[36]

[9 Feb 2014]

(...)
... i układanka po mamusi
(Nieskromnie, po czterdziestu latach nie brak żadnego kawałka.)



(...)
Jakieś dwa miesiące temu Najwyższy Urząd Badeński do Spraw Zasiłków i Zapomóg dla Oszustów, Azylantów i Świeżo Upieczonych Rodziców zażyczył sobie, abym mu dostarczyła te kwity, które pracodawca wręcza razem z wypłatą.
Zażyczył sobie od Insurekcji Kościuszkowskiej do teraz, co i tak nie robiło mi różnicy, bo żeby znaleźć jakiekolwiek, musiałam w tamtym, mrocznym czasie otworzyć, wysypać i przeczesać zawartość przynajmniej sześćdziesięciu kartonów.
Ku własnemu, niepomiernemu zdziwieniu znalazłam. Co do jednego. Gdzieś między patelnią, a skrzynką z narzędziami. W kartonie z etykietą ‘Bathroom items’.
(W tym szaleństwie jest metoda?)
Kilka dni temu Najwyższy Urząd wystosował do mnie pismo.
W piśmie gratuluje sobie nowego podatnika w osobie Biskwita, dziękuje za otrzymane kwity, ale jak zauważa, ponieważ są one w obcym dla Najwyższego Urzędu języku (W jakim, na bogów, w jakim języku miałyby być kwity wystawiane przez angielskiego pracodawcę?) nie stanowią one wystarczającego materiału dowodowego.
Tłumacząc z urzędowego na ludzki: 'Każ się nimi wypchać, Frau kaczko!'
W ramach jednorazowego aktu łaski Najwyższy Urząd załączył formularz do wypełniania przez zagranicznych pracodawców.
Formularz oficjalny o numerze cztery osiem mam cię w nosie łamane przez siedemset łamane przez dwa dwieście łamane przez XYZ akuku panie kruku.
(Dodajmy, że nic nie stało na przeszkodzie, by Najwyższy wysłał go bezpośrednio do pracodawcy, albowiem w międzyczasie molestował mnie o adres pracodawcy trzykrotnie.)
Formularz jest po niemiecku.
Ale nie, że cha cha, eins, zwei, drei, polizei, z gwiazdką, odsyłaczem lub dołączonym tłumaczem.
Ten formularz jest PO NIEMIECKU.
AUF DEUTSCH. 
NACH DEUTCH.
FROM DEUTSCH WITH LIEBE.
DEUTCH ÜBER ALLES.
Solidnym gotykiem, pruską frazą, rzeczownikami po pięćsetnie złożonymi, czcionką Gutenberga, a w kopertę wbity gwoźdźmi wydłubanymi z drzwi w Wittenberdze.
Do tego pół strony formularza przeznaczono na  Der Firmenstempel.
- Słuchaj. – rzekłam Norweskiemu, gdy odzyskałam przytomność. – Dzwoń do nich i tłumacz. Że po pierwsze, Dżemajma z Działu Zarządzania Zasobami Ludzkimi tego nie podpisze, bo formularz w obcym języku. Dzwoń, pytaj, może istnieje cztery osiem mam cię w nosie w innych narzeczach. Dżemajma kończyła prywatne szkoły z internatem. Takoż może mają po francusku, albo w zapisie nutowym na fortepian, czy ukulele? Po drugie, dzwoń i wyjaśniaj, że jedyna pieczątka, jaką widziałam na Wyspie to ta, którą w kawiarni gratyfikowano mi konsumpcję napojów gorących na karcie stałego klienta. Ba! Nawet kawiarnia przeszła dwa lata temu na karty z magnetycznym paskiem... Po trzecie, dzwoń i płaszcz się, bo Dżemajma to stracony przypadek. Nieupilnowana z formularza złoży sobie łabądka origami, albo podeprze sobie formularzem kulejący stolik...
Zadzwonił.
Przyprawił Urząd o gesią skórę, koszmary i nocne moczenie opowieścią o krainie szalejącej anarchii, o lądzie bez pieczątek.
A na NorweskiePrzecież, Donerkebapwetter, nie jesteśmy w tej Unii od śniadania! Muszą istnieć zintegrowane formularze’, Urząd uderzył w foch: ‘Herr Norweski, pan się zagalopował, przecież myśmy tę Unię wymyślili!
...
W kwestii, że niby co dalej, urząd zwołał trzydniowe zebranie, a następnie zażyczył sobie dostarczenia tych kwitów, które pracodawca wręcza z wypłatą.
Od chrztu Polski do teraz.
I co?
Znalazłam.
Co do jednego.
Norweski sugeruje, że mogłabym zatrudnić się z tym znajdowaniem w cyrku.
Ale przecież w cyrku już mieszkam.
Cyrk ma świetną kopułę.


