[304]

[14 Oct 2016]

(...)
Zadzwoniła wczoraj placówka imienia świętego Zyndrama z Erfurtu z wiadomością, że już przykręcili w szatni wieszaczek z wiewiórką i że Biskwit może zacząć odliczać godziny do spektakularnego rozpoczęcia nowego rozdziału w swym życiu.
Taki już los drugiego dziecka, że po pierworodnym donasza nie tylko buty, ale i przedszkole.
W tym wypadku, Biskwit zdecydowanie woli kolejną parę trampek po Dyni, niż przydział do Szwabskich Kluseczek.
Entuzjazm Biskwita jest odwrotnie proporcjonalny do euforii  Wszechmogącej Dyrekcji. Nieszczęsna ta kobieta spodziewa się prawdopodobnie, że przyprowadzimy jej udoskonalony blond  prototyp. Jeszcze nie wie, że jest jak ten pacjent, któremu lekarz przypisał antydepresanty, a w aptece wydano środek na przeczyszczenie.
- ... i cieszy się Biskwitek, prawda? Cieszy się, że idzie do naszego przedszkola?  – ćwierkała w telefonie Dyrekcja. A Biskwit, gdy powtórzyłam mu pytanie, opuścił lokal mrucząc coś pod nosem i robiąc drzwiami głośne ŁUP! Bez litości dla framugi.
[Ależ oczywiście! Tak się cieszy, że sakreble, od razu pobiegł się pakować!  
Zapałki, scyzoryk, paralizator, dynamit.]
Biskwit nie od dziś obstaje, że nie interesuje go żłobek, przedszkole, szkoła, czy studia uniwersyteckie. Drogą kompromisu ustaliliśmy, że Biskwit od biedy może terminować w uniwersalnej szkole życia, pod warunkiem, że to on będzie tam wykładał.
Trening motywacyjny Hauptcioteczki oparty na 'Jeśli nie przestaniesz sikać w majtki, nie pójdziesz do przedszkola, Biskwicie!' niespodziewanie, wbrew intencjom autorki programu, wyposażył Biskwita w nowe orężę walki przeciwko Systemowi. A mnie w dodatkowy kopczyk prania.
Chwilowo oddalam od siebie myśl, że lada moment znów będę repetować przedszkole.
Nie wiem, do licha, czy dam radę ogarnąć dwa fakultety z pedagogiki wczesnoszkolnej. Szczególnie, gdy jej wyższy szczebel codziennie unosi poprzeczkę mych brwi.
Po miesiącu uczęszczania do podstawówki imienia Ofiar Holocaustu zebrałam, tak myślę, wystarczające dowody, że profil klasy Mastodontów na pewno nie jest profilem biol-chem.
Jeszcze nie minęła mi zgaga po sushi z delfina, a tu pojawia się Dynia z zadaniem domowym i mówi, że nie rozumie.
Nie rozumie, dlaczego wśród słów na literę eM jest konik polny na Ka.
Nie żebym była ekspertem w dziedzinie entomologii. O, co to to nie! Ćwiczenia z rozpoznawania zwłok bezkręgowców wyciąganych na chybił trafił ze słojów formaliny zaliczyłam na dostateczny. Te ofiary trzeba było godzinami portretować, co w moim wypadku ograniczało się wyłącznie do obrysowywania zwłok i portretów pamięciowych a‘la 'z twarzy podobny do nikogo'. Acz konik polny to jednak konik, prawda? Jest popręg, jest siodło, dwie pary skrzydeł, chyże nożęta, niefrasobliwy brak zapasów na zimę, a we wzroku alegoryczna lekkomyślność. Trudno pomylić konika z biedronką, pratchawcem, czy sąsiadem spod ósmego.
I faktycznie, wszystkie te cechy od popręgu do skocznej lekkomyślności prezentuje owad z zadania domowego Dyni.
Obejrzałam z bliska, obejrzałam z daleka, sięgnęłam po lupę jak zoolog-odkrywca nowych gatunków i tak zostałam depozytariuszem dwóch wiadomości. Dobrej i złej.
Zła wiadomość to ta, że autor ilustracji miał przedstawić dziecinom mrówkę na literę eM, ale poniosła go pruska fantazja. Nadużył w procesie twórczym  licencji poetyckiej i substancji halucynogennych.
Dobra zaś pociesza mnie tym, że najwyraźniej ktoś poważał zoologię bezkręgowców jeszcze mniej niż ja.
A doktor od bezkręgowców mówił, płacząc nad moim indeksem, że to niemożliwe.

