[218]

[15 Oct 2015]

(...)
- A czemuż to Dynia w poniedziałki nie przychodzi z z a b a w e c z k ą? – zagaiła mnie naszpani.
W życiu każdego człowieka nadchodzi podobno taki moment, gdy gotów jest oddać życie za swoje przekonania.
Najwyraźniej uznałam, że mój właśnie nastąpił.
- Gdyż nigdzie nie jest napisane, że ma przychodzić! – odpowiedziałam, popełniając tym samym efektowne samobójstwo. Oto rzuciłam się, tak jak stałam, pod gąsiennice czołgu pięćdziesięciu lat przedszkolnej tradycji.
- Też coś! – prychnęła naszpani i napęczniała zgorszeniem szybciej niźli tutejsza marka inflacją w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim.  – Oczywiście, że jest napisane!
Po czym odsunęła trzydrzwiową szafę, zdjęła z gwoździa wiszący za nią obraz ‘Świętego Archibalda nawracającego pogan wśród borówek’, opukała ścianę, wyjęła zeń kilka luźnych cegieł, odsłoniła kasę pancerną firmy Schmidt und Pinkerton, otworzyła ją posiłkując się stetoskopem, zestawem wytrychów i trzydziestocyfrową sekwencją sekretnego kodu zapisanego na dnie doniczki z paprotką i wreszcie z wnętrza kasy wyjęła kasetkę, którą otworzyła kluczem ukrytym w biustonoszu. W kasetce siedział niedożywiony krasnoludek, który miał w kieszeni zaklejoną  kopertę, a w kopercie kartkę złożoną osiem razy. Na tej kartce ktoś drobnym drukiem i od końca napisał: ‘W poniedziałki przynosimy z a b a w e c z k i.
Wiem, co myślicie, ale przecież nie uderzę krasnoludka!
Nie obiję go za to, że treść przekazu jest nieścisła (w które poniedziałki, jakie tfu! z a b a w e c z k i), ani nie zdejmę mu rajtek  przez głowę, tylko dlatego, że ktoś uznał, że dzień z a b a w e c z k i jest dla wszystkich tak oczywisty, jak dzień kobiet, wypłaty lub sądu ostatecznego.
W poniedziałek Dynia zapakowała do plecaka Spajdermana z polietylenu i udała się do placówki z  z a b a w e c z k ą.
Wejście do sali Szwabskich Kluseczek było zatarasowane... różowym [1] autobusem nadnaturalnym rozmiarów.
Zza autobusu wystawała Irina.
Sama tego autobusu Irina nie wniosła. Cudów nie ma. Musiała jej pomagać cała rodzina, a może nawet sąsiedzi.
Wot, eto maja malienkaja igruszka!’ – poinformowała mnie Irina, a tłum dziewczątek w religijnej ekstazie, w tym Dynia, padł na kolana przed artefaktem.
Malienkaja igruszka, mać! Pojazd ten powinien mieć tablice, dowód rejestracyjny i autocasco!
Dwieście Barbie by doń wsiadło i dla każdej znalazłoby się miejsce siedzące.
Garaż na przedmieściach Pekinu, w którym wyklepano to zjawisko musiał mieć wyjątkowy nadmetraż.
Cóż rzec, nasz Spajderman wyjrzał z plecaka, rzucił okiem i z miejsca został impotentem.
Rozmiar ma znaczenie.


[1] Różowy jest tu określeniem zastępczym. Może gdyby ten autobus przetopić w ogromnym tyglu, a otrzymany barwnik rozcieńczyć kilka trylionów razy, wtedy z czystym sumieniem mogłabym przyznać, że mamy do czynienia z różowym.

