[105]

[2 Sep]

(...)
Spakowałam to, czego nie zgubiły mi linie lotnicze i powiozłam dziateczki lądem.
Ku Północy.
Ku cioteczkom.
Podróże kształcą.
Biskwit rozszerzył dietę o kebap z tutki i promieniotwórczy nabiał w formie wściekle zielonych lodów Waldmeister.
Dynia uważa, że Bart Simpson to inkarnacja Misia Uszatka i ma dowód, że łgałam utrzymując, że wszystkie dobranocki kończą się o osiemnastej czterdzieści pięć.
Ja zapragnąwszy ujarzmić wybujały snopek włosów, udałam się do fryzjera.
Fryzjerka okazała się Rosjanką i mimo długiej dyskusji nad katalogami owłosienia, mimo przymiarek, mimo odwoływania się do materiałów referencyjnych oraz ludzkiego miłosierdzia, przystrzygła mnie na Raisę Gorbaczową.
Gdy zaoferowała, że nastroszy mi włos okrągłą szczotką, ośmieliłam się nieopatrznie zauważyć, że jeszcze nikomu się nie udało, gdyż włos ten w linii prostej wywodzi się od sierści dzikich świń, a jako żywo, nikt dotąd nie widział lochy z trwałą ondulacją.
Tym rzecz jasna nastąpiłam Irinie na ambicję. Zniknęła na zapleczu, a gdy wróciła okazała mi pojemnik w przemysłowym rozmiarze, gęsto opisany cyrylicą i oznakowany całą paletą symboli, którymi oznacza się zagrożenie chemiczne.
- Przywożę z domu. Znakomity lakier! – powiedziała.
(Samochodowy?)
Nie skorzystałam. I bez warstwy epoksydu, czy polieuretanu, jestem (ledwo) żywym pomnikiem pierestrojki.
Za to by odpokutować za wszystkie grzechy estetycznego zaniedbania, poprowadziłam Dynię do galerii sztuki.
Na wstępie, co prawda okazało się, że Dynia miała inne wyobrażenie na temat funkcjonowania instytucji.
Chodziło mniej więcej o to, że to ona powinna wisieć na ścianie, a dzieła sztuki oglądać ją, nie zaś odwrotnie. Aleśmy to sobie jakoś polubownie rozwiązały.
Do momentu, gdy Dynia z najostatniejszego piętra budynku dostrzegła rzeźbionego krokodyla w ogrodzie na parterze. Krokodyla, co do którego, istnieje podejrzenie, że nie był częścią wystawy, ani wcale nie wyszedł spod dłuta mistrza Wilkonia.
Sfiksowawszy na krokodylu, Dynia próbowała wymusić na personelu dostęp do gada, a gdy rzecz się nie udała (sprzątaczka zabrała klucz do domu), Dynia wtargnęła w sam środek prelekcji o nowoczesnych trendach w sztuce, wspięła się na krzesło, wyjrzała przez okno do ogródka, orzekła ‘nice’ i wyszła zostawiając za sobą oniemiałego prelegenta i pogrążoną w ciszy widownię.
W bonusie personel pozwolił jej obmacać nietoperza, ale daleko mu było do krokodyla.
Pokłosiem wizyty w galerii był zorganizowany przez Dynię plener dla całej rodziny, gdzieśmy malowali cobądź byle ‘nice’ przy użyciu znalezionego w piwnicy opakowania farbek należących jeszcze do Norweskiego.
(Norweski utrzymuje, że tak fenomenalną jakość, świeżość barw i wysycenie kolorów przez trzydzieści lat mogły utrwalić w farbach wyłącznie metale ciężkie lub izotopy uranu.)
Pierwszorzędnie i bezproblemowo podróżuje się z Dynią i Biskwitem.
Torba z ubraniem, torba ze spyżą, walizka Dyni, plecak, Biskwit jako kamea dyndający u mej szyi, Dynia luzem.
Byle jedzenia pod dostatkiem.
Słowem nieobyczajnym miałam jedynie skomentować społeczeństwo, które nie ogarnia, jak prosto i bezproblemowo można wsiąść do pociągu, jeśli ustawi się w kolejce lub dopłaci głupie trzy ojro za rezerwację miejsca. A tu honor społeczeństwu uratował pewien muskularny młodzian, które przed północą zarzucił sobie na bary wszystkie me córki i ich bagaże i wystawił mi je na peron.
Nie mogę wykluczyć, że miało to związek z homogenicznym repertuartem recitalu Dyni – pięć godzin ‘Schmeterling, du kleines Ding’ w otwartym przedziale z przerwami na napoje i bułki, dla jednych zapewne niezapomniane wrażenia artystyczne, dla innych wyrafinowana tortura – acz bardzo chcę wierzyć, że bezinteresowna życzliwość nie została jeszcze wpisana na czerwoną listę gatunków zagrożonych.

(...)
Fantastische Tiere. Józef Wilkoń.







(...)
Whatever but nice, OK? My.


