[11 Aug 2016]
(...)
HAL9000, system rezerwacji online na usługach Deutsche Bahn, wkręcił się prawdopodobnie w kilka pętli Möbiusa naraz albo zderzył czołowo z Jowiszem, gdy przydzielał nam stolik w strefie ciszy (!)
Wagon jak rezerwat milczenia, świątynia bezgłosu, nawet śpiący nie odważą się zachrapać, a tu nagle otwierają się drzwi i wpadają do środka dwie królowe kakafonii i turbulencji.
Nie było łatwo, szczególnie iż wrzask nadal stanowi ulubioną retorykę Biskwita.
Acz siłą mocy nadprzyrodzonych, do których zalicza się żelki, kredki i wypchańców z Sezamkowej, odsiedziałyśmy pięciogodzinny wyrok plus czterdzieści minut spóźnienia.
Jedyną osobą, która nie zdzierżyła naszego towarzystwa był Paul Rudd, którego HAL9000 dokleił do naszego stolika i który zapewne planował uczyć się roli albo pisać scenariusz. O dziwo wcale nie spłoszyłyśmy Paula akustycznie. Paul wytrzymał nasze szamotanie z bagażem, szarmancko nabawił się przepukliny wrzucając nam walizki na górną półkę, zdzierżył półgodzinny spektakl wybierania miejsc przy oknie, okiem nie mrugnął, gdy dzieciny przesunęły mu komputer, by zrobić sobie miejsce na kanapki (ciastko-mielony-ciastko), ale pękł, gdy Biskwit zasadził się by wykonać mu serię portretów czerwoną woskową kredką. Przy czwartym, pod pretekstem udania się do toalety, Paul zbadał teren, wrócił, zabrał swój lepszy lewy profil, laptop oraz walizkę i zabarykadował się w przedziale pełnym głuchoniemych. Biskwit namierzył Paula podczas jednej z siedemdziesięciu dwóch turystycznych wizyt w toalecie, i nawet dość entuzjastycznie tłukł w szybę akwarium, by zwrócić na siebie uwagę, ale Paul udawał, że nie słyszy.
Przez resztę podróży jedyną rozrywką była gra w ‘Krowę za dziesięć’.
(...)
(...)
Kręgosłup moralny Enerde i jego prasłowiańskich borów sprawia, że znienacka pośladki Badenii-Wurstenbergii wydają się anarchistycznie rozluźnione. Nieomal potrzebują obcisłych, spandeksowych desusów, by ogarnąć zwis, anarchię i nonszalancję.
Enerde jest jak szalka Petriego dla nacjonalistów. Im mniejsza miejscowość, tym więcej patosu na wyborczych plakatach i jasno z nich wynika, bo nikt nie zawraca sobie głowy żadnym literackim środkiem stylistycznym, że za wszystko odpowiedzialni są geje lub uchodźcy.
Te plakaty wiszą wysoko na słupach, krótkowzroczny nie ma szans zapoznać się z treścią, ale i bez tego treść pewnie wsiąka.
W Enerde w soboty myje się nie samochody, a domy. Od frontu.
Te domy, w których jeszcze ktoś mieszka.
W cukierni przy opustoszałym rynku nieuprzejma ekspedientka sprzedaje nienaturalnie różowe pączki. Asortyment ograniczony do jednego z trzech regałów. Kilka bułek, dwa bochenki chleba, taca pączków. Różowe pączki smakują landrynkami i marazmem.
Jedyne obroty odnotowuje dyskont ‘Wszystko za jeden ojro’.
Ale tuż za rondem Gagarina wystarczy skręcić w lewo, wjechać w las i zaczyna się Urlaubtopia.
Wyspa prosperity.
Prehistoryczny ośrodek dla enerdowskich junaków zamieniony na kapitalistyczną kolonię turystycznej radości życia.
Mieszkańcy są dla siebie uprzedzająco mili, na alarm biegną z pomocą, tulą do piersi obcych i z radością działają w czynie społecznym.
Trochę brodzimy w jeziorach, trochę włóczymy się po puszczy, cherubiny naruszają ekosystem łapiąc drobne żaby i zaludniając nimi sadzawkę złotych rybek Hauptcioteczki.
(Biskwit domaga się zabrania wiadra żab dla Lelona. Odmawiam. Weto obejmuje również chrząszcze, dołączoną do nich martwą mysz oraz trzy tony kamieni na kurhanik.)
Biskwit, jak zwykle w każdej podróży, błyskawicznie dorośleje.
Zużywa więcej słów, produkuje nieomal zdania proste, łączy w diecie wędzonego łososia z pasztetową, a śledzie w occie z owocowym sorbetem. W aquaparku domaga się dostępu do basenu dla olimpijczyków, a za tysiąc lat żaby będą o nim opowiadać legendy wymieniając jego imię nabożnym szeptem.
