[9 Jan 2018]
(…)
Kilka tygodni temu Google przypomniał, że w 1974 roku ludzkość rzekomo pyknęła do kosmitów telegram z Arecibo. W tym telegramie, który na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka uparcie przypomina Pac-Mana w wersji na Atari, ludzkość niby tłumaczy obcym skąd przychodzimy, kim jesteśmy i którędy na Ostrołękę.
Podobno odpowiedź nie nadeszła. Że niby RSVP kosmici pozostawili bez odzewu.
Nie jestem przekonana.
Biskwit od miesięcy wstaje codziennie przed wschodem słońca i przy świetle latarki mozolnie, świt w świt, bez wytchnienia i w sekrecie przed humanoidami prokuruje i teleportuje raporty do bazy.
Do statku-matki.
O czym?
Trudno powiedzieć.
Ta Rosetta nadal szuka swego kamienia.
Kilka tygodni temu Biskwit skończył pięć lat.
Na śniadanie Biskwit jada owsiankę na surowo, na obiad szpinak z czosnkiem. Chleba z marmoladą nie ruszy. Marmolada to Biskwici kryptonit.
Zdaje się, że to w listopadzie zapisaliśmy jednak Biskwita na lekcje gry na klawikordzie. Biskwita relegowano z nich karnie już po dwóch tygodniach za lekceważący stosunek do instrumentu i kontrowersyjne interpretacje Etiudy Rewolucyjnej. Biskwit podobno wolał śpiewać Marsyliankę. (Prowadząca reklamowała się jako terapeutka muzyczna. Miejmy nadzieję, że będzie potrafiła uporać się z traumą i jeszcze kiedyś odnajdzie radość w uczeniu młodzieży przedszkolnej.)
Obchody urodzin Biskwita trwały trzy dni i trzy serniki (Biskwit hołduje prostym, laktozotolerancyjnym przyjemnościom), a przeliczając na jednostki rodzicielskiej wytrzymałości, mniej więcej trzydzieści lat wenusjańskich.
Jako, że w swej przedszkolnej grupie rówieśniczej Biskwit jest jedynym drugorodnym dzieckiem, pierworodne imprezy urodzinowe współosadzonych, w których jak dotąd uczestniczył najwyraźniej powiodły jego oczekiwania i wyobrażenia na szkodliwe manowce.
Na tych manowcach podają dipy z jarmużu z przystawką z kalafiora, czipsy z kalafiora i torty z buraków. Sensem imprezy – obowiązkowo domowej - są pruskie zabawy towarzyskie o wysokim indeksie edukacyjnym, prezenty muszą stymulować korę mózgową, a w podzięce goście wynoszą płaskorzeźby własnoręcznie strugane przez solenizanta w kostkach ekologicznego mydła.
Zatem jeśli wydawało nam się, że przez lata odkupiliśmy swe grzechy (do kilkunastu pokoleń wstecz) podczas imprez organizowanych ku czci urodzin Dyni, to byliśmy w błędzie.
Otóż Biskwit zaprosił koleżanki i kolegów.
...
...
...
Do domu.
Mini jeźdźców apokalipsy było siedmioro.
Przybyli na kucykach z leasingu ze Stajni Augiasza, zaparkowali pod domem, a ponieważ byli pieroworodni i mocno nieletni, to przywiedli ze sobą rodziców.
Tak upadł nasz plan, by porzucić kurdupli samopas z niezastąpioną Dynią w charakterze kaowca, sernikiem w charakterze marchewki, zabarykadować się w piwnicy, odkapslować wino i Netflix oraz skupić się na przetrwaniu.
Cóż było robić?
Cóż innego niż udzielić się towarzysko?
Wyszliśmy z bunkra wprost w falę uderzeniową emocji grupy wiekowej lat 3-5. Lelija wyła, bo Biskwit pierwszy wszedł po schodach. Biskwit wył, bo Persefona wyjadła wszystkie zielone emenemsy. Persefona wyła, bo Abelard oświadczył się Eloizie. Eloiza wyła, bo czipsy miały, zacytujmy, ‘głupi kształt’. Zyndram wył, bo wydawało mu się, że but zjadł mu nogę, a Rupert zamknął się w szafie i wąchał naftalinę.
