Image Slider

[410]

[kOrontanna, dzień 23456715566377635379]

Wyciąg z fejsbuka dla nieobecnych i usprawiedliwionych

Mówią, że łatwiej znosić izolację obcując ze zwierzętami i podtrzymując stosunki międzyludzkie. Jako, że w naszym przypadku to zupełnie nie działa (Dowód 1: gołąb, dowód 2: sąsiad), rzuciliśmy się w sztukę, która powinna łagodzić nasze obyczaje i jak donosił w grudniu 2019 roku British Medical Journal – wydajnie przedłużać życie! (Dowód 3: LINK)

W naszym domowym Guggenheimie trwa właśnie wystawa arcydzieł sztuki współczesnej. Górny, lewy róg: Wielkanocny Zajączek (Dynia, 2019), górny, prawy róg: Portret ojca (Dynia, 2018), dolny, lewy róg: Autoportret w wacie cukrowej (Biskwit, 2019), dolny, prawy róg: Matka w jednym akcie - stan po czterech tygodniach kwarantanny (Biskwit, 2020).






Oglądajcie i ... żyjcie dłużej!

Psst! Kuratorzy wystawy przygotowują niespodziankę dla zwiedzających. Wpadnijcie tutaj lub na FB w tym tygodniu!

©kaczka

[409]

[…yyyyyyyyyyyy????.....]

(...)


Ludzie rozmaicie znoszą odosobnienie.
Jedni lepią szachy z chleba. Inni, jak na przykład Edmund Dantes, intensywnie uczą się języków obcych. Jeszcze inni, jak rosyjska diaspora w naszej wsi, aktualizują wygląd altanek przy Patriarszych Prudach do poziomu Soboru Wasyla Błogosławionego, kierując się przy tym przekonaniem-matrioszką, że zawsze i w każdej sytuacji można pyknąć altance jeszcze jeden daszek lub wyklepać kolejny garaż na grabie.

Ja piję.
(Podobno spożycie wina wzrosło w Republice o trzydzieści procent. Nie przyłożyłam się do tego, bo z trunków sączę likier z niezebranych przez gastarbeiterów truskawek i absynt prozy życia.)

Sąsiad z lewej wrócił do swego hobby, czyli metaloplastyki, które realizuje codziennie w godzinach od ósmej do czternastej, w ogródku, przy użyciu przecinarki tarczowej i acetylenowo-tlenowego zestawu do spawania. Oszołomiona rozmachem i determinacją przedsięwzięcia na początku obstawiałam, że sąsiad otrzymał wiadomość: ‘Ty zaś zbuduj sobie batyskaf z materiałów znalezionych na autoszrocie i wprowadź doń po parze, samca i samicę, oraz papier toaletowy, dużo papieru toaletowego, aby ocalały wraz z tobą od zagłady.’ Po czterach tygodniach okazuje się, że to chyba jednak nie będzie Nautilius, ani nawet makieta Titanica, ale instalacja przypominająca metalową wyspę z palmami z PVC, z których zwisają metalowe kokosy. Taka wyspa może prawdopodobnie  dryfować po falach potopu, niewykluczone zatem, że Opatrzność ma w ofercie kolejne plagi, a jedynie w sąsiedzie znalazła sobie upodobanie.

Sąsiad z prawej poszedł na wojnę z TYM gołębiem (lub jego potomkiem). Gdyby sąsiad uprzedził o swoich planach, może dwa tygodnie temu nie dostałabym histerii, gdy o szóstej rano wchodząc do łazienki na pierwszym piętrze ujrzałam w oknie dyndające, włochate nogi. Nogi należały do sąsiada. Reszta torsu leżała na dachu i dźgała parasolką w gołębia. Sąsiad zdegustowany moją reakcją oznajmił, że operacja, którą prowadził na dachu to część jego taktyki wojennej (‘Atakuj, gdy jest nieprzygotowany. Idź tam, gdzie się ciebie nie spodziewa.’ Sun Tzu. Sztuka wojenna) i że celowo nie informował mnie o swoich planach, gdyż jest przekonany, że pozostaję w zmowie z gołębiem. Odtąd o rozmaitych porach dnia i nocy owłosione nogi sąsiada pojawiają się nam znienacka, jak Matka Boska na szybach, w rozmaitych oknach. Sąsiad krąży z drabiną po naszej posesji, trochę jak Ghostbuster, trochę jak Rambo: Ostatnia Krew. Wszelkie próby eksmisji gołębia, czy to polewanie wodą, strzelanie doń z procy, czy nawet dźwięki trąbki kibica, tej na sprężone powietrze, gołąb interpretuje jako niezobowiązujący flirt. Szczególnie ta trąbka kibica to przejaw wyjątkowej desperacji sąsiada. Mówimy wszak o gołębiu, który od pieciu tygodni żyje nad przecinarką tarczową i czynnym zestawem do spawania, a od trzech lat w towarzystwie moich dzieci. Jest zatem prawdopodobnie głuchy jak pień, tak jak my wszyscy, w promieniu trzystu metrów od epicentrum. (Jako że prowadzę intensywne życie zawodowe z home-office’u, wszyscy moi regularni rozmówcy, którzy zapraszają mnie do telekonferencji już wiedzą, że natychmiast po połączeniu się ze mną należy, ze względu na dzieci i spawalniczy nałóg sąsiada, odcinać mi fonię.)

