[28 May 2016]
(...)
Idzie czerwiec.
W czerwcu, wiadomo, urodziny Dyni oraz rozbuchane ambicje odnośnie tego, co ma reprezentować sobą tort urodzinowy.
(Co ciekawe, Biskwit mimo, że odrósł od ziemi w tym samym gospodarstwie domowym, cznia wygląd fenotypowy urodzinowego wypieku, gardzi glazurą i gipiurą. Biskwita interesuje wyłącznie to, by pożoga z wbitych w zakalec świeczek była spektakularna, a gaszenie długie i wymagające zawezwania straży pożarnej.)
Jednakoż i Dynia w tym roku zaskoczyła mnie nadzwyczaj przyjemnie, gdy okazało się, że jej wizja obchodów szóstej rocznicy nie uwzględnia mnie jako podwykonawcy. Słowem, (czy czujecie tę euforię?) nie dostałam zlecenia na wypiek!
Przetarg wygrała miejscowa lodziarnia. Dynia wymyśliła bowiem, że poniesie Szwabskim Kluseczkom jakąś scenę batalistyczną z trzydziestu gałek na kruchym spodzie: ‘Elsa spotyka Spidermana', a tu i ówdzie przytyknie się kawałki Krainy Lodu, obóz Ewoków, budkę telefoniczną Supermana, Gwiazdę Śmierci, girlandy, posypkę, fajerwerki i zasmażkę. A wszystko to na różowo.
O, gdybym umiała czytać przyszłość z fusów lub raczej krzaczastych brwi naszpań, nie spieszyłabym się tak by emanować radością wynikającą z cukiernicznej amnestii.
Ba! Gdybym umiała odczytywać tę przyszłość od razu wraziłabym sobie w mózg ubijaczkę do jajek, a do kolan przyłożyła odbezpieczony blender...
Ustrojowi polityczno-społeczemu w placówce edukacyjnej najbliżej jednak do feudalizmu. Jest Wszechmogąca Dyrekcja oraz naszpanie większe i naszpanie małe, takie pańszczyźniane.
Szwabskimi Kluseczkami zarządza naszpani większa przy użyciu dwóch naszpań małych, z czego jedna złożyła chyba śluby milczenia, albo wyrwano jej język.
Podczas minionego tygodnia niespodziewanych dla mnie wakacji naszpani większa trafiła do szpitala z podejrzeniem zapalenia pęcherzyka żółciowego.
(Albo nadużyła sznycli, albo brak Kluseczek sprawił, że żółć nie znajdowała regularnego ujścia.)
Zarządzanie Kluseczkami przekazano naszpani mniejszej, tej wymownej.
- Zaanonsuj naszpaniom, że Dynia przyniesie tort z lodu. Niech się wyrażą względem BHP i salmonelli – poprosiłam nonszalancko Norweskiego pierwszego dnia afery, która do historii przejdzie jako Die Eistortekrise. (W skrócie: Trzy dni, które wstrząsnęły światem)
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by uprzedzić, że naszpani się zawiesiła pod ciężarem tej wiadomości i zażądała parametrów technicznych tortu.
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, hiperwentylująca się naszpani czekała już na mnie z półgodzinnym wykładem na temat budowy zamrażarki i dopuszczalnej kubatury struktur lodowych, które od biedy można w niej zmieścić.
Drugiego dnia afery, poprosiłam Norweskiego, żeby z wrodzonym sobie wdziękiem poinformował naszpanią, że osobiście zsynchronizuję z nią zegarki i o dowolnej porze podam jej przez okno tort przyniesiony bezpośrednio z lodziarni za rogiem. Tak, aby wykluczyć udział zamrażarki.
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by uprzedzić, że naszpani jest w histerii, gdyż skonfrontowała swoją decyzję na temat tortu z lodu z pacjentką Oddziału Pęcherzyków Żółciowych i nie otrzymała zgody.
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, hiperwentylująca się naszpani czekała już na mnie z półgodzinnym monologiem o tym, jak to mama Ulryczka już w roku 1410 zarezerwowała sobie wnos lodów na urodziny syna, które pechowo wypadają w tym samym tygodniu co i urodziny Dyni.
Naszpani większa z łoża boleści orzekła autorytarnie, że dwa razy w tygodniu lodów być nie może. 'I czy względem tego, Frau kaczko, może pani jednak upiec placek dla dwudziestupięciu osób...'
[Oszalały! Oszalały! Miałabym w służbie ideologii zabraniającej dzieciom zmasowanej konsumpcji lodów, poświęcić noc pod piekarnikiem i dziergać coś w lukrze i cukrze? O nie, nie! Na barykady!]
