[20 May 2015]
(...)
Dynia, motywowana przez asortyment lodowych gałek ukręcanych przez Stefano, zainteresowała się zasadami wolnego rynku, obrotem pieniężnym i systemem monetarnym.
Pośrednio wkręciła się również w ekologię.
W
erefenie jedna butelka marki PET to równowartość dwudziestu pięciu centów wypluwanych przez automat do skupu.
Dynia zbiera w domu i na mieście, a my musimy segregować.
Na jedną kupę butelki, na drugą nakrętki (dla
Franka), na trzecią – prawowitych właścicieli przytwierdzonych do butelek.
Najtrudniej odczepiać staruszki.
(...)
Mam takie niejasne wrażenie, że spełnia się przepowiednia prowadzącej zajęcia z języka konsekwentnie-mi -obcego i jestem tam, na tym szkolnym poddaszu, w każdy poniedziałek i czwartek, fundamentem i ścianą nośną.
Podwaliną.
Kamieniem węgielnym.
Jedynym stałym punktem odniesienia.
Plumkając na strunach megalomanii – jestem tym żółwiem, na którym ciężkim zadem przysiadł świat.
Wystaję z praoceanu, żuję sałatę odwiecznych rozterek lub skuwkę od ołówka i zblazowana spoglądam na korowód przemijających postaci.
Pojawiają się i znikają.
Możliwe, że ze znikaniem ma coś wspólnego szalona winda marki Schindler (sic!), która działa tylko w poniedziałki, wozi wyłącznie parzystą liczbę pasażerów i nigdy nie wiadomo, na którym piętrze się zatrzyma i czy w ogóle przyjedzie.
(Wsiadając w poniedziałki do windy, nie wiedząc gdzie wysiądę wspominam z rozrzewnieniem windę, no właśnie, z '
Podróży Tapatików' Tomaszewskiej [1]? lub szybującą nad miastem windę Pana
Łąki z '
Fabryki czekolady'.)
Tak zniknął angielski geodeta.
Tak zniknęła Francuzka.
Tak prawdopodobnie zniknęła Polka – Ewa G. (pozdrawiam!), która mimo terminowego opłacania zajęć, nie pojawiła się na żadnych. Tudzież pojawia się, ale nie zdejmuje niewidzialnej pelerynki.
O, Kanadyjki też już nie ma.
Spłynęła z nurtem innych ważkich spraw.
Jest za to zupełnie nowa Japonka, która utrzymuje, że pod kwitnącą wiśnią ukończyła studia z filologii germańskiej i zadziwi świat nowatorskim przekładem Tomasza Manna.
Yyyyy... jakby tu, delikatnie, żeby nie urazić... myślę, że może to jednak potrwać dłuższą chwilę.
(Świat zdąży pójść do toalety, wydepilować sobie kilka lasów deszczowych i napić się herbaty.)
Dyplomatycznie mówiąc, jest Japonka na początku swej kariery.
Czasem pojawia się rumuńska cybernetyczka – kobieta-cyborg? – o imieniu, a jakże, Andrea.
A jakże, bo nigdy jeszcze nie spotkałam Rumunki o imieniu innym niż Andrea.
Andrea ma niepokojący charakter pisma.
(I kto to mówi!)
Czasem z windy wysiada Włoch. Konglomerat wszystkich negatywnych stereotypów o narodzie.
Czasem z windy wysiada Grek. Jak wyżej.
Żel we włosach, łańcuch na piersi, słoneczne okulary we mgle.
Fascynujące.
Wpada również Meksykanka
arriba arriba!
Zawsze się spieszy.
Może gra w mariachi i musi gnać na próbę?
I tylko ja tam ciągle, w tym samym miejscu pod oknem.
Siedzę i wygrywam wszystkie konkursy popularności.
Pupilka naszej pani.
Trochę się nie dziwię, ostatecznie przy tej ludzkiej rotacji to po mnie rozpoznaje, czy weszła do właściwej sali.
‘
o skoro jest kaczka to możemy zaczynać’
‘
dzień dobry kaczko... dzień dobry... yyyy... pozostałym’
‘
... o bo my z kaczką kupujemy w tym samym sklepie...’
Kiedyś pewnie dostanę w dziób po lekcjach.
[1] Wszystkie egzemplarze przygód Tapatików dostępne za mej młodości w dzielnicowym lokalu bibliotecznym charakteryzowały się brakiem ostatnich rozdziałów. Wszystkie! Planowałam powrócić do lektury i dowiedzieć się w końcu ‘kto zabił?’ i czy w windzie, ale ilustracje w nowych wydaniach są zbrodnią wiekszą niż amputacja rozdziałów. Tak to się kończy, zauważam smutno, gdy wydawnictwo zatrudnia do malowania rezerwistów.
(...)
Punktualnie o szóstej rano, z precyzją szwajcarskich czasomierzy:
-
MAAAAAAAAAMA! – krzyczy Dynia.
-
Maaaaaaaaaamuuuuuuuu! – woła Biskwit.
-
MAAAAAAAAAMA!
-
Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
-
MAAAAAAAAAMA!
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
-
MAAAAAAAAAMA!
-
Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
-
MAAAAAAAAAMA! Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
A echo z sypialni rodziców odpowiada:
... mać ... mać ...mać!
(...)
Relatywizm pór roku.
Siedemnaście stopni.
Wczoraj.
Dynia biega boso po podwórku. Matka Rosalindy opina na Rosalindzie puchową kurtkę.
(...)
Wieża Babel.
Bufet przekąsek z przekąsem.
[Dynia w narzeczu] -
Mamo, zapytaj Rosalindę, jak po kalabryjsku powiedzieć: precel?
[kaczka] -
Precel.
[Dynia] -
YES! Precel!
[kaczka] -
Toż przecież ci mówię, że PRECEL!
[Dynia] -
Ask her!
[kaczka jako bukiet lotosów w wazonie zen, znęcając sie nad kalabryjskim] -
Rosalindo, powiedz mojemu dziecku, jak mówisz na precel?
[Rosalinda wykonawszy umysłową woltę] - ...
yyyyy... precel? Precel.
[Dynia] -
Precel?
[Rosalinda] -
Si!
[Dynia do kaczki z wyrzutem] -
See! Si not precel!
(...)
Biskwicki znak jakości.
Uwaga! Zawiera lokowanie produktów.
©kaczka