1601-1609

[1-8 Jul 2013]

(...)
A tymczasem we własnym gnieździe.
We własnym moich gnieździe wizytuje Hauptcioteczka.
(Hauptwujaszek wolał złamać obie nogi, niźli stać się ofiarą mych eksperymentów kulinarnych.
Choć uważam, że to ekstremalne środki, by uniknąć kontaktu z zieloną sałatą.)
We własnym gnieździe ja głupia ciągle wierzę w nagłe nawrócenia na słuszne.
Wychodząc z domu o świcie, pozostawiłam Dynię na pastwę losu (a nawet jej najbliższych), upraszając zebranych o złożenie dziecku obiadu i kolacji z tego, co znajduje się w lodówce.
Wracam.
Na stole nasmażone wieprzowe zwłoki, takie tłuste ochłapy z opakowanie próżniowego ciepnięte na patelnię, pod to blade fryty z mrożonki zajeżdżające olejem przemysłowym oraz nasmażone na margarynie warzywa.
(Skąd? Jak? Z czyjej to lodówki?)
Na stole w talerzu tłustych zwłok dłubie trzylatka.
Różne myśli mi przyszły do głowy. W tym, tradycyjnie, mordercze.
Jak i również, co pewnie przychodzi z wiekiem, myśli zachowawcze, że oto trafia mnie szlag, od widoku wieprzowego truchła dostaję aneuryzmu, pęka mi w głowie pulsująca tętnica i w ten oto sposób dożywotnio skazuję Dynię na kuchnię Norweskich.
Dożywocie krótkie, ale w męczarniach.
(Słowem, muszę zorganizować jakiś cyrograf, który zagwarantuje mi nieśmiertelność przez minimum najbliższą dekadę. Którędyk na Rzym?)
I są, dochodzę do wniosku, rzeczy, których przenigdy nie ogarnę rozumem.
To, że można żywić się tłustym smażonym stekiem, wiedząc, że się ma poziom cholesterolu pierdylion i, że wszystkie babki  po kądzieli, w regularnych interwałach, od 1870 roku schodziły z tego świata skutkiem rekordowej cukrzycy lub eksplodującej miażdzycy.
Że się samemu chce kontynuować tę wdzięczną tradycję schodzenia, wolna droga i kij ci w kondukt żałobny oraz kare konie z pióropuszem, ale dziecinę moją, a  swoją ćwierć genów zabierać na tę przejażdżkę?
Jako też, że we własne dziecko, krew z krwi, gen z genu, oczy błękit pruski jak z matrycy, wciska bladą frytę człowiek, który trzy dni temu najpierwszy drwił z diety Emetyka? Takoż człowiek zdawało się świadom, że smażone kartofle w tym gnieździe jada się od święta i jeśli się jada to pochodzą ze sprawdzonego, jedynego słusznego źródła, które nie ma udziałów w recyklingu paliw.
Zwołałam naprędce zebranie rodzinne i przedstawiłam swój punkt widzenia.
Myślę, że mogłam nawet użyć słów wielkich w rodzaju ‘zdrada ideałów!’ oraz ‘mordercy!’.
Ciskając nimi jak mrożoną frytą o ścianę.
Winni, nie poczuli się do winy, gdyż przecież – zapewnili dziecinie w a r z y w a.
Te na margarynie.
(Kiedy nastąpił ten moment, gdy ludzkość zaniechała myślenia?)
A poszeptawszy w kącie, wystąpili z inicjatywą, że w duchu zdrowia i witamin i żebym się już nie czepiała, jutro dziecku machną naleśniki z jabłkami.
Po czym wyjęli plastikową butelkę z tajemniczym proszkiem ‘dodaj wody i wstrząśnij’.
Ja tam byłam już wystarczająco wstrząśnięta.
Oddaliłam się trzymając się za tętnicę.
Nie mogę umrzeć przedwcześnie.
Ot, co. Nie mogę.
Swoich własnych genów pilnować muszę przed sabotażem.

(...)
Razem z Hauptcioteczką przybył w ó z e k.
Odpowiedzialny za emocje neuron Dyni ledwie to uniósł i nieomalże trzeba było resetować system.
Przybył wózek, planety się zatrzymały, Dynia wstrzymała oddech.
Trzeba było jej przypomnieć, by zajęła się respiracją.
Nauczka. Nie wystawiać neuronu na takie półroczne próby.
Wózek ma jedną wadę. Zaprojektowany został dla jednego pasażera.
Ponieważ chętnych jest wielu, wygląda raczej jak autobus prujący przez stan Kerala.
Kto nie siedzi, ten wisi wczepiony w boki pojazdu.
Kto nie wisi, ten trzyma na kolanach prosię.
Albo klatkę kur.

