1630

[10 Aug 2013]

(...)
Motto: 'Dyliżans kursuje co dwa lata oprócz niedziel i świąt. Dopuszczalne spóźnienie – jeden miesiąc.' (Tytus, Romek i A’tomek. Księga IX)
Po trzech latach mieszkania na wsi,  odważyłyśmy się skorzystać z lokalnego autobusu.
Nic a nic nie przesadzam, pisząc o odwadze.
Rozkłady jazdy wyspiarskich autobusów w miastach powiatowych nie wymieniają dla przykładu nazw przystanków.
Człowiek wsiada, rzuca nazwę ulicy, uiszcza nieprzewidywalną, umowną opłatę, a potem zobowiązany jest wykazać się refleksem, by w odpowiednim miejscu i czasie nacisnąć przycisk stop i zatrzymać autobus.
Można sobie wyobrazić, jakiej pikanterii dodaje to dziewiczej podróży w miejsce, w którym nigdy wcześniej się nie było.
W życiorysie mam już przypadek, gdy wysiadłam na początku stukilometrowej ulicy, na której było dwanaście przystanków, a mój, jak się później okazało, był jedenasty.
Raz cięłam przez zarośla po zmroku, raz okrążyłam miasto dwa razy, raz zwiedziłam wszystkie dzielnice, bo kierowca się zgubił, innym razem zwiedziłam wszystkie dzielnice, bo jak się okazało, co drugi autobus tej linii jeździ trasą dociekliwie turystyczną.
Gdy zaczynałam pracę na Wyspie dostałam odręcznie narysowaną mapę ‘jak trafić do fabryki’ z rzutem najcharakterystyczniejszych elementów krajobrazu i ze wskazówkami typu: 'guzik stop wciśnij nie wcześniej, gdy zobaczysz trzy brzózki, ale nie później niż na widok blaszanego dachu warsztatu wulkanizacji opon.'
Po trzech latach, uległam presji społecznej ‘Mama! Autobus! PLYZ!’ i przyobiecałam wycieczkę.
Na przystanku przed dworcem kolejowym, jedynym, który wydał mi się oficjalny i autoryzowany, wisiało sześć wyblakłych rozkładów jazdy, które w niczym nie pokrywały się z rozkładami jazdy, które znalazłam w sieci.
Mimo tego, że teoretycznie każdy, oceniając po datach, był aktualny.
Dla dodatkowych emocji, każdy dzielił się na dni powszednie, świateczne, święta państwowe, dni zajęć szkolnych, wakacje, wakacje zimowe, wakacje letnie, pomniejsze przerwy semestralne oraz  inne.
Do tego częstotliwość kursowania pojazdów – jeden lub dwa dziennie – wyraźnie wskazuje, że to środek transportu dla lubiących żyć na krawędzi.
Do tego każdy autobus zdaje się obsługiwać inny przewoźnik.
Za cel obrałam  Najbliższą Wieś (na wypadek, gdyby trzeba było wzywać ekspedycję ratunkową) i drogą dedukcji ustaliłam, że autobus winien się pojawić między 10:50 a 10:56.
Na przystanku pojawiłyśmy się o 10:42 i autobus właśnie odjeżdżał.
Trudno było stwierdzić dokąd i po co, bo nic na nim neonowo nie błyskało.
Kierowca wszak zareagował na moje nerwowe machanie rękami, zatrzymał się na środku ulicy blokując ruch w obu kierunkach i potwierdził, że oto właśnie odjeżdża do Najbliższej Wsi.
Wsiadłyśmy.
I tu okazało się, że w zależności od stopnia pokrewieństwa lub zażyłości z kierowcą, autobus spełniać może rolę taksówki.
Nie tylko może skręcić w boczną ulicę, aby wysadzić cię przed domem. Ba! Może skręcić w boczną wieś, żeby wysadzić cię przed własną farmą.
Wracając z Najbliższej Wsi, po godzinnym nerwowym spacerze zapobiegliwie stawiłyśmy się na przystanku pół godziny wcześniej.
Autobus odjechał dziesięć minut po czasie proponowanym przez rozkład, gdyż kierowca dostrzegł w tłumie ciotkę i musiał z nią koniecznie zamienić dwa zdania.
A potem poszedł jeszcze po bułkę i kawę.

(...)
Rubenito nie zasypia gruszek w popiele.

