Image Slider

1188-1190

[28-30 Oct 2012]

Śpi.
Rumiana bułka w rozsypanej po poduszkach blond aureoli.
(Kolor: leloł, mama! leloł!)
Trzymam ją za piętę.
Jest nieśmiertelna.
Jeszcze nic nie wie o umieraniu.

©kaczka

1187

[27 Oct 2012]

(...)
Wiejskie wychowanie jest bezlitośnie dosadne i dość bliskie naturze.
Gdzież nam tu do miastowego humanizmu.
Podsłuchane.
Ochronka: Co nam dają kury, Dyniu?

Dynia: EGZ!
Ochronka: Świnie?
(Ja: Przebóg! W jaką stronę zmierza ta konwersacja?!)
Dynia: Sydż.
Ochronka: Taaaaaak! Kiełbasę. A krowy?
(Ja: Mleko Dyniu, mleko!)
Dynia: ???
Ochronka: Roast beef!

... a jelonek Bambi zawyżone statystyki wypadków drogowych?

(...)

Ambicji na miarę trójki klasowej nie mam, ‘wybierz mnie, wybierz mnie’ nie krzyczę podskakując nad głowami zebranych, a mimo to – nieopuszcza mnie wrażenie - nieprzerwanie organizuję imprezy kulturalno-rozrywkowe.
(Może to kwestia, zrzuć na matkę pracującą, taka zawsze zdąży, bo musi?
Bo nie stać jej na obsuwy względem zegarka i kalendarza?)
Na dzisiejszej dominującym kostiumem było wdzianko w kości.
(Ciekawe, czy u schyłku dnia każdy rodzic zabrał do domu własny szkielecik?)
Norweski spisał się jako stojak pod piñatę.
Dynia wyniosła wiadro słodyczy. Drugie tyle wytrzęsłam przed snem z jej rajtek i kieszeni.
(Norweski, choć podejrzewałam go o współudział w przywłaszczeniu słodyczy, miał alibi. Ostatecznie był stojakiem. Wychodzi na to, że Dyni, w odróżnieniu od innych dziatek nie spowolniło konsumowanie na miejscu. Dynia systematycznie przeczesała przestrzeń i zabrała się za jedzenie dopiero, gdy zgromadziła zapasy.)
Młodzież realizowała się twórczo produkując pająki z pudełek po jajkach albo naparzając się po kątach.
Rodzice udawali, że przyszli sami, przebrani za bezdzietnych.
W powietrzu wirował brokat, pióra i zakażenia przenoszone drogą kropelkową.
Posprzątawszy po apokalipsie, stwierdzam, że nieco się zużyłam.

©kaczka

1186

[26 Oct 2012]

(...)
Odwiedziła nas ochronka w celu wykonania audytu dwulatka.
(Odwiedziła, bo we wsi wszystko jest z dostawą do domu.  Położna, mleczarz, weterynarz, nawet ochronka...)
Zmieniły się formularze, dalejże wypełniać kwity od nowa.
Z audytu wynika, że ochronka ma wysokie zdanie o cnotach i przymiotach charakteru Dyni.
W nieomal każdej tabeli Dynia wybiega przed szereg trzylatków.
(- To dlatego, że jest jedynaczką.  – ochronka żongluje dość chybotliwą hipotezą.  - To dlatego, że tabele raczej mętne? – ja.)
Nie wybiega w komunikacji werbalnej.
Nie wybiega – uwaga! – w... śpiewaniu.
(W CZYM???!)
- Pewnie dlatego, że nie śpiewacie jej po angielsku. – ochronka ma detektywistyczne zacięcie i hipotezę-protezę na każdą okazję.
- Pewnie dlatego, że WCALE jej nie śpiewamy. Nie umiemy śpiewać, fałszujemy, dziecko zatyka sobie uszy, nie śpiewamy.
- Przyślę wam teksty piosenek do śpiewania.
I od tego nam się poprawi? (!)

(...)

‘Pamiętasz, jeszcze pamiętasz? Kiedyś w piątki wychodziliśmy z domu.
I nikt nie zmuszał nas do wiwisekcji warzyw.’

(Mniejsa dynia sepleni.
Nie psedyskutowaliśmy wizji artystycnej względem protetyki i ortodoncji psed wbiciem noza w wątpia.
Wysedł kasownik.)

(...)
Do grudnia wystarczy.




©kaczka

1184-1185

[24-25 Oct 2012]

(...)
W akcie ostatecznej desperacji, zapukałam do podklejonych filcem sąsiadów żebrząc o Strepsils.
Nie iżbym nie mogła pójść do apteki. Mogłam.
Tym samym dementuję, że w aptece tylko paracetamol, penicylina i środek na pchły dla psów pasterskich [1].
Jest jeszcze Strepsils.
Tyle, że sąsiedzi mają über-Strepsils. Szmuglują z Australii.
(Wyznali w sekrecie, gdy chrypieliśmy mata w matę, próbując na stojąco dotknąć nosem ziemi z jedną nogą zaplecioną na szyi. Czarny pas pilates.
Swoją drogą, może dom, którym się dzielimy jest obciążony jakąś epidemiologiczną klątwą?)
Australijski über-Strepsils zawiera lidokainę w dawce, która znieczula od ręki całe jestestwo, nie tylko migdały.
Podasz misiowi koala, spadnie z każdego eukaliptusa, wystarczy lekko potrząsnąć.
W sumie wystarczy się o eukaliptus oprzeć.
Można narzekać, że sny po lidokainie nieco deliryczne, zaciągnięte haszyszowo-eukaliptusowym dymem.
Lepsze, powiadam, deliryczne niż całkowity brak snu indukowany przerostem pipsztaków w gardle.


