Image Slider

[153]

[15 Mar 2015]

(...)
Ryfka miała wpaść po południu.
O siódmej rano Dynia poinformowała nas, że aby skrócić sobie czas oczekiwania wykona dla Ryfki jakąś pracę plastyczną, jak to określiła, ponadprzeciętnej urody.
I słowa dotrzymała.
Piętnaście minut później powróciła z nieomal idealnie wyciętą... sześcioramienną gwiazdą.
Miejscami nawet żółtą, bo traf chciał, że ofiarą padła strona z katalogu żonkili.
- A co, poranny aniele, Ryfka ma sobie zrobić z tą akhem... uroczą gwiazdką? – zapytałam, gdy już ujarzmiłam historyczne konotacje, przypomniałam sobie pisanki Bobka z Hitlerem (‘Szósta klepka’), wyobraziłam sobie minę ojca Ryfki i w końcu odzyskałam głos.
- Don’t know. – nonszalancko odpowiedziała Dynia. – Decorate herself?
(AAAA!!!)
Dwugodzinne negocjacje (‘Błagam, wytnijmy dla Ryfki domek i kwiatki’ ‘BUT I WANT TO GIVE HER A STAR!’) zakończyły się kompromisem (‘Ksieżyc? Niebo gwiaździste nade mną?’) i ostatecznie, jeszcze tym razem, zapobiegły potencjalnemu skandalowi dyplomatycznemu.
Macierzyństwo, powiadam, to bieg ze sraczką do wychodka po drugiej stronie obsadzonego pokrzywami pola minowego.
Pod obstrzałem snajperów.
W deszczu meteorytów.
Tunguskich.

©kaczka

[152]

[14 Mar 2015]

(...)

Derekcja nie ustaje w wysiłkach, by urozmaicić curriculum! Swoją drogą, gdyby tak zdobiono podręczniki do nauk ścisłych może dziś potrafiłabym napełnić wannę zimną fuzją?

(...)
Z kroniki policyjnej
Ofiara Biskwita N. – Zdzisław M. – dochodzi do siebie po laserowej korekcji wzroku wykonanej przy użyciu tubki kleju superglue. Chirurg, który podjął się operacji początkowo scalił się nierozerwalnie z pacjentem, a następnie utracił linie papilarne u prawej ręki. (- Sama sobie klej następnym razem! - dość histerycznie krzyczał ów nerwowo trzepocąc ręką zespoloną z fizys Zdziśka. Krzyczał także ‘Sprawdź w internecie, czy superglue nie jest trujący!’ [1] oraz ‘Dlaczego nie mamy w domu acetonu?’ [2]). Po tym przykrym incydencie [3], w  trakcie naprędce zaaranżowanej rozprawy sądowej, maltretant Biskwit N. otrzymał  sądowy zakaz zbliżania się na dwa metry do Zdzisława M. Zdzisława M. objęto programem ochrony świadków. Leży na szafie przebrany za sufit. Biskwit N. stoi pod szafą i rzewnie zawodzi.
Można śmiało powiedzieć, że jako główny odbiorca zawodzenia to ja ponoszę najdotkliwszą karę, choć niczego nikomu nie wydłubałam.


[1] Może się czepiam, ale akurat TO chemik chyba powinien wiedzieć?
[2] No właśnie? Dlaczego?
[3] ...dzięki któremu Norweski może próbować napaść na rezerwy federalne bez pozostawiania śladów, ale Cyganka to długo mu jeszcze nie powróży z dłoni.

©kaczka

[151]

[13 Mar 2015]

(...)
Szukając ogryzków w przedszkolnym plecaku Dyni, natknęłam się na zatknięty za podszewkę dokument następującej treści.

’S. S03.MAIL.TEXT... 24.08.1994... 8:25:59 Drogi Massimo,  otrzymałem twój e-mail odnośnie nieprawidłowych numerów plików DSR.  (...) Wydaje mi się, że problem jest na głębszym poziomie. RGC innych gwiazd wydaje się zanieczyszczone. Dewiacje większe niż 2-5 mas są nie do przyjęcia w przypadku reprojekcji. Nasz punkt odniesienia z plików RSTAR musi zgadzać się z punktem odniesienia Donatiego, który winien być również twoim punktem odniesienia. Przeczytaj ponownie taśmy, porównaj wszystkie numery DSR Mignarda z twoimi i poinformuj mnie o konsekwencjach. Best regards, Twój Hans-Heinrich’

Pierwszą i oczywistą [1] myślą było, że oto ostatecznie zdemaskowałam Derekcję. Że placówka jest jedynie przykrywką dla jej planów podboju galaktyki.

Tyle, że do dokumentu dołączono kartkę sugerującą, że Dynia zaczęła porównywać numery. Możliwe nawet, że względem prawidłowego punktu odniesienia.



