Image Slider

1197-1198

[29-30 Jul 2012]

(...)
Kilka eonów temu, w poczekalni u dentysty, usłyszałam historię matki, której pierworodny wybił górną jedynkę.
Pierworodny był archangelicznym, dobrze odżywionym blondynem, igrał niewinnie u stóp matki, miał na oko, dwa lub trzy lata i miotając się po zmroku w piernatach przypadkiem (skąd niby wiadomo, że przypadkiem?) zrzucił na matkę radziecki budzik.
Radziecki budzik lekkim nie był, tak mówiła matka w oczekiwaniu na implant dyskretnie zasłaniając ręką wydatną próżnię po górnej jedynce.
Jakoś tak przypomniało mi się wczoraj.
Wczoraj Dynia przypadkiem (skąd niby wiadomo, że przypadkiem?) wyrwała mi rękę.
Balansowała na krześle, myślałam, że pikuje, nie pikowała, ale instynkt był szybszy i głupszy.
Cos chrupnęło, coś szarpnęło, kiedyś pękniete, teraz łupie, rozważam implant.
Dzieci są szkodliwe.
Powinny mieć etykiety jak opakowania papierosów.

©kaczka z temblakiem

1993-1196

[26-28 Jul 2012]

(...)
W sprawie kapsułek.
Dzwonię tydzień temu pod ten specjalny numer telefonu, gdzie obstalowuje się chronicznie zażywane lekarstwa.
Taka innowacja.
Dzwonić należy między trzecią a piątą.
Bez znaczenia, bo wiecznie zajęte.
Po trzech dniach się poddałam, wykręcam do recepcjonistki.
Recepcjonistka w skowronkach, że już, natychmiast, załatwia mi od ręki.
(Powinnam się zaniepokoić tą spolegliwością, a wzięłam za dobrą monetę!)
Pytam, czy kapsułki mam odebrać w aptece?
Fkors!
Czy byłaby uprzejma poprosić wystawiającego, aby tym razem nie zabrakło mi dwunastu dni w zestawie?
Fkors!
(Powinnam się zaniepokoić, naprawdę powinnam, a ja, dufus wioskowy, za dobrą monetę!)
Dziś w aptece.
Jaka recepta? Jakie kapsułki?
Nie ma.
Ani recepty, ani kapsułek, ani śladu w centralnym systemie.
Może niech idę szukać u recepcjonistki.
Dwa metry od kontuaru.
Może poszłam.
Recepta leży na biurku, wnioskując po śladach świetnie sprawdza się jako śniadaniowa serwetka.
Dystans dwóch metrów pokonuje od dziesięciu dni.
Niosę receptę zapanierowaną w okruszkach, pytam, na kiedy, nie na dziś przecież, w końcu wyżarłam to, co było w okolicy, więc teraz pora na hurtownie w Midlandach i co ja z tą receptą robiłam, że upstrzona olimpijskimi kółkami w kolorze kawy?
Luz.
Pytam, czy tym razem wystarczy na miesiąc?
Nie wystarczy.
Rodzinna napisała słownie dwadzieścia osiem kapsułek i tyle mi odliczą.
Nawet jeśli są różnej mocy?
Nawet, bo co oni mogą.
Luz. Zen. Pokój, miłość, melisa.
... skoro zarządzeniem systemu receptę mogę odnawić dopiero po upływie trzydziestu dni, czy mogą mi polecić jakieś rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony.
Czyli, żeby oni nie musieli dorzucać dodatkowego pudełka, a ja żebym dostała swoje trzydzieści kapsułek.
No, bo w kraju Harrego Pottera nie powinno chyba stanowić...
Nie mogą, bo co oni mogą.
...
W kontekście tej historii olimpijskie fajerwerki i neony na cześć NHSu uważam za odrobinę przesadzone.
Chyba, że uznamy, że pielęgniarki w strojach Florencji Nightingale tańczące kankana na olimpijskim stadionie są obrazem teraźniejszej służby zdrowia, nie zaś echem odległej przeszłości.