Odebraliśmy protoplastom płaszcze, podaliśmy napoje, relanium, orzeszki fair-trade, odpaliliśmy small talk o pogodzie. W tym czasie apokaliptycy eksploatowali żyłę cukrów i paśli swe kucyki na radioaktywnych barwnikach nienaturalych. W ramach profilaktyki szaleństwa udałam się więc po kieliszki i butelkę wina. Niosłam je triumfalnie na tacy, w rękach wyciągniętych nad głową, balansując między miotającą się pod nogami masą krytyczną pozczepianych ze sobą glutem i cukrem cherubiąt oraz umiejętnie i z doświadczeniem sapera omijając kurduple dyndające na kryształowych żyrandolach.
I co?
Gdy już pokonałam te ludzkie pułapki, gdy dotarłam do stołu z niewychlapaną zawartością, to akurat trafiłam na ten moment, gdy rodzice Biskwiciego narzeczonego kończyli publicznie się zwierzać ze swej abstynencji powodowanej przynależnością do kościoła Świętych w Dniach Ostatecznych.
Ja wszystko rozumiem.
Ja się nawet cieszę.
Wszak z jednej strony to znakomita okazja do infiltracji grupy wyznaniowej, która fascynuje mnie od czasów lektury dzienników Wańkowicza. Z drugiej strony, z wszystkich denominacji, do których można by dopasować Biskwita z narzeczonym, ta, która ma w nazwie Ostateczność, Doomsday, Zagładę, Kres i Paruzję wydaje się być idealnym wyborem. Ale z trzeciej – na litość, nomen omen, boską – impreza dla grupy wiekowej 3-5 na trzeźwo?!
Serio?
To nie koniec tortury.
Jak ostatni amatorzy, jak niewykarmieni szpakami, jak para wioskowych głupków, nie zaznaczyliśmy na zaproszeniach godziny wieńczącej obchody. Takoż minęła czwarta, piąta, minęła szósta, o siódmej zaczęłam się niepokoić, że już nigdy nie wypiję wina, ani nie skorzystam z łazienki bez konieczności ustawienia się w kolejce. O ósmej zaczęłam dawać do zrozumienia, spacerowałam po domu w papilotach i szlafroku, ziewałam, pytałam wymownie, która to godzina i dlaczego taka późna. Bez skutku!
O dziewiątej zamiast wychodzić, goście zaczęli wciągać następnych gości, tych, którzy dla zmylenia mieli ich niby odbierać, a ich ilość z minuty na minutę rosła w postępie wykładniczym.
Babcie, mężowie, bracia, siostry, świekry.
Zjedli pierniki, orzeszki, serniki, relanium, słoik ogórków i schowane na czarną godzinę, czekoladki z masłem orzechowym.
Ale to wszystko nic w porównaniu z faktem, że w tym zamieszaniu ktoś z premedytacją odkapslował i wypił moje wino.
(...)
Jedna z montessoriańskich wychowawczyń, przebywająca aktualnie na sześciomiesięcznym urlopie wypoczynkowym (dolary przeciw orzeszkom, że w klasztorze o ścisłej regule całodobowego milczenia) przesłała Biskwitowi prezent na urodziny.
Prezentem był naszyjnik. Głaz narzutowy powieszony na rzemyku.
Wzruszyło mnie to ogromnie, bo Biskwit ma słabość do geologii. Być może to na zlecenie swojej cywilizacji nieustannie pobiera próbki skał i napycha nimi wszelkie dostępne kieszenie. Swoje i matczyne.
(Nasza pralka specjalizuje się w dopieraniu kwarców, granitów i bazaltów.)
Cieszyłam się tą myślą, że oto ktoś dostrzegł pasję mego dziecka i postanowił ją tak pozytywnie wzmocnić.
Cieszyłam się do chwili, gdy Norweski zapytał, czy to aby nie tak testowano czarownice w średniowieczu? Spławiając je z młyńskim kamieniem u szyi?
No i czar jakby jednak trochę prysnął.
