Bullerbyn

[16 Jul 2013]

(...)
Ona miała imię wymarzone dla bohaterki południowoamerykańskiej mydlanej opery.
(Esmeralda? Esperanza? Leoncia? Isaura?)
Do tego długie, bardzo długie, krucze włosy, krągłe kształty i dom rodzinny z widokiem na lamy i na Cotopaxi.
On miał na imię Jimmy, mógł być stolarzem lub mechanikiem samochodowym – nie pamiętam. Pamiętam, że poznali się w internecie i że on codziennie słał jej przez ocean róże, a jej koleżanki z biura, przy którejś z głównych Avenidas miasta Quito mdlały od tych róż z zachwytu.
Spotkałam ich raz na jakiejś kuchennej imprezie.
Siedzieli pod oknem, trzymali się za ręce, słońce wybłyszczało jej długie włosy i wygładzało jego przeraźliwie ospowatą cerę.
Jego nieładność podkreślała jej urodę.
Opowiadali o sobie.
(Myłam sałatę? Odcedzałam makaron? Tarłam ziemniaki na placki? Gotowałam filmjölk, by zdobyć twaróg na pierogi?)
Że, gdy już wysłał tych róż kilka tysięcy, wsiadł w samolot i poleciał ku Cotopaxi z pierścionkiem.
Skąd się wzięli, kto ich przyprowadził? Ona nie była studentką, dopiero przecież przyjechała, färsk południowoamerykańska narzeczona.  On nie studiował, może ktoś go w tej przechodniej kuchni z widokiem na Hagę uczył hiszpańskiego, by wiedział jak dygnąć przed teściem?
Pamiętam, że gdzieś między zlewem, a lodówką powiedziałam, że to w sumie ładna historia.
I mi wtedy sarknął taki jeden ze zjednoczonej, cynicznej Europy ‘przejrzyj na oczy, kaczko, to czysta handlowa wymiana, seks dla ospowatego w zamian za personnummer, wizja hodowania lam do końca życia kontra dom z klozetem’. I jeszcze dodał, że wedle niego to małżeństwo przetrwa góra pół roku.
Może dlatego zapamiętałam?
Nie lubię, gdy mi ktoś grzebie w happy-endach.
Drugi raz spotkałam ją kilka tygodni, a może miesięcy później.
Na kursie języka dla invandrare.
Była duszą towarzystwa.
Poznałam ją po kruczoczarnych, długich włosach splecionych w warkoczu, ona mnie nie poznała. Nic dziwnego. Tamtej letniej nocy patrzyła tylko na niego.
Trzeci raz spotkałam ich siedem lat później.
Przedwczoraj.
Zderzyliśmy się w tranzycie.
On miał na sobie koszulkę z któregoś z parków narodowych Ekwadoru, ona krótko ścięte kruczoczarne włosy. Trochę posiwiała i była przebrana za Szwedkę. Jej gesty i emocje też jakby zmieniły narodowość.
Jego cera pozostała bez zmian, a blond włosy pewnie lepiej kryją siwiznę.
Stali przed nami w kolejce do prześwietlania bagaży.
On patrzył na nią z czułością, ona patrzyła przed siebie.
Potem usiedli kilka rzędów przed nami, w tym samym samolocie, może nawet uśmiechnęli się, gdy zniecierpliwiona bezruchem maszyny Dynia krzyknęła czcionką w rozmiarze siedemdziesiąt dwa: ‘BIST DU FERTIG, DUFUS PLANE?’.
Wysiedliśmy.
Nasze drogi znów się rozeszły.
Może się kochają, może nie.
W sumie ładna historia.