[1] oczywistą dla każdego kto choć raz obcował z Derekcją

©kaczka

[150]



[11 Mar 2015]

 (...)
Doczekaliśmy, wpatrzeni w spóźniający się piasek klepsydry, balu u Laloliny.
Jedni z wytrzeszczem i  nieoddychając. Inni  przedawkowując na uspokojenie.
Zamek był wynajęty.
Podali parówki.
Z cukru kawior.
Z pizzy bliny.
Zastawa z melaminy.
Szampan z landrynek lał się w gardła.
Ktoś rzygnął, ktoś wpadł pod stół, ktoś podobno kogoś uraził, ktoś się śmiertelnie obraził.
Sądząc po recenzjach (‘Co robiliście?’ ‘Nie pamiętam!’), znakomita impreza, hajlajf, wydarzenie sezonu.
Gdy przybyłam, by odebrać Pocahontas, zastałam ją szastającą słowem nieobyczajnem. Trzy squaw ukryte za parkingiem na mustangi, nadużyły landrynek oraz innych pochodnych węglowodanów i  w podnieceniu, z wypiekiem na licu, fonetycznie cyzelowały wulgaryzm. Jeden wulgaryzm z kolokacją.
(uwaga!)
...
...
...
...
...
...
Amaisenscheisse!

Przynaglona imperatywem wychowawczym, zapytałam, czy cyzelowanie nie stoi aby w sprzeczności z zaleceniami placówki opiekuńczej, do której to squaw uczęszczają, a według których 'Scheisse' znajduje się w indeksie słów zakazanych (obok ‘pupu kaka’ i  ‘you are not my friend ANYMORE!’).
Najarane cukrami prostymi i złożonymi, squaw przekazały na me ręce oświadczenie, że po pierwsze to nie ‘Scheisse’ ale ‘Amaisenscheisse’, a po drugie aktualnie znajdują się przecież poza terytorium placówki, czyż nie?
...
Wypada zasięgnąć opinii prawnika.

(...)
W tle Biskwit wydłubał oko Miśkowi Zdziśkowi™.
Takim oto sposobem mamy Juranda z Wypychowa.

©kaczka

[149]

[10 Mar 2015]

(...)
Eksplodowała wiosna i obnażyła moją niewydolność macierzyńską.
Wszystek przewiewny obuw Dyni najwyraźniej skurczył się z nieznanych przyczyn i rzeczona zmuszona była udać się w piętnaście stopni w cieniu w butach na podpince.
Na podpince z futra.
Alternatywą było, wiadomo, ostruganie pięty albo przycięcie paznokci u stóp wraz z palcami.
Dynia nie była rozbawiona podpinką, zignorowała ofertę, by nie wzuwać skarpety i opuściła domostwo pozostawiając mnie przygniecioną zarzutem sporych rozmiarów: ‘YOU DID NOT THINK!’
Faktycznie, nie pomyślałam. Wiosna zaskoczyła mnie jak zima drogowców?
Za to Biskwit.
Biskwita odwinęłam z zimowego opakowania na niemowlęta. Z takiej pierzynowej onucy skrzyżowanej ze śpiworem z termostatem dla nieletnich himalaistów planujących doraczkować przynajmniej do bazy pod południową ścianę Lhotse.
- Nareszcie! – odetchnęłam z ulgą, albowiem kokon ten – hojny dar od Hauptcioteczki – był wyjątkowo niekompatybilny z wózkiem, a jeszcze bardziej z Biskwitem. Biskwit bowiem musi cały czas pilnować swoich nóg i bardzo go denerwuje, gdy znikają z pola widzenia w czeluściach piernatów.
I oto nastał dzień, gdy znienawidzony piernat można było zasypać naftaliną i zjednoczyć się z odnóżami.
Radość z ponownego spotkania z nogami była wielka, acz Biskwit nie do końca wierzył, że nadal są zakończone stopami.
W tym celu błyskawicznie zzuł buty i skarpety.
Rozumiem, raz. Dwa razy. Ostatecznie trzy, żeby wyciągnąć z tego eksperymentu średnią.
('Są. Te stopy ciągle tam są!')
Ale rozochocony możliwościami Biskwit nagie stopy chciał macać ciągle.
Najpierw więc społeczeństwo goniło za nami pytając, czy zauważyłam, że dziecko zgubiło but (‘Tak, mam w kieszeni, uprzejmie dziękuję!’). Potem, w miarę rozwoju akcji, że zgubiło but i skarpetę  (‘Wiem, wiem, tu w kieszeni. Proszę. Oto dowód’).  Następnie, że zgubiło oba buty i jedną skarpetę (‘Ach, wiem, dziękuję. Schowałam do torebki’). A wreszcie, że zgubiło wszystko (‘Rozumiem niepokój, ale orientuję się w problemie i na bieżąco poszukuję optymalnego rozwiązania.’)  Zatrzymana przez uczynne społeczeństwo po raz siódmy na trasie dwustu metrów Hauptstrasse postanowiłam oszczędzić  mu troski i zadyszki i przytroczyłam  obuw oraz skarpety w widocznym miejscu wózka.
Myślałby kto.
‘Widziałaś?! WIDZIAŁAŚ?!’ – zatchnęło się emerytowane społeczeństwo z rudym fiokiem i na cały głos odezwało się do zbliżonego wiekiem społeczeństwa platyna plus pasemka. – ‘Co za głupia krowa! Żeby takie małe dziecko! W taki ziąb! Bez butów i bez skarpet!’


