Image Slider

1154

(...)
Producencie ciastoliny,
Jeśli twój dział badań i rozwoju poświęcił ostatnie dwadzieścia lat na wyprodukowanie czterdziestu sześciu odcieni lazuru lub trzydziestu dwóch wcieleń turkusu, wiedz, że na marne.
Jeśli planujesz zalać rynek ‘sycylijską cytryną’,  ‘akermańskim stepem’, ‘czardaszem z gulaszem’, ‘dziewięćsiłem na wydmie’ – na marne!
Na marne, bo metrowym kurduplom potrzebna jest jedynie ciastolina w kolorze ‘paw i sraczka’.
Który, tu porada gratis, powstaje, gdy zmieszać wszystkie kolory z twej palety.
Czterdzieści sześć odcieni lazuru i trzydzieści mgnień turkusu.
Gdy matka nie patrzy
.

(...)
Lekcja dziesiąta.
Staruszeczka z kuszą zaczęła dzielić się ze mną rodzinnymi problemami.
Tu koleje państwowe z górką rozrządu, tu karawana tirów, tu międzynarodowy dzień wyprowadzania koni na spacer po drodze widocznej na międzynarodowych mapach, tu przedszkolaki na trójkołowych rowerkach, tu rondo z rond i doniczki z fikusem.
Więc, że i bez tego, że siódmy mąż córki okazał się złamasem, mam na czym się skupić.
Czas przyspieszyć, kaczko.

(...)
Swoje fiksacje Dynia realizuje z zaangażowaniem i wydajnością obłąkanego przodownika pracy.
Gruffalo.
Od wyjęcia spod choinki do dziś, obie części obejrzeliśmy kilkadziesiąt tysięcy razy.
Z tematu jestem gotowa wystąpić w Wielkiej Grze.
Żeby tylko.
Mamy nową grę towarzyską, która przebija salonowca.
Treścią gry jest wyskoczenie zza węgła. Wyskakujący  wyskakuje z okrzykiem: ‘MAJN GRUFFALO! MAAAAAMA!’.
Dodatkowe punkty uzyskuje się, gdy wyskakiwanemu wypadnie z rąk porcelanowa zastawa z Ikei.

(...)
Ochronka, skoro już o fiksacjach, nie pozostaje w tyle.
Z listu od:
‘... ten tego rozbudowując wokabularzyk, chciałabym wykorzytać fakt, że dzieci lubią się bawić w sklep, dlatego więc byłabym zobowiązana, gdybyście dostarczyli razem z Dynią puste opakowania po polskich i niemieckich produktach żywnościowych, poważam. Ochronka.’
Że Rubenito przyniesie słoik po gazpacho, a Dynia mu torebkę po kiszonej kapuście?
Unikając bólu głowy, który wywołałaby analiza tego pomysłu, unikając pokusy włożenia Dyni w kieszeń puszki piwa żubr, wykazując spolegliwość i chęć współpracy, wymyśliłam, że zamówię w sieci Kaufladen-Zubehör im Metallkorb, gefüllt [1].
O ironio, o globalizacjo!
Treść jak z półki w tutejszym supermarkecie.

[1] przysięgam, że szukałam takowych opisanych słowiańskim dialektem, ale jedyne, co oferowały wyszukiwarki  na kombinacje haseł ‘żywność – produkty – miniatury – dzieci – zabawa – w sklep’ to miniaturki alkoholi


©kaczka

1153

[5 Jan 2013]

(...)
Coraz częściej nie potrafię Dyni ogarnąć słowem.
Słowa płaskie, Dynia minimum pięciowymiarowa.
Rumiany, płowy, pyskaty umbilicus universi [1], zarządca orbit, mechanik planet, dozorca galaktyk.
Boska cząstka. Niewiarygodnie doskonała [2].
Bozon w różowych gaciach halokyty, nawołujący przez kasowy megafon ‘plyz ołonc raz szibko’ [3].
Niby nasz, a przecież coraz mniej nasz.
Ma toto swoje plany czasem chytre i nikczemne, swoje cele, swój charakter, swoją wole, jakieś sprawy, tajemnice, alternatywne gospodarstwo domowe zasiedlone przez wypchanych trocinami wyrzutków,  różową kasę z plastyku, dwadzieścia torebek, kwity i własny długopis do tych kwitów.
Coraz bardziej swoje życie.

