Image Slider

[403]

[18 Jun 2019]

(...)
Czerwiec, jak zwykle, ledwie mieści rozmach obchodów kolejnych (DZIEWIĄTYCH!) urodzin naszej pierworodnej dzieciny.
Z czerwca, jak na razie, pamiętam głównie silos mąki i wagon kakao, które przerabiałam nocami na czekoladowe wypieki o rozmiarze satysfakcjonującym apetyty szkoły, świetlicy,  ulicznego gangu, klubu sportowego, siedemnastu nieletnich baletnic (low fat, low sugar ) i czworga uczestników lekcji amerykańskiego (high fat, high sugar i kilka wiader lentilek).
Sprzyjającym zbiegiem okoliczności w dniu urodzin Dyni w mieście występowała jej ulubiona szansonistka, artystka jednego przeboju, prawdziwy one-hit wonder, co zgrabnie rozwiązało problem prezentu dla dziecka.
Na koncert dziecko i swoje fobie społeczne zabrał Norweski. Miejsca stojące pod sceną zajęli o siedemnastej i już o dwudziestej pierwszej, tuż po trzech niekończących się supportach, doczekali się wokalistki.
Wokalistka, szpakami karmiona, swój największy i jedyny przebój zaśpiewała przed jedenastą na zakończenie koncertu, więc niestety, w międzyczasie Dynia straciła miejsce przy samej scenie na rzecz interwencyjnych frytek i ratunkowej coli. Nie wiem, czy to przez colę, inne substancje odurzające, a może przez przypadkowe dotknięcie wchodzącej na scenę artystki [1], ale gdy pierworodna córka wróciła przed północą do domu to ominęła mnie w drzwiach, omiotła niewidzącym wzrokiem i na autopilocie poszła do siebie... odrabiać zadanie domowe z matematyki.
O północy (!)
Zadanie domowe (!)
Pierwszego dnia ferii (!)
Zadanie domowe (!)
Z  m a t e m a t y k i (!)
(Jeśli Dynia na dopalaczach, po jednym przeboju, w mgnieniu oka rozwiązuje dodawanie i odejmowanie do tysiąca, to co dopiero musi dziać się po takim Woodstocku i jakie oblężenie musi przeżywać, abojawiem, Politechnika Białostocka?)

[1] Było dość ciemno, więc możliwe, zatem podtrzymujemy tę legendę.
 
(...)
Następnego dnia impreza przeniosła się do fabryki węglowodanów, gdzie dziatwa starannie wyselekcjonowana z listy tysiąca znajomych (temat przewodni urodzin: ‘Zaprośmy wszystkich, których znam oraz ich kuzynów!!!’) miała ukręcić sobie po lizaku.
Taki Willy Wonka w wersji ekonomicznej.
(Ostatecznie cherubięta ukręciły kilkaset, a przodownikiem produkcji był Biskwit, który zjadł tyle cukru ile ważył, a dalsze dwie tony przyniósł do domu w kieszeniach.)
Ta część obchodów minęła raczej bezstresowo. Mówię, rzecz jasna w swoim imieniu, bo personel fabryki wyglądał na dość znękany po wizycie tej rozkosznej gromady ludożerców. Również Norweski, który to na pięć minut przed rozpoczęciem imprezy odebrał telefon od Ludmiły, matki Aloszy, może mieć w tej materii inne zdanie. Matka Aloszy zażądała bowiem, by podbiec do jej samochodu... aber schnell... i odebrać Aloszę, gdyż jak okiem sięgnąć żadnego miejsca parkingowego na horyzoncie.
Niestety, Norweski nie przewidział, że matka Aloszy w swej wschodnioeuropejskiej fantazji zaparkowała na głównym skrzyżowaniu w mieście, skutecznie blokując ruch we wszystkich kierunkach i że on sam, prymus kodeksu drogowego, unosząc Aloszę z miejsca ożywionej dyskusji między Ludmiłą, strażnikami miejskimi, policjantem i pozostałymi uczestnikami ruchu drogowego zostanie, bez dania racji, z miejsca oskarżony i napiętnowany za współudział.

(...)
Innym fascynujacym doświadczeniem tych urodzin, eksperymentem na żywej tkance mózgowej (mojej) okazała się lektura kartek z życzeniami, które współosadzeni z klasy imienia Wszystkich Zjednoczonych Księżyców Saturna przygotowali dla Dyni w ramach swojego zadania domowego.
I tak oto dowiedziałam się, że słowo ‘ÓRODZINY’ można zapisać na szesnaście różnych sposobów, z których żaden nie jest tym siedemnastym, bezwzględnie zalecanym przez pruski słownik ortograficzny. Okazało się również, że dla niektórych autorów życzeń nawet własne imię po trzech latach publicznej edukacji stanowi poligon krwawej walki z ortografią. I tu na miejscu szkoły imienia Ofiar nie klepałabym się już  tak ochotnie po pleckach w uznaniu dla dobrze wykonanej roboty.
Gdyż mam dowody, że jednak nie.
A te dowody są podpisane: JUZEK, RZANETTA oraz FOLFGANK.

