Image Slider

[217]

[12 Oct 2015]

(...)
O savoir-vivrze.
(Zwięźle.)

Dynia (donośnym głosem zza ściany): Maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaamo! Biskwit dłubie w nosie!

kaczka (bezskutecznie starająca się rozniecić w sobie żar dydaktyczny na motywach higieny osobistej): Niech dłubie!

Cisza. 
(Bo konsternacja, albo dziateczki znalazły przejście do Narnii.)

Dynia (nadal zza ściany, jednak z uzasadnioną pretensją):  W MOIM DŁUBIE!

A to przepraszam.

©kaczka

[216]

[11 Oct 2015]

(...)
Na mocy traktatu wersalskiego mieszkamy przy francuskiej granicy.
Inni, w tym, na bank, Bogusław Wołoszański, zorientowali się prawdopodobnie już dawno, my w miniony piątek.
Zatem w sobotę, zanim Europa znów miałaby się pod osłoną nocy przetasować, pojechaliśmy rzucić okiem na Alzację.
W pytkę ta Alzacja, wielce przyjemna, jest na czym oko zawiesić, ale ki diabeł, po naszej stronie rzeki też serwują podpłomyki z cebulą w pruskich murach. Dlatego reakcję Dyni ‘chcę się natychmiast tu przeprowadzić, mieszkać i nauczyć francuskiego’ uważam za nieco hiperboliczną.
Może chodzi o ten Trybunał Praw Człowieka?
Czyżby dzieciny, ktorym systematycznie i bez wytchnienia  łamiemy prawa w dni robocze, niedziele i święta, chciały przyoszczędzić na znaczkach pocztowych i donosić do urzędu osobiście?
Dynia pytana o bezpośrednie pobudki do emigracji wyznała, że to dlatego, że w Alzacji sprzedają lepsze obuwie, mają urodziwsze tramwaje i  słodycze można kupować  na szufle w wersji ‘Pick&Mix’.
(Lepsze obuwie jest droższe, słodycze na szufle można kupić w Ikei. Jedynie tramwajom trudno coś zarzucić, bo faktycznie i ładne, i tanie, i częste, i na polskich podzespołach. Może jedynie, że urynę trudno się spiera z pluszowych obić, a mieszkańcy najwyraźniej popuszczają.)
Katedra Naszej Najświętszej Panienki wywarła i na Dyni i na Biskwicie wrażenie rozmachem, choć po prawdzie, to niedoróbka z jedną wieżą. Nie przeszkodziło to jednak Dyni przeżywać relistyczno-mistycznych uniesień na temat, czy Dobrybóg lubi, gdy mu tak łażą po domu oraz donośnie wyemitować w samym centrum świątyni pytania: ‘So is Liebergott A BOY OR A GIRL?
Czując, że tłum wokół nas gęstnieje w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie tej kwestii, pospiesznie przekierowałam zainteresowanie na otwarte źródła ognia, wykorzystując naturalne tendencje pieciolatów do piromanii oraz skłonności Francuzów do zaprószania ognia w budynkach sakralnych.
- Zapalmy Dobrybogu świeczkę! – rzuciłam sobie koło ratunkowe.
Pięciolatki na szczęście lubią po(d)palić.
- Zapaliłam! Co teraz? – zapytała Dynia osmaliwszy sobie jedynie  nieznacznie brew i grzywkę.
- Teraz pewnie wypadałoby coś powiedzieć Dobrybogu. – strzeliłam sobie w kolano.
Bo akt, który nastąpił, był strzelisty.
Liebergott, you have really cool house! Can I move in?
...

Liebergott milczy.
Może nie podnajmuje?

(...)
Strasburg, podaje Wikipedia, ma mniej niż trzysta tysięcy mieszkańców. Trudno w to uwierzyć przeciskając się przez zatłoczone ulice. Chyba, że zwyczajowo wszyscy mieszkańcy spotykają się codziennie o siedemnastej przy Homme de Fer.