(...)
W czwartym tygodniu szkoły naszpani od Mastodontów dorzuciła do dzienniczka Mastodontów, kolejny po bukietach kwiecia, piktogram.
Uradowane słoneczko.
Promienne to słoneczko ma reprezentować dni bez zadania domowego.
Idąc tym tropem, czy w takim razie dni z zadaniami domowymi są, do diaska, przykre, smutne i nie emitują UV?
Do kompletu naszpani nadesłała również informację, że każda rodzina w wyznaczonym przedziale czasowym, ma dostarczyć zgrzewkę wody mineralnej.
Co oni mają w tym kraju z tym noszeniem wody?
Natręctwo?


©kaczka
27 comments on "[304]"
  1. To było M kwadrat, czyli M-rówka skrzyżowanz M-odliszką. Tak sądzę.

    ReplyDelete
  2. A teraz miła Kaczko, połącz w wyobraźni oba opisane przez Ciebie fakty i zwizualizuj sobie Biskwita, który już niebawem, na kolejnym szczeblu swej nieuchronnej edukacji, napotyka pasikonika na niewłaściwą literę. Wstrząsy wtórne będę odczuwalne w Australii.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wyobrazilam sobie.
      Nie wiem, czy kiedykolwiek bede mogla Australijczykom spojrzec prosto w oczy!

      Delete
  3. Widziałam kiedyś w książeczce dla dzieci rysunek mężczyzny z kawałkiem płaskiego drewna w ręku, obok narysowana była litera "w". Koleżanka zrobiła mi test z języka ojczystego, ale nie zgadłam podpisu. Brzmiał on: windusurfer (to była polska książeczka). :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. autokorekta: podpisane było: windsurfer.
      Takie popularne słowo, a się coś mnię pomięszało... :-)

      Delete
    2. Buchachacha!
      Jeszcze kilka lat na obczyznie i moja mowa bedzie przypominac polszczyne polonii brazylijskiej! Taka jak z 'Chlopow' Reymonta. Nie nadazam! Z drugiej strony, jak nazwac po polsku windsurfera? Czlowiek z deska?

      Delete
    3. Dziś pytanie, dziś odpowiedź. Sprawdziłam w internecie:
      windsurfer - [czytaj: łindserfer] osoba uprawiająca windsurfing; deskarz (potocznie)

      Hm... Deskarz... Chociaż wolę łindserfer. I wygląda to uroczo i brzmi jak gatunek ostrygi...

      Delete
  4. Pamiętam, pamiętam jak dziś kwestię zgrzewki wody mineralnej. Oj, to było lata świetlne temu (choć w zasadzie nie tak dawno). Z rodziców ociekał tak entuzjazm, że pani nagle rozpromieniła się radośnie i powiedziała - przecież w naszym mieście leitungswasser jest najlepsza na świecie. I tym samym ucięła półtoragodzinną dyskusję, co dzieci będą piły na szkolnej pustyni po opróżnieniu przywleczonego przez siebie, że tak się wyrażę półlitry. Oczywiście z reguły również kranówy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie wiem, brak mi chyba charyzmy, ze nie podrywam ich wszystkich do buntu!
      Beda nosic!
      Ja zamowie przez amazon. Do diaska, dwie hulajnogi, plecak, torba, worek ze sprzetem sportowym, dwadziescia kamieni brukowych z kolekcji Biskwita, a po bokach dwa kaski rowerowe i dwie parasolki. Wode musialabym przyniesc na glowie. (A nie! Tam juz tez zajete! Biskwit mi wlazl!)

      Delete
  5. Biskwit znajdzie sie na jednym roku z moja corka, cos tak widze...
    PS. Czy naprawde moge podzielic sie tym postem na LinkedInie ? :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bierz i dziel!
      Czytam o Irence i mam takie jakies przeczucia wzgledem mego mlodszego dziecka :-)))

      Delete
  6. Zamiast zgrzewki wody, kup Britę :*

    ReplyDelete
    Replies
    1. A przemyslalas, jaka afera nastapi, gdy okaze sie, ze w niej trzeba zmieniac filtry?
      Rewe oferuje mi 122 rodzaje wody z dostawa do domu. Drzyj szkolo!

      Delete
  7. Czwarty raz repetuję "Maluchy" w przedszkolu, dziewiąty rok już tam chodzę. Za rok znowu idę do pierwszej klasy. Najwyraźniej nie robię żadnych postępów...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czwarty raz!!!
      Niegodnam ci butow czyscic!

      Delete
  8. Replies
    1. To jest motto z makatki Biskwita. Antycypuje :-)

      Delete
  9. Może Zyndramów z Erfurt dyskretnie uprzedź jakoś? Żeby zamiast wiewiórki namalowali na wieszaczku Biskwita Wielki Zderzacz Hadronów?