(...)
Przy piątku wybrałyśmy się z Dynią do stolicy, by po raz kolejny oddać krew dla dobra nauki.
Myślałby człowiek, że będzie miał z tego przywilej w postaci rozmowy ze specjalistą od spraw uczuleń.
Specjalista się stropił, zrobił zdjęcia, notatki i powiedział, że nakłoni niemieckiego (sic!) lekarza, by ten nas skonsultował drogą pocztową, gdyż nie pamięta co z tym zacz.
Niby dobrze, że miast udawać, że się zna, nie udawał.
Jednak wydawać by się mogło, że mógłby jak na rozmiar i reputację szpitala trochę się przyłożyć, gdyż ten przypadek nie wymaga ingerencji Doktora House’a.
Dynia przesiedziała wizytę ze wzrokiem wbitym w podłogę emitując aurę zagęszczonej niechęci.
(Moja wina. Powiedziałam, że zaliczymy London Eye, ale nie podkreśliłam wystarczająco dobitnie, iż nastąpi to PO wizycie.)
W rezultacie bez protestu pozwoliła sobie wbić w żyłę, nie protestowała, gdy kropili ją alergenami, ale przez dziewięćdziesiąt minut nie odezwała się ani słowem, a jej wzrok ‘zbójcy na drodze’ wypalał dziury w podłodze.
Nie pomogły lingwistyczne żonglerki specjalisty i pielęgniarek, nie pomogły nalepki, ani  kredki, ani inne dostępne w szpitalach gadżety.
Nawet zjeżdzalnia w poczekalni okazała się zdradziecko zdradliwa i mająca chyba udziały w ortopedii.
Me no like here.
I cóż jej zrobicie?
Lukrem na torcie tej historii była dietetyczka, która przypadła do nas już prawie u drzwi wyjściowych.
Że oto, jakże akuratnie wpisujac się klimat ostatnich opowieści, niepokoi ją dieta Dyni.
- Czemuż? – zapytałam.
- Temuż, bo dziecko nic nie pije. Nic oprócz pół szklanki mleka do śniadania. Jak również, że dziecko w ciągu roku przeskoczyło trzydzieści centyli. – odpowiedziała mi oważ.
Na obronę mej kuchni i konsekwencji jej zażywania, przeskoczyła też trzydzieści centyli w tabeli wzrostu, więc nie jest aby tak, że mam w domu otyłego gnoma.
A pija wiecej niż szklankę mleka, problem w tym, że w internetowym formularzu, który należało wypełnić w ramach prac naukowych nie było opcji ‘woda’. Ani źródlana, ani z kałuży, ani z klozetu.
Była natomiast opcja: fizzy drinks lub Ribena light.
Oddaliłyśmy się ze szpitala wyposażone w dobre rady. By zastąpić mleko pełnotłuste kompletnie beztłuszczowym, by wprowadzić napoje w wersji light oraz odłączyć dziecko od komputera i ipada.
(Ipada musimy najpierw kupić, ale czego się nie robi dla dobrostanu dziecka.)
Idzie też za nami list do lekarza rodzinnego, by mieć Dynię na oku, gdyż trend trzydziestu centyli jest podejrzany i dietetyczka nie uwierzyła, że dziecko jeździ na hulajnodze i z przyjemnością jada sałatę.
Może nawet opieka społeczna zacznie zagladać nam tu w garnki?