©kaczka

[148]

[5 Mar 2015]

(...)
Jest rozwiązanie. Jest ratunek.

(...)
- ‘Czy to dziś?’ – pyta Dynia. Pyta tak od trzech tygodni, od chwili, gdy otrzymała pisemne zaproszenie na bal w zamku Laloliny.
Na nic instrukcje obsługi zrywnego kalendarza. Na nic ‘O obrotach ciał niebieskich’. Na nic wiwisekcja kukułki ze szwajcarskiego zegara.
‘CZY TO DZIŚ?' jest w tej chwili najbardziej zużytą, wymiętą, pogniecioną, wystrzępioną frazą z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia.
Dynia cierpi nieopisane męki, ale – halo! – mnie też nikt nie posypuje płatkami róż.
Bal na zamku jest – używając politycznie poprawnej terminologii – dla 'Pierwszych Amerykanów'.
Przyszło mi zatem upolować misia (POLARnego), obedrzeć go ze skóry i wykonać zeń giezło dla aspirującej Pocahontas.
Oskubałam też jakiś gatunek chronionego kanarka.
Wymieniwszy złoto na koraliki planowałam ambitnie wykonać z tego misia i kanarków arras pod tytułam ‘Winnetou w objęciach Old Shatterhanda’, ale dioptrie za krótkie, noc za ciemna, za to cholera jasna.
Cholera jasna. Uporczywy biznes te koraliki. Dla zuchwałych.
A i Biskwit nie próżnował biorąc je za pilnie strzeżoną przekąskę.
Stąd giezło raczej lakoniczne.
Za to z potencjałem.
Założone tył na przód sprawdzi się jako ubiór bardzo ubogiego pastuszka lub meksykańskiego chłopa małorolnego z puebla.
Po dyskretnych przeróbkach obleci jako wiewiórka.

(...)
Dynia wydała pierwszą książkę.
Cena, jak zaznaczono, £4.99.


Lada moment – mówią na mieście -  wyda się ŻUŃ.
(Radością napełnia nas to. O!)

©kaczka

[147]

[3 Mar 2015]

(...)
Plasnął biletami o stół i powiedział: ‘Idź ty. Zrelaksujesz się. Odpoczniesz. Kultury zaznasz. Barda posłuchasz.’ A w mankiet wymamrotał ‘... i dziecko się wywietrzy’. Nie musiał w mankiet. Łasa jestem ostatnimi czasy na ‘odpoczniesz’, więc ten przekaz, tak czy inaczej, zagłuszył wszystkie inne.
Zabrałam Dynię i poszłam odpoczywać.
I choć trudno to wytłumaczyć (jedynie chyba ubytkiem szarej masy), ten związek frazeo (Dynia-odpoczywać) wcale mnie nie zaniepokoił.
Coś tam mnie niby tknęło, gdy Dynia do kompletu zwerbowała Ryfkę, ale dzień był piękny, wypsztyknęły przebiśniegi, słońce się rozlało po dzielnicy, witamina D odebrała mi rozum.
Pobrałam Ryfkę.
(Rodzice Ryfki nie czekając na pokwitowanie oddalili się pospiesznie z uśmiechem na twarzach wskazującym, że planują coś ohydnie niemoralnego i wyuzdanego. Na przykład, trzygodzinną drzemkę w środku dnia.)
Pobrałam Ryfkę i to był początek końca.
Mojego końca.
Obie damy sczepiły się w uścisku i do końca dnia postanowiły występować jako syjamskie siostry.
Jak Marlena Dietriech w trwałym konglomeracie z Barbarą Streisand. W skali 1:2.
I mógł bard grać na ukulele i śpiewać po chińsku, co zresztą zdaje się czynił, Ryfka i Dynia trwały w uścisku ignorując i barda, i inne okoliczności towarzyszące. Na przykład, bufet z pełnym wyposażeniem.
- Ale skąd niby zmęczenie? - zapragną wiedzieć dociekliwi.
Z wynoszenia konglomeratu ze sceny, z łapania konglomeratu skaczącego ze sceny, z udostępniania konglomeratowi kolan i kręgosłupa jako krzeseł i wieszaka.
Z ‘na litość boską, choć z toalety skorzystajcie osobno’.

(...)
No i proszę, tydzień nie minął, a ja zastałam Biskwita na autostradzie do Autonomii.
Wzuwał skarpetę (!)
Trzymał ową w wyciągniętych rękach i próbował weń trafić stopą.
Chwilowo bez powodzenia, ale za dzień, za dwa oblecze łydę i wyprowadzi się z domu.
Niniejszym przechodzę kryzys.

(...)
Na Chińczyka spadł sputnik.
Jak inaczej wyjaśnić jego nieobecność na dzisiejszych zajęciach?
Pojawił się za to Włoch.
Włoch ma tę zaletę, że wymawia ‘deutsche’ jak ‘Duce’.
To mi bardzo uatrakcyjnia czytanki.

©kaczka