(...)
- A woda gdzie? – przydeptała mi ogon naszpani, gdy dziś o poranku zdeponowawszy Dynię, wolnym krokiem opuszczałam placówkę.
[W kranie? W kałuży? Ostatnio nawet na Marsie? Jakaż woda, do kaduka! Święcona, ciężka, kolońska, ognista?]
- ... prosiłam Dynię kilka razy, żeby przekazała, że teraz państwa kolej, żeby przynieść dzieciom skrzynkę wody mineralnej.
[Prosz pani! Dynię to ja też już prosiłam kilka razy. Na przykład, żeby sprzątała zabawki, nie zostawiała za sobą autostrady okruchów i odkładała swoje buty na miejsce. I jak się pani wydaje? Jaki osiągnęłam skutek? (Tu wskazówka na temat trwałości szlaków pamięciowych mej najukochańszej dzieciny. Po sześciu tygodniach uczęszczania do placówki, dziecina ta pytana jak ma na imię jej ulubiony kolega, marszczy brew i rozkładając ręce mówi: ‘well... The Boy’!)]

W sumie to nawet nie wiem, gdzie zacząć.
Bywam tam dwa razy dziennie. Nie przychodzę przebrana za orkiestrę Mariachi. Jeśli można mi wypomnieć brak z a b a w e c z k i to można też uprzedzić, że się oczekuje, że zarzucę bukłak na plecy.
Jeśli to test na odpowiedzialność dzieciny, to w wypadku, gdy go obleje, cała reszta będzie piła deszczówkę, czy jak Bear Grylls gulnie sobie płynów ustrojowych z nocnika?
Przed placówką nie można zaparkować – matki z grupy Bawarskich Precelków urządziły nawet na ten temat osobną demonstrację u wlotu ulicy, łańcuch czystych serc z balonikami i babeczkami z mąki bio nadziewanymi ulotką ‘Nie parkuj!’. Zatem w najlepszym wypadku skrzynkę wody oraz inne parafernalia (w tym inne swoje dziecko) należy nieść z najbliższego parkingu. Przed supermarketem. Na oko trzysta metrów. Niby blisko, ale sześć szklanych butelek wody plus skrzynka dobija do dziesięciu kilogramów.
Supermarket troszczy się o placówkę. Troskę te wyraża kalendarzami reklamowymi, cukierkiem bożonarodzeniowym i workiem ziemniaków na zupę dożynkową. A gdyby tak każdy rodzic odpalił po dwa ojro, czy supermarket nie mógłby raz w miesiącu przekierować jednego samochodu dostawczego na drugi koniec ulicy?
W międzyczasie, nasuwa się kolejne, dość oczywiste pytanie – jeśli co tydzień tylko jedna rodzina przynosi sześć butelek na dwadzieścia pięć osób to ile wody przypada na jedno dziecko? Dwie szklanki na pięć dni? (Trening pęcherzy? Mniej piją, mniej sikają do koszy na śmieci?)
Paradoksalnie, ta minimalna podaż płynów, odpiera  zarzut: 'Ale gdzie trzymać taką ilość wody?'
Cztery zgrzewki?!
Pod biurkiem Wszechmogącej Dyrekcji?
- Nade wszystko, jaką wodę zaczerpnąć, naszpaniu? [Gazowaną, średniogazowaną, niegazowaną, z manganem, z uranem, z koczkodanem? Pani widziała, co proponuje rynek wód?]
- Och, jakąkolwiek! Dzieci wypiją każdą.
Tak jak kaktusy.
Może święty Frydolin przechodził tędy, może przystanął, rozejrzał się i powiedział ‘a tu zbudujcie przedszkole!’, a potem oddalił się za potrzebą, a gdy wynurzył się zza krzaczka to łupnął pielgrzymim kijem w podłoże i odpalił studnię głębinową.  Od tamtej pory przez tysiąc lat ludność zawsze nosiła wodę do placówki. Tradycja tak przypadła wszystkim do gustu, że zignorowali wynalazek kanalizacji miejskiej, wodociągi, kurek od kranu, rewolucję przemysłową i zakupy przez internet.
Jak inaczej wytłumaczyć, niźli potrzebą pokuty i ascezy, że można sobie tak na własne życzenie utrudniać?