Są trzy zaskakujące rzeczy, których brakuje nam w tym Oranie. Nie mamy papieru toaletowego, nie mamy drożdży i nie mamy puzzli z tysiąca kawałków. Jeszcze wczoraj mieliśmy perspektywę, że przynajmniej nasze pierworodne dziecko wróci do placówki w maju, ale naszpani, która jak Nemezis, krąży po dzielnicy swoją czarną wołgą i rozwozi młodzieży zadania domowe (digitalizacja i informatyzacja nie są mocną stroną szkół w Erefenie), odarła nas, nie bez osobistej satysfakcji, ze złudzeń. Liczę, że może gołąb nam się jednak kiedyś odwdzięczy za ten bardzo dosłowny dach nad głową i dla odmiany spektakularnie zdefekuje na jej samochód.

Od pięciu tygodni przebywam w paradoksalnej samotności z cherubiętami. Z nudów trzy razy posprzątałam piwnicę i wyznaczyłam w niej sektory, w których – uwaga, tu samospalam się z ekstazy na samą myśl – przy kolejnym armagedonie będę trzymać papier toaletowy, drożdże, puzzle i perspektywy. Mnóstwo papieru toaletowego, mnóstwo drożdży, jeszcze więcej puzzli i nieprzeliczone zasoby  perspektyw.

Biskwit z nudów uczy się tabliczki mnożenia, Dynia z nudów uczy się amerykańskiej ortografii i już wie, jak napisać plague, outbreak oraz catastrophic i, co ważniejsze, że Kalifornia, skąd pochodzi większość uczniów jej wirtualnej klasy, to jednak nie jest odrębny kraj z globusa.

Przyznaję, są momenty, gdy nie wiem, który to miesiąc, a które stulecie, dni, gdy zasiadam do zdalnej pracy w pidżamie, w którą ktoś właśnie wytarł ręce zanurzone po łokcie w słoiku nutelli, tygodnie, gdy na obiad trzeci dzień z rzędu są kluski... ale wtedy zawsze przypominam sobie, że odniosłam moralne zwycięstwo nad koronawirusem, gdyż… wakacje odpękałam w styczniu! (Screw you, Corona!)

Gdy tuż przed wigilią obierałam kartofle na sałatkę, kartoflane łupiny spadały na lokalne wydanie gazety, a w nim na reklamę biura podróży dla emerytów. (Czy już widać powtarzający się schemat?) Biuro podróży wyczarterowało samolot do Finlandii i szukało chętnych by wypełnić kilka, ostatnich wolnych miejsc. Przynaglony przeze mnie Norweski, któremu powiedziałam, że wróżba z łupin to  znak od słowiańskich bogów, którego nie wolno zlekceważyć, zadzwonił do biura i pod pretekstem, że razem mamy prawie sto lat, wciągnął mnie, siebie i Biskwita na listę [1].



W ten sposób wylądowaliśmy w Kuusamo.  W hotelu, który zasypany śniegiem po pierwsze piętro, dla niepoznaki lub lepszej dramaturgii nazywał się… Tropiikki.
TROPIIKKI (!)
(Nawet redukując dowolną ilość samogłosek, nie da się oszukać semantyki. Tropiikii po fińsku -TU w rozkosznej wersji audio - to polskie tropiki lub dla fińskiego narodu jakaś odmiana znanego w psychologii mechanizmu kompensacji.)


Nie musieliśmy korzystać z oficjalnego escape roomu dorzuconego gratis do hotelu, gdyż wiadomo, wystarczyło stanąć przed fińskim jadłospisem w stołówce i już człowiek czuł się jak w escape roomie. Jak Houdini próbujący wyplątać się z łańcuchów samogłosek. Jak Bear Grylls łapiący gołymi rękami drapieżne, karelskie pierogi.  Jak obcy, którym wpadła w ręce wiadomość z Arecibo.

Finlandia, z którą nieszczególnie udane spotkanie przydarzyło mi się piętnaście lat temu w Helsinkach i o które ciągle miałam żal, tym razem przewróciła mnie na plecy i przez tydzień łaskotała w miękki brzuszek. Był śnieg, były psie zaprzęgi, były renifery, były lody z salmiakiem, były cynamonowe bułki z kardamonem, była sauna nad brzegiem zamarzniętego jeziora, było mnóstwo tubylczej życzliwości, a na specjalne życzenie Biskwita, wszechświat potrząsnął kalejdoskopem i pokazał nam tańczące zorze.
Tego żaden skurczywirus w regaliach nam nie odbierze.























[1] A Dynia wybrała obóz narciarski ze swoją klasą, ale to już zupełnie inna historia.