©kaczka

1191-1192

[24-25 Jul 2012]

(...)
Urodziny Dyni, jak wątroba Prometusza, nie mają końca.
Okoliczności, dzień po dniu, jedynie jeszcze bardziej utwierdzają Dynię w tym przekonaniu. 
- Berdziu. –  słychać ślady pewnej rutyny -  Berdziu berdziu. -  mówi Dynia i spowszedniałym dmuchem zdmuchuje niewidzialne świeczki.
Po czym jak sieczkarnia rozdziera na strzępy opakowanie następnej mirry lub innego kadzidła dostarczone przez gorliwych posłańców.
Zachwyt wydobyty spod strzępów ciągle jeszcze świeży.
WOW!!!
W dzisiejszej dostawie grill z różowego poliestru.
(WOW!!!)
Zamykany jak pudernica.
(WOW!!!)
Wewnątrz polimerowe bułki, sałata, krwisty stek, zestaw splastyfikowanych kondymentów i atrapa zapalniczki do gazu emitująca realistyczne pstryk.
(WOW!!!)
Pstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstrykpstryk...
(Pstryku, czyście aby odgadli, pstryku nie można wyłączyć. Ałć.)
Grill skwierczy i psychodelicznie błyska stroboskopowym, czerwonym ogniem z siłą trzech baterii AA.
Übergrill sąsiadów nagle zmatowiał.


(...)
Z włosów dziś fryzjer powycinał cierpliwie.
Garść kukurydzianych chrupek.
Muchy trupek.
Guzik z pętelką.
Liść.
Piórko.
Ogon od wiewiórko.
Lalki Barbie oderwaną głowę.
Do skarbu mapę.
Urlopu atrapę.
Plasteliny kulkę.
Piąta dziesięć budzik.
Pociąg rozepchany od ludzi.
Komplet miliarda nalepek w Peppę.
Rachunek za gaz.
Rachunek za czas.
Pusty wyciąg z konta.
Skruchę, że się brudnego nie sprząta.
Za dużo deszczu.
Za dużo słońca.
Kilka sennych koszmarów.
Na resorach samochodzik.
Dwulicowy słodzik.
Przypadkowe złudzenie.
Chroniczne zniechęcenie.
Utrapienie.
Zmęczenie.
Niedozniesienie.
...
Odrosną.
Na bank.


©kaczka

1189-1190

[22-23 Jul 2012]

(...)
Opisałabym Wyspiarskie lato chwytającym za serce zachwytem Briana Coxa  wzruszonego nanosekundowym błyskiem supernowej, ale przegapiłam.
Wyspiarskie lato – produkt nietrwały, spożyj w dniu zakupu – było wczoraj.
A wczoraj zapadłam na tajemniczą febrę, niemoc i pospolitą zgryzotę.
Lato przeszło mi koło nosa.
Ze słońca monstrualną kwarcówką i bezchmurnym sufitem z lazuru.
Gdybyż tego było mało...
A tu jeszcze sąsiedzi tradycyjnie wytoczyli z garażu übergrill.
Übergrill wypełnia cały ogród, ma gabaryty statku Enterprise, lśni i błyszczy.
Przychodzi mu to łatwo, bo jako żywo, od dwóch lat, nikt go jeszcze nie odpalił.
(Nadal ma metkę i nadal spowija go folia od producenta.)
Übergrill jest ich letnią ogrodową ozdobą, dopełnieniem ceramicznego leprechauna i ciurkającej fontanny z amorkiem.
Wystawiają pierwszego dnia lata, chowaja gdy lato się kończy. Czyli najdalej po tygodniu.
Oni übergrill i wyprane kilka tysięcy pluszowych maskotek rozłożone na ręcznikach wśród trawy (pierwsza myśl: masakra w zoologu), ja febra, niemoc i tylko tego lata żal.
Amatorskie postepowanie epidemiologiczne wskazuje, że zarazę znosi do domu Dynia i ciska tą zarazą w pobielane globule, inne płytki oraz ciałka, sabotując rodzicielskie układy immuno.
(A bez układów, wiadomo, w życiu się nie da.)
Po Dyni zaraza, rzekłbyś jak woda po kaczce, może i ją trawi, ale nijak nie redukuje parametrów energetycznych.
Kaczce natomiast nie tylko wyszarpuje dywan spód stop, ale jeszcze nie omieszka leżącej dokopać, a jak nie kopnie to podpuści Dynię, by dokonała desantu.
Czternaście kilo z rozbiegu z impetem na klatkę z żeber.
MAAAAAAAAAMUUUUUUU!
[Głuchy jęk materaca.]