(...)
Praży i jak na malkontenta przystało: gardzę tym solidnym, letnim prażeniem.
Może tak zżyłam się z grzybem? Może niepostrzeżenie przejął nade mną władzę? Może jestem częścią grzybni?
Żyję w tych trzydziestu stopniach na oparach silnej woli.
Nieomal zakończyliśmy miesięczne obchody urodzin Dyni.
(Nieomal, bo jeszcze podobno gdzieś tam czeka Princess- lub Smörgåstårta, co sama zainteresowana przyjmuje w nastroju ‘się należy’.)
Przyjmijmy, że zakończyła się tedy część oficjalna z najwyższymi dostojnikami.
Hauptcioteczka, Ulu oraz Eduardo sami wystarczyliby Dyni do szczęścia absolutnego. A przecież towarzyszyły im świty, orszaki i zastępy niosących dary, balony oraz inne Gruffalony.
Motoryka Dyni wyewoluowała znacząco w ciągu minionego roku, przeskoczyła minimum trzydzieści centyli, gdyż jak jeszcze rok temu paczki i podarki wprawiały Dynię w stupor i konfuzję, teraz w celu wydobycia prezentu przedziera się Dynia nawet przez zabezpieczenia przemysłowe, kody, czytniki odcisków palców i drut kolczasty.
Dom przetrwał kinderbal.
Ofiar w ludziach nie odnotowano.
Supermarket na czas dostarczył nieoczekiwanie przywoite sushi i talerz kanapek.
(Sushi, gdyż na nierozsądne pytanie ‘a jaki życzysz sobie, córko, tort i dlaczego nadal z Gruffalo?’, padła nieoczekiwana odpowiedź ‘sushi cake, plyz’.)
By nie zgorszyć zebranych Norweski wypiekł jednak sztandarowy tort z zielonym pypciem i kremem, a Rubenito był zachwycony.
Dynia wykonała dekoracje.
Ulu przybyła z niepodrabialnym słowiańskim sernikiem na serze sernikowym i kostiumem flamenco.
(Kostium wymusił top-up. Dynia wywlekła stylonową, balową kreację Kopciuszka i obcasy z Tesco.)
Brytyjskie truskawki smakowały nieomal jak polskie, a galaretka z agrestu mogła symulować stężony Waldmaister (możliwe, że Doktor Oetker kombinuje na boku).
Norweski napełnił rozbójniczo kosztownym helem balony i te, jak na filmach, wzbiły się w niebo. W naszym wypadku pod sufit.
Noecjusz i introwertyczna Klaudyna wyszli niepewnie do ogródka trzymając się za ręce i wyglądali przy tym tak rozkosznie, jak para kosmitów eksplorująca obcą planetę. (Potem zniknęli w namiocie. Gdy wyszli okazało się, że znaleźli wewnątrz długopis.  Czy zmywalny? Czas pokaże.)
Rubenito najpierw długo klęczał w progu, prawdopodobnie całując ziemię po której stąpa Dynia, ale gdy już powstał nie odmówił gaszenia świeczek, albowiem do tego najęła go solenizantka.
Eduardo przybył, dla pewności, z własną wałówką.
Lecz dopiero, gdy Noecjusz zaczął skakać po kanapie, odetchnęliśmy z ulgą, rozpoznając, że impreza zalicza się do udanych.
Na nieudanych Noecjusz nie skacze.

(...)
Top trauma tygodnia.
Histeryczny krzyk Dyni na widok pająka w rozmiarze milimetr na milimetr, który wspiął się, by według Dyni, odebrać jej kurze udo.
To nieco przebiło telefon ‘tylko się nie denerwuj’, w którym to protoplaści wyznali, że wrócili z centrum kryzysowego, gdzie oto  zebrano całą dzielnicę za przyczyną odkopanej bomby.

(...)
Uff.

©kaczka
60 comments on "1601-1609"
  1. kare konie z pióropuszem FTW!

    ReplyDelete
  2. Kaczko, a nie lepiej przymknąć oko na wieprzowinę raz do roku i kuprem do góry nie podwyższać poziomów kortyzolu? - retorycznie się pytam.

    I niech mi się z dala od Dyni trzymają z tymi siatkami! Bo przyjadę normalnie!

    A obchodów urodzin nie koniec! Poczekajcie! Podzespoły z Tajwanu już w Hannoverze!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ach, Bebe, przymykam jak cholera. Na calkiem sporo. Dynia przy wizytach jada na sniadanie lizaki, chodzi w rozowych tutu i cekinowych halokyty, a wszystko popija oranzada z torebki. Juz mi tam nawet oko nie mrugnie...
      Ale tu mna wstrzasnelo, ze dla wlasnego spokoju Norweski wykazal spora nielojalnosc tudziez naprawde od samego widoku cioteczki przechodzi rewersyjna lobotomie.
      I jeszcze mi tam lupie z tylu glowy, ze w biezacych okolicznosciach moze sie mi tu zaraz okazac, ze 'mieszkamy na ulicy obok i Dynia wpada po szkole na obiadki'.
      Dodaj do tego, ze zasadniczo wizyty sa czeste, a niedlugo byc moze cioteczka wystapi z zyczeniem, by goscic Dynie na swoim gruncie sama.
      I tu jestem rozdarta w strzepy, bo Dynia przepada za cioteczka (no, kto by nie przepadal, jesli przy wizycie wiekszosc regul idzie sie czesac :-), ja jestem wdzieczna losowi, ze sie interesuja, ze ja rozpieszczaja, ze chca i sie staraja, ale dobrostan Dyni widzimy calkiem odmiennie. A moj dlugoterminowy obraz do cioteczki nie przemawia. Nie przemawia, bo gdyby przemawial to i ona sama musialaby odstawic wieprzowine :-)
      Ech!