Fryzjerka nie bez trudu rozczesuje Biskwitowi dredy i wyrównuje amatorsko podcinane przez lata pukle.
Biskwit nagle wygląda jak mikroskopijna dziewczynka.
Na festynie nad Bałtykiem ta mikroskopijna dziewczynka żąda niespodziewanie makijażu a’la Królowa Lodu, choć gotowa byłam odciąć sobie jakąś wypustkę, że zdecyduje się na pirackie tatuaże.
Pirackie tatuaże wybiera Dynia.
Nie nadążam.
(...)
(...)
W drodze powrotnej nie odnotowano większych anomalii.
Może jedynie, że Biskwit za sprawą Hauptcioteczki wszedł w posiadanie gwizdka w barwach narodowych i nie omieszkał go nadużywać oczekując na spóźniony pociąg na Dworcu Głównym.
Używanie gwizdka na peronie pełnym zagubionych pociągów i ich konduktorów nie jest dobrze widziane.
(...)
Szkoła imienia Ofiar Holocaustu nadesłała listę rzeczy, z którymi pierwszoklasista ma stawić się na rozpoczęcie roku szkolnego.
Lista jest podobno jedynie wstępem do überlisty, którą ujawni na szkolnym zebraniu wychowawca klasy.
Zebranie i oficjalne odsłonięcie überlisty odbędzie się dwadzieścia cztery godziny przed rozpoczęciem roku szkolnego, co jakby nie zostawia wiele czasu na zakupy. Acz, mówi Norweski, to podobno taki narodowy sport.
Dodajmy do tego, że należy podpisać każdy spinacz i każdy rysik do ołówka.
A tu już lista wstępna obfituje w obiekty typu, że Herkules byłby popuścił z niemocy. ‘Zaginiony manuskrypt Prousta’, ‘święty Graal’, ‘cztery rodzaje kleju doskonałej jakości’, ‘żółta teczka A4 zamykana bezwzględnie na żółtą gumkę’ i ‘kwadratowe lusterko poręcznych rozmiarów’.
Kwadratowe lusterko?!
Będą sprawdzać, czy nauczyciel oddycha?
Czy to proroctwo siedmiu lat właśnie rozpoczynającego się edukacyjnego nieszczęścia?
©kaczka
(...)
HAL9000, system rezerwacji online na usługach Deutsche Bahn, wkręcił się prawdopodobnie w kilka pętli Möbiusa naraz albo zderzył czołowo z Jowiszem, gdy przydzielał nam stolik w strefie ciszy (!)
Wagon jak rezerwat milczenia, świątynia bezgłosu, nawet śpiący nie odważą się zachrapać, a tu nagle otwierają się drzwi i wpadają do środka dwie królowe kakafonii i turbulencji.
Nie było łatwo, szczególnie iż wrzask nadal stanowi ulubioną retorykę Biskwita.
Acz siłą mocy nadprzyrodzonych, do których zalicza się żelki, kredki i wypchańców z Sezamkowej, odsiedziałyśmy pięciogodzinny wyrok plus czterdzieści minut spóźnienia.
Jedyną osobą, która nie zdzierżyła naszego towarzystwa był Paul Rudd, którego HAL9000 dokleił do naszego stolika i który zapewne planował uczyć się roli albo pisać scenariusz. O dziwo wcale nie spłoszyłyśmy Paula akustycznie. Paul wytrzymał nasze szamotanie z bagażem, szarmancko nabawił się przepukliny wrzucając nam walizki na górną półkę, zdzierżył półgodzinny spektakl wybierania miejsc przy oknie, okiem nie mrugnął, gdy dzieciny przesunęły mu komputer, by zrobić sobie miejsce na kanapki (ciastko-mielony-ciastko), ale pękł, gdy Biskwit zasadził się by wykonać mu serię portretów czerwoną woskową kredką. Przy czwartym, pod pretekstem udania się do toalety, Paul zbadał teren, wrócił, zabrał swój lepszy lewy profil, laptop oraz walizkę i zabarykadował się w przedziale pełnym głuchoniemych. Biskwit namierzył Paula podczas jednej z siedemdziesięciu dwóch turystycznych wizyt w toalecie, i nawet dość entuzjastycznie tłukł w szybę akwarium, by zwrócić na siebie uwagę, ale Paul udawał, że nie słyszy.
Przez resztę podróży jedyną rozrywką była gra w ‘Krowę za dziesięć’.
(...)
(...)
Kręgosłup moralny Enerde i jego prasłowiańskich borów sprawia, że znienacka pośladki Badenii-Wurstenbergii wydają się anarchistycznie rozluźnione. Nieomal potrzebują obcisłych, spandeksowych desusów, by ogarnąć zwis, anarchię i nonszalancję.