(...)
Właściwy dramat na właściwym miejscu

Sztuka publiczna


 
 
©kaczka

[215]

[8 Oct 2015]

(...)
Gdybym umiała po węgiersku (oto proszę, właśnie znalazłam zastosowanie praktyczne), to, na przykład, wiedziałabym, co powiedziały na mój temat matki-Węgierki (te oparte od rana do nocy o przedszkolny płot), w chwili, gdy Biskwit z hukiem opuścił wózek (wbrew moim opiniom na ten temat) i lotem koszącym, padając na grunt, rozciął sobie skroń (oraz nabił solidną śliwkę,  też jakby węgierkę.)
A tak, mogę się jedynie domyślać.
Zatem zamiast jednej zaplanowanej histerii związanej z wizytą u okulisty (Dynia), otrzymałam dziś w bonusie tę dołączoną gratis do butelki środka odkażającego, czyli ajurwedycznego spirytusu na tybetańskich ziołach, który dwa lata temu położna zostawiła, by dezynfekować Biskwitowi odciętą pępowinę.
(A jednak się przydał, zauważam z nostalgią,.)
Biskwit czuje się potraktowany przedmiotowo, zdenerwował go spirytus, a potem propozycja, by śliwkę potraktować zamrożonym plastrem cielęciny lub zlodowaciałą nóżką drobiową.
(Metod tradycyjnych ‘nóż, przyłóż nóż!’ z oczywistych względów nie mogłam wdrożyć.)
Dla równowagi, ja też jestem trochę zmechacona, jak każdy, kto kiedykolwiek próbował zakładać szwy ośmiornicy trzymającej się za głowę
A dzień mógł być taki piękny.
Biskwit zaakceptował lekcje muzyki, na tyle by wyjść zza pianina lub przestać ukrywać się za stojakiem na nuty.
Nie uszkodził Stefana.
(Może dlatego, że  to Stefan na widok Biskwita pierzchnął za pianino, choć Biskwit nie był wtedy jeszcze uzbrojony w żaden instrument perkusyjny.)
Zagrał Biskwit solówkę na ksylofonie, dziarsko nadążając za naszpanią grającą coraz szybciej na gitarze.
Na tle dziateczek, które w tym samym czasie sprawdzały sobie tymi tłuczkami od ksylofonu odruch kolanowy lub wykonywały gastroskopię, Biskwit okazał się Paganinim cymbałek.
(Ten zaskakujący talent Biskwita, śledząc losy naszych obu rodów, wyjaśnia jedynie jakaś radioaktywna mutacja.)
Jednak nawet ksylofon nie odpowiedział Biskwitowi na fundamentalne pytanie:  'Po co my tam chodzimy?' [1]
Biskwit, odnoszę wrażenie, błędnie wytłumaczył to sobie moją osobistą, silną potrzebą socjalizacji.
Wychodzi na to, że Biskwit uczęszcza, by zrobić mi uprzejmość, a przy okazji przyglądać się z politowaniem, gdy na czworakach przemierzam salę naśladując kotka.
...
Farmakologiczne rozszerzanie źrenic (histeria) ujawniło, że Dynia nie ma zeza, ani innej wady kwalifikującej do noszenia okularów (histeria na tle dyskwalifikacji). Biskwitowi ogolono skroń (histeria) i zaklejono naruszone tkanki (histeria).
Na histerię i melancholię dobrze jest nosić w torebce pięć metrów gumy do żucia (Dynia), pieczone kurze udko (Biskwit) oraz egzemplarz ‘Binta tańczy’ (Biskwit) [2].
Nawiasem mówiąc, podręczniki psychologii rozwojowej przebąkują o charakterystycznej chybotliwości emocjonalnej pięciolatków. Nie wspominają jednak, że zjawisko to osiąga taki rozmach, że człowiek nie nadąża decydować, czy owsiankę podawać progeniturze z Prozacem, czy z relanium? A może z jednym i drugim?
...
Wydaje mi się, że gotowa jestem wychylić do dna resztkę ajurwedycznego spirytusu na tybetańskich ziołach.
Na pohybel pępowinie!