(...)
W jednej z dwudziestu torebek.



©kaczka

[1] Za Gałczyńskim: ‘Przechodniu popraw ew. błąd koniugacyjny’
[2] Disclaimer: doskonała nieobiektywną doskonałością własnego dziecka
[3] tłum. ‘Bezzwłocznie wyskakuj z jednej mandarynki.’

Postokolicznościowo

(...)

(...)
I po świętach.
W tym roku Weihnachtsbescherung pod sałatkę z kartofli i dzwony z brandenburskiej katedry.
Wywiódł Norweski w pole nieletniego biorcę prezentów, ja udrapowałam pod choinką prezenty, wygładziłam kokardki i ściągnęłam dzwony z youtube.
Biorca nie dał się zwieść i torturowany przez cioteczki  via skype na okoliczność ‘kto ci przyniósł te wszystkie śliczne prezenty i dlaczego Mikołaj’ twardo trzymał się wersji ‘mamaipapa’.
Najcudowniejszy świąteczny prezent? Różowa, sklepowa kasa z czytnikiem czegokolwiek w paski (łącznie z pidżamą Norweskiego), z różową kartą kredytową, z megafonem i pakietem banknotów o tych samych numerach seryjnych.
(BDZYNK BDZYNK. Dozgonnie ci wdzięczni, ochronko. BDZYNK. Powieka nerwowo.)
Puszka zupy pomidorowej chodzi po milion pięćset dwa dziewięćset.
Do tego dwa zyliony zwrotu za kaucją, bo tylko tak można logicznie wytłumaczyć, czemu metrowy subiekt wpycha kupującym całokształt żywej gotówki wyjęty z sejfu.
Tym, albo, że wyglądamy jak napad rabunkowy.
Czego w tym roku nie wypełniły kwity, a wypełniły wszystko, zajęli goście.
Najpierw trzy pokolenia bałkańskie zjechały z kolędą, babą drożdżową tapicerowaną czekoladą, o wielkości amfiteatralnej (na kolanach tę babę wieźli z Triestu) oraz nieopisaną masą słowiańskich zdrobnień i czułości. I babę i czułości ljuba Dynia skonsumowała do przedostatniego okrucha.
Potem przez tunel, deszcz, Londyn i mgłę przedarła się Lou z drobnymi swymi dziateczkami, misiem pandą w skali 1:1 trwale przytroczonym do młodszego dziecka, z misiem psem – skala 1:1 trwale przytroczonym do starszego dziecka, z wózkiem terenowym niekompatybilnym z British Railways i torbą Mary Poppins – jak Mary Poppins miała w tej torbie wszystko, od kolekcji syropów na kaszel,  przez wyborną czekoladę, po siedmiusetprocentowe piwo.


(Lou. Sama. Pociągiem. Metrem. Przez Londyn. Pociągiem. Z dwójką żywiutkich nieletnich. Z psem. Z pandą. Z piwem w szklanych butelkach.  Z czekoladą. Owacja, beatyfikacja, kanonizacja!)
Dziateczki Lou nauczyły Dynię skakać po łóżkach. Nie pozostaliśmy dłużni, zorganizowaliśmy pospieszny fakultet z brodzenia po kałużach i wspinaczki po budowlanych samowolkach.
Miś panda, ofiara uciśnienia, nieustannie rzucał się samobójczo  pod czyjeś nogi.
Mimowolny uczestnik pandamonium.


