Image Slider

[343]

[13 Mar 2017]

(...)
Wywiadówka była nadzwyczajnie krótka.
Naszpani usiadła przed nami na krzesełku dla krasnoludków, nerwowo wyrównała leżący przed nią na mikroskopijnym stoliku stos odręcznie (!) wypisanych dokumentów i rozłożyła bezradnie ręce, przyznając, że mimo wielu lat praktyki zawodowej, Dynia nie zmieściła się w żadnej skali, którą naszpani próbowała doń przyłożyć.
Rzecz jasna, próbowałam dociekać, czy to wina wybranych narzędzi statystycznych, czy defekt obiektu badania? Zasugerowałam też ocenę opisową.
Naszpani przystała na taką opcję i nawet wyemitowała wstęp: 'Bo ona jest... jest... jest... jest...'
I na tym jest się niestety zawiesiła, tłumacząc, że nie znajduje adekwatnych słów by opisać nasze dziecko.
Luz, pomyślałam, ja próbuję od sześciu lat i też mi nie wychodzi.

[Na drugim planie tego wydarzenia towarzyskiego Biskwit, blondwłosa słodycz w zwiewnej sukience, usadzona za naszymi plecami w szkolnej ławce z czystą kartką i zestawem szkolnych kredek, sprowadza zebranych na ziemię wkurzonym okrzykiem: SZAJSE! Nie mają tu żadnych porządnych kredek!]

Nie wychodzi mi też rodzicielstwo bliskości. Chronicznie nie ufam i powątpiewam.
Rok temu w sierpniu, pamiętam jak dziś, mówiłam Norweskiemu, że to się nie uda.  Że ktoś, kto tak jak Dynia, neguje istnienie liter i koncept składania ich w wywrotowe treści, przenigdy nie nauczy się czytać.
A tu znienacka dziesiątego grudnia Dynia wstała rano z łóżka i ot tak, po prostu, zaczęła czytanie.
Z żarliwością wygłodzonego wyżła poezji i prozy.
Ani trochę nie przesadzam, bo Dynia tropi słowa jak pies myśliwski.
Cały świat nagle składa się wyłącznie ze słów.
Iść z Dynią przez miasto to jak spacer z audiokomentarzem dla niewidomych i słabowidzących.
Szyldy, tablice informacyjne, skład proszku do pieczenia, nazwy serów, rozkłady jazdy, nazwiska na skrzynkach pocztowych, naklejki na samochodach, gazety, liryka naściennych fresków pod wiaduktem...
- Maaaaaaaaamo! A co to znaczy: LEGIA SZUJE?
- Akhem... Dyniu tu akurat CH na początku czytamy jednak jak H.
Dzięki Rodacy, wielkie dzięki (!)

©kaczka

[342]

[8 Mar 2017]

