[106]

[8 Sep 2014]

Trewir-Luksemburg-Rammstein

Do Luksemburga jeździ się po kawę (tańsza) oraz masło (mówią, że lepsze).
Dzięki temu mamy w domu szesnaście kilogramów ziarna ('obywatel niemiecki może przenieść przez most Przyjaźni Międzynarodami wyłącznie dziesięć kilogramów na osobę'), co daje nam potencjał ponad dwóch tysięcy filiżanek espresso, a tym samym nadzieję, że jakoś przetrwamy ząbkowanie Biskiwta.
Masła nie kupiliśmy.
(Na lody do Luksemburga, uprzedzam, nie warto, bo winszują tam sobie za kulkę drożej niż przy najgłówniejszym placu w Monachium.)
Obejrzeliśmy za to doczesne szczątki świętego Willibroda, zbeszcześciliśmy cudowne źródło (nim dobiegłam, Dynia zanurzyła weń obutą stopę, później okazało się, że Willibrod jest uzdrowicielem kulawych, może zatem nie do końca była to desakralizacja obiektu?) i przydybani przez nadgorliwego przewodnika wysłuchaliśmy prelekcji na temat dorocznego wydarzenia sezonu, jakim jest podskakująca procesja z figurą. Otóż faktycznie, od niepamiętnych czasów, raz w roku  ludność odziewa się w niedzielne stroje i skacze. Dwa w przód, trzy w bok, czy jakoś tak.
Najbardziej uradowały me serce krótkie filmy przedstawiające podskoki grup przedszkolnych.
Zdaje się, że tylko w Chinach można wytresować dzieci, by podskakiwały w sposób zsynchronizowany. Być może właśnie dlatego, filmy przedstawiające podskoki miejscowych grup przedszkolnych były wyjątkowo krótkie.
Weekend spędziliśmy w Trewirze.
Bliskim sąsiadem Überhauptcioteczki jest Karol Marks.
(I choć kategorycznie nie zgadzają się, że opium dla ludu, to jest to sąsiedztwo nadzwyczaj zgodne.)
U Überhauptcioteczki podają taki placek ze śliwkami, że gdyby Doktor Tulp zapragnął nam zrobić wiwisekcję to płótno mistrza Rembrandta byłoby jedną wielką śliwkową mazią po eksplozji. (Na bank, Rembrandt nie nastarczyłby takiej ilości śliwkowej kredki.)
Trewir, mówi Überhauptcioteczka, to niby miasto, a jednak wieś.
I gdy się człowiek błąka pośród wąskich ulic między sklepami  oferującymi ceratę na stoły, sekatory do strzyżenia pelargonii, karmę dla kurczaków, oryginalne włoskie greckie lody, nawozy sztuczne, chińskie tenisówki i packi na muchy, a tu nagle mu przed nosem wyrasta złoto-chrom-połysk stupiętrowe centrum handlowe z  posypką najmodniejszych marek i metek, to faktycznie zaczyna wierzyć, że niby wieś, a jednak.
Przypadkiem trafiliśmy na Viezfest.
Ponieważ dudniła górnicza orkiestra (a dudniła szlagiery z rodzaju ‘Aber bitte mit Sahne’), wydało mi się, że to jest ‘Feetfest’ i  było to całkiem logiczne, bo sfermentowany napój jabłkowy jaki tam podawano, smakował jak udeptywany nogami. W spoconych skarpetkach.
Na szczęście po trzecim, czwartym łyku kubki smakowe doznawały przejściowego paraliżu.
Dynię i Biskwita zahipnotyzowała orkiestra dęta.
Dynia zrewidowała pospiesznie swoje plany na przyszłość i od teraz będzie księżniczką, hydraulikiem, a po godzinach zajmie się grą na puzonie.
A w Rammstein planowaliśmy przystanąć, bo po pierwsze dobrze brzmi (sic!), a po drugie, by sprawdzić, czy w miejscowym McDonald’s sprzedają Quarter pounder with cheese (patrz: Pulp Fiction), ale dzieciny ucięły sobie drzemkę, więc musiało nam wystarczyć, że amerykańska armia kołowała nad nami w potężnych Herculesach.

(...)







©kaczka
34 comments on "[106]"
  1. Coś jest w tych małych niemieckich wsio-miasteczkach. Do Luksemburga bym, mieli sklep Laury Ashley ;-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. U Laury to dopiero maja wyrafinowane packi na muchy!
      (Uwielbiam spodnice od Laury :-)

      Delete
  2. Aaaa widzisz! Czyli niegdysiejsza wzmianka o lekcjach gry na puzonie podczas zajęć w placówce oświatowej nie była na darmo! ;))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jesli sasiedzi nas zdenerwuja to kupie puzon i powiem, zeby uczyla sie sama!

      Delete
  3. Ooo. Lux zatem sie klania :-) A.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Machamy Luxowi! To co wy tam z tym maslem? Propaganda zrzeszenia luksemburskich maslarzy? :-)))

      Delete
    2. Pielgrzymki po benzyne widzialam (lacznie z wycieczkami weekendowymi krajoznawczymi z kanisterkami), nogi-uginajace paczki srodkow uzalezniajacych i pluce uszkadzajacych takoz jak i kawowe ziarna w ilosciach nielichych. Ale maslo?! Luxlait Rose czyzby? Krwista i zlotawa kredka malowane? Od szczesliwych krow wypasanych pod bankami? :-))) A.

      Delete
    3. Fakt! Zapomnialam o benzynie. Caly Trewir tankuje w Luksemburgu :-) Nie mam pojecia, jakie sa znaki szczegolne wyborowego i ekskluzywnego masla. Na droge cioteczka dala nam kostke niemieckiego. Lokalna patriotka!