(...)
Tymczasem jesień.
Dynia debiutuje u ‘Psychodelicznych Małpiatek’.
Powiedzmy, że jeszcze dziś nie spodziewam się, że przyniesie do domu tomik własnych wierszy, ani że wskoczy na ławkę krzycząc ‘Oh, captain, my captain’. Jednakoż moje ambicje wędrują w tym kierunku i nie omieszkam dziś się nimi podzielić z panem wychowawcą.
Biskwit obnosi katar gigant.
W domu cisza.
Dzwoni w uszach.

©kaczka
28 comments on "[105]"
  1. O, szmeterlinga już dawno nie słyszałam, aż mnie nostalgia ogarnęła.

    Raisa :) dobre. Ale chyba czuję klimat, jako że lokalne nożyczki, o ile nie należą do jakiejś Turczynki mają straszliwy kłopot z niwelacją tego, co na mej głowie pochodzi od skrzyżowania Puszkina z przypadkowym Aborygenem. A Turczynki jak już są, to się szybko w lokalnych nożyczkach wykruszają i znów bieda.

    ReplyDelete
    Replies
    1. To najstraszniejszy element czestych przeprowadzek. Szukanie nowego fryzjera i dentysty. Pomylki dentysty jeszcze od biedy da sie zaslonic... Straszna bieda.

      Delete
    2. "Pomylki dentysty jeszcze od biedy da sie zaslonic... "
      Ciężką aksamitną kotarą zwisającą z dziąsła...

      Delete
    3. Gorzej jak dzięki nim człowiek się nie domyka ;)

      Delete
    4. Dalyscie do myslenia! Piszac, ze latwiej, myslalam, ze czlowiek z powylamywanymi zebami po prostu milczy zaciskajac usteczka w linijke. Ale ciezka aksamitna kotara... nisza na rynku? :-)

      Delete
  2. Replies
    1. Ze cisza, ze katar, czy ze krokodyl? :-)

      Delete
  3. Replies
    1. Ja sobie tez :-) Porozmawialam ze soba, poklepalam sie po pleckach. Za miesiac, dwa, wlos przeciez odrosnie, prawdaz? :-)

      Delete
  4. "Kamea dyndająca u szyi...".
    Moja wyobraźnia zwija się oraz turla:))))

    Pozdrawiam
    Kachna

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kachno, ten Biskwit ciezarem to jednak bardziej kamien mlynski niz kamea :-)

      Delete
  5. Tylko chciałam zapytać, czy w jakiś sposób się tu ujawnia, ile razy się tu zagląda, gdy Kaczki nie ma?
    I czy przewidziane jest odszkodowanie za perturbacje emocjonalne związane z brakiem dostępu do nowych kaczynych treści?
    (Tęsknilim...)

    :-)!

    Rien

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ujawnia sie i czuje sie bardzo winna!
      Odszkodowanie moge wyplacac w obrazach malowanych przez Dynie :-)

      Delete
    2. Dla wyrównania rachunków strat - pól tony Dyniarazków proszszsz ;-). (Bebe prorokuje świetlaną przyszłość - będę obrzydliwie zasobna... Ech...)

      Dobrze, że jesteście :-).
      R.

      Delete
    3. Alez prosze. Pod dostatkiem. Chyba winnam zaczac limitowac :-)
      Fakt, ze Dyni farbami wychodzi bardzo fajnie. O wiele fajniej niz flamastrami w przedszkolu :-)

      Delete
  6. Karma cie pokarała. Miałaś przecie nie chodzić już do Rosjan, Kaczko!

    Wiedziałam, wiedziałam! Dynia ma dryg estetyczny w początkowym stadium galopu. Bosko! Ciocie od kredek robią meksykańską falę!

    Zadzwoniłabym do Ciebie, żeby ci nie dzwoniło...tylko naładuj telefon.

    p.s. Próbowałaś już zmywać farbę z okien?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jak nie chodzic, jak nie chodzic! A lody Plombir? :-)
      Jest naladowany! Jest!
      Farbe z okiem zmywa sie bez problemu, ale nie zmywam, bo lubie te moja tecze :-)

      Delete
  7. Wasze obrazki ładniejsze:)

    Muszę sobie konto założyć bo głupio być anonimem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ha! Namolowalam sobie raioaktywnymi farbami portrety swoich dzieci i teraz bedzie jak z Dorianem Gray'em!

      Delete

  8. Taaaaak, dobrze że że już jesteś.
    Hmmm. Wydawało mi się, że znam twórczość Józefa de Wu. Powiedz Kaczko, w sali z pufami tuż nad podłogą CO STOI NA LISTWIE W RAMKACH- foty? Prace dzieci?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Otoz... to sa ksiazki z ilustracjami Jozefa. W najrozniejszych jezykach. I te ksiazki mlodziez moze sobie brac z polek, zalegac na pufach i czytac. Moja mlodziez tez by poczytala, ale zobaczyla przez okno cholernego krokodyla i pozamiatane. A szkoda, bo ksiazek byla ponad setka i bylo w czym wertowac!