©kaczka
41 comments on "[218]"
  1. Kaczkę to wkurw trzasnął! (azaliż można na tak literackim blogu plugastwo językowe uprawiać?)

    I przypomina mi się, gdzie trzymasz klucz do mojego bloga, bo podobnie zeznałaś ;) Znam też żywego Frydolina, zwanego Frydzio.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Sama wypomnialas, ze lzy me nie liryczne, a choleryczne!
      Trudno, najwyzej odejma mi punkty za wartosc artystyczna.

      Delete
  2. To naprawdę zdumiewające, to noszenie wody. Autentycznie jestem w szoku, że tak się te sprawy załatwia na pępku Europy!
    Dlaczego?
    Why??
    WARUM???

    ReplyDelete
    Replies
    1. Te sama sekwencje pytan zadalam naszpani, tyle ze w odwrotnej kolejnosci.
      I nie uzyskalam satysfakcjonujacej odpowiedzi w zadnym jezyku.
      Sprawdzilam, czy to jakies odgorne zalecenia, ale nie. Wszedzie rodzice, albo zrzucaja sie na wode, albo mlodziez nosi wlasne butelki, albo pije kranowke. Tylko kaczka dziesiec kilo wody i dwanascie Biskwita pod pacha. Plus standardowe brzemie win i wyrzutow sumienia. Mow mi Atlas!

      Delete
    2. Jacie, co Wy z tą wodą? :D U nas w każdej klasie stoi baniak, na który się składamy, jednorazowe kubeczki i szlus.

      Delete
    3. Jednorazowe, ale czy aby ekologiczne, homeopatyczne i biodegradowalne, bo to kluczowy argument dla tubylcow!

      Delete
  3. Hm to u nas w ubogim S-H wodę tudzież inne aprowizacyjne załatwiali pracownicy przedszkola. A jak trzeba było coś przynieść, to nie dość że w pudełku śniadaniowym dostawałam kartkę, wisiało ogłoszenie przy sali, to jeszcze pani łapała mnie za rękę i GŁóŚNO i WYRAŹNIE (coś a la piłka do metalu) przekazywała ten sam komunikat.
    Woda w butelkach miała działanie wychowawcze, gdyż dzieci samodzielnie się nią częstowały.
    Choć jak myślę, to można by do butelek tę z kranu.
    Może to jakiś przedwieczny obyczaj.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Najpierw myslalam, ze to moze taki folklor, taka norma w tutejszych placowkach, jak sniadania na sniegu w szwedzkich ochronkach. Albo, ze jest jakis nakaz Sanepidu, by wody nie magazynowac, albo nie pic kranowki. Ale podpytalam sasiadke i ona w placowce za rogiem raz w miesiacu dorzuca do czesnego trzy ojro za wode i nie nosi ze studni :-)

      Delete
  4. Oj Kaczko- to przecież nie chodzi o to, żeby było łatwiej, tylko żeby placówka EDUKACYJNA, odpowiednio Was i dziateczki wy-tre-so-wa-ła. Stąd te ciągłe komendy: woda, zabaweczka, koszyczek, podpisik na druku. W którymś momencie, żeby nie wytracać energii na głupstwa, poddajesz się, nie pultasz, nie analizujesz, nie zadajesz pytań, nie myślisz, tylko wykonujesz rozkazy.

    I to znak, ze możecie przejść na wyższy lewel czyli do szkoły.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Smutne, prawda? Jak te trzaskane tasmowo 'koszyczki jesiennych darow',albo identyczne drzewka zdobione jabluszkami z krepiny...