      Delete
  4. Dynia na cokole...
    o, ja pierdolę!
    :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. A dostrzegasz, ze z cienia zrobila jej sie kaczka?

      Delete
  5. Szesnaście kilo!!!

    (Tu Jarecka skasowałą kolejne 10 komentarzy, bo wyobrażanie sobie takiego bezmiaru szczęścia przekracza moce jej imaginacji)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Szesnascie kilogramow i do tego kazda paczka inna! Raj!
      Podzielic sie?

      Delete
  6. Ale jaki też Dynia ma fantastyczny płaszczyk na tym cokole!

    ReplyDelete
    Replies
    1. To przyduza sukienka. I sukienke i buty zasponsorowala linia lotnicza swoim 'panstwo sobie wyda sto ojro na emergency shopping'. Dla Dyni, ktora wybierala sama, to wlasnie bylo emergency :-)))

      Delete
  7. Musze powiedziec ze to ciasto sliwkowe wyglada troche... dziwnie. Jak rafa koralowa:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wiem, ale przy cioteczce nie odwazylabym sie skomentowac :-)
      Ale tysiac procent sliwki w sliwce. A tego tez mi brakowalo od dekady :-)

      Delete
  8. Dynia w pozie cezara pozdrawiającego rozentuzjazmowane tłumy poddanych prezentuje się dostojnie :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. I trudno ja bylo stracic, jak rowniez namowic, by sama zeszla :-)

      Delete
  9. Poproszę TO ciasto! Aż mi się tak z dzieciństwa przypomniała piosenka o placku ze śliwkami, mniam....

    ReplyDelete
    Replies
    1. Podeslac? Byle nie linia lotnicza, bo skonczy jak nieszczesne pierogi :-)

      Delete
  10. Ale jak to: "za kulkę drożej niż przy najgłówniejszym placu w Monachium"???

    Oraz: co robią podczas ząbkowania ludzie, którzy po kawie zasypiają?
    Przeczuwam klęskę....

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dają dziecku ma noc ibuprofen i śpią spokojnie - o czym donoszę względnie wypoczęta po pierwszej przespanej nocy od tygodnia.

      Delete
    2. Wybacz Kaczko że się tak udzieliłam ;)

      Delete
    3. Och Jarecka ty tez bezkofeinowa?
      Czyli jestesmy uratowani i TO sie da bez kawy przezyc?!

      Delete
    4. Bebe, mozliwe, ze to jedyna lodziarnia w calym Luksemburgu i dlatego maja ceny monopolistyczne. Ale przecieralam oczy, gdyz przy Hauptstrasse nadal tylko jeden ojro. Nie wspominajac o Stefano, ktory przy luksemburskich kreci nieomal za darmo.

      Problem z zebami Biskwita jest natury rozrywkowej. Biskwit nocami staje sie towarzyski i oczekuje, ze bedziemy z nim siedziec przy barze i grac w loteryjke. Biskwit odsypia za dnia, my nie bardzo. Moze zainwestowac jednak w ten puzon?

      Delete
    5. Czy bez kawy to ja nie wiem :) Ja piję kawę a dziecko ibuprofen i żyjemy :)

      Delete
    6. Bebe, ale ja tu nie diagnozuje problemu. Potomek zabkuje, wy z Wiewiorem wypijacie po filizance, zasypiacie, budzicie sie, a tu Potomek ma wszystkie zeby! Easy peasy coffee squeezy!

      Delete
    7. Przeczuwam, że na bezsennym haju zacznę pisać bloga parentingowego (o zgrozo!) z zabarwieniem zombie (uff!). Tym bardziej, że Wiewióra nie do budzisz, po kawie tym bardziej.

      Delete
  11. W Luxemburgu city na pytanie, czy mówi pan/pani po niemiecku, każdy odpowiadał: troszeczkę, po czym wypuszczał ze swojej buzi zupełnie bezakcentowy słowotok :)

    A ta słynna rzymska brama w Trier jest dla mnie po prostu mega oczadzona. Ignorantka, wiem ;)

    A ciasto to zdjęcie dla ludzi o mocnych nerwach i silnej woli. (Copy pace na mój talerz nie działa, kurka. )

    arbuz bez ciasta

    ReplyDelete
    Replies
    1. Brama nie tylko oczadzona, ale zabytek idealny. Szklic nie trzeba, ogrzewac nie trzeba, dziur w murze zaklejac nie trzeba, a turysci placa :-)
      Podobno Luksemburczycy mowia od niedawna oficjalnie po luksembursku. Staralam sie ze wszelkich sil ukryc ten fakt przed Dynia w obawie, ze zarzuci mi, ze po luksembursku tez nie mowi!
      Wpadnij na ciasto!

      Delete
    2. Kaczko, nie kuś ciastem, bo pierwszy tydzień ferii jesiennych mam jeszcze niezaplanowany ;-))

      PS. W Luksemburgu byliśmy w kościele. Msza składała się z kawałków prowadzonych w sumie w czterech językach: oprócz francuskiego i niemieckiego, luksemburski i łacina.
      Tja, a Dynia, językowy multitasking, pewnie nawet nie zauważyłaby, że jest w tym coś niecodziennego ;)

      arbuz

      Delete
  12. Ha! Mowia czym sie da :-) Statystyczny nielat wprowadza w zaklopotanie biegle porozumiewajac sie po DE, Fr, Ang, Lux a niech jeszcze posiada rodzicow obcokrajowcow ! Wtedy po Mamusi hiszpanski a po tatusiu szwedzki... Ha. Dynia by sie na tym gruncie przyjela very well ;-) A.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zylion jezykow i procesja z podskakiwaniem? Fakt, coz wiecej Dyni potrzeba do szczescia :-)

      Delete