(...)
Norweski, który skanuje treści bloga programem google übersetzer, uczynił wpis w książce skarg i zażaleń.
Ani słowa o tym, że zaklinałyście się na wszystkie świętości, że wiecie którędy na Warszawę. Tylko wsiadać i jechać, a już za bramą nie mogłyście się zdecydować, czy w lewo, czy w prawo.
Ani słowa o tym, że żadna z was nie miała pojęcia o obowiązujacych ograniczeniach prędkości.
Ani słowa o tym, że nie ma żadnych ograniczeń prędkości! Ani znak
ów!
Ani słowa o tym, że obiecałyście, że opłotkami, a tu nagle wyrasta przede mna Pałac Kultury.
Ani słowa o tym, że na pytanie ‘którędy?’ odpowiadałyście ‘prosto’, choć prosto były schody do Pałacu, palma, albo Muzem Narodowe.
Ani s
łowa o tym, że nie wiedziałyście, gdzie zaparkować, dzieki czemu Most Księcia trzy razy. Plus wpadka z opłatą za bezpłatny.
Ani słowa o tym, że gdy trwale zablokowałyście dwa dystrybutory na stacji benzynowej, powiedziałyście temu z mięśni i tatuaży, że to ja!
I ani słowa o tym autokarze z Litwy, który na środku  Jerozolimskich zahamował mi przed maską bez uprzedzenia, a ci co z niego wysiedli, albo rozbiegli sie na wszystkie strony, albo ze stoickim spokojem zaczęli wyjmować bagaże. 
Celulozowe torby w paski. 
Miliardy celulozowych toreb w paski.

Przeżył.
Będą o nim śpiewać bardowie.


©kaczka

1188

[21 Jul 2012]

(...)
Słońce dziś dość butnie.
Dwadzieścia trzy w cieniu.
Od ósmej rano cała wieś wibruje.
Cóż chcieć, przemysłowe pralki i spalinowe kosiarki do trawy, byle zdążyć przed deszczem.
Gdzie nie spojrzeć łopocą prześcieradła. Przerośnięte buddyjskie chorągiewki.
- Taka okazja, taka okazja! – mówi zmumifikowana sąsiadka utrwalona naftaliną - Ostatni raz nie padało podczas koronacji.
(Henryka Ósmego?)
Mówi i wiesza, mówi i sama łopoce.
Gdzie nie spojrzeć prześcieradła, powłoki, pleśni zwłoki.
Za domem pospiesznie reaktywował się klub młodych matek.
Jest ich pięć.
Dynia ciągle jeszcze terminuje tam na wkupne.
Czai się pod płotem.
Rozpoznaje teren.
Przelicza aktywa.
Inne mają różowy park maszynowy, spacerówki z autopilotem, smoczki z nawigacją satelitarną, plastikowe dzieci prosto z najświeższej reklamy, dzieciom tym włosy odrosną obcięte (nawet i te w nosie) a i pawia ‘identycznego z naturalnym’ puszczą na żądanie.
Dynia ma Dżordża transwestytę ubranego w sukienkę z falbanką i nagie niemowlę, którego nogi wystają z siatki u wózka.
Ma też coraz silniejszą potrzebę, by przynależeć.

(...)