©kaczka

[408]

[9 Jan 2020]

(…)
Gdy noga Norweskiemu w końcu odrosła, to wewnętrznie zepsuła się kaczka.
I trafiła do tego samego chirurga, do którego przez dwa miesiące skakał Norweski.
Nie było w tym żadnego przypadku, bo to jedyny chirurg w okolicy, a wachlarz jego usług wprawia w oszołomienie.
Chirurg przyrasta nogi, prostuje garbatych, usuwa wrośnięte paznokcie, demontuje tatuaże, rwie zęby, rozpoznaje płeć embrionów, wykonuje mammografię, leczy koński ochwat, a jak pacjent się uprze to mu wężykiem od akwarium zrobi gastroskopię.
Spotyka się tam w poczekalni chyba cała rosyjska diaspora. Kolejka formuje się przed budynkiem już przed siódmą rano. Stoją młodzi, starcy, renciści, emeryci, noworodki, ludzie bez nóg, ludzie z trzema nogami, ludzie z kostkami lodu, w których trzymają swe odcięte palce do przyszycia, stoi Norweski na jednej nodze, matki w ciąży, kobiety z piersiami, konie z ochwatem. Recepcjonistka, jak naprowadzacz samolotów na lotnisku, strategicznie rozmieszcza pacjentów w labiryncie gabinetów. Nad wszystkim unosi się aura niezwykłości, a kolejka z ust do ust podaje sobie przykłady cudów uzdrowienia, które klasyfikują chirurga w tej samej kategorii co Kaszpirowski, Nowak i Bashobora.
Trzy, a może nawet cztery, razy podejmowałam próby uzyskania diagnozy. Acz, gdy po raz kolejny przyszło mi dzielić ostatnie krzesełko w poczekalni z człowiekiem, który przed chwilą tętnicą szyjną upadł na widelec, a jednocześnie na kolanach trzymać czyjąś klatkę z gołębiami defekującymi na strony dziennika ‘Konsomolskaja Prawda’, uznałam, że los daje mi znaki i zaczęłam szukać lekarza o trochę węższej specjalizacji.
Nie było to łatwe zadanie i wiele razy zostawiło mnie szczerze zatroskaną o intelektualną kondycję ludzkości.
kaczka w telefonie: Drynnnnn… drynnnn… Guten Tag. Chciałabym do gastrologa.
Recepcjonistka: Każdy by chciał. Najbliższy termin za dwa miesiące. Skierowanie jest?
kaczka: Nie ma.
Recepcjonistka: No to nie mogę zapisać. Przecież bez skierowania… 
.
.
.
.
.
.
nie będziemy wiedzieć, co pacjentowi dolega i co mamy zrobić!

Ostatecznie (Uwaga! Spojler!) kacze wątpia znalazły czułe ręce lekarza chorób wewnętrznych, który czniając skierowania, ustalił, co robić, przy użyciu prehistorycznego narzędzia - wywiadu z pacjentką.
To znacząco podniosło morale.
A potem nadeszły Święta i cherubięta, moje cud-szalki Petriego, podarowały kaczce, to, co kaczka kocha przecież nad życie, azaliż hodowlę mikrobów.
Spersonalizowaną.
Z dedykacją.
Czule na własnej tkance pasioną.
Przepasażowaną przez cały oddział przedszkolny i oszlifowaną na brylant w Szkole Imienia Ofiar.
Zatem w Wigilię, oprócz torsji targało mną nie tylko wzruszenie, że prezent tak doskonale dobrany, ale także tęsknota za tą sałatką z kartofli, której nie dane było zatrzymać się w kaczce na dłużej. I z którą rozstałyśmy się dość gwałtownie i melodramatycznie. Nieomal jak Scarlett z Rhettem.

