Image Slider

780-781

[12-13 May 2011]

[Blog się odwiesił. Poprzedni wpis zniknął. Blogger mówi, że odda.]

(...) Ja to proszę pana, mam bardzo dobre połączenia. Wstaję rano. Za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Śniadanie jadam na kolację i wychodzę. (...) Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. (...) Mleko widzi pan ma najszybszy transport. Inaczej się zsiada... (...)

Dni przypisane pracy zaczynam o takiej porze, że aż dziw, że jej współrzędne można znaleźć na cyferblacie.
Dom śpi, Dynia wciśnięta w najdalszy kąt łóżka, kawa w kubek-termos, moja zjadliwie czerwona torebka i stare trampki wśród garniturów i laptopów najpierwszego pociągu w kierunku City, bezpłatna gazeta, dwie godziny w wagonie, biały fartuch, mdły zapach bakterii, szum oczyszczanego powietrza, wysychające śluzówki, słupki sprzedaży, trendy zakażeń, fartuch na wieszak, ręce we wrzątku po łokcie ryżową szczotką, autobus, pociąg, krem do rąk, Dynia, pilates, dom, pralka, kanapka, poduszka.

(...) I góra dwudziesta druga pięćdziesiąt jestem z powrotem. (‘Co mi zrobisz jak mnie złapiesz’)

©kaczka

779

[11 May 2011]

(...)

Binta.
Binta.
W temacie Binty Dynia mocno sfiksowała, a ja próbuję zrozumieć powód tej niezdrowej fascynacji.
Ani wszak fabuła niezbyt sensacyjna, ani ilustracje niekoniecznie aż TAK porywające.
A tymczasem powieść o Bincie przebija nieprzebijalne dotąd książki z lusterkami.
Z lusterkami!
Wystarczy machnąć czerwoną okładką, a Dynia plask plask wyrasta z niebytu, wyciąga teleskopowe ręce ku papierowym stronom, bucha żądzą czytelnictwa, kłuje palcem w tatę rastafarianina i matkę – rudą Szwedkę, ekscytuje się każdą onomatopeją.
Kolejny tom z serii -  Babo – teoretycznie o wiele ciekawszy, z zawiązaną poprawnie przyrodniczą intrygą oraz kulinarnym przepisem na Blåbärstårtę, Dynia i owszem przejrzy, ale raczej od niechcenia.
Dynia chce Binty.
Chce przewracać strony, całować, kłuć palcem, emitować dźwięki, wyjmować bohaterów ze stron i tulić ich do piersi.
Binta ledwie zipie od tej czytelniczej pasji.
Zmemłane strony, sznurki przy grzbiecie ledwie zipią, pod ręką, na wszelki wypadek trzymam introligatorską taśmę.
Mam żal do wydawnictwa.
Winno wydać Bintę na kamiennych, wodoodpornych tablicach.


©kaczka

778

[10 May 2011]


(...)
Dla odmiany Dynia jak książkowy bohater z błyskawicą na czole.
- Zarysowała mi się o barierkę u schodów. – tłumaczy skruszony Norweski odpowiedzialny od teraz za doręczanie Dyni do ochronki.
W pierwszym dniu pracy przeczytałam tysiąc czterysta pięćdziesiąt trzy zaległe, nieważne listy oraz przerzuciłam kilka stron laboratoryjnego dziennika.
Wzięłam udział w ważkiej dyskusji o wyższości crumble nad trifle. Albo odwrotnie.
Wypowiedziałam się na temat walorów łączenia truskawek i rabarbaru w przetworach spożywczych.
Odkurzyłam podręcznik do języków śródziemnomorskich.
Wypiłam dwie kawy.
Poprawnie odpowiedziałam na podchwytliwe pytanie o numer seryjny zestawu cząsteczek.
Dowiedziałam się, że A. zawarła związek partnerski, B. wyposażył swoje koty w satelitarny system monitorowania, a C. schudła do rozmiaru osiem.
Kupiłam pół tuzina organicznych jaj prosto od kury z przydomowego ogródka.
Było tak jakbym wróciła po tygodniu wakacji.
Mądrzy nie zgłupieli, głupi nie zmądrzeli.
Pociąg się nie spóźnił, autobus przyjechał na czas, zmienne koleje losu Dynia przyjmuje za stoickim spokojem (... wszak byleby ciasteczko było na czas...)
Ponoć Żorżyk razem z resztą bandy zniósł dziś Dyni na powitanie pryzmę darów.
Nieśli w orszaku.
Jak Trzej Królowie.
Nadto Żorżyk krzyczał: i mam suche spodnie, Dyniu! Suche spodnie!, na co pozostali: i ja też! ja też!
W tej konkurencji Dynia ciągle jeszcze nie podejmuje wyzwania.