[1] To pytanie wypisane jest szczególnie na Biskwicim obliczu w momentach, gdy naszpani z gitarą narusza uczestnikom przestrzeń osobistą wdzierając się w nią pacynkami, a to krokodylkiem, a to żabką. Naszpani z gitarą pewnie chce dobrze, ale kogo nie wyprowadziłby z równowagi napastujący gad lub płaz?
[2] Dla jednych to przekupstwo, dla mnie - renegocjacja warunków umowy.

©kaczka

[214]

(...)
Na liście słów priorytetowych [1] Biskwita jest jeszcze zaimek dzierżawczy.
'MAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAJN.'
(Bez szczegółowej obdukcji trudno ocenić, czyim ten zaimek jest pomiotem? Germańskim? Anglosaskim?)
Biskwit artykułuje go w taki przebiegły, szkatułkowy  sposób, że mogłoby się zdawać, że się kryguje i stawia w wątpliwość swoje prawa własności. Ale przekaz podprogowy nie pozostawia złudzeń. Wszystko ze spisu inwentarza Wszechświata należy do Biskwita.
Szczególnie to, w co da się wbić paznokcie.


[1] To brzmi obiecująco, ale tak naprawdę to bardzo krótka lista i w sumie jedyna, bo co zrobić, skoro Biskwit zna sześć słów i wszystkie są priorytetowe.

(...)
Zaczynam chyba wreszcie wrastać w to miasto, które ktoś  założył górze na szyję jak sznurek przypadkowo nanizanych korali. A potem, w chwili nagłego szaleństwa, próbował te korale zdjąć  dołem przeciskając przez masyw(ną) talię.
(I nie sposób się powstrzymać, ... oraz przez... akhem... zadupie?)
Sznur pękł.
Korale się rozsypały.
Wpadły w fałdy góry.
Z czasem, jak w delirycznych snach niespełnionego architekta,  wybujały z nich chałupy, zamki, kaplice, domy, garaże, anteny satelitarne, kurniki, ogrody z palmą, sady, winnice, kebapy, pizzerie i piwne ogródki.
Jedne były od początku stare, inne dostały zmarszczek od słońca, celulitu od bryzy i artretyzmu od rzecznej wilgoci. Potem zaczęły się łączyć, scalać, zlewać, i tak dookoła góry zrobiło się miasto ściśnięte gorsetem rzeki.
Przyzwyczaiłam się, że nie ma tu dróg na skróty. Między punktem A i B zwykle jest góra, którą trzeba okrążyć. Tramwaje nie wyminą się na torowiskach  tak wąskich, że przez okna tramwaju można zrywać winogrona, albo sięgnąć po czyjąś maselniczkę. Zepsuty tramwaj w jednej dzielnicy, spiętrza tramwaje w innej.
Naczynia na siłę połączone.
Niby miasto, a rozpada się w rękach na okruchy rybackich wiosek, okolicznych miasteczek, żydowskiej dzielnicy, ewangelickich kosciołów, amerykańskich koszarów, rosyjskich wieżowców, chińskich sajgonek i  wielojęzycznych cmentarzy, gdzie wkopują wszystkich jak leci.
Niejednorodna miejska tkanka z przerzutami.
Chromowane narośla nowoczesności między chałupami krytymi strzechą. Wysiedziane na glanz drewniane stopnie chylących się ku ziemi domów kontra cybernetyczne piloty do bram. Susz z uwięzionych na parapetach pelargonii obok fontann ciurkających w strzyżonych ogrodach zdobionych jurnymi amorkami.
Włóczymy się po tym mieście z Biskwitem.
(Bez szału. Nie smażymy cynaderek na metempsychozie, omijamy domy publiczne, nie sikamy po krzakach, nie zażywamy halucynacji. Joyce raczej by nas nie opisał. Strumień świadomości wysechł.)
W tle Dynia ćwiczy grę na trójkącie, wywija jakieś baletowe pasodoble, Haende hoch, czy inne żenesekła.
Zamiast siedzieć pod drzwiami i czekać, idziemy z Biskwitem w miasto. Brodzimy w ostatnich kałużach przedwieczornego światła, sięgamy po świeże kasztany, podnosimy suche liście.
Jesień.
Prześwietlona w migawkach ostrym, zimnym słonecznym blaskiem.
Jakaś senna kawiarnia w zaułku. Pączki, z których warto zlizać jedynie czekoladę.
Tors już w płaszczu, ale w piaskownicy wciąż bose stopy.
Huśtawka.
Biskwit, parafrazując klasyka ‘chce tam, daleko, daleko, da da’, a konkretnie to Biskwit chce wyżej.
Na orbitę okołoziemską.
Do słońca chyba, bo wraża słońcu paluch w oko (prawie), rechocze i mówi ‘oncek’.
Faktycznie, gdy tak się przyjrzeć, podobieństwo do oblizanego z czekolady pączka uderzające!
Biada planecie, którą oświetla wielki, kuszący złocisty oncek!
Będzie siedzieć po ciemku, gdy jej zeżrą światło kosmici.