(...)
Zażyliśmy Bullerbyn.
Dnia do północy, rozmawiania, krewetek wydłubywanych z pancerzyków jak orzeszki oraz lipcowego, skandynawskiego spokoju.
Wielkiej słonecznej plamy, w której można jadać wszystkie posiłki.
Celebrowania kolejnych filiżanek kawy w cieniu niebiesko-żółtej flagi na maszcie sąsiadów.
Dynia zdmuchnęła świeczki na kolejnym torcie swego powodzenia i zinwentaryzowała wszelkie dostępne atrakcje w miejscowym parku rozrywki, a w ramach procesu integracji z miejscową ludnością zamówiła lody ‘saffron och honung’, gdyż były, jak wyznała mi na ucho, w bardzo atrakcyjnym kolorze lelloł. Następnie zjadła dwadzieścia cztery naleśniki z dżemem i śmietaną.
(O ironio losu! Wspominając udrękę produkcji twarogu, słodkie śledzie w nadmiarze, kötbullar z mrożonki, bezpańskie kilogramowe bloki sera zalegające tygodniami w lodówkach w akademikach, albo okrągłe, trzeszczące w zębach płaty chrupkiego chleba, czy przyszłoby nam naonczas do głowy, że będziemy wracać do Bullerbyn, by cieszyć się zdrowym jedzeniem? Że irańska pizza z knajpy ‘Akropolis’ zdobiona surówką z surowej kapusty będzie nam aż tak smakować?!)
Było leniwie, niespiesznie, nieco psychodelicznie od  nadmiaru zielonych królików.
Najbardziej Dynia zapamiętała króliki.
My najbardziej plac zabaw, na którym Dynia rwała nieletnich wikingów na łzy niewieście.
Aż jeden się dał nabrać, otoczył czułą troską, monologował łagodnie,  łzy próbował ocierać i ostatecznie wciskał koordynaty na wypożyczalnię identycznych rowerków, o który to rowerek Dyni się rozeszło. (Nie, nie. Własnego nie oddał. Nie przeceniajmy wikingów.)
I nie zniechęciło go do monologowania nawet to, żeśmy mu dyskretnie próbowali wyjaśnić, że lilla Dynia nie mówi w jego narzeczu. Inga problem tak się upierał, a tymczasem samowyciskalne łzy Dyni kapały na jej północno-europejski blond fenotyp i rowerek.
Potem doszliśmy do wniosku, że może my też już nie.
A w końcu przyglądając się międzynarodowym nogom zwisającym ze zjeżdżalni  i obserwując alianse i mezalianse wyszło na to, że wystarczy się uprzeć i wszystko da się opowiedzieć mową ciała.
No i git.
 

(...)
Z nierównowagi płci widocznej w użytkowanych placówkach wychowawczych, słabo się nam Dynia identyfikuje z własną płcią.
- Nieźle ci to wyszło, Dyniu. – sypię pochwałą, a Dynia się dopomina o więcej frazą ‘Dynia good boy?’.

(...)
I jak się ta Dynia nagle rozgadała!
Wciąż sypie się z niej jakaś trójjęzyczna, gramatycznie pokrętna, mocno niekonwencjonalna gadka.
Zagadka.
Od rana do zmroku.
Puryści –lingwiści potrzebowaliby soli trzeźwiących.
Das ist my CIASTKO!’ – powiada Dynia prychając  okruszkami.
Albo ‘BIST DU FERTIG, wujka?’ popędzając wycieczkę.
Tudzież ‘my going take PAFON, sunny days!’ oddalając się w kierunku prysznica.
A co za tym, nieuniknione, ‘NOT MY WŁOSY! NOT MY WŁOSY, PANI! PANI MAMA!’.
Na pytania ‘this is...?’ odpowiadamy cierpliwie – ‘pani matka mówi na to tak, Herr ojciec – tak, a ochronka – jeszcze inaczej.
Czasem Dynia to łyka bez refleksji, czasem rozkłada bezradnie ręce ‘my saying...?’, czyli, ‘a jak do cholery, mam mówić ja, hę?’
(Na co my, wciąż jeszcze cierpliwie – ‘do pani matki tak, do Herr ojca – tak, a w ochronce – jeszcze inaczej...’)
Czasem zatem odmawia porady i mruczy pod nosem: ‘my saying (tu wybrana desygnata ze stosownego narzecza)’.
I jeszcze patrzy wzrokiem ‘możecie mi nagwizdać’.