©kaczka

776-777

[8-9 May 2011]


(...)
Odebrałam dziś Dynię z ochronki.
Nadąsaną Dynię z guzem na czole.
(Podobno poszło o samochodzik. Przezornie nie wnikałam w szczegóły.)
Komu Dyni nie wcisnę, zwraca Dynię nadtłuczoną w partiach czaszkowych.
Ojciec, babka, ochronka.
A to drzwi otworzą z rozmachem, a to Dyni ręka uśnie, a to samochodzik...
Ludzie, apeluję, nie nadtłukujcie Dyni.
Urodę Dynia najwyraźniej dziedziczy po mnie.
Rozum będzie jej cholernie potrzebny.

(...)
W Wielkanoc Rubenito wielce zaniemógł.
Zapalenie spojówek.
Kaszel.
Gorączka.
Charakterystyczne kropki na całym ciele.
Hiszpańska babka Rubenita – ta sama, z którą w bagażu podręcznym (!) przyleciało z Santiago czterdzieści organicznych, surowych jaj oraz własnoręcznie wydziergana dla Dyni (!) zimowa, żołędziowa czapka – babka Rubenita na podstawie życiowego doświadczenia orzekła – odra.
Kropka (sic!) w kropkę objawy.
Cóż powiedział miejscowy lekarz?
Otóż powiedział: to nie może być odra.
Zapytany: dlaczegóż skoro i charakterystyczne kropki i inne objawy? rzekł: bo nigdy nie widziałem odry. To choroba krajów rozwijających się.
Brawa, kurtyna, owacje.


©kaczka
[6 May 2011]


(...)
Gdy po raz pierwszy po(d)rzuciłam niewinne dzieciątko w ochronce na pastwę infekcji grzybiczych i nadaktywnego wokalnie młodzieńca o wdzięcznym imieniu Żorżyk, zyskałam godzinę, by się zadręczać i taplać w poczuciu winy.
Poszłam do pubu.
W pubie zamówiłam wódkę i wyjęłam z torebki konsolę, na której zaczęłam rozpirzać pokemony, obcych, terrorystów, szkopów, kosmitów, różowe kucyki...
W rzeczywistości poprosiłam o colę bez lodu, a na konsoli odpaliłam układankę w różyczki.
Moja żeńska obecność i koncentracja na różyczkach nie uszła uwadze stałej strukturze męskich bywalców.
- Look at this girl! – wpadło mi w ucho – Normalnie chyba jest uzależniona od gier komputerowych.
- Nie jest. – uznałam za stosowne sprostować, nie podnosząc wzroku znad różyczek – Dziecko zostawiłam pierwszy raz w ochronce. Odwracam swoją uwagę od poczucia winy.
Kwadrans później kolejni stali bywalcy usłyszeli:
- She? You mean this lady in the corner? Oddała dziecko do ochronki i odwraca swoją uwagę od poczucia winy.
Najpierw girl potem lady.
Czy dzieci nie miały aby odmładzać?


(...)
Dynia.
Jedenaście miesięcy.
Jest moją kserokopią.


©kaczka

774-775

[5-6 May 2011]


(...)
- Popatrz – mówię – jak im spod tych elewacji wyłazi NRD. Nie zasłoni tego nawet sklep sztandarowej hiszpańskiej marki haute cuture...
- Przesadzasz. – odpowiada nagle taki zjednoczony Norweski, który nie miał do czynienia ze Wschodem. Ekspedientki przy kasie nie wyrywały mu z rąk koszyka, nie reglamentowały kulek ohydnej, acz jakże pożądanej gumy do żucia, nie mówiły, że jak Polacy to raus...
Trawa pod linijkę, drzewa w lesie pod linijkę, mieszkalne bloki pod linijkę, grafitti zamalowane pod linijkę, krasnale wypolerowane, śmieci wyzbierane, przed domem klęczy baba i pęsetą wyrywa chwasty ze szpar między płytami chodnika.
Za rogiem muzeum Karola.
Maya albo Marksa.
W oknach plakaty śmierć pedofilom, śmierć anarchistom, śmierć terrorystom, śmierć śmierci, kara śmierci dla śmierci...
Pod nimi pewnie jeszcze zdjęcia Honeckera i wyprasowane pierwszomajowe chorągiewki.
- Przesadzasz. – mówi Norweski. – Jest Ikea, jest Aldi, jest Lidl. Widzę tu dla nas miejsce.
Ja nie.
Polska matka dziecku w NRD to nie jest handikap.
Nadto wiele tego, co tu uchodzi Dyni, tam jakoś źle wygląda.
Te zalotne uśmiechy, to ciąganie za poły płaszczy, to zaglądanie w oczy, czy publiczne oślinione prrruuuuut! tu ściągają tłumy wielbicieli, tam ściągają usta w krytyczne linijki.
Ja tam już nie dziwię się tym linijkom.
Znam genezę.
Też bym pewnie miała w linijkę, gdyby od narodzin ciągle ktoś manipulował mi przy odbycie.
Temperatura przez odbyt, probiotyki przez odbyt, farmaceutyki przez odbyt, homeopatyki przez odbyt.
Byt, byt, odbyt.
Z wiekiem, dostrzegam z przykrością, świat jawi mi się coraz mniej przyjaznym miejscem.
Po za tym, wystarczy spojrzeć na nasz trawnik.
Enerdowscy sąsiedzi rozstrzelaliby nas po tygodniu.