      Delete
    2. Zastanawia mnie, czy Cioteczka dla się też na co dzień tak gotuje? Czy może jednak Sauerkraut i ugotowany kartofel? Bo może jej się wydaje, że dla Dyni trzeba robić wyjątek i kupować kiełbasę w kształcie twarzy misia. To może jeszcze jedna narada rodzinna?

      Za mój płot przybądźcie. Za mój! Kiełki hoduję i zagryzam serem kozim z Aldiego :)

      Delete
    3. Jesli to mozna nazwac gotowaniem, to wlasnie tak gotuje. A jesli nie gotuje to wyjmuje z lodowki, a tam, na przyklad, prozniowo pakowane cos czemu sie przeterminowalo w okolicach obalania muru.
      (Na przyklad z ostatnia wizyta byly knodle, ktore wujaszek otrzymal w prezencie na 60 urodziny. Dwa lata temu. No ale skoro prozniowe to przeciez sie nie psuje, no i szkoda wyrzucic, prawda?)
      I ona mi to Dyni na talerz... i troche mi straszno oddac jej Dynie samopas, gdyz z kazda tam wizyta mam wrazenie ze ratuje dziecine przed jadem kielbasianym :-)
      Na lasagne przybedziemy! :D

      Delete
    4. Jest szansa (i jedyna nadzieja), że z wiekiem Dyni się jednak odwidzi. U babci też kiedyś nie chciałam jeść golonki i tłustych zup ;) Za to najlepszy był zielony groszek z dziadkiem.

      Przybądźcie! Od sierpnia będę miała nawet kuchnię!

      Delete
    5. Bebe, ja tam dziadka nie jadłam ;)

      Delete
    6. ;) pandeMonia to straciłaś wiele....historii dziwnej treści z czasów przedwojennych.

      Delete
    7. Bebe, przybedziem. Na dziadka z groszkiem miedzy innymi :D

      Delete
  3. a ja głupia maila chciałam z pytaniem (jakże teraz mi się to pytanie głupie wydaje): co słychać?

    no wiem!
    się dzieje!

    :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. A ja probuje dodawac komentarze do blogow z wordpressu i znikaja! Chwile wisza i wpadaja w jakas nicosc! Napisalam ci, ze na widok zdjecia bezglowych barbie przyszlo mi do glowy, ze organizowalas sfeminizowane warsztaty plastyczne :-)))

      Delete
    2. e tam w nicość zaraz! w spamie leżakują ;)

      swoją drogą coś Ty im zawiniła, że Cię w takie zacne miejsce wpuścili? tam tylko wybrańcy zwykle...

      Delete
    3. Sie zaczynam na zla litere w alfabecie, co? ;-)

      Delete
  4. też gardzę. prażeniem. wietrzę dziecko w godzinach przed- i poprażeniowych :] choć i to bez przyjemności. staroświecka wiosna i jesień. to lubię :)
    (jedna z babć Ewy ostatnio z okrągłym ze zdziwienia okiem wyznała, że jej córka - nie ja - przestała używać kostki rosołowej. jak to? to można bez? nie mrugnęłam nawet. nie wiem, jak się zaokrągli jej oko, jak wyznam, że my w ogóle - gotowych sosów, zup z proszków, kostek, weget i innych mieszanek...)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zyc sie nie da. Powietrze o polnocy stoi w miejscu, ale pylki - cud jakis - nadal sie ruszaja. Fuj!
      No, ale jak to bez wegety! :-) Wegeta to byl przeciez kiedys skarb kazdej pani domu. Jugoslowianski (?) wklad w kuchenna tradycje socjalistycznych narodow. Pol dnia stalam raz w kolejce po wegete i sie skonczyla piec osob przed, bo kombatant z legitymacja wyszarpal ostatnie torebki :-)

      Delete
  5. Moja mama mnie rozczulała ostatnio salomonowym rozwiązaniem - okazała z dumą paczuszkę, na której wielkimi literami napisane było 'wegeta', a pod spodem wszelkie 'bio, eko, bez barwników, konserwantów, glutaminianu itd itp'

    ReplyDelete
    Replies
    1. To co z tej wegety zostalo?! :-) Bez glutaminianu to zadna tam wegeta!