      Delete
  5. Teraz to juz na dobre uwierzylam w krasnoludki :)

    ReplyDelete
  6. Jak dobrze Cie rozumie! W szkole Fi rowniez nie ma zwyczaju podawania informacji bezposrednio rodzicom, bo dzieci maja sie uczyc je przykazywac. A konczy sie tak, ze co kilka dni sie na nas oburzaja, ze alez nalezalo bylo przyniesc sto tysiecy drobiazgow i piec waznych rzeczy a my nic, ignorujemy!!! albo latam o 6 nad ranem w poszukiwaniu kawalka czerwonej szamtki, niebieskiego guzika (ten za maly mamo, ten mi sie nie podoba.....#@!) lub innych atrefaktow. A wydawaloby sie , ze pisac tam potrafia....ale wode pija z kranu. Dobrze, ze nie chca tam wody np. z Lourdes, to bys sie Kaczko nadzwigala....

    ReplyDelete
    Replies
    1. Za to u JP w szkole - w szóstej klasie! - pani od plastyki powiedziała, że nie będzie uczniom dyktować, co mają przynieść na następne zajjęcia, tylko napisze w dzienniku elektronicznym.
      Do którego z założenia dostęp mają tylko rodzice.
      Kolejny bacik na mnie, za co sie pytam?
      To będzie MOJA wina, jak on nie przyniesie masy rzeźbiarskiej?
      W końcu normalny jedenasto- albo dwunastolatek może zanotować kilka słów, choćby w pośpiechu. Niech ja tę panią spotkam.

      Delete
    2. Byłam świadkiem jak w stolicy Polski w papierniczym matki zakupowały właśnie takie parafernalia. Pan miał nawet niebieskie guziczki, kanwę, mulinę i wszystko czeg sobie naszapani zażyczyła! oczywiście w odpowiednio wysokiej cenie. Zastanawiało mnie bardzo, dlaczegóż na boga, naszapani polskiej szkoły nie zorganizuje zbiórki pieniędzy i nie zakupi podobnych akcesoriów w hurtowni pasmanteryjnej za jedna trzecią ceny.

      Delete
    3. Dobra pani z zetpetów zrobi z dziećmi cuda ze śmieci, nawet z tego, co w szkole, daję głowę.

      Delete
    4. Ooo, podnosicie ten kamien, spod ktorego i mnie wypelznie co nieco!
      Tak, kurdelebele, istnieja hurtownie i to nie miejska legenda, ze mozna w nich kupic taniej.
      W poprzedniej placowce:
      Folder, teczka i koszulki na prace plastyczne.
      Nie zaluje dziecku, ale czemuz mam wydawac ojro, gdy mam folder w domu. Niestety, szwedzki. W rozmiarze standardowy, ale inaczej sie otwiera i trzeba mu uniwersalnych koszulek.
      Pani Malpiatkowa odpowiedzialna za Dynie i jej portfolio nie dala rady nauczyc sie obslugi. Nowy folder - osiem ojro. Do tego setka koszulek, bo taniej kupic setke niz dwadziescia. Kolejne trzy ojro. Teczka A3 - piec ojro. Koszulek Paniusia uzyla pieciu (!) i pod koniec roku wrecza mi pozostale 95! Toc mowie, zeby sobie zostawila, bedzie dla CALEJ GRUPY NA C A L Y NASTEPNY ROK, a ona, ze maja za duzo, bo wszyscy zostawiaja ... uwaga! i potem trzeba wyrzucac! Rozumiecie to? Bo ja do dzisiaj tkwie w stuporze.
      Jedna wizyta w hurtowni to zakup dwunastu jednakowych folderow, paczki koszulek i dwunastu teczek. Maksymalnie piec ojro od osoby.
      Tyle, ze trzeba chciec, prawdaz?

      Delete
  7. A z tą wodą....nie mówiąc o zabaweczkach....idź do jednoosobowej trójki klasowej WSZAK nie masz daleko :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. BB,pyszniutkie:-))))))))))))))))))))))))))

      Delete
    2. Poszlam. Mowie: 'Norweski! Idziesz tam we wtorek, trojko ty moja klasowa i zagajasz, ze otrzymales anonimowe doniesienie...