[mryg]
©kaczka
(…)
Kilka tygodni temu Google przypomniał, że w 1974 roku ludzkość rzekomo pyknęła do kosmitów telegram z Arecibo. W tym telegramie, który na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka uparcie przypomina Pac-Mana w wersji na Atari, ludzkość niby tłumaczy obcym skąd przychodzimy, kim jesteśmy i którędy na Ostrołękę.
Podobno odpowiedź nie nadeszła. Że niby RSVP kosmici pozostawili bez odzewu.
Nie jestem przekonana.
Biskwit od miesięcy wstaje codziennie przed wschodem słońca i przy świetle latarki mozolnie, świt w świt, bez wytchnienia i w sekrecie przed humanoidami prokuruje i teleportuje raporty do bazy.
Do statku-matki.
O czym?
Trudno powiedzieć.
Ta Rosetta nadal szuka swego kamienia.
Kilka tygodni temu Biskwit skończył pięć lat.
Na śniadanie Biskwit jada owsiankę na surowo, na obiad szpinak z czosnkiem. Chleba z marmoladą nie ruszy. Marmolada to Biskwici kryptonit.
Zdaje się, że to w listopadzie zapisaliśmy jednak Biskwita na lekcje gry na klawikordzie. Biskwita relegowano z nich karnie już po dwóch tygodniach za lekceważący stosunek do instrumentu i kontrowersyjne interpretacje Etiudy Rewolucyjnej. Biskwit podobno wolał śpiewać Marsyliankę. (Prowadząca reklamowała się jako terapeutka muzyczna. Miejmy nadzieję, że będzie potrafiła uporać się z traumą i jeszcze kiedyś odnajdzie radość w uczeniu młodzieży przedszkolnej.)
Obchody urodzin Biskwita trwały trzy dni i trzy serniki (Biskwit hołduje prostym, laktozotolerancyjnym przyjemnościom), a przeliczając na jednostki rodzicielskiej wytrzymałości, mniej więcej trzydzieści lat wenusjańskich.
Jako, że w swej przedszkolnej grupie rówieśniczej Biskwit jest jedynym drugorodnym dzieckiem, pierworodne imprezy urodzinowe współosadzonych, w których jak dotąd uczestniczył najwyraźniej powiodły jego oczekiwania i wyobrażenia na szkodliwe manowce.
Na tych manowcach podają dipy z jarmużu z przystawką z kalafiora, czipsy z kalafiora i torty z buraków. Sensem imprezy – obowiązkowo domowej - są pruskie zabawy towarzyskie o wysokim indeksie edukacyjnym, prezenty muszą stymulować korę mózgową, a w podzięce goście wynoszą płaskorzeźby własnoręcznie strugane przez solenizanta w kostkach ekologicznego mydła.
Zatem jeśli wydawało nam się, że przez lata odkupiliśmy swe grzechy (do kilkunastu pokoleń wstecz) podczas imprez organizowanych ku czci urodzin Dyni, to byliśmy w błędzie.
Otóż Biskwit zaprosił koleżanki i kolegów.
...
...
...
Do domu.
Mini jeźdźców apokalipsy było siedmioro.
Przybyli na kucykach z leasingu ze Stajni Augiasza, zaparkowali pod domem, a ponieważ byli pieroworodni i mocno nieletni, to przywiedli ze sobą rodziców.
Tak upadł nasz plan, by porzucić kurdupli samopas z niezastąpioną Dynią w charakterze kaowca, sernikiem w charakterze marchewki, zabarykadować się w piwnicy, odkapslować wino i Netflix oraz skupić się na przetrwaniu.
Cóż było robić?
Cóż innego niż udzielić się towarzysko?
Wyszliśmy z bunkra wprost w falę uderzeniową emocji grupy wiekowej lat 3-5. Lelija wyła, bo Biskwit pierwszy wszedł po schodach. Biskwit wył, bo Persefona wyjadła wszystkie zielone emenemsy. Persefona wyła, bo Abelard oświadczył się Eloizie. Eloiza wyła, bo czipsy miały, zacytujmy, ‘głupi kształt’. Zyndram wył, bo wydawało mu się, że but zjadł mu nogę, a Rupert zamknął się w szafie i wąchał naftalinę.