Ale to nie tak, że ostatnie miesiące usłane były wyłącznie urwanymi nogami, rezygnacją, apatią i samobójczymi próbami autodiagnozy w internetach.
W październiku odbyły się wszak wybory do Sejmu i Senatu RP, do udziału w których przekonał mnie Norweski. Jakby nie patrzeć, przedstawiciel obcego mocarstwa próbującego ingerować w politykę wewnętrzną Polski.
Zapytał: A na te tam yyyyyy…. wybory to cię podrzucić? A ja pomyślałam: raz kaczce śmierć! i się zgodziłam.
(Choć trzeba było na tę podróż oleju napędowego na dwieście mil morskich dokupić i swoje w korkach na autobahnach odstać. Ale czy ja ci Ojczyzno wypominam? Ależ skąd!)
Jakie to było piękne, patriotyczne wydarzenie!
Zabraliśmy Biskwita, aby zaznał niczym nieskrępowanej, żywej demokracji.
(Aczkolwiek, odnotujmy, że Biskwita bardziej od demokracji kręcił plac zabaw przed siedzibą komisji).
A w siedzibie, jak w Polsce. Jak w Ojczyźnie. Jak w ojczyźnianym ZUS-ie. (Mam porównanie, gdyż ostatnio bywałam.)
Siedemnaście rozgałęziających się kolejek. Z drona wyglądałoby to jak ten rysunek drzewa filogenetycznego człowieka. Tego, na którym wszyscy wywodzimy się od małpy. Na zbliżeniu, przynamniej jeden neandertal próbujący mnie przymusić do raźnego marszu nadeptywaniem na pięty i wbijaniem łokci pod żebra.
Siedemnaście kolejek! Nikt nie wie, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą. Zygmunt z Haliną, dla pewności, stoją w każdej. Ludzka masa faluje. Sebastian wjeżdża w tłum wózkiem i krzyczy żeby się rozpierzchać, bo ma dziecko i mu się należy bez stania, a jak ktoś ma jeszcze wątpliwości to Kevin właśnie zrobił kupę. Za Sebastianem i śladem zapachowym Kevina sunie Vanessa i syczy, że noprzecieszzzzzzzzz… do A nie ma kolejki, a ją Bóg pokarał, że wyszła za idiotę o nazwisku na Ka. I niech się tłum rozstąpi, bo ona będzie teraz tu przy urnie przewijać pacholę.
Tłum rwie we wszystkie strony i ani myśli się rozstąpiać.
Vanessa wbija niejawnie przewijać Kevina w kabinie wyborczej, za zasłonką.
Sebastian strzela sobie selfie z urną.
(Przezroczystość urny pozwala przeczytać, co anonimowy wyborca sądzi o matce Adriana i o samym Adrianie.)
Janusz nie wie, czy jak na SZ to tam gdzie eS, więc na wszelki wypadek stoi przy eL. Rozdzielone przed laty rodziny łączą się. Połączone rodziny rozstają się gwałtownie na tle odmiennych orientacji politycznych. Hostessy roznoszą czekoladki. Biskwit bierze całą tacę. Hostessa próbuje odebrać. Biskwit nie odpuszcza. Inicjuje się szarpaninka. Pod ścianą stoi Antoni i rozdaje 'Strażnicę', gazetki reklamowe z polskiego sklepu (pierogi, kabanosy, kiszone ogórki, Martyniuk, 'Fakty i Mity')  i zaproszenia na Polish Event - Polski Wieczór Kabaretowy w remizie pod Lipskiem. Henryk, członek komisji, odrywa się od stołu i rzuca się jak pantera na plecy Przemysława. Przemysław próbował właśnie wynieść z lokalu swoją kartę do głosowania, by pokazać Grażynie, gdzie Lewica, a gdzie Konfederacja. Zofia, lat sześćdziesiąt dwa, spluwa na obezwładnionego Przemysława, bo „tylko zdrajcy ojczyzny głosują na Lewicę” i „żeby cię ty gnoju pokarało ty za rękę podniesioną na Prezesa niech żyje wiecznie”. Przemysław ma żal, bo jest za Prezesem, a Grażynie chciał tylko pokazać, gdzie nie skreślać. Biskwit przegrywa w tackę. Ma żal. Nie pociesza go możliwość stawiania krzyżyków na karcie do głosowania, gdyż wolałby tam raczej malować.
Tęczę (!)
Odmawiam.
Biskwit ma coraz więcej żalu.
Nie wrzuci do urny.
Zrobi samolocik.
Chce cukierków.
Chce tęczy.
Chce placu zabaw.
Chce stąd iść.
Nienawidzi demokracji.
Korzystając z chwili mej wychowawczej indolencji Renata wyrywa mi długopis z ręki, bo myślała, że jest publiczny. Zaprzeczam. Renata daje mi rubasznego kuksańca w bok i mówi, że przecież ci nie zjem, co nie?
'I że my Polacy tacy zawsze nieużyci, a muslim to zawsze z drugim muslimem trzyma.'
Mówię Renacie, żeby sobie zatrzymała ten długopis na pamiątkę.
Renata pyta, czy na pewno mam tylko z niebieskim wkładem.
Przy stoliku z literą eM jak Miłość Andżelika próbuje udowodnić swoją tożsamość przy użyciu kuzynki i karty lojalnościowej z H&M.
Przed budynkiem trwa piknik. Naród obsiadł ławki, je hot-dogi i wypełnia karty – Henryk najwyraźniej nie wszystkim był żywą przeszkodą, nie wszystkich na czas obezwładnił - i dzieli się przemyśleniami na temat uczciwości swoich kandydatów.  
- A w chuj wszyscy to i tak złodzieje. - podsumowuje Kazimierz i ociera wąs z keczupu.

W odróżnieniu od Biskwita jestem wielką fanką demokracji.

©kaczka

[407]

[17 Oct 2019]

(...)
Okrętem dowodził kapitan o imieniu Manuel.
Manuel Panzerfaust.
Imię to, rzecz jasna, każdemu kto oglądał ‘Hotel Zacisze’ natychmiast winno wystukiwać w głowie sygnał S.O.S i odpalać ratunkowe race. Tymczasem poziom mej despracji, by odbyć tę podróż, sprawił, że od tych niepokojących danych personalnych nawet nie zacisnęłam mocniej troczków  kamizelki ratunkowej.