Trzeciego dnia afery, poprosiłam Norweskiego, żeby poinformował znękaną naszpanią, że nie upiekę, bo szanuję wizję mego dziecka, a szacunek to przecież nasz wspólny paradygmat wychowawczy (...i błagam, Norweski, przemilcz, że to dlatego, że jestem leniwa.)
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by przekazać, że musiał zdefibrylować naszpanią, która jednakże słabym głosem apeluje ... to może ciasteczka? Albo babeczki?
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, zdefibrylowana naszpani czekała już na mnie w stałym miejscu, we framudze, by streścić mi wszystko, co do tej pory z uwzględnieniem pęcherzyka żółciowego i Ulryczka i ewentualnie zgodzić się na parówki i precle...
- Naszpani kochana – rzekłam. (Niby kaczka, a jednak przebiegła jak lisica!) – Ja to nawet nie wiem, czy Dynia będzie w stanie dotrzeć na swoje urodziny w dniu urodzin, gdyż jak wiemy, udaje się wcześniej do szpitala. Pisz pani w kalendarzu, Dynia, tydzień później, urodziny...
P R Z E K Ł A D A M Y!!!
- Ale ja nie wiem, czy tak można! – zawiesiła się ponownie naszpani i załkała żałośnie. – Skąd będziemy wiedzieć na kiedy przygotować papierową koronę!!!
(Nie napiszę tego, co sobie pomyślałam. Po prostu to wykropkuję.)
...
...
...
...
Faktycznie. No skąd?
...
...
...
AAAAAAAAAAAA!
...
...
ZADZWONIĘ!!!
Mimo to, gdy wychodziłyśmy z placówki naszpani uparcie mantrowała: '... ale zawsze można jednak placek, albo ciasteczka, albo parówki... może parówki... parówki byłyby w sam raz...'
Błogosławieni, którzy nie mają innych zmartwień. Ci to wiedzą, jak je sobie seryjnie produkować!
(...)
Tymczasem trwa aukcja TRZECH (!) prac Emilii Dziubak. Pośród nich, niedostępny już nigdzie plakat ‘Tu czytam’, osobisty egzemplarz Autorki!
©kaczka
(...)
Idzie czerwiec.
W czerwcu, wiadomo, urodziny Dyni oraz rozbuchane ambicje odnośnie tego, co ma reprezentować sobą tort urodzinowy.
(Co ciekawe, Biskwit mimo, że odrósł od ziemi w tym samym gospodarstwie domowym, cznia wygląd fenotypowy urodzinowego wypieku, gardzi glazurą i gipiurą. Biskwita interesuje wyłącznie to, by pożoga z wbitych w zakalec świeczek była spektakularna, a gaszenie długie i wymagające zawezwania straży pożarnej.)
Jednakoż i Dynia w tym roku zaskoczyła mnie nadzwyczaj przyjemnie, gdy okazało się, że jej wizja obchodów szóstej rocznicy nie uwzględnia mnie jako podwykonawcy. Słowem, (czy czujecie tę euforię?) nie dostałam zlecenia na wypiek!
Przetarg wygrała miejscowa lodziarnia. Dynia wymyśliła bowiem, że poniesie Szwabskim Kluseczkom jakąś scenę batalistyczną z trzydziestu gałek na kruchym spodzie: ‘Elsa spotyka Spidermana', a tu i ówdzie przytyknie się kawałki Krainy Lodu, obóz Ewoków, budkę telefoniczną Supermana, Gwiazdę Śmierci, girlandy, posypkę, fajerwerki i zasmażkę. A wszystko to na różowo.
O, gdybym umiała czytać przyszłość z fusów lub raczej krzaczastych brwi naszpań, nie spieszyłabym się tak by emanować radością wynikającą z cukiernicznej amnestii.
Ba! Gdybym umiała odczytywać tę przyszłość od razu wraziłabym sobie w mózg ubijaczkę do jajek, a do kolan przyłożyła odbezpieczony blender...
Ustrojowi polityczno-społeczemu w placówce edukacyjnej najbliżej jednak do feudalizmu. Jest Wszechmogąca Dyrekcja oraz naszpanie większe i naszpanie małe, takie pańszczyźniane.
Szwabskimi Kluseczkami zarządza naszpani większa przy użyciu dwóch naszpań małych, z czego jedna złożyła chyba śluby milczenia, albo wyrwano jej język.
Podczas minionego tygodnia niespodziewanych dla mnie wakacji naszpani większa trafiła do szpitala z podejrzeniem zapalenia pęcherzyka żółciowego.