©kaczka

[213]

[5 Oct 2015]

(...)
Dynia i London poszli do teatru.
(Żaden West End, ale trwa festiwal, żal nie skorzystać.)
Usiedli w pierwszym rzędzie i, jak Magic Johnson z Pudzianem, zasłonili widok wszystkim rówieśnikom z tyłu, a potem w trakcie zasłonili jeszcze bardziej, bo wstali z pretensją, że się akcja Sendakowi słabo zawiązuje i 'kiedy będzie koniec'?
(Przeczuwam, że z inicjatywy Dyni, bo chciała wszystkim pokazać swój nie-taki-już-nowy zegarek.)
Trupa [1] teatralna nie skoczyła z mostu, albowiem scenariusz poszedł w stronę puszczania bąków, a to się zawsze sprzedaje i wciska największych młodocianych krytyków w krzesełka.
Chcąc wynagrodzić Biskwitowi brak dostępu do kultury, (kultura dostępna dla młodzieży od lat czterech), ofiarowałam mu mikroskopijne ciasteczko.
Resztę opakowania Biskwit pobrał sam.
Wizja lokalna wykazała, że wymagało to jedynie wdrapania się po krzesełku na stół kuchenny, sięgnięcia na wysoką półkę  i włamania się do puszki z wypiekami.
Wszyscyśmy od tego mieli wypieki, ja z emocji, bo odtworzyłam po okruchach bardzo szczegółowy przebieg via ferrata pokonanej bez askeuracji, a Biskwit miał, bo je zeżarł.
Od tygodnia Dynia, trawiona silną presją grupy rówieśniczej, uczęszcza do szkoły baletowej [1].
Szkoła baletowa, streszczę, dla tych, którzy nie uczęszczali, to miejsce o silnej koncentracji estrogenu. Można tam do celów badawczych pobrać próbki wszystkich odcieni różu, w tym głównie takich, których ręka człowieka z pewnością nie uczyniła.
Wbrew stereotypom estrogenowe nimfy są rozmaitych gabarytów. Do tego okulary, krzywe nożyny, zez. Z jednej strony, to ogromnie krzepiące, że nie ma dyskryminacji i każdy bez wyjątku może poczuć się jak Barbie, z drugiej, nie da się ukryć, epidemia otyłości u dzieci jest faktem. 
Dynia wszelako nie może się zdecydować, czy chce tam bywać. Bo pani primabalerina jest surowa jak wątróbka Prometeusza, ale wabią drążki i kryształowe lustra oraz kusi imydż łąbędzia w koku i piórach. Oraz, co nie bez znaczenia, na końcu zajęć dają po cukierku.
Biskwit natomiast zaczyna mówić do rzeczy [4].
Czasem jeszcze próbuje wymuszać przemocą akustyczną, ale zorientował sie, że ma lepsze wyniki, gdy pada przede mną na kolana, podejmuje mnie pod moje i transmituje żałosne ‘Bitte Bitte Bitte’ okraszone partykułą ‘Maaaaaaaamu!’ (Tak pewnie wciskali naszym nagie miecze krzyżacy, choć nie przeczytacie tego u Długosza.)
Lista słów priorytetowych zawiera: ‘MORE!’ (ze wskazaniem palcem na migdały i przełyk, żeby było jasne, że chodzi o podaż substancji odżywczych), ‘Beee!’ [5], ‘Biba’, [ˈbækˌpæk] (czyli plecak z akcentem z Dorset) oraz buty.
Buty to fetysz.
Idealna placówka, która chciałaby objąć Biskwita opieką, a  przy tym się nie spocić, powinna mieścić się w dyskoncie obuwniczym.