(...)
Najpierw była kartka ze szkoły, format A4, wysłana do domu dzieckiem pocztowym, a na tej kartce spis dat i terminów. Z dołączonej instrukcji (osobna kartka) wynikało, że życzeniem naszpani jest, abyśmy wybrali sobie terminy n a j d o g o d n i e  j s z e na wspólną gawędę o przyszłości narodu spersonifikowanej w osobie Dyni.
Jako, że zaproponowane przedziały czasowe obejmowały godziny ósmą do jedenastej lub trzynastą do szesnastej i wykluczały piątki, soboty oraz niedziele były to, powiedzmy szczerze,  terminy najdogodniejsze dla naszpani. Przeanalizowaliśmy z Norweskim wielokrotne  użycie w tekście sformułowania ‘dni robocze’ i doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie naszpani jak Milla Jovovich obudziła się w świecie po apokalipsie i wydaje jej się, że jest jedyną ocalałą, która uprawia pracę zarobkową na etacie.
Wybraliśmy losowo daty i odesłaliśmy naszpani kartkę dzieckiem pocztowym.
Dwa dni później, tym samym dzieckiem pocztowym, nadleciała kartka z podziękowaniami za zaangażowanie w wybór dat i obietnica, że gdy tylko naszpani skończy obróbkę danych, natychmiast podzieli się z nami wynikami.
Dzień przed feriami otrzymaliśmy kolejną kartkę, format A4, kserokopia, zawierającą harmonogram spotkań wszystkich rodziców oraz intymne szczegóły typu: Aureliusz ma przynieść zaświadczenie od pedagoga i proktologa, a Zenobiusz opinię od psychiatry.
Yyyyyy...
Jako, że przy mojej przyszłości narodu nic nie napisano, a jednocześnie mam tu tyle rozgrzebanych własnych wojen z Systemem, udałam, że nie widzę publicznie obnażonych informacji o Aureliuszu i Zenobiuszu.
W poniedziałek po feriach dziecko pocztowe przyniosło ustny telegram, że któryś z Mastodontów tydzień tamu zapomniał zabrać do domu kartki z harmonogramem spotkań. Kartki nie były podpisane, więc nie wiadomo, kto porzucił swoją. Naszpani prosi żeby sprawdzić.
We wtorek okazało się, że część młodzieży sprawdziła, część zapomniała zapytać, pozostali zapadli na jelitówkę (kolejna epidemia) zatem naszpani wykonała kolejne dwadzieścia pięć kopii o proktologu Aureliusza i ponownie rozdała je Mastodontom, aby zaniosły do domu.
Intryguje mnie, nie ukrywam, jaki jest ukryty cel tego eksperymentu wychowawczego?
Bo chyba, nie chodzi tu o poglądową lekcję, jak oszczędzać papier albo jak żyli ludzi zanim wynaleziono internet, ani tym bardziej o przegląd skutecznych metod komunikacji?
Ale to jeszcze nic.
To było dopiero pół ryzy papieru.
Do harmonogramu spotkań dołączony był bowiem formularz sprawozdania z rozwoju przyszłości narodu, a w nim pytania, na które rodzice powinni naszpani odpowiedzieć.
Pytania typu: czy dziecko ma porządek na biurku? czy nie brudzi się, gdy pracuje? czy pracuje schludnie i starannie? czy pracuje bezbłędnie? (tylko ja dostrzegam tu jakąś niezdrową fiksację na tle higieny?), czy rozumie treść zadań domowych? (trudno powiedzieć, wszak to nie ja je zadaję), czy szuka kontaktu? (z kim, na Dänikena, szuka kontaktu?! z obcą cywilizacją?) czy przestrzega reguł? (na małą skalę - reguł gry w bierki? czy z grubej rury - siódme: nie kradnij?)
Ale to jeszcze nic. Naprawdę, wszystko to, co powyżej to nic, w porównaniu z graficzną formą tego sprawozdania.
Pytania naszapani umieściła w tabelce.
Obok każdego pytania jest skala.
Skalę, nie bez wysiłku wytnij-wklej-skseruj, skonstruowano... z jabłonek z jabłuszkami.
Tym samym – zbiorowo przytrzymajmy się krzeseł –  odpowiedź na pytanie, czy dziecko ma porządek na biurku, należy wyrazić w ilości jabłuszek zwisających z drzewiny.
Od zera do trzech.
...
...
...
...
Wydaje mi się, że ja też obudziłam się jak Milla. Tyle, że po innej apokalipsie i w zupełnie innym świecie niż naszpani. Tak innym, że nie ma w nim takiej ilości jabłuszek, żeby udowodnić jak bardzo innym.

(...)
O, wątpiący! Oto dowód rzeczowy, a przy okazji można też powiedzieć kaczce, co się o niej myśli.


Oczywiście, że dorysowałam jabłonkę. W porównaniu ze stajnią Augiasza, biurkiem własnego ojca i tym, co pozostawia po sobie Biskwit w łazience, Dynia jest Małgorzatą Rozenek naszej rodziny.


©kaczka

[341]

[3 Mar 2017]

(…)