Kapitan Manuel wyznał przy wódce, że od dzieciństwa marzył o rzeczach wielkich. Zapewne odwrotnie proporcjonalnych do swego nienachalnego wzrostu.
Kapitan Manuel był bowiem drzewkiem bonsai pośród oficerskich smreków. Gdyby ubrać Biskwita w czapkę, ozdobić adekwatną ilością gwiazdek i pasków oraz zaplanować akcję po zmroku, możliwe, że Biskwit przeniknąłby na mostek i dziś bylibyśmy już u brzegów Australii.
Historia szła tak, że od dzieciństwa śnił  Manuel o morzach i oceanach, ale brzydził się martwą rybą, niedojrzałymi bananami i kontenerami plastikowych misek z Chin, wybrał zatem przeładunek niemieckich emerytów.

Korab nasz był długi na czterysta łokci, a projektant jego wnętrz najwyraźniej inspirował się Titanikiem (przed katastrofą). Niestety,  ograniczenia budżetowe pozwoliły mu realizować wizję jedynie w sklepie niemieckiej marki meblowej Poco. Złoto, srebro, pasteloza i brylantoza, a wszystko to z tombaku, sklejki, polichlorku winylu i przetworzonych butelek PET.

Codziennie o świcie wymykałam się z kajuty, darłam na najgórniejszy pokład, budziłam drzemiącego w stercie kocy stewarda, który półprzytomnie wydawał gorące napoje, i łaziłam w kółko przez godzinę lub dwie, radując się samotnością i naparem z rumianku, nim poderwały się z łóżek me dzieciny, a zaraz po nich emeryci. Niewielu było takich, którzy zaczynali dzień o piątej rano (oprócz mnie rodzice niemowlęcia z tymże rześkim niemowlęciem i pięciu emerytów, którzy dym z cygar strząsali na swe aparaty tlenowe), więc szybko stałam się rozpoznawalna. Ikona poranka po trzydziestym piątym okrążeniu i czwartej herbacie z ziółek.
Przysięgam. Nigdy mi się nie znudziło.
(Nawet teraz, gdy wpadam we wnyki zebrań w fabryce, przymykam oczy, marszczę brew symulując skupienie i nadal tam chodzę.)

Przez trzy tygodnie morze było gładkie jak stół, aż w końcu zakipiało już w drodze powrotnej, gdzieś między Grenlandią i Islandią. Przez dwa dni i dwie noce ciskał nami sztorm o rozmachu dziewięciu Beaufortów. Podłoga uciekała spod stóp. Fale z pianą na pyskach uderzały w bulaj i z irytującym, rytmicznym hałasem rozbijały się o burty. (Oto i powód, dla którego kabina trzeciej klasy na dziobie jest tańsza.) Biskwitowi doskwierał globus. Ja wbrew rozsądkowi leczyłam się dietą z frytek, których dzięki okolicznościom i wyeliminowaniu konkurencji wreszcie było pod dostatkiem. Dynia z garstką rówieśników grała w grę salonową ‘Kto ostatni puści pawia?’ i podobno wygrywała, nawet bez dopingu z aviomarinu. Najgorsze momenty zgodnie postanowiłyśmy przespać, nawet jeśli oznaczało to ubranie się w pidżamy zaraz po obiedzie.
Co tam!
Powidoki wynagrodziły wszystko.













Aappilattoq. Metropolia pośrodku przesmyku. Stu trzydziestu jeden mieszkańców.

cdn.

(...)
Szkoła imienia Ofiar zaskoczyła nas już w dniu rozpoczęcia roku szkolnego. Dynia przyniosła zeń list odwołujący wszelkie weekendowe zadania domowe, a w zamian zastępujący je propozycjami: wyjdź na plac zabaw, zagraj w grę planszową, zapatrz się w chmury, odwiedź pradziadka, wyczyść rodzicom przynajmniej trzy pary butów, przeczytaj książkę.
Moja euforia trwała równe piętnaście sekund. Przez piętnaście sekund myślałam o placówce z czułością. Oto wreszcie wszyscy gramy do jednej bramki! Oto naszym wspólnym, nadrzędnym celem jest dobrostan przyszłości narodu! Nurzałam się w tym szczęściu do chwili, gdy odkryłam treść drobnym drukiem. Zadania domowe z trzepania dywanów i chodzenia boso po rosie (identyfikuję wpływy pedagogiki Montessori i metafizyki Coelho) mają być obowiązkowo udokumentowane jednostronnicowym esejem na papierze formatu A4. Mniemam, że nic tak nie pociągnie cherubiątek ku karierze literackiej jak konieczność napisania wypracowania o pastowaniu kozaków.