(...)
Korzystając z wizyty w Bullerbyn przysiadłam na kozetce u terapeutki.
Terapeutka prostuje moje depresyjne, jesienne myśli, ja jej w rewanżu wyjaśniam zawiłe obyczaje i tradycje plemienia Polan.
Jednak czasem nie potrafię.
Bo obstaje terapeutka, że jesteśmy jedyną nacją w jej karierze, która masowo wyjeżdża z kraju ojców zostawiając za sobą własne dzieci.
Że niesiemy w sobie ponoć dość rzadkie wśród innych ludów przekonanie, iż bez szkody możemy zawiesić rodzinę na kołku, na rok, na dwa, na pięć, scedować dziateczki pokoleniu pradziadków, a  w trakcie rekompensować progeniturze niewykończonym domem z podmurówką, telewizorem rozmiarów największej ściany w stołowym, rodzicielstwem via skype i obietnicą spotkania w lepszych czasach.
I że to wcale nie tak, powiada terapeutka, że zawsze zostawiamy za sobą zupę z trawy i kartofle bez omasty. I że nie raz i nie drugi się okazuje, wynikiem rozmowy ze specjalistą, że dom mógłby być krótszy, a telewizor węższy.
I że owszem sporadycznie Rumuni, Litwini, czasem Rosjanie, ale Polanie masowo.
Rach ciach. Dziateczki protoplastom i w długą.
- Czasem – terapeutka bardzo waży słowa, za to ją szczególnie lubię, każde zawsze obejrzy pod światło i nad każdym przystaje– tak, jakby dzieci wcale nie były ważne.
- Nie wiem. – odpowiadam i coś tam mamroczę, że spójrz jacy jesteśmy patriotycznie przywiązani do ziemi i ściany w stołowym, jak szanujemy starszych, jak cenimy ich wkład w wychowanie młodzieży...
Argument o tym, że zapewniamy potomstwu stabilizację i bezpieczeństwo się nie obronił.
Z terapeutycznego doświadczenia wychodzi, że jesteśmy również tą nacją, która nie uznaje za niezdrowe wyrwać niespodzianie dziecko z polskiej szkoły, przerzucić przez morze, umieścić w skandynawskiej placówce edukacyjnej, a po trzech miesiącach zmienić zdanie i odesłać do ojczyzny pod skrzydła babuni i dziadunia.
Tak nas widzą.
Czy to marny zbieg okoliczności, czy socjologiczny trend?
Nie drążyłyśmy tematu.

(...)
A ja, tendencyjna anegdotka na marginesie,  poznałam rodziców trzylatka, rodaków z dyplomami porządnych szkół wyższych i wysokich, którzy zostawili półtoraroczne swe dziecko pod opieką dziadka i babki na pół roku, by urządzać się na Wyspie. Gdy się już urządzili, sprowadzili potomka i z marszu próbowali umieścić go w przedszkolu. Ku ich zaskoczeniu dziecko nie chciało się integrować. Na życzenie rodziców, z pobudek najszlachetniejszych z możliwych, przeniesiono tedy chłopinę do grupy, w której były polskie dzieci  ‘by rozumiał co się do niego mówi’. I to również nie wyszło, albowiem dziecko płacząc od ósmej do piątej było uparcie głuche na wszelkie dostępne narzecza. Rodzice uznali przeto, że ‘był za mały na przedszkole’, zatrudnili do opieki panią z Polski i planują kolejny eksperyment z lokalną edukacją jesienią.
Nie stać mnie na morał.

©kaczka
24 comments on "Bullerbyn"
  1. Aż mnie przeszły paskudne dreszcze po ostatnim akapicie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Upiorne, prawda?
      No i przynagla, zeby swoim poczynaniom sie przygladac z boku i z dystansu.

      Delete
  2. gdzie te zające, gdzie? @_@

    ReplyDelete
    Replies
    1. Podsypac?
      http://kaninlandet.liseberg.se/?campname=kaninlandet&camplink=puffHogerTopp

      Delete
  3. piękna historia miłości na przekór pozorom. Kaczka myślała może żeby jaką książkę napisać ?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ksiazki kaczce wychodza nudne, az dziw, ze czytelnicy nie tna sobie zyl kolejnymi stronami :D

      Delete
  4. Oj, przydałaby mi się teraz na podorędziu rozprawka wyjaśniająca 'dlaczego nie', bo mnie tu otoczenie mocno ciśnie 'porzuć na kilka(naście) miesięcy' albo 'weź ze sobą i wrzuć do jakiegoś przedszkola na 10h dziennie' - oni tak zrobili i teraz ich kariery błyszczą, a dzieci żyją i bardzo światowe są, świetnie sobie radzą, raz na rok się widują, takie samodzielne!