      Delete
  6. Kaczko, no i jak tu Was nie czytać i nie uwielbiać!
    :-))))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Pasjami uwielbiamy byc wielbione :-)

      Delete
  7. This comment has been removed by the author.

    ReplyDelete
  8. Czytam, czytam i nie odzywam się, ale tym razem nie wytrzymam i Szymborską polecę, co mi tam.

    Lepiej złamać obie nogi
    Niż Kaczkowe jeść pierogi :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Lepiej strzelic sobie w rzepke,
      niz spozywac kalarepke ;-)

      Delete
    2. O, rymy słyszę? Pozwolicie, że i ja się dołączę? :)

      Lepiej zjeść dla szczurów trutkę
      niż z teściową wypić wódkę :)

      Delete
    3. Lepiej sraczke symulowac,
      niz u kaczki sie stolowac!

      ... uprasza sie o wiecej! uwolnic rymy!!!

      Delete
    4. Lepiej zjadać swe brodawki
      niźli z głodu dostać czkawki!

      Lepmy lepieje jako te Szymborskie!

      Delete
    5. Pedagogicznie:

      Trzeba czerep mieć obity
      By spożywać blade fryty ;)

      Delete
    6. Lepiej polec pod Cedynią
      Niźli karmić Dynię świnią!

      Delete
    7. Placze i kwicze z radosci.
      Jeszcze! Jeszcze!

      Lepiej z ludozerca sniadac,
      niz u kaczki wieprza jadac!

      Delete
    8. Kaczka kwacze zachwycona:
      dobrych rzeczy tu od groma!
      Ślimak, móżdżek i dwa wije
      każdy się przy stole wije
      i by nie wyjść tu na dupę
      każdy łychą macha w zupie.
      A po wyjściu od tej kaczki
      każdy szuka wykałaczki,
      by spod zebów, spod języka
      wyjąć coś co nie chce znikać
      gdzieś tam w głębiach własnych jelit,
      bo sie bardzo kurczy przełyk,
      a ślina w ustach się pieni
      na sam widok tego menu!

      Delete
    9. Proszę - z dedykacją dla Norweskiego:

      Lepiej, by Ci jądro spuchło,
      Niż, byś jadł wieprzowe truchło.

      Delete
    10. Lepiej mieć potomstwo z bratem,
      niż u Kaczki jeść sałatę.

      Delete
    11. Zaraz się wścieknę! Od kiku godzin chodzą za mną kaczym kroczkiem lepieje żywieniowe i nie mogę ich przegonić:

      Lepiej grać z tygrysem w berka,
      niż u Kaczki jeść żeberka.

      Lepiej nadziać się na minę,
      niźli z Kaczką jeść jarzynę.

      Lepiej przepić cały spadek,
      niż zjeść Kaczki - fuj! - obiadek.

      Lepiej Dynię głodem morzyć,
      niżby miała marchew spożyć.

      Delete
    12. Lawina poetyckiej inwencji ruszyła! Defiladę poprowadzę osobiście.

      Delete
    13. O mamuniu! Jakie tu perly! Nie moze sie zmarnowac! Poczekajcie chwile. Zrobie tu polke na Lepieje!

      Delete
  9. a możemy urodziny jeszcze we wrześniu poobchodzić? :D

    ReplyDelete
  10. Bardzo fajna ta tendencja coraz dłuższych notek! Lubieto!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kolejna tez prawdopodobnie bedzie dluga, bo spadamy na krotkie wakacje :D

      Delete
  11. blade fryty, wieprz smażony, na okrasę warzywa w margarynie tony - to musiała być uczta! ;) udanego wakacjowania!

