Image Slider

[177]

[29 May 2015]

(...)
Dużo ostatnio w tej lukrowanej siostrzanej miłości takich małych, bezsilnych zazdrości.
Obie podliczają słowa, gesty, uczynki względem.
Pilnie obserwują.
Drobiazgowo wypełniają kolumny winien-ma.
Okazują sfałszowane dowody, na to, że nie spłacam kredytu zaufania.
Spanikowałam.
Zaczęłam dzielić włos na czworo, a siebie na dwie najrówniejsze części.
Nie tylko słowa, ale i myśli ważyłam przed pokrojeniem.
A i tak ciągle gdzieś zawsze było więcej, gdzieś mniej, czyjaś buzia w podkówkę lub komuś właśnie odpaliłam koniec świata.
Tak się w tym dzieleniu zapamiętałam, że zapomniałam z siebie odkroić i odłożyć coś dla mnie samej.
Nawet to rozdałam.
Grzech matczynego skrupulatyzmu.
Dobrze, że mamy Ryfkę.
Ta wpada, zajmuje moje wzgórza kolan, siostrzana miłość nagle nie pamięta złego, jednoczy się przeciw najeźdźcy.
Gdyż nie jest cierpliwa.
Ani łagodna.
Ale może właśnie przez to – paradoksalnie  – bardzo  prawdziwa.

©kaczka

[176]

[25 May 2015]

(...)
Od czasu do czasu Dynia porzuca sztukę wysoką i maluje jakiegoś wyłupca, czy innego oczopląsa w nadziei rozbicia puli nagród w lokalnych konkursach plastycznych. Konkursy te organizują jak leci, burmistrz, straż pożarna, piekarz, rzeźnik, zakład pogrzebowy lub miejscowy spożywczak.
W związku z powyższym.
Zagadka logiczna.
P.T. Czytelniczko, Czytelniku, zaszalej, wykryj i zidentyfikuj dziewięć produktów spożywczych kryptoreklamowanych na poniższej ilustracji.


 [29 May 2015]

Uaktualnienie:
Aaaaaaby... dłużej nie trzymać w napięciu:
1. zielone jabłko z czerwonym ogonkiem i jego przeciwieństwo,
2. faktycznie, dwa banany,
3. żaden tam hot-dog, napój w kartonie ze słomką,
4. mniejsza i większa mortadela,
5. croissant alias rogal,
6. pomarańcza (!),
7. pieczony kurczak (!!),
8. deszcz borówek kanadyjskich,
9. lody w waflu
 
(Każdy, kto odgadł przynajmniej jeden z produktów, może pielęgnować w sobie płonną  nadzieję, że znajdzie nić porozumienia z grupą wiekową czterolatków. Pozostali są zgubieni!)

©kaczka

[175]

[24 May 2015]

(...)
Ryfka wróciła z wywczasów w Ziemi Świętej.
Wpadła do nas nieomalże prosto z lotniska i miał miejsce cud.
Wszystkie trzy (włączając Biskwita) zamknęły się w pokoju i przez pół godziny zajmowały się sobą. Bez ofiar w ludziach oraz bez zawzywania kierownictwa kulturalno-oświatowego, czy straży pożarnej!
Potem wyszły i wspólnie udoskonalały przenośne osiedle na Brzegu Dywanu.
(Maszt, flaga, dzwonek do drzwi, zasieki, system wczesnego ostrzegania.)


A w końcu schowały się w środku z talerzem racuchów [1], miską truskawek, pętem słowiańskich kabanosów, litrem lodów i okupowały.
Póki wystarczyło spyży.
Dzięki Biskwitowi, mniej więcej dziesięć minut.

[1] ‘O, takie same smaży moja babcia.’ – wyznała Ryfka. Mazel tov!

(...)
Uwielbiam Ryfkę.
Jeszcze bardziej, odkąd skojarzyłam,  że tembr jej głosu przypomina mi Diane Keaton w ‘Tajemnicy morderstwa na Manhattanie’.

©kaczka

[174]

[21 May 2015]

(...)
W kuluarach trwają przygotowania do wydarzenia sezonu.
Piątych urodzin Dyni  z bon motem ‘Princess Party’.
Uczestnictwo potwierdziło dziesięciu młodzieńców i dwa dziewczątka, co czyni bon mot jeszcze zabawniejszym.
(Hauptcioteczka nadal obstaje, że imprezę powinnam zorganizować w domu. )
- Dyniu – inwigiluję. – Są naciski, abyś wyznała, co pragniesz otrzymać w prezencie?
Dynia myśli.
Myśli.
Myśli.
- ... a really, really pink ballerina dress!
(Gulp!)
- NO! I know! A Spiderman toy!
Struktura demograficzna przyjęcia sugeruje, że nie będzie z tym problemu.