    ****
    a o co chodzi z tymi królikami?

    ***
    i jak najbardziej popieram Dynity prawo do własnego narzecza - niech się świat uczy Dyńskiego, jak tak namieszał z tymi językami!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kroliki tu: http://kaninlandet.liseberg.se/?campname=kaninlandet&camplink=puffHogerTopp
      I wielki szacun dla Szwedow, ze te kroliki nie tylko chodza po obiekcie, ale tez i organizuja zabawy taneczne, animuja dziateczki lub uczestnicza w pokazach sztuk magicznych. Magicy w stylu wczesna Abba oraz kroliki (widac nieco na zdjeciu) byli prawdziwym hitem. Nieomal zostalismy na dwa seanse, a Dynia miala oczy jak spodki :D
      Takiej przasnej zabawy nam tu brakuje.

      A nie proponowali szkoly z internatem? Bo tu, na przyklad, proponuja. O czym jeszcze musze napisac, bo mnie strzelilo :-)

      Dynski, mniemam, pewnego dnia pokona esperanto. ma niezwykle kuszaca gramatyke i liberalny wokabularz.

      Delete
  5. Mądre, choć bardzo gorzkie refleksje i niestety spostrzeżenia o naszej nacji oparte na faktach. Dobrze, ze mogłaś osłodzić je Dynią, Kaczko. Ciesz się swoją Rodzinką ile sił :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Caly czas jednak chce wierzyc, ze to mniejszosc tak czyni i po prostu rzuca sie w oczy.
      A przy Dyni, to prawda, slodzic nie trzeba ;)

      Delete
  6. No, ale pani terapeutka nie ma chyba szerokiej znajomości migracji kobiet z Chin, Filipin, Malezji i Ameryki Poludniowej które od dawna zostawiają dzieci dziadkom i pracują latami w Singapurze, Stanach, Kanadzie opiekując się dziecmi innych, bogatszych kobiet. Może to sytuacja bardziej ekstremalna, bo wynikajaca z dużo wiekszej biedy, niż ta Polska. NIe sadze żeby rodziny kursujące miedzy Polska a UK nie mogly znaleźć lepszego rozwiązania... Z drugiej strony, pani która mieszka w Bullerbyn latwo mowic, skoro opieke nad dzieckiem zapewnia jej państwo...

    A lody "lellow" wygladaja smakowicie! U nas do niedawna jadane były tylko "white" albo "brown", wszekimi truskawkowymi czy jagodowymi Stokrota gardzila. Niestety tego lata wpadly jej w oko lody "smerfowe". Fuj, już mentalnie licze konserwanty .....

    ReplyDelete
    Replies
    1. Smerfowe w kolorze 'bul' stracily na popularnosci ze wzgledu na niedostepnosc, ale sie jadlo, oj! jak sie jadlo!

      Lody 'lellow' specyficzne w smaku. Niektorzy utrzymuja, ze szafran w nadmiarze zmienia smak kazdego dania w stara skarpetke. Ja tam lubie! Hitem byla posypka. Bo to nie pianki, ale malutkie kolorowe bezy. Rewelacja.

      Nie, terapeutka nie ma. Poza tym Polska i Szwecja nie sa daleko, wiec to tez pewnie dodatkowy czynnik - przewaga przyjezdzajacych do pracy Polakow.
      Ale cala sprawa rozbijala sie wlasnie o poziom biedy i utrapienia. Ze w wielu przypadkach to zadna bieda, ani oboz dla uchodzcow tylko wiekszy telewizor, lepszy samochod oraz dodatkowy metr kwadratowy podlogi. Kosztem zdrowia psychicznego nieletnich lub ich rozdartych (albo tez i nie) rodzicow. No i w efekcie, zajecie dla terapeutki.