Odebraliśmy protoplastom płaszcze, podaliśmy napoje, relanium, orzeszki fair-trade, odpaliliśmy small talk o pogodzie. W tym czasie apokaliptycy eksploatowali żyłę cukrów i paśli swe kucyki na radioaktywnych barwnikach nienaturalych. W ramach profilaktyki szaleństwa udałam się więc po kieliszki i butelkę wina. Niosłam je triumfalnie na tacy, w rękach wyciągniętych nad głową, balansując między miotającą się pod nogami masą krytyczną pozczepianych ze sobą glutem i cukrem cherubiąt oraz umiejętnie i z doświadczeniem sapera omijając kurduple dyndające na kryształowych żyrandolach.
I co?
Gdy już pokonałam te ludzkie pułapki, gdy dotarłam do stołu z niewychlapaną zawartością, to akurat trafiłam na ten moment, gdy rodzice Biskwiciego narzeczonego kończyli publicznie się zwierzać ze swej abstynencji powodowanej przynależnością do kościoła Świętych w Dniach Ostatecznych.
Ja wszystko rozumiem.
Ja się nawet cieszę.
Wszak z jednej strony to znakomita okazja do infiltracji grupy wyznaniowej, która fascynuje mnie od czasów lektury dzienników Wańkowicza. Z drugiej strony, z wszystkich denominacji, do których można by dopasować Biskwita z narzeczonym, ta, która ma w nazwie Ostateczność, Doomsday, Zagładę, Kres i Paruzję wydaje się być idealnym wyborem. Ale z trzeciej – na litość, nomen omen, boską – impreza dla grupy wiekowej 3-5 na trzeźwo?!
Serio?
To nie koniec tortury.
Jak ostatni amatorzy, jak niewykarmieni szpakami, jak para wioskowych głupków, nie zaznaczyliśmy na zaproszeniach godziny wieńczącej obchody. Takoż minęła czwarta, piąta, minęła szósta, o siódmej zaczęłam się niepokoić, że już nigdy nie wypiję wina, ani nie skorzystam z łazienki bez konieczności ustawienia się w kolejce. O ósmej zaczęłam dawać do zrozumienia, spacerowałam po domu w papilotach i szlafroku, ziewałam, pytałam wymownie, która to godzina i dlaczego taka późna. Bez skutku!
O dziewiątej zamiast wychodzić, goście zaczęli wciągać następnych gości, tych, którzy dla zmylenia mieli ich niby odbierać, a ich ilość z minuty na minutę rosła w postępie wykładniczym.
Babcie, mężowie, bracia, siostry, świekry.
Zjedli pierniki, orzeszki, serniki, relanium, słoik ogórków i schowane na czarną godzinę, czekoladki z masłem orzechowym.
Ale to wszystko nic w porównaniu z faktem, że w tym zamieszaniu ktoś z premedytacją odkapslował i wypił moje wino.
(...)
Jedna z montessoriańskich wychowawczyń, przebywająca aktualnie na sześciomiesięcznym urlopie wypoczynkowym (dolary przeciw orzeszkom, że w klasztorze o ścisłej regule całodobowego milczenia) przesłała Biskwitowi prezent na urodziny.
Prezentem był naszyjnik. Głaz narzutowy powieszony na rzemyku.
Wzruszyło mnie to ogromnie, bo Biskwit ma słabość do geologii. Być może to na zlecenie swojej cywilizacji nieustannie pobiera próbki skał i napycha nimi wszelkie dostępne kieszenie. Swoje i matczyne.
(Nasza pralka specjalizuje się w dopieraniu kwarców, granitów i bazaltów.)
Cieszyłam się tą myślą, że oto ktoś dostrzegł pasję mego dziecka i postanowił ją tak pozytywnie wzmocnić.
Cieszyłam się do chwili, gdy Norweski zapytał, czy to aby nie tak testowano czarownice w średniowieczu? Spławiając je z młyńskim kamieniem u szyi?
No i czar jakby jednak trochę prysnął.
[mryg]
©kaczka