(...)

©kaczka

[173]

[20 May 2015]

(...)
Dynia, motywowana przez asortyment  lodowych gałek ukręcanych przez Stefano, zainteresowała się zasadami wolnego rynku, obrotem pieniężnym i systemem monetarnym.
Pośrednio wkręciła się również w ekologię.
W erefenie jedna butelka marki PET to równowartość dwudziestu pięciu centów wypluwanych przez automat do skupu.
Dynia zbiera w domu i na mieście, a my musimy segregować.
Na jedną kupę butelki, na drugą nakrętki (dla Franka), na trzecią – prawowitych właścicieli przytwierdzonych do butelek.
Najtrudniej odczepiać staruszki.

(...)
Mam takie niejasne wrażenie, że spełnia się przepowiednia prowadzącej zajęcia z języka  konsekwentnie-mi -obcego i jestem tam, na tym szkolnym poddaszu, w każdy poniedziałek i czwartek, fundamentem i ścianą nośną.
Podwaliną.
Kamieniem węgielnym.
Jedynym stałym punktem odniesienia.
Plumkając na strunach megalomanii – jestem tym żółwiem, na którym ciężkim zadem przysiadł świat.
Wystaję z praoceanu, żuję sałatę odwiecznych rozterek lub skuwkę od ołówka i zblazowana spoglądam na korowód przemijających postaci.
Pojawiają się i znikają.
Możliwe, że ze znikaniem ma coś wspólnego szalona winda marki Schindler (sic!), która działa tylko w poniedziałki, wozi wyłącznie parzystą liczbę pasażerów i nigdy nie wiadomo, na którym piętrze się zatrzyma i czy w ogóle przyjedzie.
(Wsiadając w poniedziałki do windy, nie wiedząc gdzie wysiądę wspominam z rozrzewnieniem windę, no właśnie, z 'Podróży Tapatików' Tomaszewskiej [1]? lub  szybującą nad miastem windę Pana Łąki z 'Fabryki czekolady'.)
Tak zniknął angielski geodeta.
Tak zniknęła Francuzka.
Tak prawdopodobnie zniknęła Polka – Ewa G. (pozdrawiam!), która mimo terminowego opłacania zajęć, nie pojawiła się na żadnych. Tudzież pojawia się, ale nie zdejmuje niewidzialnej pelerynki.
O, Kanadyjki też już nie ma.
Spłynęła z nurtem innych ważkich spraw.
Jest za to zupełnie nowa Japonka, która utrzymuje, że pod kwitnącą wiśnią ukończyła studia z filologii germańskiej i zadziwi świat nowatorskim przekładem Tomasza Manna.
Yyyyy... jakby tu, delikatnie, żeby nie urazić... myślę, że może to jednak potrwać dłuższą chwilę.
(Świat zdąży pójść do toalety, wydepilować sobie kilka lasów deszczowych i napić się herbaty.)
Dyplomatycznie mówiąc, jest Japonka na początku swej kariery.
Czasem pojawia się rumuńska cybernetyczka – kobieta-cyborg? – o imieniu, a jakże, Andrea.
A jakże, bo nigdy jeszcze nie spotkałam Rumunki o imieniu innym niż Andrea.
Andrea ma niepokojący charakter pisma.
(I kto to mówi!)
Czasem z windy wysiada Włoch. Konglomerat wszystkich negatywnych stereotypów o narodzie.
Czasem z windy wysiada Grek. Jak wyżej.
Żel we włosach, łańcuch na piersi, słoneczne okulary we mgle.
Fascynujące.
Wpada również Meksykanka arriba arriba!
Zawsze się spieszy.
Może gra w mariachi i musi gnać na próbę?
I tylko ja tam ciągle, w tym samym miejscu pod oknem.
Siedzę i wygrywam wszystkie konkursy popularności.
Pupilka naszej pani.
Trochę się nie dziwię, ostatecznie przy tej ludzkiej rotacji to po mnie rozpoznaje, czy weszła do właściwej sali.
‘o skoro jest kaczka to możemy zaczynać’
‘dzień dobry kaczko... dzień dobry... yyyy...  pozostałym’
‘... o bo my z kaczką kupujemy w tym samym sklepie...’
Kiedyś pewnie dostanę w dziób po lekcjach.

