskwit za to złożył raport do statku-bazy, że ludzkość (z okolicznościowym wyjątkiem matki i jednej naszpani z przedszkola) można prowadzać na pasku (również tym od szlafroka).

A potem dzieciny wyjechały na wakacje do Hauptcioteczki. Od kilku dni w domu wszystko leży na swoim miejscu, pod stopami nie chrzęszczą ludziki z plejmobilu ani okruchy precli, nie zostało już nic do uprania, jaskółki lecą do Afryki, pod zamek nie podchodzi las, a w uszach dzwoni cisza.
Zaraz oszaleję.

©kaczka

[389]

[24 Jul 2018]

(...)
Zdałam do trzeciej klasy.
Krew, pot, łzy oraz  Lisbeth Salander z odstrzeloną głową, odkopująca się z grobu jedną ręką.
Neurochirurg, psychiatra, specjalista od dyskalkulii, wykluczanie epilepsji, wykluczanie ADHD, wykluczanie dysleksji, wykluczanie guzów mózgu, ukraińska psycholożka, kubańska psycholożka, testy na inteligencję.
A wszystko to potwierdziło jedynie roboczą hipotezę, że szkoła jest smutnym, opresyjnym i bardzo złym miejscem.
Możliwe, że nie każdy siedmiolatek pęknie mając opanować w ciągu pół roku (a te pół roku liczę hojną ręką, bo przecież nieustanne wakacje, dwa miesiące zwolnienia lekarskiego naszpani, imprezy z okazji, w zimie za zimno i skrócone lekcje) dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie do stu, a wszystko to w pamięci, zadania z tekstem, sprawdziany bez zapowiedzi i kartkówki za karę. Możliwe, że typowe siedmiolatki wciągają nosem, jak heroinę, czytanie, niemiecką ortografię, pisanie esejów, układanie haiku, zdania złożone, przygotowywanie prezentacji, analizę tekstów i trwające miesiącami, nudne jak flaki z olejem, kaligrafowanie setek liter pismem odręcznym. (Sens zmiany czcionki alfabetu po roku nauki pozostaje nieodgadnionym. Naszpani od Mastodontów, wielbicielka epistolografii, żadnego swego listu do nas nie popełniła pismem z zawijaskami, a napisała ich w tym roku wiele. O wiele za wiele. Zatem jeśli to nie jest ostateczny dowód na nieprzydatność formy i jej przerost nad treścią, to co nim jest?)
Możliwe, że to można wyegzekwować, ale Dynia rozsypała się pod ciężarem.
Nie było ani jednego weekendu, ani jednych wakacji, ani jednej przerwy na siku, bez zadań domowych typu: przepisz słowo 'mrówkojad' osiemdziesiąt trzy razy.
Od września do lipca siedmiolatki namalowały cztery (!) prace plastyczne farbą lub kredką. Na więcej zabrakło czasu.
Dodajmy do tego oceny, które naszpani od Mastodontów, zaczęła nagle kalkulować z zacięciem obłąkanej księgowej: dwa koma sześcset dwadzieścia pięć albo trzy przecinek osiemset dwanaście albo cztery i trzy czwarte. Tak, jakby chciała pobić rekord Bellarda względem miejsc po przecinku liczby pi.
(Strach było zwrócić uwagę, że halo! dziateczki nieszczególnie kumają, o co chodzi z tymi ułamkami, bo nie daj Boże, naszpani przyszłoby do głowy jeszcze i te ułamki dorzucić do repertuaru.)
Szkoła imienia Ofiar (sic!) wspierała jak mogła, kolportując prawdy, że to zasadniczo zawsze wina rodziców jeśli dziecko nie nadąża, lub krasząc osiągnięcia Dyni bonmotami typu ‘no cóż, widocznie, matematyka nie jest twoją mocną stroną, phi!
Jasne, nie jestem naiwna, pamiętam, że w szkole nie ma miejsca na człowieka, ale nie przypuszczałam, że nadal, i że w dowolnym ustroju, i że aż tak bardzo.