Ale jak to w cyrku.
Nie sposób wyjść trzaskając drzwiami.

(...)
'Żywa natura z rybą (I)' (2014)


[Od lewej stoją: matka z Biskwitem w objęciach, jezioro z rybą, ojciec moczący ręce w jeziorze, Dynia.]

'Żywa natura z rybą (II)' (2014)


[Od lewej w pierwszym rzędzie leży: jezioro z rybą.
Od lewej w drugim rzędzie stoją: Biskwit, Dynia, matka, ojciec.]


'Żywa natura z krokodylem' (2014)


[Od lewej w pierwszym rzędzie: krokodyl.]

©kaczka
37 comments on "[36]"
  1. No to teraz rozumiem skąd ta cała unijna biurokracja... Skoro niemieccy biurokraci ją wymyślili, to all is clear...
    Martwe natury przepiękne, ale podpis o treści "krokodyl" - w jakże skrótowej formie samych (chyba?) samogłosek - the best! M.

    ReplyDelete
    Replies
    1. I ta podstepna mina krokodyla :-)
      Prawda, ze mozna odetchnac? Za Unia stoja Niemcy, wiec nalezy spodziewac sie fetyszu pieczatek, nadprodukcji formularzy i tego ze beda zawyzac paragony kasowe. Wreszcie sie wyjasnilo.

      Delete
    2. Taaa... A już unijno-germańskie przepisy interpretowane przez naszych polskich urzędników... To dopiero jest jazda! Dlaczego w dobie komputerów, internetu i czego tam jeszcze, marnuje się tryliony ton papieru na formularze, których treść i tak trzeba na wersję elektroniczną przerobić - tego nie wie nikt...
      Mina krokodyla zaiste podstępna: "co by tu teraz zbroić?" :-)

      Delete
    3. Wiem. Ubolewam. Gina lasy. Rozkruszki zra papier. Urzednicy zacinaja sie papierem i dostaja sepsy. Nie ogarniam.

      Delete
  2. oficjalnie przy Dzemajmie padlam :) az mezowi przeczytalam co bysmy wesolo niedziele zakonczyli,.,,,a krokodyl... Bristol ma od tygodnia wlasnego plywa w Avon jak to robi bez hibernacji nikt nie wie....ma swojego tłitera a mer go zaprasza na sniadanie...pozdrawiam

    ReplyDelete
    Replies
    1. Qoopko, ty jak nikt czujesz ten klimat, prawda? Ze zanosisz niemiecki/chinski/wloski/tu wstaw dowolne formularz do swojego dzialu kadr i prosisz o wypelnienie. A potem kazesz im jeszcze przystawic pieczatke. Gdyby przez to Urzad nie odcial mi funduszy na ciastka turlalabym sie tu ze smiechu ;-)

      Macie krokodyla???! Dobrze, ze Avon tak srednio zacheca do moczenia stop o tej porze roku. O kazdej porze roku? :-)

      Delete
  3. No dobra, wygrałaś z tymi puzzlami - moje najstarsze datują się na jakiś 86 rok (tysiąc dziewięćset oczywiście), czyli mają niecałe trzydzieści. Ojciec mi przywoził z RFN (jak go tam Humboldt zaprosił :). Wcześniej nie widziałam takiego czegoś. Nie powiesz mi chyba, że te Twoje zdjełano w Polszy? Wyglądają podejrzanie ładnie i kolorowo, jak na tamte czasy.