Gdyśmy już przyzwyczaili się do myśli, że odtąd przynajmniej raz w roku będziemy mieć czyste buty wypolerowane maczugą Melpomeny, szkoła podjęła temat bezpłatnych zajęć pozalekcyjnych. Dotychczas był to chór szkolny, lekcje gry na flecie oraz gimnastyka. W tym roku, w swej niepojętej hojności szkoła dorzuciła gotowanie i francuski.
Piętnaście miejsc przy patelni z sadzonym jajem na boczku. Ośmiuset chętnych. Kwestionariusz wymagał wybrania zajęć w opcji pożądanej i alternatywnej. Na życzenie Dyni wpisałam gotowanie. Wbrew życzeniom –  francuski. Ponieważ wszyscy chcieli gotować, a nikt nie chciał uczyć się języków obcych, Dynię natychmiast umieszczono w grupie filologów romańskich  i tym samym, odebrano jej szanse na gwiazdkę Michelina. Przez dwadzieści cztery godziny byłam najmniej popularną matką na świecie. Na szczęście okazało się, że szkoła zaplanowała zajęcia pozalekcyjne na czas, gdy trwają regularne zajęcia lekcyjne (!) - francuski zaczyna się o 11:45! - do końca zatem nie wiadomo, kto będzie na nie uczęszczał (woźny i bibliotekarka?) Tajemnicy tej nie sposób rozwikłać, bo od początku tego happeningu naszpani od francuskiego jest na zwolnieniu lekarskim. Dynia nie może się zatem z zajęć wypisać. Ba! Według drobnego druku wypisanie się zasadniczo nie jest możliwe. Akt nieuzasadnionej apostazji karany jest obniżeniem oceny z dowolnego przedmiotu na świadectwie. Z niejednego pieca już w tej szkole sznycle jadłam, żeby zdawać sobie sprawę, że fakt, iż Dynia ma ustawowy wuef w czasie francuskiego niekoniecznie jest wystarczającą wymówką.
(W ramach daru od losu: dla sąsiadki zabrakło miejsca w grupie flecistek, co położyło kres porannym ćwiczeniom tuż przed wyjściem do szkoły i audiotorturom.)

Ustawowy wuef wpadł w tym roku w ręce naszpani od niemieckiego.
W każdy czwartek młodzież musi odpękać godzinę aktywności fizycznej w sali gimnastycznej, przebrać się z krótkich gaci, zaliczyć matematykę, łyknąć na stojąco obiad w świetlicy i zdążyć na szkolny autobus, który powiezie ją na obowiązkowy basen. Dodatkowo po basenie Dynia łapie tenże autobus, wpada do domu, zarzuca kimono i na rowerze pędzi na trening. Do tego również w czwartki przedszkolna banda Biskwita wychodzi na cały dzień do lasu, co wymaga stroju kanadyjskiego drwala, scyzoryka, poduszki, latarki, pudełka na chrabąszcze i dzicze bobki oraz precli powieszonych na szyi na sznurku.
Ilość rzeczy, o których nie wolno mi zapomnieć w środę wieczorem jest bardzo wyczerpującą profilaktyką demencji. Komu scyzoryk, komu gumowe pantofle, komu strój do kąpieli, komu suszarkę do włosów, komu precla, by wabić dziki i wiewiórki?

Że sport to zło, mógłby zaświadczyć Norweski, któremu siódmoligowa, ukraińska drużyna siatkówki urwała podczas treningu nogę. Mógłby zaświadczyć, ale twierdzi, że nie zaświadczy, bo niby dzięki urwanej nodze nie musiał pląsać irlandzkich tańców ludowych podczas muzycznego weekendu w dzikiej głuszy, który zorganizowali nam Montessorianie. Jednym słowem, Norweski uważa, że wygrał. To klasyczne wyparcie, bo naszą godność osobistą straciliśmy na długo przed wywijaniem finałowych hornpajpów, co potwierdzi każdy, kto w tych dniach słyszał nas śpiewających w chórze. Obecnie Norweski czeka, aż noga mu przyrośnie z powrotem do reszty człowieka. Nie wiem, czy mi aż tak zależy, bo wreszcie fraza ‘skocz po...’ nabrała sensu.

©kaczka





[406]

[19 Sep 2019]

(...)
Nikt właściwie nie wiedział o naszych wakacyjnych planach, aż do chwili, gdy Dynia udzieliła wywiadu organowi prasowemu województwa i nagle stałyśmy się sławne. Może nie na cały kraj, ani land, ale już po Patriarszych Prudach [1] w spokoju przejść się nie dało. W rozmowie z dziennikarką Dynia wyjawiła bowiem, że nadrzędnym celem jej podróży na Grenlandię jest... iskanie żywych niedźwiedzi polarnych.

Iskanie niedźwiedzi przebiło meduzy z Fuerteventury.
Potęga prasy (i wyobraźni mej pierworodnej córki) oraz, być może, również nasza reputacja, sprawiły, że wszyscy w to uwierzyli, a w dniu wyjazdu cała ulica żegnała nas jak Amundsena i Perry’ego, raczej nie oczekując, że wrócimy.

Ta nagła sława i oślepiający blask reflektorów były mi nieszczególnie na rękę, bo dwa tygodnie przed podróżą solidnie zaniemogłam i do samego końca nie byłam pewna, czy dam radę dotrzeć do portu nie gubiąc przy tym walizek, torebki i woreczka (na przykład, żółciowego).
A tu dodatkowo presja społeczna!
A tu zapotrzebowanie na niedźwiedzie!
A tu Dynia rozdaje autografy [2]!
A tu sąsiedzi z kremem na odmrożenia i proszkiem na rekiny!
A tu medycyna przemawia głosem lekarza rodzinnego,  że nie daje gwarancji na moje narządy wewnętrzne!
(Do podróży przekonała mnie ostatecznie opinia pragmatycznej koleżanki z pracy, iż jeśli będę musiała skorzystać z usług grenlandzkiego szpitala to z pewnością, trzeba mnie tam będzie transportować helikopterem. Jednym słowem, wygrywam podwójnie, no, bo kto nie chciałby zobaczyć Grenlandii z lotu ptaka? No kto?)