Były momenty, że trzeba nam było zawzywać oddziały ONZ, by rozstrzygać konflikty wśród kurdupli, choćby te samantyczne, gdy Dynia i Pociechatje nie mogły ogarnąć, że ich matki mogą być jednocześnie ciotkami. (- MAMA! -  CIOCIA! – MAAAAAAAAMA! – CIOOOOOOOCIA! i dawaj naruszać nietykalność podczas, gdy nieczułe matki-ciotki konały ze śmiechu.)  Jednakoż, gdy odjechali, gdy do Dyni dotarła nieodwracalność tego odjechania, rozszlochała się z rozpaczy, pustki i nieszczęścia na trzy kwadranse.
My straciliśmy trzeciego do wiecznie zimnej kawy, do grogu i brydża.


Nie możemy sobie znaleźć miejsca po dwudziestej, gdy Morfeusz zasysa nieletnich.
Dziś złożyłam podpis na ostatnim kwicie i wyrzuciłam ogryzek czerwonego ołówka.
Dynia pouczona przez Pociechatje uparcie nazywa słonia – olifantem.
Budzik nastawiony na piątą rano.
Postnoworoczna depresja.

(...)
Widzieliście!

©kaczka

Okolicznościowo

(...)
Dzisiaj w Betlejem.


(...)
Sagrada Família. Na miarę naszych czasów i obyczajów.


(...)
Choinka wielookolicznościowa.


(...)
Śliczna panna indagowana przez Bawarskie cioteczki na okoliczność edukacji religijnej na landszaftach o tematyce okołostajenkowej identyfikuje Miriam, Józefa i Dziecię jako mamę, papę i Edwarda.
(Tymczasem w oryginale Edward nosi się ostatnio w skarpetkach z inskrypcją ‘Daddy’s little princess’.)

(...)
Mamy już sałatkę z kartofli, wursty, barszcz, wyrób uszkopodobny, resztkę pierników, pudełko lodów, skrzynkę piwa i jeszcze tylko trzysta stron kwitów.
Niech się Wam darzy, wszyscy, którzy tu przychodzicie!


©kaczka

1152

[21 Dec 2012]

(...)
Dzisiejszy koniec świata sponsoruje:

©kaczka

1151

[19 dec 2012]

(...)
Nie można zmilczeć o sobocie.
Był Mikołaj tak pracowniczy jak wczasy pod gruszą.
Mikołaj, o głosie i formacie kolegi z działu kontroli jakości, miał support przed swym występem.
Wędrowną trupę aktorów.
Był tam i osobnik przypominający Sheldona Coopera i jednocześnie wyższy od Norweskiego (nietakt!), była panienka, wypisz wymaluj, Bernadette Maryann Rostenkowski-Wolowitz, był też czarny charakter.
I o ten charakter się popsuło.
Albowiem, Dynia nawet nie splunąwszy w naszą stronę, sama przepchała się przez tłum nieletnich i  z miną konesera występów artystycznych zajęła miejsce w pierwszym rzędzie.
I siedziałaby tam do dziś, gdyby zza kulis nie wychynął charakter i nie zaczął łypać złym okiem.
No i po ptakach.
Jakiś Ananiasz zaczął ryczeć ze strachu i zawzywać na wyprzódki swej matki.
Dyni dla towarzystwa zatrzęsła się broda, usta wygięły w podkowę i  uderzywszy w bek wróciła na łono rodziny.
Problem był w wewnętrznym rozdarciu, gdyż Dynia jednak bardzo chciała nadal siedzieć w pierwszym rzędzie, a jednocześnie mieć pewność, że jakby co, ktoś w jej imieniu da w ryj charakterowi i do tego celu zaangażowała Norweskiego.
Dwumetrowy Norweski w pierwszym rzędzie?
Dziateczki straciły wizję, a my popularność.
Mikołaj przebrany za dział jakości wręczył Dyni paczkę ciastoliny.
Rewelacyjna sprawa (!).

(...)
W niedzielę Dynia i mniejszy Pan paniscus wykrawały konfekcję cukierniczą.
W kultowych bohaterów s-f, w zjawiska astrofizyczne, w leukocyty, astrocyty lub bełkocyty, w złom.



©kaczka

1146-1150

[15-18 Dec 2012]

(...)
Do świąt już tylko sześć pudełek i siedemset stron kwitów.


 ©kaczka