    Rysunki Dyni bardzo piękne. Nasz Młodszy, jak zaczął produkować dziesiątki kartek dziennie jakieś 10 lat temu, tak do dziś nie przestał. Mam ze trzy segregatory + pierdylion zeszytów zarysowanych komiksami. Parę lat temu przeszliśmy na skanowanie, bo już nie wyrabialiśmy z miejscem do przechowywania papierowych wersji. Ale uwielbiam właśnie te pierwsze, w których tak ważny jest SZCZEGÓŁ.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na moich puzzlach stoi 'Made in Japan', ale geneza ginie w mroku dziejow. Nie wiem, czy sa bezposrednio z Japonii. Mam jeszcze trzy inne (wzmiankuje, by dobic dziobem :-), ale bardziej abstrakcyjne, wiec na razie wyprobowalam na Dyni tylko te. Moje najulubiensze.

      Dzis wstepuje do sklepu po segregator, bo Dynia zainspirowana tym, ze Instytut produkuje jej portfolio w segregatorze, zaczela swoje dziela wpinac w nasze, urzedowe :-) SZCZEGOL ma moc. Czekam na swiatlo dzienne, by sfotografowac najostatniejsze dzielo ze szczegolem :-)

      Delete
    2. Czekam z niecierpliwością na SZCZEGÓŁ (już mnie prawie zżarło :)

      Delete
    3. Gotowe. Princessa i szczegol w notce wyzej :-)

      Delete
  4. Miny sportretowanych jakże przypominają twarz Victorii B. w uśmiechu!

    Zastanawia mnie tutejsza miłość do tychże kwitów. Wszakże wystawiane są komputerowo. Padł im dysk twardy? I zawsze się w urzędach tak uroczo (@&^$$%@&!) dziwią, gdy się im opowiada, że w innych krajach TAK nie ma.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kto z kim przestaje... :-)
      Fetysz, powiadam, fetysz stempla i formularza!

      Delete
  5. Abstrahując od Dżemajmy i radości jakie przysparza teutońska administracja, to łączę się w bólu kartonowym. Kwitki z wypłaty w kartonie "bath items"? Idziemy tę samą drogą! Ostatnio znalazłam pilnie poszukiwane spinki do mankietów w kartonie z głośnikami, a kopertę z grubszą gotówką (zamiast na koncie! dobrze, że nie w skarpecie...) w kartonie ze.... szmatami do wyrzucenia.

    Dajcie znać, jak dzieła Dynia fecit trafią na aukcję z młodą (niemiecką? polską? angielską? globalną?) sztuką.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Psst... dziela Dyni rozdajemy na lewo i prawo. Daj znac, jesli bedziesz zainteresowana. Najchetniej jakas Panorama Raclawicka. Dynia maluje tez czasem na zamowienie, ale ilez sie przy tym nachodzic trzeba. Do tego zamawiasz krokodyla, a dostajesz autobus.

      Co drugi karton mial u nas nalepke 'bathroom items' niezaleznie od zawartosci. Ksiazki? Moglabym zrozumiec. Ale patelnia? skad taka klasyfikacja? Coz pewnie urok niskobudzetowej opcji przeprowadzkowej.

      Delete
  6. Słabo mi po tym wpisie. Gdy zjawiam się w swoim banku raz na ruski rok, bez żadnych dokumentów, bo nigdy nie pamiętam, to panie przekopują komputer do ostatniej śrubki, żeby znaleźć nr mojego dowodu osobistego. A Niemce tuż za granicą, jak dotrze do nich, że u nas się dzieją takie bezeceństwa, to strach pomyśleć, co wymyślą.
    A na Dynine wytwory to nie segregator, od razu zainwestujcie w taki kontener, co to je statki wożą z jednego końca oceanu na drugi. Te talenta się tylko rozwijają. Lawinowo. Mniejsza, która jest ze trzy razy większa od Dyni, obecnie operuje już Hot Glu Ganem, a ostatnio zapędziła całą rodzinę do produkcji papieru. Czerpanego. Nawet im nieźle wyszło. Także wacz ałt!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Troche sie zalamalam :-) Mamy juz segregator, dzis kupilysmy dziurkacz. Z drugiego pokoju dochodza odglosy wskazujace, ze jest w uzyciu. Ciekawe, kiedy Dynia odkryje, ze jest z tego produkt uboczny w postaci konfetti :-)