(...)
Tymczasem natura nie spuszcza oka z mojej potencjalnej próżni.
Siedzę o poranku przy stole, ślepia przecieram, a przez otwarte drzwi do ogródka wchodzi ptasisyn-wróbelek z kijkiem w paszczy.
I dalejże realizować na moim dywanie jakieś dzikie fantazje dewelopera.
Że niby tu będzie gniazdo, tam tysiąclatka, pod parapetem sklep wielobranżowy, a tu meblościankę szwagier wstawi...
Pogoniłam skłotersa ciskając weń, przyznaję, raczej nielogicznie - kromką chleba.
Gnał tak, że patyczek zgubił, a potem mściwie zdefekował na ogrodowe krzesło.
Impertynencja przyrody ożywionej przechodzi ludzkie pojęcie. Przechodzi je, dodajmy, po moich dobrach doczesnych!

...Policja? Proszę przyjechać i zdjąć odciski dzioba!...
©kaczka

[402]

[26 May 2019]

(...)
Natura niezmiennie w ofensywie.
Tym razem postanowiła odbić nam szopę na rowery. Taką ustawioną w kącie ogródka budkę ze sklejki zamykaną na klucz od skarbonki, opcjonalnie na wsuwkę do włosów lub spinacz do papieru.
Gniazdo najpierwszy zauważył Norweski, gdy w majowym słońcu udał się do szopy po kosiarkę do trawy. Trawa naonczas sięgała nam już po szyje, więc do szopy nie było łatwo trafić.  Norweski poszedł i długo nie wracał, co faktycznie przez pierwsze kilka dni można było tłumaczyć rozmachem ogrodowej flory, ale gdy minął tydzień, a małżonka nadal nie było, wyruszyłam z ekspedycją ratunkową. Znalazłam Norweskiego w szopie, zapatrzonego w zwisającą z sufitu plastromiodową konstrukcję. Mójże David Attenborough siedział na kosiarce i jak wyjaśnił, cierpliwie czekał na powrót właściciela tej samowoli budowlanej.
Krew się we mnie zagotowała, że oto znów natura przysyła mi nagie miecze i zażądałam od Norweskiego brutalnej eksmisji dzikiego (sic!) lokatora.
Gdy dzień później dzieciny wyciągały z szopy swoje jednoślady zastały na podłodze nieboszczyka w formacie wyrośniętej osy. Wiem, bo przyniosły zwłoki i zbeszcześciły je wrzucając w miskę owsianki. W przygotowanej naprędce wersji dla Biskwita, mocno zbulwersowanego nieżywością owada, insekt potknał się myjąc okna w swoim bungalowie i uległ nieszczęśliwemu wypadkowi ze skutkiem śmiertelnym.
Tego wieczora pogratulowałam Norweskiemu udanej akcji snajperskiej, ale jednocześnie wyraziłam życzenie, by snajper, mając na względzie, delikatną konstrukcję psychiczną swego młodszego dziecka, na przyszłość lepiej ukrywał zwłoki.
Norweski na to, że o czym ja tu mówię i że chyba nie myślałam, że on mógłby skrzywdzić muchę?
(No nie, trochę jednak myślałam. A nawet miałam nadzieję.)
Tajemnica rozwiązała się sama.
Gdy  następnego poranka otworzyłam szopę, aby dobyć zeń rowery, okazało się, że puste gniazdo, a właściwie to cała szopa, jest już zajęta. 
Przez samotną osę rozmiarów latającej bagietki.
Internety nie pozostawiły wątpliwości, że bagietka to Raskolnikow świata błonkoskrzydłych i że wcześniejsze zwłoki na pewno nie zginęły śmiercią naturalną. (Chyba, że za naturalne uznamy krwawe walki plemienne ukoronowane bratobójstwem.)
Przez następne dwa tygodnie odzyskiwanie rowerów z szopy odbywało się etapami. Najpierw ja skradałam się do drzwi, otwierałam je znienacka, a potem jako żywy cel biegałam po ogródku, aby odciągnąć buczącego jak helikopter skurczybyka od szopy i rowerów. Gdy ja po tym ogrodzie, zygzakiem, w pidżamie i szlafroku, dzieciny zabezpieczały pojazdy odprowadzając je na bezpieczną odległość. Wtedy już tylko wystarczało podbiec do szopy, zamknąć drzwi kopniakiem, odczekać chwilę aż insekt na sterydach wlezie znów do środka szparą nad drzwiami i obijając się od półek wewnątrz, przesunie tę szopę o kilka metrów w przypadkową stronę.
Uff.
Zanim opracowaliśmy strategię pozbycia się intruza (Straż pożarna? Miotacz płomieni? Obudowanie szopy żelbetonowym sarkofagiem?...) osa zniknęła.
Nie ma jej od kilku dni.
Możliwe, że wyjechała do rodziny. Możliwe, że znalazła lepszy lokal. Zupełnie niemożliwe, że coś ją  zeżarło.
Boję się tam zajrzeć po weekendzie, bo jeśli natura postanowi być konsekwentna i dokwaterować coś o większych gabarytach to jutro z szopy wyfrunie jastrząb.
Albo archeopteryks.

[EDIT: dzieciny właśnie przyniosły wiadomość, że przez trawnik idą mrówki. W niekończącym się pochodzie.]