      Delete
  9. "bezinteresowna życzliwość nie została jeszcze wpisana na czerwoną listę gatunków zagrożonych" - ja mam w Niemczech wrażenie, że została...Może mi się zmieni...
    Dobrze, że piszesz znów!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Juz sama nie wiem. Wozek nieustannie chca mi wyszarpywac z rak, choc to wozek dosc terenowy, a tramwaje sa niskopodlogowe i nie mam problemu z wyprowadzaniem wozka ze srodkow komunikacji miejskiej. Mam wrazenie, ze spoleczenstwo oficjalnie rusza jedynie wozek i wylacznie przy wsiadaniu lub wysiadaniu. Wewnatrz rzadko rusza kupry, by dla tego wozka zrobic miejsce. A NRD to juz zupelnie specyficzny swiat i inna galaktyka, prawda?
      Nieustannie zachodze w glowe, jak to mozliwe, ze Europa jedna a ludzie, niby od jednej malpy, w niej tacy rozni :-)

      Delete
  10. "Chodziło mniej więcej o to, że to ona powinna wisieć na ścianie, a dzieła sztuki oglądać ją, nie zaś odwrotnie."
    ;-)))))))))))))))))))))

    Kaczko, przepadam za Twoim świeżym spojrzeniem na życie, hihi ;-))))

    A bezinteresowności mam wrażenie tu jednak o wiele więcej. Na każdym kroku jestem pytana, czy pomóc z wózkiem, w PL cisza i nikt nic nie widzi.
    A rezerwacja za trzy ojro? Ostatnio musielibyśmy zapłacić 9! w drugą stronę kolejne 9, dlategoż stwierdziliśmy, że dość i basta i wykorzystamy bezczelnie bezinteresowność innych ;-)

    arbuz b.d.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Arbuzie, czyli zawsze znajduja sie bezinteresowni? Imaginuj sobie, brniemy do naszego przedzialu. Droge blokuje nam panieneczka z plecakiem, ktora idzie w przeciwnym kierunku szukajac wolnego miejsca. Ja mam na szyi spiacego Biskwita, w jednym reku torbe z jedzeniem, druga reka ciagne walizke, na plecach plecak. Przede mna Dynia, ktora ryczy, bo sie przestraszyla, ze pociag odjedzie bez niej. Dynia obowiazkowo ze swoja walizka na kolkach. Prosze paniusie, zeby nas przepuscila, bo chcemy sie dostac do naszego siedzenia i nie zawracac ludziom glowy. Paniusia mowi, ze nie ma miejsca. Sugeruje, zeby uczynila krok wstecz i weszla na chwile do przedzialu. Paniusia odmawia. Pokonawszy wreszcie paniusie natykamy sie na pania z pieskiem, ktora sie denerwuje, ze Dynia rozjedzie jej pieska. Pani moglaby wziac pieska na rece, gdyz ten wyglada jak chomik skrzyzowany ze szczurem, ale nie wiadomo dlaczego nie bierze. Puszcza za to za nami wiazanke w stylu 'i co sie tam pchasz glupia krowo z dzieckiem, skoro i tak zaraz bedziesz wracac, bo wszystkie miejsca zajete'. Wow! Docieramy do naszych miejsc. rzecz jasna zajete. Tlumacze panieneczkom, ze mamy rezerwacje. Panieneczki foch, ze moglam przyjsc wczesniej, bo one juz tu sobie rozlozyly bulki, kokardki, gazetki i napoje. Biskwit sie budzi i zaczyna plakac, Dynia placze, bo sie boi, ze nie ma miejsca, panieneczki fukaja i ruszaja sie jak muchy w smole. O nie, jakos nie potrafie uwierzyc, ze bylabym w tym towarzystwie liczyc na czyjakolwiek zyczliwosc :-)

      Delete
    2. Kaczko, trafiłaś więc na tą drugą część społeczeństwa, która z akrybią egzekwuje reguły, wymyślone przez nich samych. To też Niemcy właśnie ;-))

      Ostatnio jedna rencistka zrobiła mi wykład na temat mojej zdemoralizowanej i plugawej natury, ponieważ ośmieliłam się zostawić rower w hallu budynku, przed wejściem do marketu, po ustaleniu tego z panią sprzedającą, a nie, motyla noga, z rencistką zapewne.

      Zasada nr 1 w Niemczech: rencista spożywający ciasto z kawą o 9:00 jest bogiem.

      Podziwiam za podróżowanie z dwójką za pomocą DB. Lubię taki brak zadęcia, że jak z dwójką, to niekoniecznie tylko vanem z napędem na cztery, chociaż fakt, bywa stresująco wtedy także. W dzikim tłumie niektórzy głupieją. My jakoś mieliśmy chyba szczęście, bo jeździmy na nudnych trasach i do tej pory jakoś to nas pytano, czy wolno byłoby zająć wolne miejsca obok nas w przedziale dla dzieci i czy aby za ciasno nam nie będzie ;)

      arbuz

      Delete
  11. Lepiej na Raisę niż na przykład taką żonę Causescu ;)

    ReplyDelete