      Delete
  7. jako żywo Dynia oddała idealnie nastroje panujące w domu - jedynie krokodylowi do śmiechu ale z Marsem na czole ;-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Krokodyl to wedlug mnie alegoryczne przedstawienie Najwyzszego Urzedu :-)

      Delete
  8. O tak, Germanie lubia formularze i inny papierowv kram. I na kazdym karteluszku pisze zeby absolutnie nie wyrzucac, koniecznie schowac do segregatorka i przechowywac przez nastepne pól wieku, bo inaczej to koniec - nie bedzie emerytury, nie bedzie ubezpieczenia, nie bedzie zaswiadczenia o przynaleznosci do spoleczenstwa czy tez w ogole zaswiadczenia o istnieniu na tym swiecie. I tych papierzysk po 11 latach mam juz tyle, ze mnie to przeraza - do emerytury wszakze jeszcze lat prawie 30...
    mahadewi

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zdaje sie, ze Norweski nie jest tego swiadom, bo gdy bezczelnie popedzal mnie podczas poszukiwania kwitow zadalam pytanie, czy moglby w takim razie znalezc wlasne. Moglby, ale potrzebny bylby mu jasnowidz.

      Delete
  9. A to się, Pani, wstrzeliłaś! Akurat śmy dyskutowaliśmy o biurokracji. I mówię mu: słuchajże, co Kaczka pisze o donerwetterkrainie!
    Odczytałam z pełnią umiejętności interpretacyjnych. Pod koniec przeszkodził mi tusz. Tusz wpływa do oka i szczypie. Jak diabli.

    Ty się, Kaczko, zastanów, czy nie chcesz aby, bym została Twą nadworną Krystyną Czubówną!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tembrzyk masz piekny i medialny. Zostan!

      Delete
  10. Tryptyk Dyni super ;)) Jakież rozwinięcie akcji, przejścia bohaterów i radość na twarzach dziecięć ze spotkania rodzinnego nad jeziorem z rybą! ;)) No i na końcu krokodyl. Toż to opowieść z morałem ;))
    I uwielbiam u dzieci ten etap malowania - jeszcze bez szyi :)

    O, ciekawa jestem więc, jak potoczy się sprawa z Twoim Elterngeld (bo przypuszczalnie o to chodzi) w sensie przelicznika. Czy pani Müller z urzedu zacznie wyplacac w funtach, jenach, czy moze jednak euro i przeliczonego wg jakieg kursu?- moze tego z dnia bitwy pod grunwaldem :) Choć ja osobiście lubię to 'na-to-mamy-oddzielny-druk', to życzę siły i cierpliwości :)

    arbuz

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bez szyi, bez nog, bez serc, bez ducha, to szkieletow ludy :-)

      Nie zeby nie dostarczalo mi to zjawiskowych inspiracji, ale i ja sobie zycze. A przeciez to tylko Elterngeld, w kuluarach szarpie sie rowniez o Kindergeld. Zaczynam z szacunkiem myslec o tych, ktorzy wyludzaja te zasilki. Jaki ogrom wysilku trzeba w to wyludzanie wlozyc! :-)

      Delete
    2. Z Kindergeld też są problemy? Hmmm, to wydaje mi się być prostsze dla urzędu, bo te pieniądze dostaje przecież z marszu każde dziecię urodzone (czy nawet po prostu zameldowane) w De.
      arbuz