(...)
Wiele spłynęło w tym tygodniu dobrych nowin.
Ci, co tak bardzo czekali, wreszcie się doczekali.
W globalnej skali równoważy to prawdopodobnie kwestię oddania Dyni do ochronki.
Dynia, bez obaw, ochronkę gładkim ślizgiem po grzbiecie fali.
(Jak ona je, ta Dynia! Jak ona je! Przez dwadzieścia lat nie spotkałam takiego dziecka! – ekscytuje się opiekunka.)
Odbyłyśmy wszak poważną rozmowę, że matki zawsze wracają słowo harcerza cross my heart and hope to die...
Za to opiekunka...
Pierwszego dnia opiekunka powitała mnie z marsem na czole.
- Mam tajemniczą wysypkę na ciele. Obawiam się, że to półpasiec.
W diagnozowaniu półpaśca (i innych chorób skóry) z sukcesem specjalizuję się od wczesnego liceum.
(Żałuj polska dermatologio utraty tak obiecującego talentu!)
Grzyb, nie półpasiec.
Grzyb jak w pysk.
Kup sobie, babo, klotrimazol i lepiej zasmaruj tego grzyba do wtorku.
Dzięki losie, że jak jest prosto i łatwo to natychmiast okazuje się, że po równi pochyłej.

(...)
Perspektywy.




©kaczka
[4 May 2011]

(...)
Dynia nagle – nieustannie zaskakują mnie te przemiany –  jest jak rtęć z termometru.
Żywa choć nie tak srebrna.
Jest tu i tam i obok i nad i teraz i wcześniej i pomiędzy i wśród.
Jednocześnie.
Dostaję zadyszki od samego się przyglądania.
Dynia raczkuje.
Pierwszy raz przydarzyło jej się zsynchronizować kończyny w lodziarni Herr Köpke.
Na azymut świeżo odlanego z matrycy, gorącego, cynamonowego wafla.
(Wiadomo! Jedzenie.)
Raczkuje.
A wczoraj jeszcze siedziała nieruchomo jak rzeźba ze stiuku obłożona wianuszkiem zabawek. Jak z reklamy macierzyństwa.
Plask plask plask plask.
Prześladuje mnie tętent małych łapek.
Winfred Pierdoła, ten który bezskutecznie namawiał hallo baby komm mit oraz do znudzenia przekonywał, że krabbeln macht spass... Winfred Pierdoła nie nadąża już uciekać przed Dynią. Dynia czai się, dopada i ciska Winfredem po ścianach. Winfred upada na plecy i przebiera nogami w powietrzu jak duży pomarańczowy żuk. Nadal utrzymuje, że macht spass.
Słowo NIE! we wszystkich językach urzędowych świszcze nad głowami tak często, że winno mieć ryczałt na przeloty nad naszą przestrzenią powietrzną.
Dynia świetnie rozumie NIE!
Haniebne ograniczenia wolności puentuje ostentacyjnym, czerwonym z wysiłku, zezowatym, tryskającym śliną prrrrrrrrrrrrruttttttt! prosto z napchanych powietrzem policzków.
Dynia krzyczy AP! i nie chodzi tu ani o apostrofy, ani aparycję, ni o apanaże, ni apopleksję.
Dynia krzyczy AP! i podkreśla żądanie rękami wzniesionymi do góry.
Winda, raz.
Dynia tańczy.
Don’t call my name, Alejandro I am not your babe, Fernando ... i płonie wełniany dywan pod Dyniowym kuprem.
Dynia czyta, całuje, wyrzuca, wrzuca, wysypuje, próbuje wstawać, upada, podnosi się.
Dynia.
Jest tu i tam i teraz i wcześniej i pod i za i w końcu przy przebieraniu wyrwę jej nogę i nawet kot sąsiadów na widok tej ewolucji nadciągającej z kwikiem w jego stronę plask plask, nastroszył się i zwiał.
O metaforo!
Dynia definitywnie zsunęła się z moich kolan.
Wczoraj.
Zsunęła się z kolan i podążyła ku własnym sprawom.
Własne sprawy, dwie sycylijskie dziewczynki i Dynia la bimba bionda, drewniane koraliki, pluszowe zwierzątka, własne sprawy i zabawy.
Nawet nie spojrzała w moją stronę.


