[19 May 2014]
(...)
Głupio tak kopać leżącego, pozwólcie zatem, że tylko lekko trącę nóżką.
Wybierając metry sześcienne prac plastycznych z szuflady Dyni w Instytucie, a następnie dokonując pod osłoną nocy ostrej selekcji powierzonych mi dzieł zauważyłam, że Dynia przechodzi przez fazę dramatycznego wprost minimalizmu. Faza ta manifestuje się, na przykład, trzydziestoma czterema kartkami formatu A3 przyozdobionymi od niechcenia jedną kreską, najczęściej różową. Technika flamastralna.
(Co tu Dyniu namalowałaś? W odpowiedzi: Flaming, namiot, półeczka na książki, młotek, kolega z klasy, droga na Ostrołękę...)
Z jednej strony, serce rośnie, że dziecina jedną kreską potrafi odmalować wszystko.
Z drugiej strony, trochę głupio, żeby tak marnować celulozę płuc tego świata, lasy Amazonki, amerykańskie sekwoje, tutki od papieru toaletowego, czy z czego tam robi się obecnie papier.
Z trzeciej strony, w obrębie gospodarstwa domowego nienachalnie zwracam Dyni uwagę, że obrazy mogą się składać z więcej niż jednego elementu i że nim rzuci się w abstrakcję, warto by zapoznała się z podstawami rysunku prozaicznego. Słowem, wydzielam jej po kartce i próbuję utrzymać przy sztalugach artystyczną nawijką marszandów, jak Ludwik XIII do Rubensa: a pamiętałaś, aby narysować brzuszek?
Z czwartej strony, a może oni tam w tym Instytucie mają tylko tych kilka pisaków? Bo w domu to Dynia chętnie miesza techniki i w technikach.
Postanowiłam niezobowiązująco zagadnąć personel.
Mówię, że mnie zaintrygowało, że wydaje mi się, że trochę jednak ten papier się marnuje przy tej minimalistycznej ekspresji, że to chyba nie będzie ze szkodą dla artystycznej wolności, jeśli naszepanie zwrócą uwagę Dyni, by miast w hurcie porobiła nieco w detalu, a tym samym poćwiczyła nieco skupienie i koncentrację. I wreszcie, czy może trapią placówkę jakieś deficyty, że ciągle te flamastry i flamastry, bo jeśli tak to chętnie się kopsnę do Lidla po kilka opakowań kredek, wosk, grafit, pastele lub akwarele. A jeśli to nie deficyt, a wyłącznie upór mego dziecka to zezwalam by jej te flamastry raz w tygodniu skonfiskować i nie uznam tego za pogwałcenie jakiejkolwiek poprawki do czyjejkolwiek konstytucji.
I słowo harcerza, ja to wszystko łagodnie i z sercem na dłoni.
Monolog ten naszepanie zinterpretowały dość opacznie, co rozpoznaję po autorskich laurkach wręczonych nam przez Dynię z okazji Dnia Matki i Ojca. Po jednej na głowę.
Zgadnijcie (wiem, jest wyraźna podpowiedź), która dla ojca, a która dla matki od wiecznej pretensji, niech ma, niech ma, niech się zadławi i kto ją właściwie namalował?
Bo, że nie Dynia to rozpoznaję po rokokowym stylu.
I charakterze pisma.
Dynia ma ładniejszy.
©kaczka
(...)
Głupio tak kopać leżącego, pozwólcie zatem, że tylko lekko trącę nóżką.
Wybierając metry sześcienne prac plastycznych z szuflady Dyni w Instytucie, a następnie dokonując pod osłoną nocy ostrej selekcji powierzonych mi dzieł zauważyłam, że Dynia przechodzi przez fazę dramatycznego wprost minimalizmu. Faza ta manifestuje się, na przykład, trzydziestoma czterema kartkami formatu A3 przyozdobionymi od niechcenia jedną kreską, najczęściej różową. Technika flamastralna.
(Co tu Dyniu namalowałaś? W odpowiedzi: Flaming, namiot, półeczka na książki, młotek, kolega z klasy, droga na Ostrołękę...)
Z jednej strony, serce rośnie, że dziecina jedną kreską potrafi odmalować wszystko.
Z drugiej strony, trochę głupio, żeby tak marnować celulozę płuc tego świata, lasy Amazonki, amerykańskie sekwoje, tutki od papieru toaletowego, czy z czego tam robi się obecnie papier.
Z trzeciej strony, w obrębie gospodarstwa domowego nienachalnie zwracam Dyni uwagę, że obrazy mogą się składać z więcej niż jednego elementu i że nim rzuci się w abstrakcję, warto by zapoznała się z podstawami rysunku prozaicznego. Słowem, wydzielam jej po kartce i próbuję utrzymać przy sztalugach artystyczną nawijką marszandów, jak Ludwik XIII do Rubensa: a pamiętałaś, aby narysować brzuszek?
Z czwartej strony, a może oni tam w tym Instytucie mają tylko tych kilka pisaków? Bo w domu to Dynia chętnie miesza techniki i w technikach.
Postanowiłam niezobowiązująco zagadnąć personel.
Mówię, że mnie zaintrygowało, że wydaje mi się, że trochę jednak ten papier się marnuje przy tej minimalistycznej ekspresji, że to chyba nie będzie ze szkodą dla artystycznej wolności, jeśli naszepanie zwrócą uwagę Dyni, by miast w hurcie porobiła nieco w detalu, a tym samym poćwiczyła nieco skupienie i koncentrację. I wreszcie, czy może trapią placówkę jakieś deficyty, że ciągle te flamastry i flamastry, bo jeśli tak to chętnie się kopsnę do Lidla po kilka opakowań kredek, wosk, grafit, pastele lub akwarele. A jeśli to nie deficyt, a wyłącznie upór mego dziecka to zezwalam by jej te flamastry raz w tygodniu skonfiskować i nie uznam tego za pogwałcenie jakiejkolwiek poprawki do czyjejkolwiek konstytucji.
I słowo harcerza, ja to wszystko łagodnie i z sercem na dłoni.
Monolog ten naszepanie zinterpretowały dość opacznie, co rozpoznaję po autorskich laurkach wręczonych nam przez Dynię z okazji Dnia Matki i Ojca. Po jednej na głowę.
Zgadnijcie (wiem, jest wyraźna podpowiedź), która dla ojca, a która dla matki od wiecznej pretensji, niech ma, niech ma, niech się zadławi i kto ją właściwie namalował?
Bo, że nie Dynia to rozpoznaję po rokokowym stylu.
I charakterze pisma.
Dynia ma ładniejszy.
©kaczka