      Ciekawe, jak to sie rozwinie :-)

      Delete
  8. W "moim" przedszkolu jest ta wielka butla (nosz, nie pamiętam, jak to to się nazywa) z kranikiem i samoobsługa (choć kontrolowana). I nie, nie nosimy butli na plecach na zmiany ;) I teraz najlepsze - wszystkie zmiany/udogodnienia wprowadzane są po wizycie w niemieckim przedszkolu. To teraz ci Twoi... powinni do mojego... które uczy się od innych Twoich :D
    PS Opis - od odsunięcia szafy po krasnoludka <3

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tak jak przypuszczalam, to nie przedszkole! To skansen tradycji :-)

      Delete
  9. A ja to bym następnym razem tę wodę zamówiła przez internecik z dostawą na adres placówki :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To jeden z moich postulatow. Choc system dowozu internetowego raczej tu jeszcze kielkuje to planuje kupic w sieci u konkurencji. Norweski ma za zadanie wydobyc od naszpan roczne spozycie w litrach na glowe przedszkolaka.

      To zreszta nie tylko kwestia samego dostarczania wody. Naszpanie oddaja butelki, bo kaucja! I wez sie tu potem czlowieku pchaj do domu z wozkiem, dziecmi i reklamowka opakowan zwrotnych!

      Delete
  10. Och, te święte zasady placówek! Kazanie na górze to przy nich pikuś.
    Nasze panie skarżą się od dwóch miesięcy, że W. bawi się jedzeniem. Nie je, tylko rozwala, siejąc zgorszenie i zachęcając do złego inne dziateczki. - Czy nie można byłoby - zaproponowałam - nakładać jej porcji minimalistycznych? Ot, łyżka zupy, pół łyżki ziemniaków, kęs kotlecika? Jeśli zje i poprosi o dokładkę, dołożyć. Jeśli rozsmaruje na suficie, mniej będzie odmalowywania... Prosty sposób na ograniczenie zniszczeń, wydawałoby się. Niestety niemożliwy do realizacji, gdyż jest określona GRAMATURA posiłków i gdyby Sanepid zrobił wizytację, nastałaby apokalipsa.

    PS Ale wodę mają w baniaku, w sali. Sami zamawiają, a dzieci same podchodzą do kranika i nalewają sobie do kubeczków. (Co je bawi do tego stopnia, że sikają co minutę...)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na wiesc o tym, ze nalezy wydac okreslona gramature tluke glowa o kant talerza. Ja z tych, ktorych zawsze peszyla objetosc zdeponowana na talerzu.

      Mysle, ze Wszechmogaca Dyrekcja chce przyoszczedzic na kraniku, bo ten zdaje sie trzeba podlaczyc do zrodla pradu zeby operowal?

      Delete
  11. Tym autobusem pełnym Barbie przejechałaś mi po przeponie!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zgadnij, co Dynia pragnie znalezc pod choinka i gdzie ja znajde taka choinke, zeby TAKI autobus zaparkowac? Sekwoje przyszloby mi zdobic!

      Delete
  12. Leżę i łkam! Nic więcej z zazdrości nie napisze :p

    ReplyDelete
  13. "Po czym odsunęła trzydrzwiową szafę, zdjęła z gwoździa wiszący za nią obraz ‘Świętego Archibalda nawracającego pogan wśród borówek’, opukała ścianę, wyjęła zeń kilka luźnych cegieł, odsłoniła kasę pancerną firmy Schmidt und Pinkerton, otworzyła ją posiłkując się stetoskopem, zestawem wytrychów i trzydziestocyfrową sekwencją sekretnego kodu zapisanego na dnie doniczki z paprotką i wreszcie z wnętrza kasy wyjęła kasetkę, którą otworzyła kluczem ukrytym w biustonoszu. W kasetce siedział niedożywiony krasnoludek, który miał w kieszeni zaklejoną kopertę, a w kopercie kartkę złożoną osiem razy. Na tej kartce ktoś drobnym drukiem i od końca napisał: ‘W poniedziałki przynosimy z a b a w e c z k i.’ " Po prostu oplułam monitor, a mój piętnastoletni syn rechotał za moimi plecami (musiał sprawdzić, co mnie tak rozbawiło ;) )
    Kinga