[1] Właściwie od początku był to trup, trup teatralny jednego aktora
[2] Tak, wiem. Wbrew mej religii [3]. Ale w dzieciństwie odmówiono mi lekcji węgierskiego motywując to niskim zapotrzebowaniem rynkowym i wtedy poprzysięgłam, że będę popierać najgłupsze pomysły własnego potomstwa, choćby mnie skręcało od widoku różowych firanek trefionych w talii.
[3] ‘Wbrew mojej religii’ pada często z ust matki Ryfki i za każdym razem mam nadzieję, że wreszcie przyłapię ją na deptaniu Tory, a potem okazuje się, że chodzi o zawijanie kanapek w folię aluminiową lub ścieranie w domu suchego chleba na bułkę tartą.
[4] ... skoro zawiodła komunikacja międzyludzka.
[5] W zależności od kontekstu, chodzi albo o owieczkę, albo nominalnie definiuje wszystkie witaminy, mikro i makroelementy wszechświata zalecane przez WHO.
[6] ... czyli ‘Binta tańczy’ a ja myślę, że jeśli jeszcze raz przeczytam  to dzieło na głos z podziałem na role to mnie szlag trafi, ale nie trafia, więc czytam, i czytam, i czytam jak Syzyf biblioteczny i napruta Penelopa.

©kaczka

[212]

[2 Oct 2015]