(...)
Uff.
Przysięgam na Flandrona, Walona i na wagon stołecznej brukselki (z frytkami w majonezie), żeśmy z Biskwitem podbiły fragment księstwa Beneluksu.
Było to tak, że Biskwit wszedł do pierwszej belgijskiej frytury, gdzie natychmiast ukoronowano go platynową tiarą z diamentami z chińskiego polichlorku, co interpretujemy jako symboliczny gest przekazania władzy nad narodem i jego zapasami czekolady.
(Wiozłam tę tiarę przez dwa kraje, ani na moment nie wypuszczając jej z ręki, tylko po to, by u progu mieszkania Biskwit w nią wdepnął udowadniając, po pierwsze, że chińska platyna jest dość nietrwała, a po drugie, że jednak można zagłuszyć te dwa silniki od boeinga, które pod naszą nieobecność wstawiono do lokalu, by suszyły odarte z Roqueforta ściany. Sąsiedzi się nie wyprą, że nie zauważyli, że znów jesteśmy w domu.)
Biskwit, odnoszę wrażenie, odnalazł wreszcie T E N kraj, w którym docelowo winien się urodzić, ale jak wiemy,  coś się omsknęło i trafił obok.
Trudno mieć prentensje. Belgia rozmiarem przypomina środek tarczy do rzutek, więc zaiste nawet Opatrzności może drgnąć ręka podczas desantu.
Pech, bo Belgia skrojona jest pod Biskwita i jego życiowe ambicje, szczególnie te skoncentrowane wokół węglowodanów.
To kraj wyjątkowo nieprzyjazny diabetykom, hiperglikemikom i wrogi względem tych, którzy nie tolerują laktozy.
Jeszcześmy dobrze w tej Belgii nie usiadły, a już jako dodatek do mojej kawy Biskwit otrzymał tyle czekoladowych pastylek, ile ważył, wiadro bitej śmietany, kruche ciasteczko, metr placka i wreszcie trochę cukru w kostkach na wypadek, gdyby to, co przyniesiono było niewystarczająco słodkie. A wszystko to wjechało na stół po tym, gdy poprosiłam w kawiarni o odrobinę (!) mleka (!) dla spragnionej dzieciny.
Karbohydraty i skrobia.
Kakao i frytki.
Zaiste to materia, z której wycina się fundament pod małe, wygodne, wysokokaloryczne ojczyzny.

Podróż do Belgii, sześcset kilometrów w towarzystwie trzyletniego infanta, pretendenta do belgijskiej korony, była zaskakująco gładka. Jakość siedzeń w niemieckiej flocie pociągowej tak skonfundowała Biskwita że do samej granicy obstawał by zapinać nieistniejące pasy i do końca wierzył, że lada chwila pojawi się stewardessa Lufthansy oferując mu piwo, wino i słone orzeszki, a pilot zaprosi go do zwiedzania kokpitu. Regionalne linie belgijskie obniżyły ten wyśrubowany standard. Gdy jak zwykle oszołomiona szaradą podwójnych nazw miejscowości [1], na chybił trafił wybrałam kolejny pociąg, gdy wciągnęłam doń po stu podniebnych schodach wózek z Biskwitem, gdy wreszcie przecisnęłam się przez wąskie drzwi do przedziału (zaklinowana przez cztery kilo kabanosów w bocznych kieszeniach plecaka), gdy wreszcie padłam na siedzenie, to po pierwsze, okazało się, że nie działa ogrzewanie, po drugie, że cały ten pociąg pachnie nostalgicznym zapachem PKP! Takim zapachem, który niechybnie konstruowany jest z kurzu, potu, tłuszczu, łupieżu i sfermentowanych jabłkowych ogryzków. W tym pociągu zostałam przypadkową superbohaterką, albowiem uwolniłam uwięzioną w klozecie murzynkę imponujących rozmiarów. Klozet był elektronicznie elektryczny, przypominał puszkę po fasolce rozsuwającą się po naciśnięciu sekwencji guzików. Jak przypuszczam, dama wypełniwszy puszkę swoją cielesną powłoką nacisnęła pośladkami wszystkie możliwe guziki rozscalając układy scalone i dezorientując elektronicznego krasnoludka odpowiedzialnego za fotokomórkę. (Osobiście uważam, że należałoby przełożyć plany kolonizacji Marsa na czas, gdy ludzkości uda się już poskromić elektroniczne wychodki, by nie otwierały się w najmniej odpowiednim momencie, nie strzykały wodą w oko, ani nie przetrzymywały wydalających w charakterze zakładników.)

Pogoda może i nie dopisała, sztorm wyrwał naszym gospodarzom drzewo z korzeniami, grad łupał w dachy, a deszcz wlewał się do butów, ale zaprawdę, czym są zjawiska atmosferyczne skoro na śniadanie można smarować chleb pomadą z pokruszonych ciastek lub rzucić na ten chleb tabliczkę czekolady?
Jedyny defekt Belgii  to według Biskwita nieposkromiona skłonność tubylczych kurdupli do obcałowywania obcych i postronnych użytkowników placów zabaw. Tu niby orewuar,  tu już buty ubiera, a jeszcze skubany endemit podskoczy i znienacka oślini oba policzki. W opinii Biskwita – niewybaczalne naruszanie personalnych dystansów.