      Delete
  11. Ha! A myslalam ze Holenderska biurokracja polaczona z ta z kraju swierzopa i dziecieliny jest "simpli de best". A tu nie prosze jednak Ordnug muss sein przebija chyba moje doswiadczenia. Ale tez mialam wesolo gdyz uparlam sie zawrzec zwiazek malzenski w Holandii. Z Holendrem zeby nie bylo. Dla urzedu nie bylo problemem zem z Polski ale juz fakt ze mieszkam w USA byl nie do przeskoczenia - zabraklo im krateczki do odfajkowania i sie zaczelo. Dostalam nakaz zdobycia i przeslania nastepujacych dokumentow: kopii dowodu polskiego, holenderskiego, paszportu, wizy wujka Sama, karteluszka potwierdzajacego wymeldowanie z Polski oraz z Holandii, akt urodzenia oraz zaswiadczenie, ze nie prenetduje do bigamii i jestem stanu wolnego zarowno z Polski jak i ze stanow. Wszystkie akty i dokumenty oczywiscie w orginale, plus tlumaczenie plus zeby juz w ogole bylo smiesznie pieczatka zwana "apostille". Dzieki zaparciu Pani Matki oraz temu, ze tak jak i Ty zbieram maniakalnie wszystkie swistki, udalo mi sie zdobyc wszystko poza potwierdzeniem stanu wolnego (z Polski i USA przypominam). Pojechalam najpierw do naszej ambasady naiwnie zakladajac, ze ta czesc bedzie latwiejsza. Ha, ha! Okazalo sie, ze po pierwsze ambasada w Nowym kurna chata Jorku wydaje dokumenty tylko i wylacznie po Polsku. Tlumaczenie trzeba sobie skolowac we wlasnym zakresie (zgrzytalam zebami ale po cichutku). No dobszzzz - przetlumacze mowie pani konsul i prosze o ta cholerna pieczec na co pani radosnie odpowiada ze wydaje je tylko MSZ.... opadly mi cycki.... usilowalam dociec dlaczego konsulat bedacy CZESCIA i podlegajacy pod MSZet nie uwaza za stosowne potwierdzic wydawanych przez siebie dokumnetow aplostillem. Pani konsul wyrazila skruche, ze "faktycznie glupio tak troche" na co pani sekretarka pani konsul stwierdzila ze wedlug konwencji haskiej w ogole tej pieczatki nie musze miec. No i sie zaczela polka. Oglosilam ze nie wychodze dopuki sie nie dowiem co za dokumnet musze posiadac i kto ma go do cholery podbic bo jednak za maz chcialabym wyjsc legalnie. Zmusialam panie do wykonania telefonow do Warszawy oraz Hagi. Telekonferencja trwala lata swietlne ale dokumnet wraz z wyciagiem z konwencji haskiej uzyskalam ;) Po polsku oczywiscie ale na to machnelam juz reka. Pani stwierdzila na odchodnym, ze "sorry, ale jeszcze nie mieli takiego przypadku"- zastanwialam sie przez chwile czy mam pasc na kolana i posypac glowe popiolem w akcie skruchy. W koncu do pelni szczescia brakowalo mi potwierdzenia stanu wolnego z USA przy czym okazalo sie ze dokumnet taki... nie istnieje... za wielka woda trzeba bowiem udowodnic wine a nie niewinnosc i dlatego nikt nie wydaje i nie wymaga swistkow zapewniajacych ze nie jest sie wielbladem (na marginesie to tlumaczy troche zdarzajace sie tu nie tak znowu rzadko przypadki bigamii). Troszke mnie to wytracilo z rownowagi, usilujac dowiedziec sie gdzie moglabym jednak dostac upragniony swistek dodzwonilam sie nawet do Waszyngtonu.... W koncu udalo mi sie wydebnic potwierdzenie z Urzedu Statystycznego (!!) stanu w ktorym rezyduje, gdzie w ramach rozliczen podatkowych zakreslilam kratke "single". Dostalam dokumnet, zaplacilam z nerwowym tikiem prawie 100 dolcow za pieprzony apostille i przyjelam na klate stwierdzenie pani urzednik :"ale Pani wie, ze to nie znaczy ze w innym stanie nie moglaby Pani rezydowac w urzedzie statystycznym jako mezatka?". Zapewnilam pania urzednik ze ja i owszem wiem ale urzad holenderski nie i tego sie bedziemy trzymac. Wszystkie dokumenty do kupy okazaly sie wystarczajace i za maz udalo mi sie wyjsc :) Dodatkowej pikanetrii nadawal sprawie fakt, ze dokumnet z polskiego konsulatu wazny byl tylko 3 miesiace wiec grafik mielismy raczej napiety.
    Przepraszam ze sie tak rozpisalam ale mnie natchnelas :)