Wypłynęłyśmy z Bremerhaven.
W 1991 roku Bremerhaven było moim osobistym Eldorado, do którego pozwolono mi wjechać przez granicę na Odrze, z paszportem wyjątkowo ścisłego zarachowania. Moim najcenniejszym wspomnieniem z tego osobistego raju pozostały hamburgery w styropianowych pudełkach z najprawdziwszego baru McDonald’s! Trzydzieści lat później Eldorado trochę się zużyło i wytarło na brzegach, podskoczyła mu wyraźnie stopa bezrobocia, ale ten McDonald’s jest tam nadal, w tym samym miejscu. Trochę stuningowany, ale wciąż wisi nad nim fragment oryginalnego szyldu!

Któż by zliczył, co się wydarzyło od tamtego pierwszego Maca, w ilu barach się jadło, a w ilu piło? Któż by wtedy przypuszczał [3], że po trzech dekadach będę w tych samych dekoracjach ustawiać do zdjęcia moje cherubięta! I jakie to znamienne, że natchnienia i refleksje nad sensem życia na innych spływają na szczycie Mont Blanc, drogi Kordianie, a kaczce to najwyżej pod barem i to wyłącznie szybkiej obsługi.

Był to zaiste bar szybkiej refleksji, albowiem Biskwit odkrył, że w Bremerhaven jest łódź podwodna wyciągnięta na brzeg (była już w 1991) i zażądał dostępu. Trudno rozwijać kruche wspomnienia młodości z bibułek i wstążeczek neuronów, gdy twoje dziecko próbuje zwodować przyspawany do nabrzeża okręt podowodny pełen turystów, więc pospiesznie zaniechałam nostalgii.

Biskwit w U-boocie wchodzi w nadświetlną.
Nasza podróż na Grenlandię, wyznać należy to już na wstępie, nie była romantyczną przygodą. Żaden DiCaprio, żadna Winslet.
(Z dekoracji Titanica wystąpiły jedynie góry lodowe i kajuta trzeciej klasy.)  Zaokrętowałyśmy bowiem na statek zdolny pomieścić oprócz nas milion niemieckich emerytów złaknionych egzotycznej przygody. Ten milion emerytów na widok Dyni i Biskwita podzielił się natychmiast na dwa obozy. Jeden z miejsca uznał dzieciny za rujnujący wakacje, plugawy pomiot szatana, drugi próbował odnaleźć w nich swoje pozostawione na brzegu puci-puci wnuki.  Kolaborowanie z drugim obozem pierwotnie przynosiło Biskwitowi pewne zyski. Aczkolwiek, okazało się, że nawet najróżowsze lico i najjaśniejszy błękit ócz nie dają przewagi w krwawym wyścigu po ostatni kawałek tortu z wisienką. Pobrawszy taką bezwzględną lekcję od życia, Biskwit przeanalizował strategię i miast stawać do niepewnych zawodów z emerytami, zahipnotyzował okrętowego kucharza. Odtąd każdego poranka Biskwita witał stos spersonalizowanych naleśników (naleśnik jako kanwa dla obrazów z czekoladowych bobków), przy obiedzie nigdy nie zabrakło dlań makaronu sauté z frytkami, majonezem i kiszonym ogórkiem, a tort i wisienkę regularnie produkowano dla Biskwita w obiegu niezależnym.
Biskwit pławił się w luksusie, a pozostali cieszyli się tym, co było dostępne.
A najbardziej ze wszystkiego dostępne było morze.









Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.



©kaczka

[1] Nie da się ukryć, że fundament miejscowej populacji coraz bardziej opiera się na przybyszach znad Cichego Donu. Kilka dni temu w spożywczym odruchowo wyrwało mi się Spasiba i Do swidaniya i nikt w kolejce – oprócz mnie samej – się nie zdziwił.
[2] Na dwudziestu egzemplarzach gazety, które wyłudziłam ze zwrotów do Redakcji

[405]

[30 Aug 2019]