(...)
Na początku był koszyczek.
Tym razem wszystkie naszpanie już od poniedziałku pilnowały, abym ogarnęła, że na piątek Dynia musi z koszyczkiem.
Nie były jedynie zgodne, co do rozmiarów, budulca i wyposażenia.
Jedna, że owoce. Druga, że warzywa. Trzecia natomiast, że wszystkiego po trochu, a nadmiar kartofli zużyje się na zupę.
Koszyk miał być mały, ale duży. Z wikliny, ale z polietylenu. Z rączką, jak również bez.
Przesłuchiwana na tę okoliczność Dynia produkowała, i choć po wysłuchaniu specyfikacji naszpań trudno w to uwierzyć, jeszcze fantazyjniejsze zeznania!
Zniechęcona odłożyłam na nieokreślone #później nabycie idealnego koszyczka nie przewidziawszy, że obywatele je masowo wykupują zapewne z okazji obchodów Zjednoczenia Bundesrepubliki lub rozpoczęcia sezonu na trufle. Wobec tego, jedyne co mi wczoraj pozostało, to albo odkręcić koszyczek z Helou Kitty od roweru, albo kupić model z trwale doń przytwierdzoną realistyczną wiewiórką na bazie styropianu.
Wybrałam styrowiewiórkę.
Wiewiórki nie dało się koszyczkowi bezinwazyjnie amputować. Dynia zaniosła więc dziś do placówki w celu dożynkowego pobłogosławienia następujące plony: cebulę, ogórek, marchewkę, nadgryzioną rzodkiewkę ('Tu byłem Biskwit') i wiewiórkę.
(Mniemam, że Liebergott szczególnie wzruszył się wiewiórką.)
Dożynki, na które w samo południe zaproszono rodziców oraz okolicznych notabli, w tym właściciela supermarketu, powiązanego z instytucją pajęczą siecią sponsoringu, obfitowały w wydarzenia artystyczne.
Jedne z pierwszych w tym roku!', postraszyła Dyrekcja.
Tu zresztą intryga się komplikuje, dama, którą uważałam dotychczas za niezbyt rozgarniętą sekretarkę, okazała się być Wszechmogącą Dyrekcją.
(Na szczęście, nie zdążyłam jej obrazić swoim przypuszczeniem, ale doprawdy! Niewiele brakowało!)
Gdy analizowałam źródła tej prawie katastrofalnej pomyłki, zdałam sobie sprawę, że Wszechmogąca jest nadzwyczajnie podobna do pewnej pani z dziekanatu i prawdopodobnie to mnie zmyliło.
(Uderzające podobieństwo. Usta w linijkę, profilaktyczne, już po ‘dzieńdobrychciałabym’ odrzucanie wszystkich postulatów na wypadek, gdyby okazały się rewolucyjne, a do tego spowolniony metabolizm.)
Nic, natomiast, absolutnie nic, nie mogło mnie przygotować, na to, co miało miejsce podczas części artystycznej.
Przyzwyczajona do występów Małpiatek, podczas, których jedni rozłazili się po scenie, a inni w tym czasie koili lęki separacyjne, dłubali w nosach lub drapali się po zadkach, w placówce pod wezwaniem świętego Nepomucena zastałam północnokoreański dryl.  Młodzież siedziała przyklejona do krzesełek, a gdy na dany znak powstała to wykonała przedstawienie baletowe do pieśni o plonach i poplonach. Banda trzydziestu pięciolatków, w tym moje dziecko, wykonywała synchroniczne figury taneczne łopocząc w powietrzu bibułkowymi wstążeczkami na kijkach.
Nie znajduję wytłumaczenia.
Może tresowano ich jak cyrkowe misie na rozżarzonej blasze?
Jeszcze się nie otrząsnęłam z szoku, jeszcze muzyka grała, jeszcze dziateczki emitowały unisono pieśń dziękczynną, a tu Wszechmogąca Dyrekcja rach ciach, pobłogosławiła płody rolne i leśne (w tym naszą wiewiórkę i czyjś słoik grzybków), a następnie zgarnęła wszystkich do sali obok, by sprzedać nam zupę za półtora ojro od talerza.
Zupę z kartofli.
Albowiem gdym odprowadzała Dynię, koszyczek  i wiewiórkę rano do placówki, zastałam w Szwabskich Kluseczkach pryzmę surowego kartofla i  usadzoną dookoła gromadę pięciolatków uzbrojonych w noże.
Obierali kartofle.
Na tę zupę.

(...)
Tymczasem, faktycznie,  jak zauważyła w komentarzach Ela Wu. (żetem!) tu można za friko wypowiedzieć się w sprawie, czy blog kaczki jest literacki?


http://www.literackiblogroku.pl/?content=vote&idb=137

Ostrzeżenie: Zamieszczaniu tego zgłoszenia towarzyszyły zjawiska paranormalne, stąd i  dwudziestoczterogodzinne opóźnienie w stosunku do czołówki peletonu oraz zgaga wywołana konsumpcją lodów Foch.