W drodze powrotnej, w regionalnym znów nie działało ogrzewanie, znów zaklinowałam się w drzwiach (tym razem w bocznych kieszeniach plecaka cztery kilo czekolady i dwa litry czekoladowego mleka) i znów toaleta była niepokojąco dysfunkcyjna, choć tym razem nie brała zakładników. W Brukseli naraziłyśmy się ekspedientce w sklepie z cukierkami, przed Kolonią połowa współpasażerów chciała wyskoczyć z pędzącego pociągu zorientowawszy się, że wpadłam w pętle czytania na głos dziecku jedynej posiadanej, dziesięciozdaniowej powieści o misiu, który zgubił czapkę, a za Frankfurtem Biskwit pozbawiony innych rozrywek obsesyjnie zwiedzał pociągową toaletę. Ot, powszednia i pospolita podróż bez fajerwerków.

Niniejszym podziękowania dla Drużyny A (która zarzuciła pisanie bloga, więc – jammer! – nie mogę ich oznaczyć) za gościnę, rozrywki kulturalno-towarzyskie, dwieście metrów (!) wspólnie przebytej drogi do Composteli, za gulasz na pierniku, majonez do frytek, syrop z tymianku i wiśniowe piwo!

Jako suwenir  z Belgii przywiozłyśmy sobie z Biskwitem po bronchicie. Siedzimy zatem w domu, wzajemnie doprowadzamy się do szału, pijemy syrop z bluszczu z gwinta, sąsiedzi donoszą nam chleb, a my czekamy na powrót pozostałych członków rodziny.  Zaskakujący rozmiar tęsknoty Biskwita za Dynią jest  zjawiskiem paranormalnym albo zasłoną dymną jakiejś grubszej afery.




[1] Dodatkowo, każda stacja kolejowa w Belgii nazywała się Gamma przynajmniej do chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że to jednak nie brak inwencji , a reklama hipermarketu budowlanego niezamierzenie (?) stylizowana na dworcową tablicę

(...)
Hipnotyzująca, belgijska sztuka ludowa
 ©kaczka

[340]

[20 Feb 2017]