(...)
Biskwit na stanowisku kierownika wszechświata ma się bardziej niż doskonale.
Odkąd TEN supermarket pod przedszkolem okleił się sezonową ofertą: wymieniaj ojro na punkty, a punkty na warzywa i frukta z poliestru, zbiorową wyobraźnię gangu przedszkolnych kurdupli opanowała żądza posiadania Adalberta Ananasa lub Kurta Kabaczka.
I tak, od miesiąca, każdego dnia w drodze do placówki Biskwit czynił pod Lidlem obowiązkowy przystanek na załamanie nerwowe na tle nieposiadania i za nic miał moje żałosne kontrargumeta o potrzebie powstrzymania niekotrolowanego przyrostu nienaturalnego pluszowych wypierdków.
Poranna rutyna.
Tu Biskwit zawodzi wklejony w baner. Tu siedzę ja na krawężniku pod sklepem i przeklinam dział marketingu Lidla.
Maj nas nie oszczędza, więc zazwyczaj jeszcze leje deszcz.
Tymczasem przedwczoraj.
- Ale ja chcę! – zawodzi Biskwit. – CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ! Chcę Ksenofonta Kalafiora!!!!! I Belzebuba Botwinę!
I nagle, kompletnie znikąd, nadciąga trąba powietrzna w wersji kompaktowej i ciska pod stopy Biskwita trzy foldery reklamowe, puste opakowanie po jogurcie i gdy pył opada ... piętnaście, lekko zmemłanych nalepek, które można od ręki wymienić na wypchlaka. 
Od ręki!
Biskwit wywraca oczami, prycha że no wreszcie, bo ileż można, wchodzi do sklepu...
... i tak mamy w domu Thorstena Truskawkę oraz... Jensa Jarmuża.
Bo podobno kolejka przy kasie wzruszyła się małym, samotnym cherubiątkiem i zrzuciła się 
w nalepkach na Jarmuża. 
Nasuwa się tu retoryczne pytanie, czy los ulitował się nade mną, żebym nie dostała wilka od krawężników, czy po prostu spełnił swój psi obowiązek względem Biskwita?

(...)
Tak się zdarzyło, że byłyśmy z Biskwitem w Polsce.
Pociągiem.
A nawet czterema.
W tym jednym, który wyprzedzają rowerzyści na trójkołowych rowerkach.
Być może przez pomyłkę wykupiłam jakąś nostalgiczną wycieczkę przez Enerde, bo pociąg zatrzymywał się na każdej stacji i... TRWAŁ. Podróżujący wysiadali, robili zakupy w centrach handlowych, zaciągali kredyty, rodzili się, umierali, wypalali sztangi cygaretów, jedli trzydaniowe obiady z poczwórnym deserem i gdy wracali pociąg nadal był tam, gdzie go zostawili. Nie była to może wieczność, ale dwa razy udało nam się przeczytać ‘Kometę nad Doliną Muminków’, a siedząca obok współpasażerka opowiedziała swemu ojcu o wymianie międzyszkolnej z Majorką. Dwadzieścia razy. (Czuję, jakbym sama tam była i dylała z Miguelem na pożegnalnym baunsie.)
Polska była dla nas miła, czuła i nadzwyczajnie powściągliwa w komentarzach typu ‘a gdzie czapeczka?’
(W sumie to bardziej winna pytać ‘dlaczego czapeczka i to na podwójnym futrze?’, bo w każdą podróż w tym roku udajemy się odziani kompletnie nieadekwatnie do warunków meteo. Tak, 
w Polsce było wyjątkowo gorąco i onuce z foki przykleiły nam się do asfaltu.)
Ten Wersal trwał pięć dni, nikt nie był mi winien grosika (!), nikt nie był mi winien porad jak hodować dzieci do lat pięciu (!).
Aż do ostatniego chwili.
Już, już wsiadałyśmy do pociągu, by odjechać w dal z nowym paszportem z nieco zaskakującą wlepką-niespodzianką ‘Bóg, Honor, Ojczyzna', gdy zatrzymała nas aktywistka z #teamKonopnicka #teamNieRzucim i dalejże, czy ja nie mam sumienia żeby to słowiańskie pacholę, tę sól pyzatą i rumianą ziemi Piastów na poniewierkę wydawać? 
- ... hę?... – zapytałam. 
- ... hę?... – zapytała sól piastowskiej ziemi.
Wszak tam, TAM! (tu wskazanie ręki, z rozmachem, na zachodni horyzont) Tam za Kołbaskowem przerabiają polskie dzieci na gumę do żucia w kulkach i proszek do prania Omo. Za Kołbaskowem Sodoma, dżender i automaty do skupu butelek.
I co?
Samosprawdzająca się przepowiednia Sybilli z peronu numer osiem!
Dwa tygodnie poźniej odbieram Biskwita z urodzinowej imprezy za Kołbaskowem i drzwi otwiera mi pięcioletni Grek płci męskiej omotany koronkową sukienką i w złotych koralach na szyi.
Z głośników dudni ‘We are all living in America’, a Grek (przypominam: sukienka, korale, płeć społeczna) dzierży w rękach piłę mechaniczną.
Z polichlorku winylu.
I dżender, i Sodoma.
Gdy zdjęty z lampy pod sufitem, zagotowany z emocji Biskwit po tygodniu ostygł, wytrzeźwiał 
i nawiązał kontakt ze statkiem matką, rzecz jasna, zadałam pytanie o kontekst kulturowy wydarzenia. O co chodziło z tą piłą. I, na Zeusa, z sukienką?!
Okazało się, że Biskwit zainicjował grę towarzyską w Davida Copperfielda przepoławiającego swoją asystentkę.
I Androkles wszystko zepsuł, bo chciał jednocześnie być przepoławianym i przepoławiającym.
Nie potrzeba peronowej Sybilli, by mieć jasność,  że raczej nas już więcej nie zaproszą.