Enerde jest jak szalka Petriego dla nacjonalistów. Im mniejsza miejscowość, tym więcej patosu na wyborczych plakatach i jasno z nich wynika, bo nikt nie zawraca sobie głowy żadnym literackim środkiem stylistycznym, że za wszystko odpowiedzialni są geje lub uchodźcy.
Te plakaty wiszą wysoko na słupach, krótkowzroczny nie ma szans zapoznać się z treścią, ale i bez tego treść pewnie wsiąka.
W Enerde w soboty myje się nie samochody, a domy. Od frontu.
Te domy, w których jeszcze ktoś mieszka.
W cukierni przy opustoszałym rynku nieuprzejma ekspedientka sprzedaje nienaturalnie różowe pączki. Asortyment ograniczony do jednego z trzech regałów. Kilka bułek, dwa bochenki chleba, taca pączków. Różowe pączki smakują landrynkami i marazmem.
Jedyne obroty odnotowuje dyskont ‘Wszystko za jeden ojro’.
Ale tuż za rondem Gagarina wystarczy skręcić w lewo, wjechać w las i zaczyna się Urlaubtopia.
Wyspa prosperity.
Prehistoryczny ośrodek dla enerdowskich junaków zamieniony na kapitalistyczną kolonię turystycznej radości życia.
Mieszkańcy są dla siebie uprzedzająco mili, na alarm biegną z pomocą, tulą do piersi obcych i z radością działają w czynie społecznym.
Trochę brodzimy w jeziorach, trochę włóczymy się po puszczy, cherubiny naruszają ekosystem łapiąc drobne żaby i zaludniając nimi sadzawkę złotych rybek Hauptcioteczki.
(Biskwit domaga się zabrania wiadra żab dla Lelona. Odmawiam. Weto obejmuje również chrząszcze, dołączoną do nich martwą mysz oraz trzy tony kamieni na kurhanik.)
Biskwit, jak zwykle w każdej podróży, błyskawicznie dorośleje.
Zużywa więcej słów, produkuje nieomal zdania proste, łączy w diecie wędzonego łososia z pasztetową, a śledzie w occie z owocowym sorbetem. W aquaparku domaga się dostępu do basenu dla olimpijczyków, a za tysiąc lat żaby będą o nim opowiadać legendy wymieniając jego imię nabożnym szeptem.
Fryzjerka nie bez trudu rozczesuje Biskwitowi dredy i wyrównuje amatorsko podcinane przez lata pukle.
Biskwit nagle wygląda jak mikroskopijna dziewczynka.
Na festynie nad Bałtykiem ta mikroskopijna dziewczynka żąda niespodziewanie makijażu a’la Królowa Lodu, choć gotowa byłam odciąć sobie jakąś wypustkę, że zdecyduje się na pirackie tatuaże.
Pirackie tatuaże wybiera Dynia.
Nie nadążam.
(...)
(...)
W drodze powrotnej nie odnotowano większych anomalii.
Może jedynie, że Biskwit za sprawą Hauptcioteczki wszedł w posiadanie gwizdka w barwach narodowych i nie omieszkał go nadużywać oczekując na spóźniony pociąg na Dworcu Głównym.
Używanie gwizdka na peronie pełnym zagubionych pociągów i ich konduktorów nie jest dobrze widziane.
(...)
Szkoła imienia Ofiar Holocaustu nadesłała listę rzeczy, z którymi pierwszoklasista ma stawić się na rozpoczęcie roku szkolnego.
Lista jest podobno jedynie wstępem do überlisty, którą ujawni na szkolnym zebraniu wychowawca klasy.
Zebranie i oficjalne odsłonięcie überlisty odbędzie się dwadzieścia cztery godziny przed rozpoczęciem roku szkolnego, co jakby nie zostawia wiele czasu na zakupy. Acz, mówi Norweski, to podobno taki narodowy sport.
Dodajmy do tego, że należy podpisać każdy spinacz i każdy rysik do ołówka.
A tu już lista wstępna obfituje w obiekty typu, że Herkules byłby popuścił z niemocy. ‘Zaginiony manuskrypt Prousta’, ‘święty Graal’, ‘cztery rodzaje kleju doskonałej jakości’, ‘żółta teczka A4 zamykana bezwzględnie na żółtą gumkę’ i ‘kwadratowe lusterko poręcznych rozmiarów’.
Kwadratowe lusterko?!
Będą sprawdzać, czy nauczyciel oddycha?
Czy to proroctwo siedmiu lat właśnie rozpoczynającego się edukacyjnego nieszczęścia?
©kaczka