©kaczka

1185-1187

[18-20 Jul 2012]

(...)
- MAMU? MAMU? MAAAAAAAMU!!!
Och, jak kusi, żeby odpowiadać: CÓRKU!
Jak mocno trzeba się bić po łapach, żeby nie odpowiadać: CÓÓÓÓÓÓÓRKU!!!!
Córku z Turku bez kapturku  wstaje ostatnio dość regularnie o północy. Wyciąga spod poduszki skrzętnie zakamuflowane książeczki z gatunku:  ‘Niemiec mały, jaki znak twój? Bratwurst biały’ (Bawarskie cioteczki!) i przyswaja wywrotowe treści.
W kompletnych ciemnościach i bez łuczywa.
Przyswaja potąd aż zaspana głowa ją rozbuja i śladem głowy cały korpus padnie na twarz.
Albo ryj.
Ten należący do Dzordża.

©kaczka

1180-1184

[13-17 Jul 2012]

(...)
TU, TU Bebe nas odmalowała.
Zachwycający komplement.


(...)
Dynie w naturze.




(...)
To pewnie normalne u dwulatków, tak sobie powtarzam, że wstają rano i świat przyjmują takim jakim jest.
Że nie boją się innego [1], ani niepodobnego, ani takiego, co krzyczy, ani co tylko śmiechem rozmawia, ani co z radości czasem za mocno przydusi, ani co patrzy wzrokiem niewidzącym, ani co wśród swych stereotypii cały dzień przestępuje z nogi na nogę, albo ręce używa jak skrzydła, albo pięćset stron w brulionie zapisuje kółeczkami.
Pewnie normalne, logicznie wytłumaczalne, psychologia rozwojowa musi mieć na to jakaś etykietę.
A mnie i tak nieobiektywnie zachwyca dwuletnia bezpretensjonalność i nagła śmiałość mojej córki.



(I tylko proszę, Rodacy, nie mówcie do niej per niunia.)

[1] z wyjątkiem biedronek i kotów. Tych ostatnich na odległość metra.


(...)
Podróżowanie z nią smakuje coraz bardziej.
Czasem jak pączek u Bliklego [2], czasem jak ‘czy zabraliśmy spadochron?’[3]

[2] U Bliklego, niech im bedzie policzone, mlecznej piany nalali Dyni w filiżankę i kopiec ciastek podsypali i ani grosza do rachunku nie doliczyli za ten cymes, choć brwi się im uniosły, że jak to? mleczną pianę? dziecku? w czym? jak? z łyżeczką? tak jak i nam. że jak to? nie ma w karcie mlecznej piany? [4] (Co w takim razie w kraju przodków pijają w lokalach dzieci? [6])

[3] ... bo któraś z nas (zgadnijcie która)  lada moment na wysokości siedmiu tysięcy stóp wysiądzie, nie wytrzyma buczenia: siedzisz na moim siedzeniu, jesz z mojego talerzyka, czytasz mój inflight magazyn, nie wytrzyma, okiennice odemknie i wysiądzie...

[4] Mleczną, z wrzątku (chcieli dobrze, więc spienili w piecu hutniczym) pianę wypił Norweski, Dynia wolała słonokajmakowo-rozmarynowe lody i jeszcze pić z wysokiej szklanki źródlaną wodę i pod ladą chłodniczą drzewa genealogiczne wykreślać [5]

[5] ... gdyż obecnie Dynia ortodoksyjnie wyznaje tradycyjny model rodziny. Dwa plus jeden. Każde dziecko, każda kaczka, każde krzesło, każdy kamień, każdy w ladzie chłodniczej pączek ma ojca i matkę.
(Pączek z nieprawego musi być łoża, bo matką mu tort jak młyńskie koło, a ojcem sernik na kruchym spodzie.)



([6] Dzieci w kraju przodków pijają, jak się okazuje, gorącą ‘herbatkę’. 
A dla niuni herbatkę? Herbatkę dla niuni? Niuniusia herbatki? Co podać dla niuni?...)

(...)
- Ciiiiiiizzzzz! – każe Dynia i robi zdjęcia.
Od pasa w dół.




©kaczka