(...)
Byłam na wywiadówce w szkole imienia Ofiar.
Tak wyszło. Norweski nie mógł. Poszłam, choć uprzedzałam, że to się nie może udać.
Nie udało się.
Naszpani podciągnęła rękawy, odsłoniła tatuaż i już do końca, czyli jakąś wieczność plus dodatkowe dwie godziny, by wyłonić przewodniczącego trójki klasowej, próbowałam odcyfrować co oznacza: ONUSTR.
Imię dziecka? Ulubiony klub sportowy? Uniwersalne hasło do konta bankowego? Inicjały pierwszych narzeczonych? 'What Would Jesus Do?' po fińsku? Wpadka z krótkowzrocznym tatuażystą w salonie w Magaluf?
ONUSTR? STRUNO? NUSTRO? USTRON?
Na litość!
Tortura jak w korespondencyjnej grze w Scrabble.
I gdy pod koniec wieczności byłam już tak zdesperowana, by wstać i zapytać, w tym właśnie momencie naszpani podniosła rękę (głosowanie nad niższością kanapek z nutellą) i ujawniła cały tatuaż.
...
...
...
BONUSTRACK.
...
...yyyyyyy...
BONUSTRACK???
Nie, nadal nie rozumiem, ale doceniam, że nie Comic Sansem.

©kaczka

[401]

[10 May 2019]


(...)
Ostatnimi tygodniami intensywnie ratuję pomidory całego świata przed apokaliptyczną zagładą lub dla odmiany, myję martwy, oskubany drób tym, co wpadnie mi w ręce, by zatrzymać pochód morderczych bakterii.
Jestem, nieskromnie mówiąc, Batmanem keczupu i Wonderwoman pakowanych próżniowo kurczęcych udek.
W tych okolicznościach łatwo byłoby mi popaść w samouwielbienie, wykrochmalić sobie spandex i  utracić kontakt z rzeczywistością.
Fatum jak zwykle dba, abym przesadnie nie lewitowała.

Najpierw był gołąb.
Gołąb wykorzystał naszą nieuwagę i wprowadził się pod dach, nim jeszcze zdążyliśmy zrealizować nasze fantazje o jastrzębiu na fotokomórkę odstraszającym ptaszyny plejlistą Krzysztofa Krawczyka.
Gołąb przez trzy tygodnie włączał się o piątej rano, a jego wściekłe gruchanie obijało się o sklepienie dachu i wracało ogłuszającym echem.
Cały dom od świtu wypełniało tępe: GRUCHU GRUCHU GRUCHU.
Liryka nieodkrywcza, a emisja z taką siłą jakby spotkały się, co najmniej, dwa chóry Armii Czerwonej.
Gdy wreszcie gołąb zamilkł, gdyż albo zmienił miejscówkę, albo się śmiertelnie wyczerpał, natura natychmiast zajęła tę próżnię, jednocześnie spełniając moje marzenia o iskaniu szympansów w  Gombe.
Dziewczęta przyniosły do domu wszy.
(Jaka Jane Goodall takie to i szympansy.)
Do klasera życiowych doświadczeń dołożyliśmy zatem kupowanie szamponu z arszenikiem przez mikroskopijne okienko w nocnej aptece.
Norweski ponoć się krygował przed tym okienkiem, że może wszawica to nie aż taka kryzysowa sytuacja by blokował tu nocą kolejkę. Tę, która zdążyła się już za nim ustawić i dwa razy zapętlić. W  odpowiedzi farmaceutka w milczeniu przyniosła całą skrzynkę szamponu z zaplecza. Dla Norweskiego i dla pozostałych uczestników kolejki.
Mamy tu najwyraźniej epidemię.
Trochę jest więc jak w Gombe, trochę jak na planecie Fiorina 161.
W Gombe, bo podobno iskanie zacieśnia więzy u naczelnych. Na Fiorinie, bo po postrzyżynach wszyscy wyglądamy prawie tak jak porucznik Ellen Ripley.
(Bywa też jak w Dickensowskim sierocińcu, gdy oto Biskwit na kolanach zbiera z podłogi swe powyrywane grzebieniem loki, przygarnia je do piersi i pyta, czy może chociaż wszy adoptować, bo przecież NIGDY nie kupiliśmy mu jeszcze żadnego zwierzątka!)