Epilog: 
Spotykam na ulicy matkę rówieśnika Dyni, dawnego współosadzonego z przedszkola. Small talk schodzi na szkołę. Chłopina jest w konkurencyjnej na drugim końcu dzielnicy. Matka opowiada, że trafili fantastycznie, że cudowna szkoła, że wychowawczyni jej syna to świetna nauczycielka, najlepsza jaką można sobie wymarzyć...
Zazdrość zalewa mi wątrobę, w myślach układam podanie o przeniesienie, ale tylko przez nanosekundę, bo opinia kończy się tak: 
... gdyż jest bardzo surowa i dzieci uczą się, bo się jej boją.
...
...
...
Powiadam wam, nie ma nadziei dla ludzkości.
... a Biskwit pójdzie do szkoły cyrkowej i już.


(...)
Biskwit – człowiek-enigma – też zdał do następnej klasy.
Zebranie w przedszkolu ujawniło, że Biskwit uwielbia czyścić buty, jeść zupę i zawsze na ochotnika zgłasza się do sprzątania.
(To musi być jakaś istotna część planu podboju wszechświata przez cywilizację, która przysłała tu Biskwita, a wglądu w któren Biskwit nam skąpi.)
Jedyne, co martwi naszpanie, to fakt, że Biskwit nie zwierza się im ze swoich uczuć, ani względem jarmużu i polenty, ani względem kolegi, który jest damskim bokserem, ani względem kolejki do toalety.
I że nie jest dobrze, by dziecko tak w sobie skrywało emocje, tudzież brało sprawy we własne ręce.
Przytaknęliśmy, choć Norweski zamamrotał pod nosem, że nie martwiłby się aż tak o Biskwita, martwiłby się raczej o Kanadę! (nie omieszkajcie zerknąć w materiał źródłowy: Lucifer, sezon 3, odcinek 3).

