Image Slider

1159-1160

[29-30 Sep 2012]

(...)
Jestem jak Knight Rider.
Raczej Night Rider.
Wymykam się do garażu w nocy, no bo kiedy?, i pocinam przez hrabstwo na drugim biegu z oszałamiającą prędkością trzydziestu mil na godzinę.
Gdzie nie splunę, tam dobro zwycięża.
Na siedzeniu obok staruszeczka poleruje groty, ościenie, przykleja lotki z piórek lub brzdęka cięciwą.
Naród tu cierpliwy, czasem jedynie ktoś trąbnie nieuprzejmie z tej karawany dwudziestu samochodów przyczepionej do mego bagażnika.
- Nie bierz tego do siebie, darling. – uspokaja staruszeczka nie podnosząc głowy znad piórek.
Nie biorę, a skądże.
Zawsze mogą wyprzedzić, choć mówiąc szczerze, wszak widzą jak obracam się razem z kierownicą i i to wystarczająco tłumaczy, czemu nie wyprzedzają.
Poza tym, czynię postępy.
Na przykład, coraz częściej mam otwarte oczy.

(...)
Nie widzę, nie słyszę, nie mówię.
Obsada: Pan Kartofel



(...)
Gdy już posnęły nam dziatki, usiadłyśmy w kręgu każda ze swym żelazkiem i odprasowałyśmy w czynie społecznym kilkadziesiąt tuzinów niemowlęcych ubranek. Nadobowiązkowo wypolerowałyśmy szmatką kilkadziesiąt par mikroskopijnego obuwia.
To, co znalazłyśmy w szafach. To, co przyniosłyśmy z Armii Zbawienia.
To, co prałyśmy przez ostatnie tygodnie.
Część  prawdopodobnie trafi tu.
I nie dlatego o tym, aby się chwalić, ale by świadczyć, że naprawdę dobrze jest czasem przysiąść w kręgu.
Choćby i przy darciu pierza.
Choćby i przy żelazku.


©kaczka

1158

[28 Sep 2012]

(...)
Portret Peppy. van Dynia (2012). Kolekcja prywatna.
(Uszy van Dyni wciąż przytwierdzone do głowy.)



©kaczka

1157

[27 Sep 2012]

W ochronce wysypało niemowlętami.
Według zeznań naocznych świadków Dynia pląsa wśród nich jak Julie Andrews między potomstwem von Trappów.
Tu smoczek w dziób wetknie, tam otrze smarki, tu koronkowe poduszki poprawi, tam kocykiem omota lub becik wygładzi, wrażliwym na piękno ‘Berdziu Berdziu’ do snu  zaśpiewa, na bębenku zadudni, na trójkąciku zrobi bdzynk! lub BDZYNK!
Przy okazji życia się uczy.
Niemowlęta mają na stanie instynkt samozachowawczy przyczepiony do jedynego neuronu,  paznokietki trudno im oszlifować i gdy mówią, że nie chcą się przytulać to... bywa, że nie kłamią.
Ufajmy, że porysowana po karoserii Dynia przeniesie zebrane doświadczenia na kontakty z innymi przedstawicielami fauny.
(Myślę głównie o kotach, tygrysach, gibonach, gorylach, piłach tarczowych, snopowiązałkach i psie sąsiadów.)

©kaczka

1156

[25 Sep 2012]

(...)
Nie ufa nam w kwestii regularnych dostaw żywnosci, więc osobiście zabrała się za smażenie kotletów, wienersznycli i dewolajów.
Rozgniotła w garści jedno jajko.
Korzystając z chwili mej nieuwagi dla pewności rozgniotła drugie i trzecie.
Korzystając z przeciągającej się chwili nieuwagi (wybierałam skorupy z miski) oblizała ręce z żółtka i białka.
Rozklepała sznycle tłuczkiem do mięsa.
(Tłuczek niebezpiecznie odskakiwał w stronę czaszki.)
Pofolgowała sobie nad mechanicznym młynkiem do pieprzu i nad niezaumatyzowaną solniczką.
Dodała tymianku, lubczyku, rozmarynu, mięty, sezamu, goździków, cynamonu, bobkowego liścia, kminu i kminku.
I pieprzu.
Zapanierowała sznycle w bule, jajach i skorupkach.
Głównie w pieprzu.
Ręce wytarła w spodnie.
Korzystając z chwili mej nieuwagi (sięgałam po patelnię) nadgryzła surową wieprzowinę w panierce  i wymieniła plastikowy nóż do masła na tasak.
(Nie wiedziałam, że mamy tasak.)
Rozbeczała się, gdy odebrano tasak.
(... skąd ten tasak? Norweski chce mnie zabić?)
Zmasakrowała kilka pieczarek plastikowym nożem do masła.
Pozbierała skoczne pieczarki z podłogi i wrzuciła na patelnię.
(Część rozdeptał Norweski.)
Pozbierała sznycle z podłogi i wrzuciła na patelnię.
Rozbeczała się, gdy wyszło na jaw,  że ilość sznycli  jest skończona i że nie odtwarzają się samoistnie, by cieszyć jej kulinarne ambicje.
Odmówiła opuszczenia lokalu na czas smażenia.
Sami sobie gotujcie z dziećmi, kuchenni celebryci z kulinarnych programów dziecięcych!
To nie na moje nerwy.