Ale to wszystko to wciąż nic w tym pochodzie upokorzeń i cierpienia sponsorowanych przez faunę.
Gdy wczoraj o świcie Norweski odpalił swoją limuzynę, ta zasygnalizowała dramatyczny ubytek płynu chłodniczego. To, że wyparował było mało prawdopodobne, bo akuratnie temperatury są
w tych rejonach raczej ujemne, a i automobil, jak raz, właśnie wrócił od mechanika
z błogosławieństwem na kolejne czterdzieści tysięcy mil morskich.
Tenże mechanik, do którego Norweski poturlał auto z pretensją, zajrzał pod maskę, a następnie oddzwonił, żeby poinformować, że na całym układzie chłodzenia znalazł ślady... zębów.
Cień podejrzenia padł na narzeczonego Biskwita, który znany jest z załatwiania porachunków między pięcioletnimi gangsterami przy użyciu kompletu mleczaków.
Jednakoż mechanik przekazał, że CSI Białowieża ustaliło, że zęby należą do...
...
...
...
...
...
...
KUNY!
W ten sposób utrwaliłam sobie, że w tubylczym kuna to Der Marder.
Milion ojro później (rachunek za protetykę perforacji wykonanej siekaczami i zainstalowanie ultradźwiękowego odstraszacza kun, tygrysów bengalskich i hipopotamów) uważam, że nazwa jest wyjątkowo adekwatna.
Der Marder.
Der M A R D E R F U C K E R.



©kaczka
 

[400]

[5 Apr 2019]

Notka numer CZTERYSTA! Jeszcze dziesięć tysięcy i się tu dogoni Modę na sukces!


(...)
Gdy rok temu producent karmy dla psów wygrał proces o eksmisję Montessorian, bo jak argumentował obecność przedszkola na sąsiedniej posesji zakłócała mu fengszuj fabryki, zgodnie z decyzją sądu spakowaliśmy placówkę i na własnych barkach przenieśliśmy ją na drugą stronę torów. Tory to istotny detal, bo trudno przebiegać po nich z szafą między pospiesznymi na Berlin. Ale iść z szafą przez wiadukt to też nie wesele, gdy ten wiadukt leży siedemnaście kilometrów dalej i ma czterysta szesnaście schodów w górę i dwieście osiemnaście w dół. 
Mówią, że tego dnia byli tacy, którym w całym tym procesie skończyło się Endomondo. 
Dwa razy.

Nowy lokal zapowiadał się nieźle. Rzecz jasna, były drobne mankamenty, a to woda niezdatna do spożycia, a to szklana stłuczka wymieszana z ziemią w ogródku (nigdy nie zapomnę zbiorowego wyrazu twarzy personelu i rodziców, gdy Biskwit podczas letniego festynu wszedł pomiędzy przystawki i wysypał na talerz z sojowym sernikiem dwie garści piasku i tłuczonych butelek, anonsując, że oto znalazł za budynkiem żyłę diamentów), a to jeśli włączyć jednocześnie suszarkę do rąk w toalecie i piekarnik w kuchni to eksplodują korki. Do tego jeszcze, jak okiem sięgnąć wszędzie dookoła posępne, opuszczone budynki, a wszystko to owinięte drutem kolczastym i przetykane zardzewiałymi wieżami strażniczymi. 


Darowanemu nie zagląda się pod podszewkę. Nie było innej opcji.  Miasto co miało, to dało, wypominając wielokrotnie rozmiar swego finansowego poświęcenia. Jedynie zapomniało uprzedzić, że gdyśmy ganiali z tymi szafami po wiadukcie w te i wewte, to miasto właśnie sprzedało i ziemię, i budynki deweloperowi-altruiście.
Deweloper dostał ten teren za bezcen, wszak podpisał, że w zamian przechowa Montessorian do chwili, gdy ci, wyremontują sobie ruinę w innej części tych poamerykańskich koszar. Altruista wytrzymał w swym przyrzeczeniu kilka tygodni, po czym pojawił się z informacją, że miał sen. W tym śnie widział szklane domy, nowy, wspaniały świat i przedszkole na sto sześćdziesięcioro dzieci. Potem okazało się, że to w aktualnym przedszkolu widział te sto sześćdziesięcioro dzieci, co wstępnie omówił już ze szwedzkim inwestorem, który dostarcza prywatną, płatną edukację na wynos w całej Europie. Zatem teraz, po Wielkanocy, czterdziestka montessoriańskich kurdupli ma przenieść się do odklepanego wychodka i ustąpić miejsca tej przyszłości narodu, którą sprowadzi szwedzki inwestor.

Od jesieni dzień w dzień odprowadzam Biskwita na plac budowy. Deweloper burzy wszystko wokół pod swoje drapacze chmur. Azbest, pył, szklana stłuczka, cement i beton. W tym samym czasie ekipa polskich robotników wyklepuje wychodek i dzieli resztę budynku na bezwybiegowe klatki na dzieci. Azbest, pył, szklana stłuczka, cement i beton. Przed przedszkolem są trzy miejsca parkingowe docelowo dla stu sześćdziesięciorga rodziców i personelu. Niewykluczone, że deweloper poczuje potrzebę wykopania płatnego, podziemnego parkingu i wtedy roboty budowlane otoczą nas już z każdej możliwej strony.
(Dziś prawie pękła mi żyłka, gdym zobaczyła na plakatach, że deweloper kandyduje do Europarlamentu z ramienia chrześcijańskich demokratów z bukietami haseł o poprawie jakości opieki i edukacji dzieci.)