(...)
Dynia przejechała ponad trzy tysiące kilometrów, my dodatkowy tysiąc, ja dodatkowe siedem godzin w pociągu.
(Spirit of Britain zwodowany miesiąc temu już zdążył przesiąknąć smażeliną z ryb i kartofli.)
Republika Federalna wzdłuż i wszerz.
Od Ostsee po Bawarię. Od muzeum Karola Maja po szpital w Szwarcwaldzie.
Mapa, która wiodła nas przez Europę była tak dokładna, że równie dobrze Norweski mogłeś zabrać globus (!)...
W Belgii po znakach szukaliśmy Liège.
Luik?!
No żesz.
Luik Huik Duik.
Zaginieni siostrzeńcy kaczora Donalda?
Nasza mapa wskazywała jedynie Brukselę i Maastricht oddalone od siebie o centymetr. Taka skala tej przygody.
Dynia nic to. Mogła jechać i jechać.
Czasem miała dosyć, czasem my mieliśmy dosyć, głównie tego po tysiąckroć karaoke pod płytę z The wheels on the bus go round and round...
Pomysł na tę podróż wygrałam razem z weekendem w duńskich fiordach w konkursie: co wiesz o swojej ulubionej, teutońskiej telenoweli?
Wiedziałam najwyraźniej sporo, co winno dać organizatorom do myślenia, bo pytania były w języku dla mnie –  bez fałszywej skromności –  obcym.
Wygrałam.
O ironio losu, wygrałam po teutońsku.
Zabawne, bo po wielokroć, od pierwszego obejrzanego odcinka telenoweli powtarzaliśmy, że warto byłoby do tego Flensburga...
No i szast prast.
Dyni najbardziej przypadł do gustu hotelowy, śniadaniowy bufet oraz wieczorne, wytworne, restauracyjne posiłki.
Na rzecz apetytu Dyni utraciłam połowę swych porcji. (Cwany Norweski zamawiał krwawe steki, którymi przecież nie mógł dzielić się z dziecięciem.)
Flądry, kraby, łososie, cytryny, smażone kartofle, currywursty, lody, torty, kremy i piany.
Piany piwne, po które Dynia sięgała wgłąb kufla po łokcie i mleczne piany zamawiane specjalnie, by w spokoju wypić własną filiżankę kawy.
Gdy sprzątano nasze talerze, Dynia szukała prowiantu na sąsiednich stolikach.
W hotelu Dynia zachowywała się poprawnie do chwili, gdy nałożyliśmy embargo na oglądanie miejscowej wersji Teutoni mają talent i zarzuciliśmy na Dyniowe łóżko chustkę jak na klatkę z papugą.
Szwedzcy goście z sąsiedniego pokoju słyszeli, o czym nie omieszkali przy śniadaniu, więc jeśli fonię Dyni skomentowali powściągliwi Szwedzi... to oddaje amplitudę.
I gdyby tylko te duńskie fiordy nie były tak płaskie jak naleśnik Flensburg, rewelacyjny Flensburg byłby ekonomiczną wersją Bergen i okolic.
Z Flensburga, ci, co mają migdały przywieźli sobie zapalenie.
Ci bez migdałów, upiorny ból gardła.
(Wszyscyśmy jedli lody z tego samego rożka. Po rożku rozbiegły się pewnikiem paciorkowce.)
Niemiecka pediatra wręczyła słoik antybiotyku.
Jak nie amo to cefto o smaku syntetycznej pomarańczy.
Kruszeję w obliczu paciorkowców.
Podałam Dyni całą serię.
Do kitu.
Acz Dynia ozdrowiała natychmiast.
Współczesne trendy w medycynie na zapalenie migdałów przypisują również lody.
Może od tych lodów ozdrowiała?


... to be continued...

(...)


©kaczka