[1] Wszystkie egzemplarze przygód Tapatików dostępne za mej młodości w dzielnicowym lokalu bibliotecznym charakteryzowały się brakiem ostatnich rozdziałów. Wszystkie! Planowałam powrócić do lektury i dowiedzieć się w końcu ‘kto zabił?’ i czy w windzie, ale ilustracje w nowych wydaniach są zbrodnią wiekszą niż amputacja rozdziałów. Tak to się kończy, zauważam smutno, gdy wydawnictwo zatrudnia do malowania rezerwistów.

(...)
Punktualnie o szóstej rano, z precyzją szwajcarskich czasomierzy:
- MAAAAAAAAAMA! – krzyczy Dynia.
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu! – woła Biskwit.
- MAAAAAAAAAMA!
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
- MAAAAAAAAAMA!
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
- MAAAAAAAAAMA!
- Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
- MAAAAAAAAAMA! Maaaaaaaaaamuuuuuuuu!
A echo z sypialni rodziców odpowiada: ... mać ... mać ...mać!

(...)
Relatywizm pór roku.
Siedemnaście stopni.
Wczoraj.
Dynia biega boso po podwórku. Matka Rosalindy opina na Rosalindzie puchową kurtkę.

(...)
Wieża Babel.
Bufet przekąsek z przekąsem.
[Dynia w narzeczu] - Mamo, zapytaj Rosalindę, jak po kalabryjsku powiedzieć: precel?
[kaczka] - Precel.
[Dynia] - YES! Precel!
[kaczka] -Toż przecież ci mówię, że PRECEL!
[Dynia] - Ask her!
[kaczka jako bukiet lotosów w wazonie zen, znęcając sie nad kalabryjskim] - Rosalindo, powiedz mojemu dziecku, jak mówisz na precel?
[Rosalinda wykonawszy umysłową woltę] - ...yyyyy... precel? Precel.
[Dynia] - Precel?
[Rosalinda] - Si!
[Dynia do kaczki z wyrzutem] - See! Si not precel!

(...)
Biskwicki znak jakości.
Uwaga! Zawiera lokowanie produktów.

 Mięśnie sercowe w wersji  rainbow: Kuka Szydełkocholiczka
Patyk: Odenwald
Makatka: Gumberry

©kaczka

[172]

[19 May 2015]

(...)
Biskwit wygrawszy przez nokaut ostatnią rundę z grawitacją nabrał zupełnie niestosownej pewności siebie.
Idzie.
Zwiedza.
Inwentaryzuje.
Sprawdza.
Przeprowadza kontrole.
Sam.
Jest parcie na tę samotność długodystansowca.
Najpierw delikatne sugestie. Oto Biskwit pakuje do szmacianej torby swój telefon komórkowy (marki kalkulator CASIO na wyczerpane baterie słoneczne), staje w dowolnych wrotach, macha ręką na pożegnanie, składa korale ust w dziubek, przy użyciu dłoni emituje całus i wychodzi.
Sam.
Gestem ręki powstrzymując tłum potencjalnych naśladowców.
Gdy tłum gruboskórnych, niedomyślnych naśladowców nie zrozumie aluzji pozostaje wyłożyć im to czarno na białym.
RYKIEM.
A przecież, jakże tak w świat wypuścić mikroskopijnego Biskwita? Żeby nam go ktoś przydeptał?
A tu Biskwit upierdliwie chce SAM.
Nie ma zgody na obstawę.
Stąd na placu plac zabaw codziennie ta sama scena. Żywcem wycięta z produkcji filmowej 'Terminator 2', nomen omen, 'Dzień Sądu' (choć pasowałoby raczej ‘Sądny Dzień’).
Biskwit wyrywa się obstawie i idzie.
Wokół  eksplozje nieprzewidywalności, huśtawki zatrzymujące się tuż przy Biskwiciej głowie, stukilowe dziateczki spadające z drzew na buty,  stada barbarzyńców ciskających piaskiem i wiaderkami, gołębie kradnące precle, kurduple na rowerkach z uszkodzonym układem hamulcowym, kałuże lepkiego soku, srające (ze strachu?) wiewiórki, spajderman duszący Batmana  własną pelerynką, wymykające się fizyce trajektorie lotów dziewczątek okupujących ślizgawkę.
Horror!
A Biskwit idzie. Trawersem.
Przechodzi przez to nienaruszony jak T-1000 wyłaniający się z tunelu.
Byłoby to nawet dostojnie wzruszające.
Problem w tym, że Biskwit wyłania się z tego tunelu z gracją Frankensteina.
Z dwoma rękami wyciągniętymi do przodu.
W dodatku kolebiąc się na boki.

(...)
Dodatek kulinarny gratis.


 ©kaczka

[171]

[18 May 2015]

(...)
Okna.
Ewolucja.

 Oryginał TU.
 ©kaczka