©kaczka
40 comments on "1630"
  1. ha, to jednak podstawnie kolega Albion wzdragał się wsiąść do autobusu relacji Podhale-Wyspy, po tym jak rozpieprzył był swój starożytny pojazd. myślałam, że ma fobie, fanaberie albo coś innego na fe a tu jak najbardziej podstawne obawy co do nieprzewidywalności takowego transportu!
    PS
    jednakże pojechał nim, bo wyjścia innego nie miał i nawet dojechał bezpiecznie na miejsce :)i pomyśleć, że było to prawie 20 lat temu i nic nowego

    ReplyDelete
    Replies
    1. Odnosze wrazenie, ze trzeba sie urodzic w takim autobusie, by wiedziec, gdzie, kiedy i dokad :-)

      Delete
  2. Pierwszy pierścionek zaręczynowy! Jak one szybko rosną!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Od tamtej pory rozstali sie i zeszli, na oko, pietnascie razy :-)

      Delete
  3. nigdy nie dostałam zaręczynowego, uh!
    ale za to mam wspomnienie horror-jazdy: wsiadłam do jedynego możliwego autobusu - górniczego. Tuż po maturze, lato, krótkie spodenki i pełen autobus chłopów po szychcie na grubie. Tylko co drugi się na mnie gapił. Wtem... autobus zajechał do przydrożnej gospody i wszyscy wysiedli, łącznie z kierowcą. Na piwo. Zostałam i biłam się z myślami, czy dam radę na piechotę. Skończyło się kulturalnie, ale rechotali ze mnie:-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. I ja nigdy. Zapobiegliwy i oszczedny Norweski zalatwil wszystko jedna i ta sama obraczka.
      A tu na Wyspie obowiazkowo byc musi zareczynowy karat, obraczka i po karacie za kazde dziecko :-)

      Piekna historia. I jeszcze pewnie mialas wlosy do pasa, co?

      Delete
    2. no! (po polsku się wyraziłam)

      Delete
    3. Nie dziwota, ze sie gapili. Dziwota, ze co drugi. Reszta slepa?
      :-)

      Delete
  4. Ach! Uwielbiam takie opowieści, gdyż mam fobię autobusową. Autobusianą. Autobiuścianą!
    Oczywiście w związku z fobią podróżuję tymże środkiem masowej zagłady raz na 10 lat. Oczywiście w związku z fobią MUSI mi się przydarzyć coś barwnego. Na przykład wsiadam do właściwego autobiustu na właściwej ulicy i już po czterdziestu przystankach okazuje się, że wszystko zgodnie z planem, tylko jadę w przeciwną stronę. I, na ten przykład, kompletnie nie wiem, gdzie jestem.
    Łatwizna.
    Potem wystarczy wejść w komitywę z kierowcą i już można na pętli odbyć miłą, niezobowiązującą pogawędkę, by zabrać się po godzinie w drogę powrotną.

    A kiedyś to normalnie wsiadłam do autobusu i w środku był bileter! I miał swoje siedzenie! I taką maszynkę bur bur do bilecików! Po trzecim zakupionym bileciku dziecko poprosiło o azyl w odmiennym krańcu pojazdu i wywiesiło szmatę z hasłem: Nigdy, NIGDY!!! nie będziemy już wspólnie podróżować.

    ReplyDelete
    Replies
    1. I to bylo w tym stuleciu? Ta maszynka bur bur? GDZIE?!! #tezchce

      A w kwestii czytania map, raz wywiozlam wycieczke tramwajem w poszukiwaniu jeziora. I na petli, gdzie mialo byc jezioro uprzejmy autochton odwrocil nam mape i wyjasnil, ze jestesmy po przekatnej :-)
      Nikt mi juz pozniej nie proponowal, abym zorganizowala wycieczke na trasie Szczecin-Zakopane :-)

      Delete
    2. Taka była elektroniczna ta maszynka, ale ja już byłam wkręcona. Całkowicie pod urokiem sytuacji. Chciałam mu wykupić całą zawartość maszynki.

      Ci bileterzy podobno kursowali tylko na niektórych trasach i szybko ich zlikwidowano. Szkoda, doprawdy, szkoda.

      Delete
    3. Taka była elektroniczna ta maszynka, ale ja już byłam wkręcona. Całkowicie pod urokiem sytuacji. Chciałam mu wykupić całą zawartość maszynki.

      Ci bileterzy podobno kursowali tylko na niektórych trasach i szybko ich zlikwidowano. Szkoda, doprawdy, szkoda.

      Delete
    4. No ba! Ucieklabym z maszynka!

      Delete
  5. 80% doświadczyłam dzisiaj w relacji East Midlands - inne East Midlands :P, niespodziewana wycieczka objazdowa trafiła się przy innej okazji.

    Dodałabym, że tutaj jakby nikomu nie zależy na tym, żeby szybko przemieścić ludzi z punktu A do punktu B - za to stoją frontem do obywatela i nawet jeśli wiedzą co to minimalna odległość między przystankami, to i tak nie korzystają.

    Pozdrawiam,

    Czerwony Kapturek

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dodajmy tez, ze jesli autobus jest spozniony wzgledem zegarka kierowcy to moze nawet zignorowac tlum ludzi czekajacych na przystanku i sie nie zatrzymac.
      A kiedys w jednym z autobusow, ktorym jechalam doszlo do zamieszek, bo autobus byl spozniony, a do wnetrza wladowal sie kontroler i przedluzal odjazd sprawdzajac bilety.
      Na glosne protesty i obelgi (pierwszy raz widzialam Brytyjczykow w stanie uniesienia), kontroler wyjasnil, ze przeciez nikt tu nikogo nie zmusza do korzystania z uslug publicznego transportu. Sa taksowki.
      Kurtyna.