Najwcześniej za dwa lata (jasne, to samo mówiono o lotnisku w Berlinie) Montessorianie przeprowadzą się do swojego nowego centrum. To oznacza, że nadchodzący rok młodzież przedszkolna spędzi jednak w wychodku, a szkolna w kontenerach ustawionych pod tym wychodkiem, gdyż nikomu nie opłaca się już remontować budynku szkoły skoro i tak ma nastąpić przeprowadzka. Krzesiłabym tu umiarkowany optymizm, aczkolwiek los nie takie rzeczy już aportował Biskwitowi merdając przy tym ogonem, może więc faktycznie Biskwit ma szansę trafić do świeżo wyremontowanej placówki? (lotnisko w Berlinie, lotnisko w Berlinie, kaczko myśl!)

Jakby to nie wystarczyło.
Sen miała również Dyrekcja imienia Ofiar. W tym śnie zobaczyła swoją azbestową tysiąclatkę wykładaną sosnową boazerią i lastrykowym salcesonem jeszcze większą pod względem areału. Szanghaj i Sao Paulo edukacji. W tym celu już po Wielkanocy polscy robotnicy wyburzą tam skrzydło, w którym aktualnie pobiera nauki Dynia i rozpoczną rozbudowę. Młodzież przeniesie się na ten (nieokreślony) czas do kontenerów. Wróć, przeniosą się wszyscy, z wyjątkiem klasy Dyni. Dyrekcja, próbując zapewne przyoszczędzić na kontenerach, postanowiła bowiem, że brak całej frontowej ściany w klasie na pierwszym piętrze uda się zamaskować, np. folią malarską. To wpisuje się w nurt surwiwalu, o którym napisała mi niedawno naszpani (wymiana korespondencji nadal trwa): nadrzędnym celem szkoły jest ukazać dzieciom, że nic co wartościowe w życiu nie przychodzi łatwo, a proces nauki winien hartować charakter. Zadaniem rodziców jest wspierać swoje dziecko w tych trudach i walce.
Zima na pierwszym piętrze, w klasie bez jednej ściany?
Jeśli to nie zahartuje nam wszystkim charakterów, to doprawdy nie wiem, co jeszcze mogłoby.

Tymczasem w przedszkolu:
- Mamo! – opowiada wzburzony Biskwit. – Czy wiesz, co robili dziś robotnicy?
(Młodzież spędza czas wolny wisząc na płocie i komentując parki maszynowe.)
- Co?

- Palili papierosy i wrzucali palące się niedopałki na naszą stronę ogrodzenia!

- Zgasiłaś?

- Nie! Przerzuciłam na ich stronę! No, bo co! Głupie penisy!

-  yyyyyyyy???

- … i powiedziałam im, że są głupimi penisami.
Och, gdyby tak #byćjakBiskwit, szczególnie na szkolnych zebraniach!

(...)
Niezobowiązująco przeglądamy ofertę szkół ponadpodstawowych.
Norweski rozmawia przez telefon z sekretariatem jednej z placówek.
  - ... byliśmy bardzo zaskoczeni, gdy okazało się, że tu, w sąsiedniej dzielnicy, jesteście, jak wskazuje nazwa, państwową szkołą m i ę d z y n a r o d  ow ą. Jak to wygląda w praktyce?
-            - No, w praktyce to wygląda tak, że mamy uczniów, którzy mówią w przynajmniej dziesięciu różnych językach.
-          - I macie do wyboru lekcje w tych językach?
-          -   Nie, ale mamy jedną klasę rowerową, a od tego roku klasę gry na puzonie. A za rok planujemy klasę teatralną.
Aż dziw, że nie cyrkową (!)


©kaczka

 

[399] UWAGA! POST ZAWIERA LOKOWANIE CZŁOWIEKA!


[5 Apr 2018]

UWAGA! POST ZAWIERA LOKOWANIE CZŁOWIEKA!       