(...)
Z niewyjaśnionych, a już na pewno nie z racjonalnych powodów (samoumartwienie? pokuta za grzechy? skutki uboczne zażywanych leków?) naszpani od szkolnego chóru zaparła się wystawić musical, by zwieńczyć tegoroczną działalność zespołu złożonego głównie z dziecin, które tak jak Dynia, nie mają się gdzie podziać o siódmej rano w poniedziałki (rodzice w pracy), dziecin, których rodzice uważają, że chór to w sam raz zajęcie dla małych dziewczynek (córka naszych sąsiadów) oraz z potomków rosyjskiej diaspory, która to diaspora wychodzi z założenia, że każdy mały Rosjanin rodzi się Ałłą Pugaczową.
Kto partycypował w okołoświątecznym koncercie kolęd, ten miał przeczucia.
Moje mówiło: zostań w domu, kaczka, zostań, wyślij Norweskiego na premierę, kaczka, nie idź!!!
Nie posłuchałam.
Pasmo cierpień psychicznych, które na siebie sprowadziłam tą pochopną decyzją to nawet nie kwestia wątpliwej wydajności wokalnej chóru, ani standardowej akustyki i woni sali gimnastycznej, ani wad wymowy wiodących aktorów przebranych za zebry, żyrafy i surykatki.
Notabene, Dynia w kostiumie lwa.
Jedynym zadaniem lwów było trzymanie się z dala od chóru i rozpędzanie antylop.
W odróżnieniu od naszej sąsiadki, której córkę również przydzielono do tego stada, natychmiast pojęłam aluzję. To nie była kwestia nadwyżki zebr, jak tłumaczyła naszpani od chóru unikając naszego wzroku, a tego, że zdolności muzyczne są dziedziczne, a z pustego to -wiadomo - i Salomon nie odziedziczy.
(Być może cała nadzieja w Biskwicie, który kilka dni temu ze śmiertelną powagą zażądał lekcji gry na klarnecie, perkusji i klawikordzie.)
Normalnie dałabym radę wysiedzieć tę godzinę w bezduchu, w woni spoconych skarpetek, nagradzając stojącą owacją sceny rzezi antylop (dwa razy po dwadzieścia sekund), ale nim jeszcze zaczęła się ta premiera, to już pod sceną ustawił się tłum rodziców z telefonami komórkowymi, gotowych prowadzić relację live z wydarzenia na wszelkich mediach społecznościowych od Monachium po Władywostok.
Z jednej strony, ok – mur ludzkich ciał bezpiecznie odizolował mnie od fonii i wygłuszył niedociągnięcia wokalu. Niestety, barykada odcięła mnie również od wizji, a trudno robić obciach własnemu dziecku rzucając perukę na scenę, gdy człowiek przegapi te dwadzieścia sekund rozszarpywania gazeli przez potomstwo.
Z drona wyglądałoby to tak: my z Norweskim i Biskwitem w piatym rzędzie, wokół ocean pustych krzeseł, a sto osób kłębi się pod sceną, jak na koncercie Rihanny.
Łudziłam się, że może to kwestia pierwszych dziesięciu minut, że potem im się znudzi, ale nie.
Musieli mieć wszystko. Od prologu po napisy końcowe.
Ręce im omdlewały, nogi odmawiały posłuszeństwa, ale nie odpuszczali.
Wstałam więc i w krótkich żołnierskich słowach poprosiłam o tunel do wizji.
Przełknęłam opinie, żebym spierdalała (o! Państwo Rodacy, jak miło!), że jak mi zależy to mogę sobie przecież postać, jak wszyscy (nie, aż tak bardzo mi nie zależy), że serca nie mam (możliwe), że przeszkadzam w przedstawieniu (serio?) i że ... Alosza dasz radę tę babę wyciąć, bo całe nagranie przez nią w ch..? (Alosza przysiągł na grób matki, że da).
Mój postulat poparł wątły głos grona pedagogicznego i jacyś zabłąkani emeryci z osiemnastego rzędu, którzy przyszli, jak co tydzień, na tai chi 60+, ale nikt im nie powiedział, że dziś odwołane, bo premiera, no, to by sobie chociaż popatrzyli.
Tłum pod sceną nieznacznie się poruszył, zrobił taki wyłom na grubość mikrona, głównie to Alosza wciągnął brzuch i zsiniał, i  już nawet widzieliśmy trochę zebry, trochę żyrafy i plecy dyrygenta.
I już nawet serca zaczęło nam przepełniać to specyficzne, jedyne w swoim rodzaju, discopolowe wzruszenie, które człowiek czuje, gdy krew z jego krwi pojawia się w wystąpieniu publicznym na scenie.
I już nawet sięgaliśmy po chusteczki.
Ale wtedy pojawiła się ONA.
Kobieta z tlenionym kokiem, ocieplona pomarańczową syntetyczną opalenizną, wbita w rulon z czarnego spandeksu, który zaczynał się na biuście 90FF, podkreślał wszelkie obręcze torsu i uparcie ześlizgiwał się z pośladków.
W rękach trzymała aparat fotograficzny z obiektywem takich rozmiarów, że Freud bezzwłocznie zadałby RETORYCZNE pytanie, co ma on jej kompensować?
Na wysokości naszego rzędu Tleniona padła na kolana i zaczęła sunąć na nich ku scenie. Lewa-prawa-lewa-prawa... Cały czas pstrykała zdjęcia, choć nie było to łatwe, bo jedną ręką musiała ujarzmiać odsłaniający pośladki lateks, drugą machać do swego dziecka na scenie, a trzecią trzymać dziesięć kilo i trzy metry obiektywu. Wreszcie na wysokości pierwszego rzędu, tuż przed Canossą,  Tleniona rzuciła się na ziemię i dystans do sceny pokonała ruchem węża.
...
...
Węża o dwóch wypiętych pośladkach odzianych w koronkowe desusy.
...
...
...
Wyszłam.
Nim odzyskałam wzrok i równowagę emocjonalną, na scenę wchodziły bisy, więc w sumie chyba wygrałam.
A woźny, najęty na akustyka i oświetleniowca, jarał aktorom po oczach tysiącwatową żarówką w reflektorze, więc jeśli Biskwit mnie nie wyda to mam alibi.

©kaczka