    ps. formularz w zapisie nutowym powalil mnie na lopatki - leze i kwicze! :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. O mamuniu! Oficjalnie najwiekszy order z ziemniaka za najdluzszy kiedykolwiek opublikowany komentarz! Meksykanska fala! Historia fascynujaca, czekalam na moment, gdy wdzierasz sie do Bialego Domu, by uzyskac podpis prezydenta. A w dodatku przypomnialo mi sie, ze tez kiedys i w jakims celu potrzebowalam zaswiadczenie o tym, ze jestem stanu wolnego i nikt nie wiedzial skad je wydostac. Sprawa chyba rozeszla sie po kosciach, a moze wydostalam? Stoi za tym jakas trauma i wyparcie wspomnien.
      Dzieki, dzieki ci za te opowiesc, bo to nie tylko wspolnota doswiadczen, ale i przeslanie 'moglo byc gorzej'. :-)

      Delete
    2. Your welcome, my dear :) jak to mawia moja wspollokatorka (czy to nie obciach bedac 32 letnia badz co badz kobieta miec wspolokatorow???). Anyhoo, order z ziemniaka przyjmuje z wdziecznoscia - wykroje sobie z niego piecztke, bedzie jak znalazl jesli kiedys przyjdzie mi zyc w kraju Goethego (tutaj spluwam za rada Pani Matki trzykrotnie prze lewe ramie) ;)

      Delete
    3. W kraju Goethego przerobisz sobie, istotnie, na pommes z keczupem o smaku curry ;-)
      Eeee, czy ja wiem, czy obciach? Jesli sprzata, gotuje, nie udziela rad i nie wyjada zapasow z lodowki to rzeklabym nawet, ze to niezla inwestycja :-)

      Delete
  12. Skoro taki ciekawy i wielki jak ocean temat to i ja cos dorzuce. Lata temu starajac sie o kredyt hipoteczny, potrzebne byly i moje zaswiadczenia o zarobkach (ok - roczne zeznania i payslips) ale i wypelniony formularz z - uwaga- pieczatka Firmy. I tu klops - bo jedyna jaka mamy i malo uzywamy to 'COPY' co sie ja przybijalo na kopiach wyslanych dokumentow lecz i to juz malo kto praktykuje. Telefon do Banku oczywiscie niczego nie wniosl - chce kredyt to pieczatka ma byc i juz. Nawet bylem gotow takowa zlecic do wykonania aby miec spokoj, ale dzwiek frankownicy uzywanej przez nasza sekretarke mnie olsnil. Pozaginalem formularz tak aby wydrukowane ofrankowanie odbilo sie we wlasciwym miejscu i Bank byl szczesliwy majac, w ich mniemaniu pewnie, adres biura i oplate skarbowa w jednym (he, he). Kredyt dostalismy.