(Albo nadużyła sznycli, albo brak Kluseczek sprawił, że żółć nie znajdowała regularnego ujścia.)
Zarządzanie Kluseczkami przekazano naszpani mniejszej, tej wymownej.
- Zaanonsuj naszpaniom, że Dynia przyniesie tort z lodu. Niech się wyrażą względem BHP i salmonelli – poprosiłam nonszalancko Norweskiego pierwszego dnia afery, która do historii przejdzie jako Die Eistortekrise. (W skrócie: Trzy dni, które wstrząsnęły światem)
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by uprzedzić, że naszpani się zawiesiła pod ciężarem tej wiadomości i zażądała parametrów technicznych tortu.
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, hiperwentylująca się naszpani czekała już na mnie z półgodzinnym wykładem na temat budowy zamrażarki i dopuszczalnej kubatury struktur lodowych, które od biedy można w niej zmieścić.
Drugiego dnia afery, poprosiłam Norweskiego, żeby z wrodzonym sobie wdziękiem poinformował naszpanią, że osobiście zsynchronizuję z nią zegarki i o dowolnej porze podam jej przez okno tort przyniesiony bezpośrednio z lodziarni za rogiem. Tak, aby wykluczyć udział zamrażarki.
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by uprzedzić, że naszpani jest w histerii, gdyż skonfrontowała swoją decyzję na temat tortu z lodu z pacjentką Oddziału Pęcherzyków Żółciowych i nie otrzymała zgody.
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, hiperwentylująca się naszpani czekała już na mnie z półgodzinnym monologiem o tym, jak to mama Ulryczka już w roku 1410 zarezerwowała sobie wnos lodów na urodziny syna, które pechowo wypadają w tym samym tygodniu co i urodziny Dyni.
Naszpani większa z łoża boleści orzekła autorytarnie, że dwa razy w tygodniu lodów być nie może. 'I czy względem tego, Frau kaczko, może pani jednak upiec placek dla dwudziestupięciu osób...'
[Oszalały! Oszalały! Miałabym w służbie ideologii zabraniającej dzieciom zmasowanej konsumpcji lodów, poświęcić noc pod piekarnikiem i dziergać coś w lukrze i cukrze? O nie, nie! Na barykady!]
Trzeciego dnia afery, poprosiłam Norweskiego, żeby poinformował znękaną naszpanią, że nie upiekę, bo szanuję wizję mego dziecka, a szacunek to przecież nasz wspólny paradygmat wychowawczy (...i błagam, Norweski, przemilcz, że to dlatego, że jestem leniwa.)
Półgodziny później zdeponowawszy i dziecko i informację w placówce, Norweski zadzwonił, by przekazać, że musiał zdefibrylować naszpanią, która jednakże słabym głosem apeluje ... to może ciasteczka? Albo babeczki?
Gdy sześć godzin później odbierałam Dynię, zdefibrylowana naszpani czekała już na mnie w stałym miejscu, we framudze, by streścić mi wszystko, co do tej pory z uwzględnieniem pęcherzyka żółciowego i Ulryczka i ewentualnie zgodzić się na parówki i precle...
- Naszpani kochana – rzekłam. (Niby kaczka, a jednak przebiegła jak lisica!) – Ja to nawet nie wiem, czy Dynia będzie w stanie dotrzeć na swoje urodziny w dniu urodzin, gdyż jak wiemy, udaje się wcześniej do szpitala. Pisz pani w kalendarzu, Dynia, tydzień później, urodziny...
P R Z E K Ł A D A M Y!!!
- Ale ja nie wiem, czy tak można! – zawiesiła się ponownie naszpani i załkała żałośnie. – Skąd będziemy wiedzieć na kiedy przygotować papierową koronę!!!
(Nie napiszę tego, co sobie pomyślałam. Po prostu to wykropkuję.)
...
...
...
...
Faktycznie. No skąd?
...
...
...
AAAAAAAAAAAA!
...
...
ZADZWONIĘ!!!
Mimo to, gdy wychodziłyśmy z placówki naszpani uparcie mantrowała: '... ale zawsze można jednak placek, albo ciasteczka, albo parówki... może parówki... parówki byłyby w sam raz...'
Błogosławieni, którzy nie mają innych zmartwień. Ci to wiedzą, jak je sobie seryjnie produkować!
(...)
Tymczasem trwa aukcja TRZECH (!) prac Emilii Dziubak. Pośród nich, niedostępny już nigdzie plakat ‘Tu czytam’, osobisty egzemplarz Autorki!
©kaczka