(...)
Są ludzie skazani na sukces i jest kaczka.
Są ludzie, którzy jakoś tak, od niechcenia przynależą do wyższych sfer – glamour, błysk, hajlajf, a gdy potykają się na ulicy to wyłącznie dlatego, że poślizgnęli się na brylancie. Takim ludziom to nawet, gdy na ścianie rośnie grzyb to ten grzyb okazuje się być zaginionym ogniwem ewolucji, praprzodkiem wszystkich trufli. Noma skupuje go od nich za zylion od strzępki, napycha do pozłacanych ravioli i napełniwszy je helem pozwala im dryfować w powietrzu w kierunku ustawionych na stołach  talerzy z bulionem upędzonym na chrobotku.
Są tacy ludzie i jest kaczka.
I to nie spekulacje, ani sezonowy deficyt endorfin, ani konkluzja znaleziona na dnie butelki koniaku, ani też załamanie nerwowe.
To po prostu przeznaczenie.
Kiedy w listopadzie odwiedziliśmy Kościół Wyznawców Montessori, tym, co natychmiast mnie do nich przekonało, była jakość świątyni.
Mój Boże! Co to za świątynia! Rocznik 2016. Chrom, stal, szybkobieżna winda na dziesiąte, widok na cały świat, okna jak w oceanarium, podgrzewana podłoga, bidety w dziecięcych łazienkach, szemrzące strumyki, delfinoterapia, ogród zen, natura, ikea, hygge i ani jednej kartki z cyklu: 'Dziś w menu jelitówka, a na drugie wszy.'
Jaka rozkosz dla oczu po krwistoczerwonych, jak oczy zirytowanego amstaffa, szkolnych lamperiach. Jaka ulga dla zmysłów po codziennym obcowaniu z serią przedszkolnych naściennych, neorealistycznych fresków o tematyce 'Sekretne życie krasnali'.
- Patrz, Norweski - powiedziałam pokrzepiona wystrojem wnętrz świątyni. - Choć jedno z naszych licznych dzieci miałoby szansę odebrać edukację w cywilizowanych warunkach!!!
Nie zwlekając złożyliśmy dokumenty.
Mimo, że jedynie pięć miejsc i te dwa tysiące chętnych.
O dziwo, zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną.
To znaczy, po pierwsze, wcale nie tak o dziwo! Szanujmy się! W końcu Biskwit sam sobie namalował zdjęcie w formularzu. I na miejscu rekrutujących ze zwykłej ciekawości chciałabym osobiście poznać dziecko o sześciu nogach i wystających z uszu czterech rękach, z których każda trzyma w dłoni po pierogu nadnaturalnych rozmiarów.
Po drugie, nie o dziwo, gdyż zachwycona dekoracjami przegapiłam fakt rejonizacji i istnienia dwóch bliźniaczych placówek. I gdy piszę b l i ź n i a c z y c h to niestety nie mam na myśli bliźniąt jednojajowych, a raczej takie bliźnięta, że jedno urodziło się w 2016 i ma szybkobieżną windę zapowiadającą piętra w siedemnastu językach, a drugie już przed pierwszą wojną światową było jakąś jaśniepańską, mikroskopijną stajenką, czy inną obórką i tylko cud sprawił, że zostało skanalizowane.
Jak nietrudno zgadnąć, Biskwita wciągnięto na listę chętnych do obórki.
Nieszczególnie pamiętam, o co pytano nas podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bo siedziałam na brzegu krzesła w zimnej piwnicy, w obórce wstawionej między węzeł kolejowy (intercity z częstotliwością co dziesięć minut ziuuuuuuuuuuuu...) z widokiem na squat hippisów, w którym akurat budziło się życie (wiadomo, dochodziła osiemnasta), sączyłam ziołową herbatę i wewnętrznie darłam szaty opłakując utracony bezpowrotnie glamour, hygge i windę w siedemnastu językach.
(Ale nic po sobie nie dałam poznać, nawet gdy jedna z rekrutujących pokazała mi, że część toalety wydzielono na kącik do zabawy, bo gdzie indziej już się nie zmieścił, choć w sali wciśnięto nawet antresolę, a część dzieci z uwagi na braki lokalowe podwiesza się pod sufitem.)
Jedyne co utkwiło mi w pamięci to naleganie na opowieść o narodzinach Biskwita, a to temat, który mogę eksploatować zawsze i mniej więcej w tylu samo językach co i winda, więc jeśli komisja myślała, że jestem głuchoniema to jednak nie.
Norweski twierdzi - taka konstruktywna krytyka po fakcie - że w każdym z tych języków powinnam zadbać, by ograniczyć krwiste detale.
Trudno.
Najwyżej nas nie przyjmą, ale nawet jeśli  to raczej nie przez realizm moich opisów, a tradycyjnie, przez pierwsze wrażenie.
Oto stoimy u wejścia do obórki, dwie minuty przed wyznaczoną godziną spotkania, ja w szoku pourazowym po czołowym zderzeniu z rzeczywistością, cherubięta pchają łapy ku kołatce, drzwi powoli się otwierają, wypływa z nich jakaś dygająca konkurentka do  miejsca w obórce, jej nienaganne maniery, jej rodzice w krawatach i garniturach oraz nobliwa komisja kwalifikacyjna w merynosach i alpakach, a tu Biskwit na cały głos, w ojcowskim narzeczu:
- SZAAAAAAJSE! WEŹ SIĘ PRZESTAŃ PCHAĆ DYNIA! TO MOJE PRZEDSZKOLE!
Właściwie jaka obórka, taka kindersztuba.
W ogrodzie zen między delfinami zabrzmiałoby to gorzej.