[1] Wieś jest pasterska. Na pytanie o bieżące kontuzje, siedemdziesiąt procent grupy pilates narzeka na zakwasy. Rozpoczął się sezon strzyżenia.

(...)
Rankingi Peppy lecą na ryj.
- Kto jest twoim idolem, Dyniu?
- [tʌm’l] – mówi Dynia z irytującym, acz zachwycająco poprawnym akcentem hrabstwa, a na myśli ma Pana Tumble’a.  I choć Pan Tumble – bohater dziecięcych programów integracyjnych – przewyższa intelektem Telesrubisie, jest porównywalnie irytujący.
- Kto jeszcze?
- SELDON!


©kaczka

1182-1183



[22-23 Oct 2012]

(...)
Zabrałam Dynię do lekarza.
(Kaszel, gorączka, glut, jesień, październik-śmierdzielnik, przeznaczenie, nieodmienna kolej rzeczy.)
Wróciłam z receptą na amputację migdałów.
Moich.
... i z antybiotykiem jako hors d'oeuvre.
Nie mówię, nie przełykam, nie oddycham.

(...)
Zbiegiem okoliczności przeczytałam ‘French Kids Eat Everything’ Karen le Billon i ‘The Battle Hymn of the Tiger Mother’ Amy Chua.
Jedną po drugiej.
(Spoiler: Kanadyjka Karen opisała swoje gwałtowne nawrócenie na slow food i przepis na czekoladowy mus. Amy, Amerykanka z drugiego pokolenia chińskich emigrantów, że prościej wytresować dziecko niż samojeda oraz ile kosztują skrzypce.)
Obie książki – północnoamerykański punkt widzenia na francuskie i chińskie metody wychowawcze.
Jasne, że choćby dlatego od pierwszej strony czytałam z przyjemnie europejskim poczuciem wyższości .
(Chlubię się tym, że prawdopodobnie umiem ugotować zupę. Prawdopodobnie nie cisnęłabym w dziecko laurką, ganiąc niski poziom artystyczny wyrobu. Prawdopodobnie.)
Można pomyśleć, że dziesięć funtów (oba woluminy w miękkiej okładce) zainwestowane w ‘a jednak, gdybym się przyłożyła mogłabym być gorszą matką’.
A potem olśnienie, że każda z nich w imię dobra dziecka, chciała fuzji tego, co najlepsze, z jednego lub dwóch światów.
A się nie da bez proklamowania własnego.
Nie da się przeciwko większości. Bez ofiar się nie da.
Że można  wygrywać czasem małe bitwy, ale nie ma to wpływu na wojenną kampanię.
O czym lada chwila się przekonam, gdy Dynia przyniesie mi ze szkoły ankietę: jaką polewę, życzysz sobie na swoim odgrzewanym kartoflu z kateringu?
Baked beans? Cheese? Tuna?
Test zamknięty, jednokrotnego wyboru.
Albo gdy zaczną polewać Dyni po przymiotach ducha.
Konformizm? Oportunizm? Dwulicowość?  
Test zamknięty, jednokrotnego wyboru.

Post scriptum
Warto przeczytać, choć Chua w najnowszym wydaniu zapiera się, że jej książka to ‘self-parody’.

©kaczka

1181

[21 Oct 2012]

(...)
Nieograniczona działalność kredytowa sklepu pod wezwaniem Peppy doprowadziła do inflacji.
Dynia wyjęła kalkulator i dziś aeroplan w komplecie z miszem i kiścią bananów chodziły po dziewięćdziesiąt dziewięć milionów z groszami.
Niby wszystko legalnie, ale w kwity Dynia wpisuje głównie zera.





©kaczka

1178-1180

[18-20 Oct 2012]

(...)
Pewnego dnia – a dokładnie wczoraj – wstała i zażądała zabawy w sklep.
Rozłożyła kartoniki loteryjki obrazkowej, wyjęła plastikowy sklep pod wezwaniem świni Peppy (SZOP, MAMA! [1]), otworzyła drzwi i skłoniła nas do zakupu aeroplanu, słonia, kiści bananów i misia zwanego MISZEM. Na preferencyjnych warunkach.
- Misz, PLYZ! – rzekła do Peppy, która jak Rzecki krzątała się po sklepie.
Aeroplan, słoń, kiść bananów i misz kosztowały  kilka pensów, jedną norweską koronę, eurocent i żeton z supermarketu.
- Bdzynk, bdzynk! – onomatopeicznie zaksięgowała przychód w mikroskopijnej kasie.
Pewnego dnia – również wczoraj – zbudowała skomplikowany węzeł kolejowy i skarciła mnie, gdy zlekceważyłam czerwone światło semafora.
Dziś wstała i zrobiła jajecznicę.


Wydoroślała bez ostrzeżenia.


[1]
Mówi. Jakby w ludzkim.
Nade wszystko delektuje się powtarzaniem najostatniejszych podsłuchanych słów lub sylab.
Trudno się oprzeć...
– Dyniu, nietoperz.
– TOPESZ!!!

Skracanie pięćdziesięciosylabowych słów z mowy ojca przychodzi jej bez trudu, ale nie ułatwia poszukiwań sensu wypowiedzi.
Dla ułatwienia treści przekazywane przez Dynię po niemiecku uznajemy po prostu za uniwersalne.

©kaczka