    ReplyDelete
  13. U nas językowe dylematy odpadają, ale za to ilość papierów potrzebnych do tak zwanego becikowego jest nieprawdopodobna. Ilość absurdów z tym związana takoż.
    ...A jaki człowiek jest dumny i wzruszony, dostając zawiadomienie o JEDNORAZOWEJ ZAPOMODZE z Ośrodka Pomocy Społecznej! ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Pamietam. Wydaje mi sie, ze sugerowano, abym wystapila o owa zapomoge po narodzinach Dyni, ale bardziej niz moralna strona wystepowania (odejmowanie od ust ojczyznie) odstraszyla mnie ilosc drukow i druczkow. Oraz to, ze nijak nie udowodnie, ze regularnie badalam sie w ciazy, a to byl chyba jeden z wymogow dla zapomogow :-)

      Delete
  14. Moja córka dostała puzzle pod choinkę i dopiero wtedy zauważyłam jaka jest niecierpliwa i nerwowa. Ułoży mały fragment a resztę puzzli porozrzuca : /

    ReplyDelete
    Replies
    1. Anno, bez obaw. Na wszystko przyjdzie czas. Dynia uklada sama (jesli chce, bo jesli nie chce to nic jej nie zmusi) gora takie do dwudziestu czterech kawalkow i z obrazkiem towarzyszacym. Przy innych, takich jak powyzsza na zdjeciach, trzeba byc obok i bez konca motywowac ('ciekawe, czy znajdziesz..., oooo! a czy to nie przypadkiem..., sama? sama to znalazlas?! niemozliwe?!), a i tak czasem pierdyknie caloksztaltem i oddali sie w poszukiwaniu innych zajec. Cierpliwosc i skupienie to nie najmocniejsza strona trzylatkow. Wiem, ze ukladaja ukladanki wspolnie w przedszkolu i wtedy jest i motywacja, a czesto tez i rzez oraz jatka :-)

      Delete


  15. Kaczko, i ja, i ja też! Też mam traumę urzędową, tyle że nie na froncie Donerkebapwettergermańskim, a na linii Rzeczpospolita Polska - Królestwo-karramba-Hiszpanii. Uzyskanie hiszpańskiego ekwiwalentu świstka, którego wymagał od nas USC, a który tenże USC wystawił mojej osobie w dwie minuty w trybie "niech-pokaże-dowód-albo-pesel-poda-figuruje-w-systemie-klikam-drukuj-wypad-z-baru", zajęło nam 5 miesięcy i wymagało:

    - wizyty w hiszpańskim sądzie
    - rozmowy z życzliwym sędzią, który to poradził nam, że szybciej-se-to-załatwimy-w-ambasadzie
    - wizyty w ambasadzie w Warszawie celem przedłożenia stosownych dokumentów
    - ponownej wizyty w rzeczonej ambasadzie w składzie: my oraz świadek, który zna nas oboje i oraz historię żywota naszego. Nadmienię, że świadek musiał być hiszpańsko- lub anglojęzyczny - ambasada lojalnie przestrzegła, że urzędnik, który będzie nas przesłuchiwał, raczej nie będzie znał polskiego.
    - złożenia zeznań pt. "Przyszła para młoda i jej wspólne życie od założenia Rzymu do czasów współczesnych" x3 (ja, Przyszły oraz Świadek - sporządziliśmy stosowne kalendarium)
    - porównania tychże zeznań przez ambasadę.

    Żeby było weselej - nasza znajoma polsko-palestyńska para wzięła ślub w Autonomii: grekokatolicki patriarcha pobłogosławił, na pożegnanie uścisnął dłoń i wręczył jakiś dokument z kancelarii parafialnej, konsulat przetłumaczył na polski, USC zarejestrował i hajże na Soplicę, żyjcie długo i szczęśliwie.

    Te kłody pod nogi to jakaś unijna specjalność, zdaje mię się.

    ha_lucynka

    ReplyDelete
    Replies
    1. ... i sie dziwia, karramba porca miseria, ze statystyki zennosci spadaja, a spoleczenstwo woli w wolnych zwiazkach. Ilez to sie musi czlowiek nameczyc, zeby wstapic. 'Wyszlam za maz zaraz wracam'? Akurat.
      ... jestem zachwycona, ze komentarze zaczynaja przekraczac objetoscia moje notki. No i tym, ze 'zawsze, ZAWSZE, moze byc gorzej'. Choc szczerze, jadac po stereotypach narodowych, Hiszpanow podejrzewalabym o bardziej liberalne podejscie do sprawy :-)

      Delete