Image Slider

Showing posts with label Zaloguj się na Kresach. Show all posts
Showing posts with label Zaloguj się na Kresach. Show all posts

[279]

[14 Jun 2016]

(...)
... a potem przyjechała Hauptcioteczka i podarowała dziecinom bębenek, gwizdek i kastaniety w barwach narodowych. Toteż spakowałam podręczną walizkę i złapałam samolot do Rzeszowa obiecując sobie, że tam się wreszcie wyśpię.
(Źle sypiam od dwóch tygodni. Dzieciom wraz z migdałami amputowano chrapanie, śpią milcząc, więc czuję imperatyw, by co chwila wstawać i sprawdzać puls i podstawiać im pod nos lusterko. Sen perforowany nie służy jowialnym biorytmom.)
I słowa dotrzymałam. Wyspałam się.
Do tego prowadziłam w Rzeszowie życie nadzwyczaj rozwiązłe.
Jadałam w lokalach na porcelanowych talerzach, używałam przy tym sztućców, nie dojadałam niczyich resztek, stać mnie było, by każdy kęs pogryźć kilkanaście razy, a gorące napoje zażywałam, gdy były naprawdę gorące.
Najpierwszy posiłek żułam przy stoliku ustawionym między Hanną Bakułą a profesorem Bralczykiem. (Och, gdybyż nie ta moja parszywa nieśmiałość zaproponowałabym bruderszaft maślanką i jajecznicą na boczku.)
I jakby tego było mało, rozochocona tą niecodzienną prosperitą, oszalałam i poszłam do kina.
(Nie miałam daleko. I kino, i moje łóżko było w tym samym centrum handlowym.)
Film z twarzy był podobny do nikogo, skrzył odkrywczymi bonmotami z gatunku 'miłość jest jak sraczka', ale wszak nie po bonmoty chodzi do kina matka dwójki dzieci. Matka dwójki dzieci idzie do kina po to, by sobie posiedzieć.
(Po kinie matka dzieciom kupuje butelkę bezalkoholowego i przemyca ją do hotelu w szarej papierowej torbie.)
Gdy nie odbierałam nagród [1], zwiedzałam Rzeszów.
Może to kwestia mojego akcentu z Kresów Zachodnich, albo te dziesięć lat błąkania się po świecie zatrzymało mi rozwój mowy polskiej na poziomie osiemnastowiecznego polskiego emigranta z Brazylii, albo też posiadam jakąś ukrytą wadę wymowy, gdyż z pozoru niewinne pytanie 'Czy byłby Pan/Pani tak uprzejmy, by wskazać mi drogę do urzędu pocztowego?' spłoszyło trzech autochtonów i dopiero czwarty, ryzykując zwarcie w układzie nerwowym, po bardzo długim: yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy? wydobył z siebie: 'Ale, że co? Że niby gdzie chce? Na pocztę?'
Potem więc już tylko wyniośle milczałam, albo pokazywałam palcem.
Nadal fascynuje mnie niespotykane w tutejszym obrocie handlowym zjawisko: 'Czy Pani ma drobne?'
I o ile mogę współodczuwać sprzedającemu, gdy ktoś płaci setką za bułkę, to do spazmów doprowadziła mnie prośba subiekta 'Jakieś drobne?‘, gdy zmuszony był mi z tej setki wydać do siedemdziesięciu. (Narodzie, kto wam pożera bilon?)
W drodze powrotnej, na lotnisku w Rzeszowie, zaskoczył mnie wklejony w budynek nieszczególnie pojemny, raczej niewygodny  taras widokowy po brzegi wypełniony skondensowanym społeczeństwem. Wisząca na frontonie ludzka girlanda! Zaskakujący był również komunikat: 'Bagaż pozostawiony bez opieki zostanie poddany NISZCZĄCEJ kontroli bezpieczeństwa.'
Peronel Lufthansy zaskoczyła natomiast moja determinacja, aby wnieść na pokład mikroskopijnego modelu samolotu, otrzymany w darze od Przedstawicieli Inicjatywy Kresowej, kalendarz o rozmiarach metr na pół metra, w praktycznym kartonowym etui. Siałam nim sputoszenie i ścinałam głowy jak człowiek z drabiną zarzuconą na ramię.
Ale wniosłam i nie dałam się wyrzucić.

[1] WYGRAŁAM!


(...)
Steffen Möller wyjaśniał kiedyś, jak odróżnić polskiego mężczyznę od niemieckiego mężczyzny. Otóż, według Steffena, gdy na stację wjeżdża pociąg z ukochaną, polski mężczyzna stoi na peronie z bukietem kwiecia, niemiecki zaś krzyczy: ‘Pospiesz się, zaparkowałem na zakazie.’
I teraz scena.
Wychodzę przed niemieckie lotnisko opromieniona wieczną literacką chwałą, w jednej ręce hektar kalendarza, w drugiej podręczna walizka – źródło obciachu (walizka ma tysiąc lat i czyni na każdej powierzchni piekielny łoskot, który odbija się echem szczególnie dobrze na lotniskowych marmurach), z tyłu plecak, z przodu torebka. Tęskniłam przez czterdzieści osiem godzin. Oto są. Widzę ich. Norweski, Dynia, Biskwit. Stoją przy samochodzie, czekają, machają do mnie rękami.
Im bardziej się zbliżam, tym wyraźniej słyszę: '... pospiesz się, tu można parkować tylko dziesięć minut.'
I już wiem.
Wróciłam do domu!

(...)
Anestezjologowi – wdzięczna pacjentka.

 ©kaczka