    ReplyDelete
  10. Dyrekcja jak widze nadal w swietnej formie :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jeszcze nie doszlam do siebie po Swiecie Jablka. Jak dojde (powinnam rzucac cos na ziemie, aby trafic z powrotem) to opowiem, ale to material na kozetke u psychoterapeuty :-)

      Delete
  11. Bylam dzisiaj po Martynę razem z Kasia i jej wychowawca była oczarowana mniejsza wersja swojej podopiecznej i generalnie och za rok Kasia tu będzie a jaka ona odważna i kontaktowa, nie chcąc gasić entuzjazmu tylko przytakiwałam ale z tyłu głowy mam cały czas myśl, że zapas grzecznych dzieci skończył mi się wraz z Martyną. Kasia tylko z wyglądu przypomina swoją starszą siostrę... Ehh jako, że nie miałam szans dobrze poznać dyrekcji naszego przedszkola to mam takie niejasne przeczucie, że w przyszłym roku to nadrobię - z nawiązką..

    ReplyDelete
    Replies
    1. Buchachachacha! I dlatego ludzkosc nie wymiera! Rodza sie te mile, uprzejme, jedzace bulke przez serwetke Prototypiatka i czlowiek sie nabiera, ze to standardowe ustawienia fabryczne :-)

      Delete
  12. Kaczko, ja jeszcze nieco spozniona na poprzedni komentarz okulistyczny odpowiadam. Bo boje sie, ze komentarz brzmial, jakbym Biskwitowi wade wzroku zdiagnozowala ;)

    Zadzwiona bylam, ze Twoja dwulatka potrafi tak (tak, w sensie: wow i swietnie) rysowac, bowiem moj czterolatek dopiero odkrywa kredki i daje rade poki co z kolkiem. Raz udalo mu sie narysowac ludzika.

    Na U8 pediatra obejrzawszy rysunek dziecka mego (ludzika, ktorego na moich oczach drugi raz narysowal w zyciu), kwadrat i wielokrotne, nieudane proby skopiowania trojkata stwierdzil, ze to byc moze astygmatyzm. Dzieci z astygmatyzmem nie lubia rysowac, bo im to przez ow astygmatyzm nie wychodzi - tak orzekl pediatra, dumny posiadacz okularow (przyczyna: astygmatyzm). Ponadto skakanie na jednej nodze i odczytywnie rozmytych cyfr na impresjonisycznym tle nie do konca dziecieciu wyszlo, wiec masz tu matko skierowanie i idz se przebadaj dziecko.


    Tak, mamy juz umowiona wizyte. Ale jakos nie do konca wierze w podejrzenia pediatry. Badanie robila asystentka lekarza, w ktorej kumatosc nie do konca wierze. (Gdy dziecie mowilo: neun, ona slyszala: null, hmmm...).

    A wiec Biskwit po wizycie u naszego pediatry wyszedlby z orderem, dyplomem i odznaka :))

    arbuz b.d.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Buchachachachacha!
      Pomyslam, tak wlasnie pomyslalam, ale przyjelam na klate i nawet obejrzalam pod swiatlo ten obrazek zastanawiajac sie, jak diagnozowac astygmatyzm u nieletnich :-) Czy pochylosc kreski? Czy moze dobor kolorow?

      O nie, nie przypuszczam, Biskwit jeszcze od zadnego lekarza nie wyszedl z orderem*. Na U Biskwit udaje katatonika, przewraca sie o wlasne nogi, a posadzony na krzesle - z tego krzesla splywa. Gdy podaje mu sie olowek udaje, ze nie wie do czego sluzy narzedzie. Gdy pani mowi do Biskwita, Biskwit zatyka uszy. Wasz lekarz zapewne skierowalby nas do poradni zdrowia psychicznego :-)
      Dynia tez oblala U ze skakania :-) No, ale ona MA astygmatyzm :-))))

      A Biskwit rysowania uczy sie od Dyni. Jest motywacja, bo Biskwit wszak slyszy, ze chwalimy Dynie, ze jej wychodzi, ze kolory zywiutenkie, etc. wiec Biskwit tez chce.

      * od laryngologa Biskwit wyszedl ostatnio z calym sloikiem cukierkow. Znekany laryngolog chcial nagrodzic Biskwita jedna sztuka, ale Biskwit uznal, ze pieklo czyszczenia uszu rekompensuje minimum kilogram. Wyjal lekarzowi sloik z rak i po prostu wyszedl z gabinetu.

      Delete