      No i mysle, ze jej chyba naprawde latwo mowic, bo i owszem opieke nad dzieckiem zapewnia jej panstwo (mowimy o opiece socjalnej?), ale to samo panstwo prawdopodobnie odebraloby jej dziecko z marszu, gdyby podrzucila je komus i wyjechala do pracy na pol roku, czy rok.

      Lata swietlne minely od pomieszkiwania w Bullerbyn, ale ci Bullerbynianie, z ktorymi mialam do czynienia nie licytowali sie na podmurowki, ani telewizory. Nie wiem, czy wiele sie zmienilo w ciagu ostatniej dekady, ale za naszych czasow koncept 'lagom' (dla zainteresowanych detale tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Lagom) jeszcze jako tako sie trzymal.

      Delete
  7. W sumie ładna historia. Egzotycznej miłości. Nie rozumiem, że komuś się chce dywagować na temat cudzych zawsze dziwnym trafem niecnych zamiarów. Czasu im nie żal?

    Tu dygresja (w związku z okrzykiem samolotowym Dyni): 2-letni Współlokator na koncercie organowym (sic!) w kościele (sic!). Po koncercie następuje nabożna cisza, w którą współlokator wpasował się idealnie z głośnym "AUS??". Nawet organista parsknął śmiechem.

    Zachwycają mnie egzotyczne destynacje waszych podróży! I te lody w polimerowym pucharku nowoczesnych Wikingów.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Swiatynnym bogom dziekowac, ze nie bylo to na przyklad 'RAUS!' :D
      I my chadzalysmy sluchac organistow-baptystow, ale Dynia zaczela wychodzic z zalozenia, ze potrafi grac lepiej i trudno ja bylo przekonac, zeby dala szanse innym. Oraz glupio bylo stac za plecami organisty przez czterdziestopieciominutowy recital :)

      A gdziez tam egzotyczne te destynacje! Toz to stad jak rzucic czapka. Ale mielismy refleksje na temat: patrz, kaczko kiedys natychmiast udalibysmy sie do baru 'Skal' (na piwo osiem euro za szklanke), a tu kroliki, samochodziki, samolociki... Ot, czlowiek z wiekiem dziecinnieje :)

      Delete
    2. EuropaPark niby ode mnie rzut beretem, ale na taką egzotykę odważyłabym się tylko z Dynią ;) Przybywajcie!

      Delete
  8. Ależ Ty fajnie piszesz, dziewczyno!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zorro, zawstydzasz mnie tu publicznie :)Z twej klawiatury taki komplement... ustawiam w szklanej gablotce i na kluczyk! :*

      Delete
  9. Zające zielone, międzynarodowe nogi i lelloł jak zawsze rulez :). Kolejny potężny i potężnie interesujący wpis :).

    Dynia piękne karkołomne konstrukcje stosuje :).

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dynia teraz kazda historie zaczyna od 'Last time...'
      Wychodzi Norweski dzis z domu do fabryki i zaczyna pogawedke z sasiadka na temat wydajnosci nowego algorytmu recyclingu (mamy po piec wiader na rozne i potezny od tego bol glowy). Dynia stoi za firanka i podsluchuje.
      Potem leci do mnie i opowiada 'Last time papa talking pani rubbish!'
      Uwielbiam ;-)

      Delete
  10. Czytam codziennie po kilka razy, ale nie śmiem komentować. Jeno marzę o spotkaniu Jej i Jego. (FF :D )

    Dyniu lofffki! :*

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ach!
      :D
      (My tez. Dajcie nam pol roku, bedziemy blizej.)

      Delete
  11. Kaczka, wciągam twój blog oboma nozdrzami. Piknie!
    PS. Czy to przypadkiem Liseberg na zdjęciach? ach, dawno nie byłam... :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Witam!
      Liseberg! My tez ostatnio chyba szesc lat temu, wiec zmiany nas wielce zaskoczyly. Rozrywki dla duzych nie mielismy okazji sprawdzic, ale katem oka dostrzeglismy, ze juz i Goteborg ma swoje 'London Eye' :-)

      Delete