    ReplyDelete
    Replies
    1. I ja mam nadzieje usmiac sie z tego za jakies pare lat :-)

      Delete
  14. Ach, jaki piękny trening dla rodziców, już od przedszkola! My się nie daliśmy! Zdarzało nam się zapomnieć tornistra, nie raz, nie dwa:-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Przyznaj sie? Zapomnieliscie kiedys dziecka?

      Delete
  15. Przyznaje, ze rozumiem donoszenie wody. Nie oczekuje od wychowawczyn nadgodzin. Nasze przedszkole to inicjatywa rodzicow (Elrernverein) i kazdy rodzic w roku ma obowiazek poswiecic 10 godzin na prace dla przedszkola. (W sumie 20 godzin na rodzine). Mozna kupowac mleko, zamiatac podworko, prac posciel, czy przyjsc na dzien sprzatania i np. wyrywac chwaszczory z ogrodu, czy przycinac krzewy (za to bonus 50%).
    Nie mamy nadmiaru czasu, ale jest to dla mnie zupelnie ok - przedszkole oszczedza na ogrodniku, rodzice tworza jakas aktywna wspolnote, maja wplyw na to, co sie dzieje, wspoldzialaja i robia cos dobrego na rzecz przedszkola.

    (Ok, o wode troszczy sie akurat przedszkole.
    Puszczanie wody z baniaka uwazam jednak za sredni pomysl. W domu tez nie mamy baniakow/kranikow.A nalewanie wody z butelki to przydatna umiejetnosc,ktora powinna byc trenowana).

    arbuz

    ReplyDelete
    Replies
    1. No tak, ale przyciac, wyprac, czy zamiesc, ma sens.
      I nawet kupowanie wody, podlug mnie, mialoby sens, gdyby ktos po nia pojechal samochodem i nabyl ja hurtem, sto butelek, albo zamowil przez internet z dowozem do placowki. Nadwyzke zebranej kasy Dyrekcja moglaby sobie wtedy zainwestowac w materacyki na wuef, albo jablko gratis do sniadania. Denerwuje mnie zreszta ta nieoszczednosc. Na zgrzewce wody mozna by przyoszczedzic 50 centow, w zaleznosci, gdzie sie ja kupuje. Najblizszy supermarket jest najdrozszy, dzielnica tu robotnicza, matki rzadko przywoza dzieci samochodami. Zatem albo targaja te wode za nie swoje grzechy z taniego supermarketu dwa kilometry dalej, albo przeplacaja.Tu jest jeszcze dodatkowa kwestia. Wiekszosc osob przynosi gazowana wode. Niektorzy, albo nie znajacy jezyka (ponad polowa dzieci w Dynskiej grupie ma rodzicow obcokrajowcow), albo nieuwazni, przynosza wode o jakiejs jaskrawej przewadze konkretnych mineralow udojona z parku zdrojowego, albo z islandzkiego zrodelka, albo z tajskiego sklepu. Srednio mnie cieszy, ze Dynke wzdyma po wypiciu trzech szklanek wody z babelkami i ze zaczyna wybierac taka wode nad zwykla. A jesli przyniesiona woda jest niesmaczna to, co pija dzieci przez caly dzien. I dlaczego Dynka po przyjsciu do domu biegnie od razu do dzbanka z woda?
      I ja chetnie tworzylabym wspolnote i robila cos na rzecz, ale jest monolit, jest tradycja. Nosilismy wode to bedziemy ja nosic.
      I slabo mi na mysl, ze dalej nie bedzie lepiej.