©kaczka

[211]

[1 Oct 2015]

(...)
Przyspieszyło na niemieckim.
Jakby się jarmarczna karuzela wyrwała spod kontroli.
I nie, nie za sprawą prowadzącej Frau Soprano, która co prawda wprowadziła już Zukunft eins, zwei, drei, Polizei oraz inne niebezpieczne, gramatyczne anomalie, ale jednak nadal po każdym nokaucie polewa nas woda, wachluje ręcznikiem, bada puls, tuli do piersi, poprawia bandaże pod rękawicami i pyta, czy nie za szybko i nie zbyt brutalnie.
Mówi również, bacznie oglądając sobie czubki butów, że od pierwszej chwili, gdy tylko nas ujrzała, wierzy w nasz potencjał.
(Ma dzieci, więc jak przypuszczam, potrafi łgać jak z nut.)
Na niemieckim przyspieszyło za sprawą Carmenity Alicante.
Dziewoja ta świeżutka jak porcja churros, a podobieństwa dodaje jeszcze koafiura w kolorze czekolady, może i jest ekonomistką dziesiątego stopnia wtajemniczenia i potrafi przeliczać reale na złoto, ale ma w ręku dodatkowy fach.
Ona czyta w myślach.
W cudzych.
Jak w gazecie.
Do tej pory na zajęciach człowiek wyrwany z letargu do odpowiedzi ustnej miał czas, by sięgnąć do skarbczyka swych anegdotek, zastanowić się, na którą strukturę gramatyczną rzucić się tym razem z maczetą, w którym miejscu doznać napadu kaszlu, by przysłonić swą niewiedzę lub też dyskretnie przewertować zeszyt pod stołem w nadziei, że znajdzie się tam jakaś treść oprócz haseł wywrotowych wypisywanych na marginesie.
Odkąd jest Carmenita nie ma na to czasu, gdyż Carmenita wie, co człowiek chce powiedzieć, zanim człowiek jeszcze potrze jedną synapsę o drugą żeby dać się trawić płomieniom elokwencji i intelektu.
- Głęboko wierzę, że bohater tej czytanki jest... –  rzucało się jak dotąd na przynętę desperacko próbując ulepić charakterystykę bohatera ze szczątkowych (bo letarg) informacji.
Bez szans.
Carmenita już dawno przyłożyła ręce do skroni, przymknęła oczy i WIE! Wie, co ma być dalej. Wykorzystuje zatem niezajętą przez nikogo, kilkusekundową przerwę na oddech, wciska się i leci.
- ... jest trzydziestoletnim strażakiem, bez nałogów,  korzystającym z usług biura matrymonialnego.
Albo.
- ...  właścicielem owczarka alzackiego, który utyka na lewą nogę.
To jeszcze nic.
Gorzej gdy Carmenita przenosi swoją telepatię na sprawy duchowe.
- ... jest idiotą i ksenofobem.
I weźże się potem tłumacz, jeśli bohaterem czytanki jest akurat dalajlama!
Jest zatem szybciej, bo żeby się wyrazić werbalnie trzeba czynić to na jednym wydechu.
Jest też regularniej, to akurat za sprawą nowej Japonki na tranzystorach.
Japonka jest zaprogramowana tak, że włącza się co dziesięć minut z radosnym monologiem nieprzystającym do okoliczności, wyskakuje z nim jak kukułka ze szwajcarskiego zegara, by następnie popaść w osobliwy dziesięciominutowy stupor skryta wśród swoich futerałów na okulary. (Futerały w realistycznym kształcie owoców i warzyw.)
Myślę, że konstruktor powinien ją zrestartować.
- Tęskniłam. Bardzo. – wyznała mi Frau Soprano, gdy spotkałyśmy się po miesiącu przerwy spowodowanej jej urlopem oraz moimi wagarami.
Sakreble, po roku powinnam w rewanżu objawiać jakieś głębsze uczucia?
A diagnozuję jedynie syndrom sztokholmski.
 ‘…ojemine ojemine ojemine’ [1]

[1] kolejny cytat z kółeczka zajęć muzycznych dla dwulatków

PS Z postępów w socjalizacji: Biskwit lubi bębenek i już wie, że można używać instrumentów perkusyjnych w obronie własnej. Stefan, zdzielony bębenkiem, też już wie. Stefan zaczął.

©kaczka