©kaczka

[339]

[12 Feb 2017]

(...)
Miałam gorączkę.
I to było dobre, oprócz tego, że złe.
W placówce imienia błogosławionego Pretensjusza z Klagenfurtu nad Menem, w grupie Szwabskich Kluseczek odbyło się rodzinne spotkanie integracyjne.
Rodzina wystawiła mnie do wiatru.
Norweski – ofiara nieżytu - miał urzędowe zwolnienie lekarskie, a Dynia powiedziała, że status społeczny, który osiągnęła nie pozwala jej pokazywać się w towarzystwie przedszkolaków. Poza tym, klasa ninja miała tego popołudnia zgłębiać arkana anihilowania przeciwnika siłą umysłu, więc z czym do ludzi!
Tośmy poszli się integrować. 
Ja i Biskwit.
Biskwit pokazał mi w jakiej książce chowa sobie codziennie po fajrancie młotek, pozwolił zajrzeć w portfolio (seria psychologicznie niepokojących, żałobnie antracytowych kucyków, acz opisy prac typu  'Zimowe igraszki', 'Kosz z owocami – martwa natura', wskazują, że naszpani woli wierzyć, że Biskwit maluje na zadany temat) i zademonstrował, jak zrobić z siebie chmurę przy użyciu dozownika na podczerwień i mydła w pianie.
Gorączka niepostrzeżenie ugotowała mi neurony jak homary we wrzątku, zatem nawet nie byłam w stanie głośno zaprotestować, gdy ześlizgnęłam się znów w to samo, doskonale mi znane miejsce, na dno leja edukacyjnej czasoprzestrzeni. (Na ścianach rozpoznałam dużo naskrobanych wulgaryzmów i podpisów: Tu byłam – kaczka.)
Na Myszkina! Putina! Gagarina! Co ja tu robię? Siedzę na miniaturowym krzesełku, mam kolana pod brodą i kolebię się pod akordeon unplugged, z którego naszpani wyciska torturą podkład pod pieśń 'Heute ist Walpurgisnacht'...
Znowu.
Już tu byłam. 

Z Dynią.
Już siedziałam na tym krzesełku.
Już śpiewałam te same piosenki.
Już igrałam w towarzyskiego salonowca.
Wiem, co zdarzy się za chwilę!
Ratunku!

Siedząca naprzeciwko Frau Özil, samotna matka siedmiorga dzieci, z których każde podczas obcowania z systemem zaliczy minimum cztery wieczory integracyjne z akordeonem i bałałajką, (lekką ręką dwadzieścia osiem spotkań, miesiąc życia kraszonego fałszowaną, nostalgiczną dumką), wyglądała jak wyjęta z wody ryba, składająca korale ust w bezgłośne: HELP (a konkretnie, jego turecki odpowiednik).
Resztką świadomości zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy zakładnikami naszpań. Że nie poczęstowały ciasteczkiem. Że przeprowadzają na nas psychologiczne eksperymenty z użyciem akordeonu. Że powinnam wstać, wyrwać naszpani ten akordeon, nasadzić jej na czerep i poprowadzić nas wszystkich ku wolności.
Ale powiadam, straszliwie trudno jest godnie poderwać się do rewolucji z krzesełka, na którym mieści się jeden pośladek!



(...)
Biskwit tymczasem włączył: ‘Heute ist Walpurgisnacht...’ do stałego repertuaru i gdy tak krąży wieczorami, metr człowieka w nasennym kombinezonie z różowego pluszu (na piersi:  I love you, Peppa Pig!) i  śpiewa, że 'Heute ist Walpurgisnacht...' to trudno powiedzieć, czy to groźba końca, czy zapowiedź nowej cywilizacji.
Koniec cywilizacji zapowiadają również inne znaki.
W chińskim sklepie próbowano mi sprzedać coś, co miało średnicę frisbee spersonalizowanego pod Godzillę, a pani sprzedająca, przenosząc TO z miejsca na miejsce wózkiem widłowym mówiła, że to zapakowany próżniowo plaster cukinii skrzyżowanej z melonem (tyle wywnioskowałam z mowy ciała, bo wystarczy, że nie znam niemieckiego, a cóż dopiero, gdy ten podlany jest sosem do kaczki po pekińsku).
Nie kupiłam. Do domu może bym doturlała, ale gdzie trzymać skoro metraż już i tak okrutnie obcięty przez Roqueforta?
Kupiłam puszkę kwiatów lotosu.
(Zaprawdę, tego mi potrzeba! Tysięcy kwiatów lotosu, choćby i w konserwie.)
Chociaż nie były na jeziorze, ale jedynie w zalewie.