(...)
Do końca wakacji wciąż długie dwa tygodnie, więc dzieciny uczęszczają na półkolonie. Gdzieś muszą uczęszczać, bo nikt nie chce ich wpuścić do kasyna, a i bary niekoniecznie otwierają się już o ósmej rano. No chyba, że mleczne?
Półkolonijne bachanalia  organizuje Klub Przyjaźni Niemiecko-Amerykańskiej imienia Walta Whitmana. (A może Walta Disneya?)
Zapisuję tam progeniturę raz po raz,  a dla własnego dobra już dawno powinnam zaniechać tego procederu.
Kolonie są na wskroś amerykańskie, co może nie przejawia się w nieograniczonym dostępie do broni palnej, ale za to w rozmachu podejmowanych wyzwań.
Jeśli portret Abrahama Lincolna to najlepiej mural. Jeśli kopia Statuy Wolności z masy solnej to w skali 1:1. Jeżeli domek dla ptaków to wyłącznie dla kondora kalifornijskiego.
A potem, wszystko to, i mural, i słup soli, i penthouse dla zwierzęcia, należy zabrać do domu.
Tramwajem.
Jak dotąd, ze względu na ograniczenia wiekowe, na półkolonie uczęszczała tylko Dynia. Tym razem dołączył Biskwit, co zdublowało liczbę produkowanych artefaktów.
Dwa murale, dwie statuy, dwa apartamenty z garażem i lądowiskiem dla helikopterów, czterdzieści osiem własnoręcznie pokolorowanych flag stanowych, słoik po maśle orzechowym XXL przerobiony na Mount Rushmore, Pentagon ze sklejki, indyk z papier mâché i pierwsi osadnicy wyciosani w mydle na wzór grupy Laokoona ...
Wystarczy wyjść z tym na ulicę i natychmiast człowiek czuje się jak parada na Dzień Dziękczynienia.
Brakuje jedynie balonów, ale – igram z losem - to pewnie kwestia zorganizowania przed śniadaniem jednej lub dwóch cystern lateksu.
Efektem ubocznym półkolonii, oprócz mojej przepukliny, jest autorska piosenka Biskwita, której pierwsza i jedyna zwrotka brzmi:
OH, SAY, CAN YOU SEEEEEEEE...
I LOVE MYSELF!
I LOVE MYSELF SOOOOOO MUCH!

(Bo zbiegiem okoliczności szlagier ten jest na melodię ‘Gwiaździstego sztandaru’.)
Nikt, kto zna Biskwita, nie wątpi w moc tego uczucia.
Ale jakie to pożyteczne, że dzięki czcicielom Whitmana, Biskwit może je ot, swobodnie wyrażać w jeszcze jednym języku.

©kaczka

[404] Na co dybie w wielorybie...

[27 Aug 2019]

(...)
Jak żyję, nie przypuszczałam, że pruski wokabularz czymkolwiek mógłby mi zaimponować.
Bijąc się w pierś przyznaję, że gardziłam derdiedasem i zumbeispielem, słownikiem Dudena podpierałam szafy, za nic miałam Goethego, Schillera i ich egzaltowane umlauty.
Chronicznie obcując z miejscowym narzeczem, w pewnym momencie wyzbyłam się złudzeń, że można go użyć do czegoś bardziej romantycznego niż ulotka maści na hemoroidy.
(W tym miejscu bardzo przepraszam wszystkich amatorskich i profesjonalnych filologów germańskich. Uwaga! Spojler. Zaraz będzie o tym jak sie nawróciłam.)
Aż tu nagle, gdzieś na semantycznym przednówku potknęłam się o słowo idealne i oniemiałam z zachwytu.
Die Vorfreude.
Przedradość?
Ekscytująca antycypacja?
Moment przed otworzeniem prezentu?
Chwila przed wyruszeniem w podróż?
Idealne słowo, którego przez lata daremnie szukałam w tylu językach, znalazłam - o ironio! - w tym, który najbardziej lekceważyłam.
Teraz już wiem, że stan przedradości towarzyszył mi przez ostatnie osiemnaście miesięcy, choć dopiero od góra dwóch umiem go nazwać z tą fascynującą, analityczną, niemiecką precyzją.
Osiemnaście miesięcy temu kupiłam bowiem bilet w podróż na czubek globusa i złożyłam śluby milczenia w tym temacie, z obawy, że życie na pewno znajdzie jakiś sposób, by próbować pokrzyżować mi plany.
(Nie myliłam się. Życie naprawdę przyłożyło się do tej roboty, próbując wykonać dwieście procent normy w krzyżowaniu.)
Teraz już mogę opowiadać, bo wróciłam.
Wróciłyśmy, ja i moja progenitura, z podróży.
Trzy tygodnie.
Sześć tysięcy mil morskich.
Kabina rozmiarów szafki na buty, a w niej ja, Dynia, wszystkie osobowości Biskwita, kalesony z merynosów i sześć zimowych kurtek z podpinką.
(Bywało ciasno. Bardzo ciasno.)
Tadam!
Zdobyłyśmy Grenladię (zanim kupił ją Donald).
Trasą przez Szkocję, Islandię, Prins Christian Sund, przez Nuuk, przez Morze Labradorskie aż do osady Ilimanaq, w której mieszka siedemdziesięciu Inuitów i trzy, a może trzydzieści razy tyle grenlandzkich psów (trudno było liczyć nogi w  masie), które z miejsca uznały Biskwita za część swojego stada.
Temat na osobną historię.
Na początek zatem pozostawiam dowód na to, że żaden ze mnie Attenborough (chociaż i on by się spocił starając się utrzymać Biskwita na pokładzie mikroskopijnej łódki) oraz że mimo spektakularnych wysiłków nie udało nam się ustalić: na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa!

 


©kaczka