(...)
Nic się tak nie udało pruskiej szkole jak wakacje. Ustawowo co sześć tygodni placówka imienia Ofiar zamyka się na tydzień, dwa lub sześć. Gdy rzecz dzieje się wiosną lub latem młodzież siedzi na trzepaku przed domem, uczy się brzydkich słów, pluje na odległość i pochłania witaminę De. Gdy wakacje wypadają w listopadzie trzepaka nie widać we mgle, ciemnościach, śnieżycy i miazmatach. A nawet jeśli trzepak się znajdzie to dzieciny spadają zeń miotane paroksyzmami gruźliczego kaszlu lub tracą przyczepność na glutach i smarkach. 
(Kwestię tego, że szkoła ma więcej dni wolnych niż jakikolwiek pracujący rodzic urlopu, pozostawiam, ot tak, bez zgryźliwego komentarza, bo to zjawisko podobno globalne jak ocieplenie klimatu i nie ma nad czym palić róż skoro lasy i tak wycięto.)
Listopadowe szkolne wakacje, zapalenie miazgi i wrzód na sempiternie kalendarza, niespodziewanie wyszły nam jednak na dobre. Zapoczątkowały bowiem tradycję podróży matki z córką, kaczki z Dynią. (Nie żeby to w jakikolwiek sposób pomogło w niepopełnianiu błędów wychowawczych, ale o ile przyjemniej popełniać je w miłych okolicznościach prrzyrody.)
Rok temu, w październiku, obrałyśmy zupełnie nieoczekiwany kierunek. Ruszyłyśmy bowiem na południe.
Kto czyta kaczkę od kenozoiku, ten wie, że południa jej nie służą. Słońca na południach zbyt słoneczne, woda zbyt mokra, a na plażach piasek i zgrzytanie zębów. Tym razem nie było wyjścia. Leciałyśmy poznać człowieka, a człowiek zaparkował na Krecie.
Z AniukowymPisadłem, bo to o niej mowa, spotkałyśmy się na jakimś skrzyżowaniu w sieci. Prawdopodobnie w Klubie Polek na Obczyźnie, zanim jeszcze mnie zeń karnie wydalano za nieopłacanie składek (w słowach i czynach). Przynajmniej pięć lat i ze dwie przeprowadzki minęły od chwili, gdy postanowiłyśmy się – kaczka i Pisadło spotkać. Wreszcie się udało, bo w 2018 roku znalazłyśmy się obie na tym samym kontynencie i prawie w tej samej strefie czasowej i w spontanicznym odruchu zaklepałyśmy datę.
To był przedostatni w sezonie samolot na Wyspę i najostatniejszy powrotny. Bezpośrednich lotów już nie było, więc dotknęła nas przesiadka w Wiedniu. Tam największą atrakcją były precle po siedem ojro za sztukę (kurs precla w Erefenie to zwykle 70 centów) oraz apokaliptyczna awaria szamba w damskiej toalecie. Muszą to być stałe punkty programu lotniska imienia Mozarta, bo gdy wracając znów trafiłyśmy do Wiednia, przebicie na preclach było takie samo, a nurt szamba jak rwał tak rwał ku Szanelom w Duty Free. (Może dlatego torciki Sachera pakują tam w drewniane skrzynki, by przynajmniej one unosiły się na falach powodzi?)
Gdy odlatując z Krety mijałyśmy bramki odprawy, obsługa lotniska w Chanii wyciągała właśnie z kontaktu wtyczkę  do tablicy odlotów i nakrywała sztuczne palmy pokrowcami. Nikt nie sprawdzał nam bagaży, z których sypał się różowy piasek, polne zioła, sól morska i masłoorzechowe batoniki. Gdybyśmy wiedziały, że nikogo nie zainteresuje, co mamy w plecakach, czy to amerykańską łódź podwodną, czy pojemnik z radioaktywnym plutonem, czy może litrową butelkę wody z kranu, to najpewniej przemyciłybyśmy kota. Bo na Krecie, trzeba wam wiedzieć, koty dodają (się) gratis do każdego posiłku i każdego plażowego leżaka. 



Kretę wspominam z ogromną wdzięcznością. Kreta przydarzyła mi się w samym epicentrum wszelkich moich utrapień. Norweski ogarnął wtedy za mnie cztery pogrzeby i żadnego wesela, Ania otworzyła dla nas swój dom i czule się nami – barbarzyńcami w futrach i onucach - zajęła. Pobyt na Krecie okazał się nadzwyczajnie potrzebnym kataplazmem, a ja sama – Innuit z natury – życzliwie spojrzałam na Południe i jestem gotowa publicznie przyznać, że nie tylko śnieg bywa piękny.
Nade wszystko zaś, niech żyją internetowe algorytmy, które pozwalają spotykać mądrych, odważnych, silnych, fajnych ludzi. Takich jak Ania.
Oprócz męża, dziateczek, psów, kotów, bloga, cudownego poczucia humoru, nieprzeliczonych zalet, a także wanny, którą instalowali potomkowie Archimedesa, Ania ma także jogę, w której jest dyplomowaną specjalistką. Jeśli traficie na Kretę, wpadnijcie na jej zajęcia. Aktualny grafik na Breathing Space
(logo, zwróćcie uwagę na logo!)

Ale to nie wszystko!
Od kilku dni w ofercie Breathing Space tydzień na Krecie. Odpoczynek z jogą w tle. Październik. Po sezonie. Tylko wy, różowy piasek, święty spokoj i koty.
Dla każdego, niezależnie od kondycji. Nie jest wymagane, by już przed pierwszą lekcją zawijać sobie nogę wokół szyi stojąc na głowie, ani by lewitować w lotosie nad taflą jakiegokolwiek jeziora.
Na hasło: >NIE MA LEPSZEGO DROBIU NIŻ KACZKA< dostaniecie… eeee, niepotrzebna wam moja protekcja. Poznałam Anię, ona nie robi nic na pół gwizdka. Idę o zakład, że po tygodniu zorganizowanych przez nią wakacji obsługa lotniska będzie was siłą wnosić do samolotu wyrywając z rąk podania o azyl.



PS Zostawcie w walizkach dużo miejsca na koty!
PS Ten post sponsorowały... dwie gałki lodów pistacjowych, którymi przekupiłam Biskwita, by sam poszedł na zajęcia z Capoeiry. Półtorej godziny samotności w szatni!