©kaczka

[338]

[6 Feb 2017]

(...)
Mówiono, że nie sposób rozwiązać problemu wszy głowowych. Gadzina ponoć uodporniła się na płonącą naftę, na posypkę z DDT, na rozłupywane o czerep izotopy uranu, na  glutaminian, na czosnek i na srebrne pociski.
Dzisiejszy dzień odmienia bieg historii ludzkości i zapisuje się polerowaną zgłoską w historii czynienia sobie ziemi i jej biomasy poddaną.
Oto dziś Dyrekcja placówki imienia Ofiar Holocaustu pokonała pandemię wszawicy!
W dwa dni!
TOT i KAPUT!
W dwa dni dokonała tego, czemu latami nie potrafiły sprostać najbardziej zaawansowane laboratoria chemiczne imienia Polopiryniona z Teb, czy  Aspiryniusza z Bajern!
Triumfalny pochód intelektu Dyrekcji rozpoczął się w piątek listem, który Dynia przyniosła ze szkoły. W liście tym Dyrekcja poinformowała o pandemii iskania, która wymknęła się spod kontroli.
Opis był apokaliptyczny, a do tego zdobiony odręcznym szkicem insekta.
(Jeśli ilustracja powstała na podstawie osobistych doświadczeń Dyrekcji to zaryzykuję, że nie tylko kot i Ripley uciekli z Nostromo. Twarzołap wydaje się być gustowną broszką w porównaniu z wszą z portretu Dyrekcji.)
Do opisu dołączona była ankieta, którą należało wypełnić, podpisać własną krwią i dostarczyć w poniedziałek rano razem z dzieckiem.
Na awersie tego papieru wartościowego, tego zyliarda dolarów w czystym intelekcie stało: zaklinam się na prochy przodków, niech szczeznę, niech mnie piorun trafi i niech mnie na miejscu połknie morderczy królik, jeśli łżę mówiąc, że moje dziecko nie ma wszy.
Na rewersie zaś: ja niżej podpisany potwierdzam, że moje dziecko ma wszy i zobowiązuję się zatrzymać je (dziecko oraz wszy) w domu, do czasu niemienia.
To, jak należało przypuszczać, od ręki rozwiązało sprawę epidemii wszawicy, albowiem zwrotność ankiet i odpowiedzi potwierdzających absencję wszy, szczególnie wśród rodziców pracujących zawodowo, wyniosła 120%.
Wyniosłaby i 150%, ale część kudłatych cherubiątek zapomniała lub zgubiła kartki na trasie dom-szkoła.
I tu Dyrekcja zmuszona była konsekwentnie dotrzymać danego sobie słowa i odmówić rzeczonym wstępu na lekcje oraz zawezwać telefonicznie rodziców do stawienia się po odbiór młodzieży.
Mastodonty, jak to katalogowe sześciolatki, mają szlaki pamięciowe tak długie i zawiłe jak metro z Młocin na Kabaty. Od biedy pomieści się tam czterysta imion kucyków Pony, jakaś lakoniczna asocjacja, który kucyk w jakim odcieniu, może adres sklepu z lizakami, może nawet kilka obscenicznych wulgaryzmów, ale urzędowy kwitek to już raczej pójdzie po torach piechotą. (Dodajmy jeszcze, że zapewne pójdzie w odwrotnym kierunku.)
Dynia mówi, iż najmniej uradowany był ojciec Eliasza, który jechał po syna dwie godziny ze Stuttgartu, żeby tę ankietę znaleźć przyklejoną do wewnętrznej podszewki tornistra.
A ponieważ Mastodonty bez kwitów z rodzicielskim podpisem należało odseparować i przeprowadzić oficjalny proces wydawania ich nadciągającym protoplastom, to do reszty, która nie miała wszy, ale miała kwity, zawezwano... TAK!...  panią od religii.
Nadal ewangelickiej.
Pani opowiadała dzieciom o rzezi niewiniątek.
(Diagnozuję syndrom zawodowego wypalenia!)

(...)
Myślę, że Szymon Słupnik po całej tej egzystencji na ograniczonym metrażu i pośród przeciągów, gdy już wyzionął ducha i gdy otworzyły się przed nim wrota raju all inclusive, musiał mieć minę taką, jak dziś Biskwit, gdy o poranku biegł ku drzwiom placówki krzycząc: EEEEEEEEEEEEEENDLICH!
Czuję się głęboko urażona.

(...)
Dynia wstaje o poranku i okazuje się, że spała na dwunastu klockach Lego. Biskwit wstaje, a ja na prześcieradle znajduję pięć śrubek i nakrętkę.
Dowód na to, że moje córki nie są księżniczkami, a Biskwit to prawdopodobnie nawet nie jest człowiekiem!