      Delete
    2. Do tego mam, oczywiscie dylemat, zaczynac rewolucje i prace u podstaw? Dlubac szydelkiem w tym monolicie. Naszpanie sa tam od piecdziesieciu lat (i przeciez dziala!), a Dynia za pol roku i tak opusci placowke. Dyni sie tam podoba, kreci ja 'solidna, niemiecka egzotyka', z ktora nie miala dotychczas do czynienia. Nie chcialabym, zeby mojego wtracania sie odebranojako zamach na metody, ale jednoczesnie nie mam czasu (ani ochoty), zeby bawic sie w aluzje i iluzje. Przy tym to chyba po prostu niemozliwe, zebym pierwsza dostrzegla udreke i bezsens noszenia wody ze studni? Moze wiec rewolucje juz byly, ale Bastylia ni drgnie? Norweski idzie dzis na zebranie Rady Starszych. Moze tam rozwiaze zagadke, czy pierwsze butelki z woda to te same, ktorych Jezus nie zdazyl zamienic w wino i czy nosimy, dla upamietnienia? :-) Stay tuned!

      Delete
  16. Kaczko, rozumiem Cię. W tej sytuacji kupowanie większej ilości wody chyba faktycznie miałoby więcej sensu. Problemem mogłoby być jej składowanie w placówce (tu pytanie o to do wszechpań).

    A rozumiem Cię dlatego, ponieważ w naszym przedszkolu też zaistniał problem, z perspektywy arbuzowej problem i długo myślałam, czy się z nim wyoutować. Stwierdziłam, że poruszę rodzicami, a co. Wyszło na to, że przeszło, bo rodzice wybrali milczenie, a milczenie jest jak powszechnie wiadomo zgodą ;-))

    Co do wody, to również nie pojmuję niemieckiego fenomenu bąbelków we wszystkim, co płynne. I tej oczywistości w knajpach i restauracjach, że jak woda, to jasne, że gazowana. (Kto pije niegazowaną uważany jest za maniaka fitnessu lub eko-burżuja).
    Na szczęście u nas w przedszkolu stoją dwa rodzaje wody i przykaz jest jasny, że dziecię moje tą bez gazu (którą też preferuje).

    Co Norweski zdziałał? I na które przykazanie wszechpanie przy noszeniu wody się powołują?

    Serdeczności,
    arbuz

    ReplyDelete
    Replies
    1. Co powiedzialy panie? Otoz, naszpanie powiedzialy, ze zawsze sie nosilo i nikt sie nigdy nie skarzyl, albowiem przeciez mozna
      ...
      ...
      ... nosic do placowki po jednej butelce wody dziennie!

      Tym samym dochodze do wniosku, ze praca nad naszpaniami bylaby bezterminowym, niekoniecznie skazanym na sukces przedsiewzieciem, wiec poprzestane na obserwowaniu zjawiska z popcornem w reku :-)

      I dzieki, ze zwrocilas mi uwage na te babelki. Faktycznie! Teraz do mnie dotarlo. Oni zawsze z gazem! Moze wiec skoro i tak wczesniej, czy pozniej bedzie w Dyni krwioobiegu plynac Apfelschorle, winnam machnac lapa :-)

      Delete
  17. Cóż, tak więc podstawy na tworzenie demokratycznej wspólnoty z ciałem pedagogicznym jednak miałkimi są...

    Ja o niegazowaną z uporem sekciary walczę. Szwagierka, która pracuje w hotelarstwie i zna moje fanaberie, zakomunikowała ostatnio, że niegazowaną można faktycznie już "coraz częściej" dostać w restauracjach. Kiedyś kuchnia fusion, teraz woda niegazowana. Yeah!

    (A Apfelschorle to zaraz po Raufasertapete mój ulubiony niemiecki wynalazek z listy: Chore.)

    arbuz

    PS. Może Dynię uratuje bidon w plecaku?

    ReplyDelete