©kaczka


[398]

[28 Mar 2019]

(...)
W ubiegłym roku los kilka razy zrywał mi tupet (i tupecik) i wdeptywał je w psią kupę.
Dosadnie doświadczyłam, że tylko Batman jest nieśmiertelny, a i on, zdaje się, nie zawsze.
Przelały się przeze mnie zdroje łez i adrenaliny i myślałam, że gdy już te wody się rozstąpią to wszystko we mnie cudownie wydobrzeje.
Nie wydobrzało.
Długo, zbyt długo nierozcieńczane molekuły stresu nim wyparowały, nadkruszyły fundamenty.
Znać, nie tylko ryby, ale i kaczki, psują się od głowy.
Z zalecenia pruskiej służby zdrowia wiodę zatem ponętne życie emerytki.
Obsesyjnie mierzę hektopaskale ciśnienia, trzymam rękę na swoim pulsie, jadam kiełki i korzonki, chodzę spać wcześniej niż moja progenitura, bezkrytycznie przyjmuję jakieś pigułki z cukru, piję melisę, miętę, waleriannę i dziewannę [1] i na każde zebranie w fabryce wchodzę z tabliczką ‘zabrania się denerwować’.
Pogodziłam się, niemal zaakceptowałam, że moja przydatność do życia kiedyś się skończy.
Stąd, gdy w piątek zaczęłam tracić wzrok, przyjęłam to, ku własnemu zaskoczeniu, ze stoickim spokojem.
A było to tak.
Wychynęłam spod prysznica, założyłam okulary, wysuszyłam i odziałam swój negliż i nagle zorientowałam się, że bardzo źle widzę.
Wizję odbierałam jakby z telewizora marki Rubin ustawionego za akwariumem.
Świat wokół bujał się i rozmywał, a ustawienie ostrości nie było możliwe.
Zdjęłam okulary, wyczyściłam je dokładnie, założyłam ponownie.
Ten pospolity trik, odpowiednik ‘proszę wyłączyć i włączyc ponownie komputer’ nie zadziałał.
- Oho! – wydedukowałam. – Czyli musowo pękła mi jakaś żyłka!
(W sumie, nic dziwnego. Od kilku godzin po mojej kuchni grasowała Hauptcioteczka przyrządzając kanapkę z potrójną szynką, salcesonem, wątrobianką i mortadelą dla moich zapamiętale wegetariańskich dzieci. Rozeszłyśmy się właśnie do narożników po jakimś kolejnym sparringu na temat deficytów protein, wiatmin, roztropności i praworządności.)
Świat widziany przez te czyste okulary nie wyglądał wcale takim, jak go pamiętałam.
Znacząco stracił na atrakcyjności.
Bez okularów też nie był jakiś szczególnie pociągający. (U krótkowidzów rzadko takim bywa.)
Napad zaćmy? Zapalenie nerwu wzrokowego? Eksplozja żółtej plamki? Odklejanie się siatkówki? A może efekt uboczny żelu przeciw komarom, którym zalała mi oczy Hauptcioteczka, gdy przez zaskoczenie zaatakowała mnie komarocydem, który to efektywnie i oszczędnie miałby mi wyleczyć migreny? Te, których, jak raz, nie mam.
Zdiagnozowawszy, że tracę wzrok i nie wiem, ile czasu mi zostało na wizualną percepcję rzeczywistości, usiadłam przy komputerze i wytrzeszczając oczy zaczęłam poszukiwać wyjścia z sytuacji.
Na chłodno.
To znaczy, czy jako przewodnik lepiej sprawdzi się owczarek niemiecki, czy labrador?
I, że w sumie, szklanka zawsze pełna, dzieci się ucieszą, bo wtedy już na pewno kupimy psa.
I gdy tak siedziałam z oczami pięć centymetrów od ekranu analizując dane, przyszedł Biskwit, przyjrzał mi się uważnie i zapytał dlaczego mam na nosie okulary...
... Dyni.
...
...
...
Kurtyna.





©kaczka

[1] Picie od rana zalecanych dwustu litrów wody dziennie wystawia mnie na ciężką próbę. Niejednokrotnie o poranku, chlupiąc wewnętrznie, ścigam się z Biskwitem w drodze do przedszkolnej toalety. Ponieważ los drwi sobie ze mnie chronicznie, przedszkolna toaleta dla dorosłych jest o poranku zazwyczaj zajęta. Możliwe, że kurduple zamykają się w niej, aby sztachać się misiami Haribo. Możliwe, że chowają się tam przed Biskwitem naszpanie. Możliwe, że młodociane praktykantki kryją się tam łykając valium przyklejone za rezerwuarem. A może po prostu, nie tylko ja mam cholernie nieelastyczny pęcherz? Powiadam, z ręką na sercu, nie zna życia ten, kto w chwili próby nie musiał użyć mikroskopijnej toalety, nie czuł jak kolana ocierają mu się o uszy, i nie słyszał, jak za drzwiami bez haczyka gromada cherubów toczy spór o to, czyja matka sika najgłośniej.

PS... tak, wygrałam.