      Delete
  6. Pierścionek z przyszłością !
    wedle teorii ewolucji, to buźki naszych ewentualnych wnuków, tak właśnie będą wyglądać :-)
    Zdecydowanie' Lubimy ' Rubenito !!

    Z transportem publicznym nie mam żadnego prolemu. Nie istnieje w moich okolicach...

    ReplyDelete
    Replies
    1. I przynajmniej nie masz zludzen :-)
      Pierscionek fajny, ale coz ma oznaczac dobor owocu: badz moja gruszka?
      :-)

      Delete
    2. jeśli Rubenito jest w połowie południowcem, to zapewne chodzi o idealny kształt kobiecego ciała:-)

      Delete
    3. Dynia jest na dobrej drodze :-)

      Delete
  7. Uwielbialam lakonicznosc rozkladu jazdy autobusu w Krainie Yam Yam: "Autobus jezdzi od 6:30 do 16:30 co 7-10 Minut. W niedziele, swieta i inne co 13-17 minut. Dziekujemy za uwage." A teraz sobie stoj i wyliczaj kalkulatorem czy dojedziesz na stacje kolejowa na czas.

    Zawsze chcialam dostac taki pierscionek. Choc ten z drewna, wlasnorecznie dlubany tez byl piekny, poki sie nie rozpadl ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. O tak.
      I zapominaja dodac, ze zwykle co drugi jezdzi lub co piaty. Albo jesli jada to parami.
      Interesuje mnie rentownosc tej instytucji. Bo na zdrowy rozum to nie powinno dzialac, a nadal jezdzi :-)
      #pokadrewnianypierscionek albo namaluj! :-)

      Delete
  8. Już wiem skąd tylu pisarzy, muzyków i sławnych ludzi! Żyją poza czasem i rozkładem jazdy, a tym samym mają czas na wszystko ;)
    O, nie zasypia, nie zasypia! Czy ta grucha jest metaforą czegoś głębszego?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Draze: Be my pear? Pear-ever yours?
      :-)

      Delete
  9. Bardzo mi się podoba ten Rubenito, bardzo! :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nam tez, ale Dynia woli Eduarda :-)

      Delete
  10. Z gestem wam się trafił ten pierwszy przyszły zięć ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Z gestem, ale to juz dlugo nie potrwa. Rubenito sie wyprowadza! Chlip chlip!

      Delete
  11. Wspaniale mi się czytało opowieść autobusową, ale Rubenitowy gest mnie powalił na koniec :))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ostatecznie powiedziala przeciez: Rubenito kupi.
      Niech jej tak zostanie.
      Bede miec pewnosc, ze w zyciu nie zginie :-)

      Delete
  12. Przecztałam całe moje niebycie tutaj i kocham, kocham, kocham...

    ReplyDelete
  13. wycieczka wycieczką, ale pierścionek to jest coś!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zastanow sie dobrze... wysylasz do przedszkola, a po roku trzeba na zapowiedzi :-)

      Delete
  14. 22 lata temu w Londynie zamknęli metro jakoś z wieczora, alarm był bombowy, czy coś. Na przystankach autobusowych tłumy. Przyjechał taki czerwony piętrowy, w drzwiach stanął konduktor z maszynką do biletów i zakrzyknął do tej tłuszczy: 'Trzy wolne na dole i dwa na górze!' i nikt nawet nie zaprotestował, a mnie zatrzęsło z oburzenia, no bo przecież u nas się wtedy pakowało na wcisk. A oni nic.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czasy sie chyba zmieniaja. Ojciec Rodzony tez ma w pamieci, ze w Londynie w latach piecdziesiatych widzial uprzejme kolejki do autobusow, a w nich panow w melonikach.
      Kolejki czasem bywaja, ale nie daj Bog, gdy pociag lub autobus jest spozniony. Wtedy nie bierze sie jencow :-)

      Delete
  15. aaaaaaaaaaaaaaaahahahahahhahahahahaha, też chcę autobus plyz. plyyyyyyz.

    kurde, to już trzeba ciułać na porcelanową 24-osobową zastawę na zaślubiny?

    ReplyDelete
    Replies
    1. A skadze tam. Oni wytluka i taka z melaminy. A zdawalo sie to niemozliwe :-)
      Choc, i tu kolejny punkt dla Rubenita, na urodziny sprezentowal Dyni gustowna porcelane w sowy. Od tej pory Dynia nie jada na niczym innym, a ja zastanawiam sie jak dlugo...

      Delete
  16. Losie najsłodszy, o autobusach tutaj, w Leeds, można by Trylogię napisać. Zwłaszcza tę z mieczem. Ale to nie ja, bo zaraz po dedykacji szlag by mnie trafił, a nie chcę.

    ReplyDelete