©kaczka

1152-1155

[21-24 Sep 2012]


(...)
Siąpi. Mży. Strzyka. Spluwa. Ciurka. Przenika.
Szaro. Wolframowo. Pogardliwie.
Wylazły ślimaki, wije i inne pokryte śluzem centypedy.
Babie lato zbija się w mokre kłaki.
Grzyb. Pleśń. Glon.
Rozmazują się kontury. Farba obłazi. Chodniki i gobeliny podsiąkaja wodą.
Fornir lata odpada z dni.
Drewno i charakter się wypacza.
Mech.
Wzdech.
Purchle.
Purchawki.
Próchno. Próchnica. Szubienica.
Za Mrożkiem: ‘ (...) Dzisiaj właśnie jest taka pogoda, że człowiek koniecznie by chciał być kimś innym’.
Jak duże musi być koło zamachowe, aby siłą rozpędu przetoczyć mnie przez tę jesień?

(...)
Jest jak samobieżny GPS.
Ma w glowie plan sytuacyjny wszystkich sklepów spożywczych w okolicznych pięciu hrabstwach.
W każdym potrafi znaleźć najkrótszą drogę do kontuaru z lodami.
Wychodzimy z tych sklepów w określonym porządku.
Najpierw ja (w pionie, pulsująca żyła na skroni), potem Dynia (w poziomie, czerwona z wściekłości, posępna owca), następnie zamrażarka (chłodnie obojętna), za zamrażarką kabel, dalej fragment ściany z gniazdkiem elektrycznym. Czasem personel.
Na samym końcu moja godność osobista.

©kaczka

1151

[20 Sep 2012]

(...)
Nową doktryną Dyni jest plural-izm.
TataS, mamaS, butS, kotS, aguaS...
Świat według Dyni nagle jest parzysty, od kilku dni wypełniają go wyłącznie mnogie byty.
(Również odbyty, ale to moja prywatna opinia.)
Nowym, ulubionym, obsesyjnie nadużywanym zaimkiem wskazującym jest das.
... kapusta i kwas...

©kaczka

1149-1150

[18-19 Sep 2012]

(...)
Niechybnie ochronka spodziewa się audytu, bo eskaluje żądania.
Tydzień temu nadesłała ryzę papieru obdrukowanego w złote medale domagając się spisywania na nich zasług Dyni.
Zasługi mają być wpięte w akta i oddawane raz dziennie do wglądu.
Imaginuję sobie, że ochronka usadza dziateczki w kręgu i po publicznym odczytaniu zasług wybiera pracownika miesiąca.
W drugą stronę, choć wydawałoby się logiczne, nie działa.
Nie dostajemy spisu zasług, jedynie uwagi w dzienniczku.
Od tygodnia zatem konfabulujemy.
(Upierałam się, by wpisywać dziecku w życiorys znajomość jednej litery dziennie (kto sprawdzi?), co kupiłoby nam czas do końca miesiąca, a nawet jeszcze dłużej. Norweski mnie przekonał, że algebra jest lepsza.  Ma rację! Od zera po nieskończoność. Wystarczy do matury.)

(...)
Wczoraj ochronka wystąpiła z pomysłem racjonalizatorskim.
Zażądała listy słów w trzech językach urzędowych, albowiem pragnie popełnić plakacik multi-kulti.
Albowiem, jak powszechnie wiadomo, DYNIA NIE MÓWI!
Ochronka wierzy, że od obcowania z plakacikiem Dynia przemówi.
Jasne (!).
Stanie pod i sobie przeczyta?
Ochronka jej przeczyta?
(Chodź, weź, chrząszcz, ćwikła z chrzanem, rzeżączka?)
Dynia przeczyta ochronce?
Od wysiłków ochronki na polu uczenia języków, jak na razie Dynia odmawia używania ulubionych słów.
Tak ochronce udało się bezpowrotnie wytępić kaczki.
Dynia: katschka, ochronka: NO!!!!
No i 'katschkę' zastąpiło 'duck'.
Nie przetłumaczysz ochronce, że ma nie temperować zapału, nawet jeśli pozornie Dynia mówi od rzeczy.
Można pytać, gdzie zdrowy rozsądek (‘nie znam się na całkach, nie uczę o całkach’), ale już nie szukam.

Z listu ochronki:
... mam nadzieję, że poprawnie wymawiam polskie słowa...’
&*£$%!!!
Mam ochotę ciąć sobie nadgarstki znakami diakrytycznymi.

[Adekwatny plakacik przyniósł do ochronki Rubenito.
Ochronka ma problem.
Z plakaciku bije po oczach: NEGRO.
Zamach na najpoprawniejszą politycznie poprawność.
Ochronka nie wie, jak tu wybrnąć.]

©kaczka