©kaczka

[337]

[3 Feb 2017]

(...)

Biskwit z motylkiem. Autoportret. (2017)

(...)
To nie tak, że nie przeczuwałam.
Było wszak jasne, że Biskwit uda się do placówki, wytarza się raz czy dwa we włosie wykładzin podłogowych, gulnie ze wspólnego kubeczka, ktoś weń  wytrze nos, ktoś się podzieli kabanosem...
Szwabskie Kluseczki, eksperyment biosfera, zamknięty układ ekologiczny, gigantyczna szalka Petriego, mutageneza in vivo  – raj dla Kolumbów mikrobiologii.
No, ale przeczuwać, a doświadczyć to jednak bolesna różnica.
Ni trochę nie przesadzę, mówiąc, że zamknąć się w domu z chorym trzylatkiem trąci scenariuszem filmów s-f. Jesteś ostatnim członkiem załogi Nostromo i próbujesz bezskutecznie chronić się przed naturalną (no, bo przecież nie sztuczną), rozżaloną internowaniem inteligencją, która depcze ci po piętach i strzela w ciebie plazmą smarków.
Po trzech dniach uwięzienia czuję się właściwie jak bufet dla sępa.
Knajpa pod Prometeuszem.
All you can eat. Wszystkie rodzaje kaczego foie gras w cenie wstępu.
W całym Erefenie nie ma już chyba takiego telemarketera, który dzwoniąc do nas nie usłyszałby od Biskwita, że helouuuu helouuu tu Comtessa Monte Christo, matka zamknęła mnie podstępnie w wieży i nie pozwala realizować obowiązku przedszkolnego!
(Komunikat ten Biskwit emituje głosem tak nieszczęśliwym, że doprowadził już do płaczu kilka automatycznych nagrań oferujących nam kredyty bez pokrycia i ubezpieczenia od życia.)
W opinii Biskwita matka próbuje również zniszczyć jego obiecującą karierę someliera analgetyków bez skrupułów reglamentując dostęp do syropów przeciwgorączkowych i konkocji wykrztuśnych. Biskwit ogląda je pod światło, kręci kieliszkiem, wącha nakrętkę, uwalnia owocowe bukiety, degustuje i ocenia.
(Ibuprofen o smaku landrynek – wyborny. Destylat kodeiny o smaku syntetycznych truskawek – znakomity. Ale już taki paracetamol wyprodukowany przez Hexal i zdobiony aromatem estromalin niechybnie zbieranych przez Balladynę po laboratoryjnych śmietnikach to  wyjątkowo zły rocznik!)
I być może ja też zmieszałam jakieś syropy, wylizałam dna kieliszków, dolałam sobie ginu do kodeinu, bo wydaje mi się, że wczorajszy dzień spędziłam na urodzinowym przyjęciu u pluszowej foki.
Były świeczki, konfetti i tort z mortadeli oraz chleba tostowego w filiżankach z rosyjskiej porcelany.
A w prezencie puszka sardynek, słoik kaparów i karton przecieru pomidorowego owinięte z uczuciem w chiński periodyk reklamowy.

(...)
U Mastodontów też szaleje zaraza.
Pani od religii katolickiej nadal nie zrosła się kończyna, pani od wuefów nie odkręciła kostka, wszyscy pozostali emitują zarazki gryp i nieżytów.
Opatrzność oszczędziła jedynie panią od religii ewangelickiej, ale ukarała ją w dwójnasób zastępstwem za wuef i religię katolicką.
- ... i tak jak ekumenizm jest bliski memu sercu, Norweski – rzekłam wczoraj po kolacji. – To jednak trochę się niepokoję treścią ewangelicką, bo Dynia tłumaczyła mi dziś, że Trzej Królowie chodzą po domach i kradną pieniądze, ale mają przy tym magiczny, samozastawialny stoliczek, który generuje pieczone kurczęta i piętrowe torty.
Na szczęście zanim wywołałam wojnę religijną, Norweski wydobył z Dyni, że po dwóch godzinach malowania kolędników na lekcji religii, na kolejnych dwóch godzinach wuefu, pani od ewangelickiej nie miała już na nic siły i przez dwie godziny czytała Grimmów.
To wyjaśniałoby fuzję.


©kaczka