    ReplyDelete
  12. Czyżby protoplaści zamieszkiwali Szczecin? Bomba u nas ostatnio była na stanie, wprawdzie zdaje się bardziej utopiona, niż odkopana, ale jednak :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. W rzeczy samej :D Piekne, nadmorskie miasto.
      Jak czlowiek slyszy 'tylko sie nie denerwuj' to juz nie przyswaja szczegolow i detali. Faktycznie - utopiona.
      :D

      Delete
  13. Pytanie jest.
    To co Wy jecie?
    Ja tak serio.

    ReplyDelete
    Replies
    1. To, co wszyscy. Korzonki i plankton ;)

      Delete
    2. Zoska, wbrew pozorom odzywiamy sie chyba raczej srednio. Glownie tymi eintopfami, coby kazdy o poranku sobie zabral ze soba do pracy lub placowki i bez klopotu odgrzal w mikrofali.
      Unikamy przetworzonego, nie solimy gotowanych warzyw, ogolnie niewiele solimy, do salat sypiemy ziarna, kasze i orzeszki, nie jadamy sosow (bo kaczce sie nie udaja), zupy rzadko (bo kaczka sie nimi nie umie najesc i ma ograniczony repertuar). Zmieniamy menu codziennie, nie planujemy z wyprzedzeniem, nadmiar mrozimy w malych pudelkach, dzieki temu dziecko doswiadcza codziennie obiadowych emocji-loterii 'co tam matka wyciagnie z zamrazarki', pizze kupujemy zamrozona w Lidlu, glownie pieczemy, takie karbinadle, na przyklad, obsmazamy na patelni krotko i wrzucamy do piekarnika, by doszly, nie jestesmy wegetarianami,pijamy cole, wino, piwo i maslanke, chleb kupujemy jednak glownie w angielskim sklepie, od niedawna Wartburton wprowadzil na rynek quasi-ekwiwalent szwedzkiego Tunnbröd, wiec taki spozywamy, czasem wsypiemy do rosolu 'ziarenka smaku', gdy nie mamy czasu, by rosol pyrkal na malym gazie przez pol dnia, nalesniki smazymy na suchej patelni... dlugo by tak jeszcze, ale zapewniam, dietetyk mialby co robic :D

      Delete
    3. no bo ja się martwię czym ja Tę synową będę karmić:)

      Delete
    4. Zareczam ci, ze nie bedziesz musiala karmic. Ona sama sobie znajdzie droge do lodowki. Dzis kazala lodowke otworzyc i okazywac zawartosc od nabialu, przez miesa, po warzywa, a nastepnie wyjawila, co i w jakiej kolejnosci pozre.
      Co tez i uczynila.
      :-)

      Delete
  14. Treściwie i do rzeczy. Tak lubię:)

    red_adelka

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kocham takie odpowiedzi szczególnie jak są tak rzeczowe i nie pochodzą od Kaczki:(

      Delete
    2. @Zośka
      Mój komentarz nie jest odpowiedzią na Twoje pytanie tylko komentarzem do postu Kaczki.
      Wybacz również, że nie jestem Kaczką i moja nieodpowiedź jest tylko od skromnej mnie.
      Skoro jednak pytanie padło - odpowiadam wyczerpująco:
      Dzisiaj zjadłam na śniadanie 2 brioszki z jabłkami własnego wypieku. Na obiad zjadłam młode ziemniaki z surówką z kapusty i jajkiem sadzonym. Na kolację zjem kanapki.
      Ale dzisiaj tak różnorodnie bo niedziela. W dzień powszedni jem głównie kanapki (choć z razowego chleba) i popijam kawą.

      red_adelka

      Delete
    3. Acha, jeszcze sałatka z bobu, pomidora i cebulki.

      red_adelka

      Delete
    4. A to sorry:)
      wygląda na to, że brytyjski upał mi nie służy.

      Delete
    5. :)

      red_adelka

      Delete
  15. Zawsze to coś masz za sobą. Ja nie śpię, bo czekam na wyniki rekrutacji. Ogryzłam stół i kawałek osobistej nogi. I to wszystko by, bez względu na rozstrzygnięcie, wsadzić potem nośnik genów w samolot i wysłać do Ciebie. Cieszysz się? Powiedziała, że na półtora miesiąca. To Cię będzie kosztowało!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Z moich podatkow?
      Gdziez ona jest? Niech na rosol przyjedzie!

      Delete
  16. No proszę, wpadam, a tu lepieje, cała masa ;).

    Lepiej tydzień smarkać podle
    niż u cioci spożyć knodle ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Lepieje trzeba zakonserwowac. kaczka idzie budowac regal na Lepieje!

      Delete