Image Slider

[169]

[12 May 2015]

(...)
Z ankiety opublikowanej w laurce na Dzień Matki dowiedziałam się, że mam sześć lat (Dynia: ‘Oh, man! I just forgot your numbers so I took the one I remembered!’), znakomicie skaczę (?!) i mam trzy gwiazdki Michelin w kategorii ‘Szupfnudle z musem jabłkowym’.
Tyle, że ja nigdy, nawet w umysłowym zaćmieniu, nie gotowałam sz(n)upfnudli.
A już na pewno nie z musem.
Może to dlatego, że Dynia nie wiedziała jak przeliterować Chateaubriands à la béarnaise, albo przez jakie u napisać trufle?

[Ale wisienką na torcie, musem na sz(n)upfnudlach było ostatnie zdanie: ‘My mum is special because she cuddles.’
Sama prawda.
Do wytrzeszczu ócz ofiary.]


(...)
Miała miejsce peregrynacja nieświętego bożka.
W papierowej torebce wręczono nam przedszkolnego idola, poliestrowego wypchańca [1] wraz z albumem do zdjęć foto.
Wypchaniec wedruje tak od miesięcy z jednej do drugiej zagrody.
Wita go entuzjazm ortodoksyjnych wyznawców o wzroście do metr dwadzieścia osiem i jęk rozpaczy opiekunów prawnych (Szajse! Mamy w domu tubkę kleju? Kto skoczy do całodobowego wywoływać zdjęcia? Myślisz, że placówka ma kilka kopii kreatury na wypadek, gdyby wyrwał ją nam z rąk orzeł bielik? [2])
Albowiem wypchańcowi należy zapewnić rozrywki kulturalne i towarzyskie, a dowody przedstawiać na piśmie.
Przez tydzień.
I powiadam, strasznie trudno jest ad hoc przebić luksusowe wakacje w Hiszpanii.
(No chyba, żeby jakieś last minute.)
Toteż postawiliśmy na używki, tatuaże i cross-dressing.




[1] Wypchańcowi dano na pierwsze Wembley. Stąd licznie wznoszone okrzyki ‘Biskwit, Wembley!’ wywoływały efektowną odrazę pośród patriotycznej ludzkości rdzennej przyzwyczajonej zapewne do imion tradycyjnych, takich jak Heinrich, Hannelore, czy Uwe. Jako, że ludzkość rdzenna z rzadka odróżnia akcent z Dorset od akcentu z Oklahomy – wszystko to leci na konto Oklahomy. (Za co niniejszym po raz kolejny przepraszam Oklahomę i jej reputację.)

[2] Uznałabym to za karygodną niefrasobliwość, gdyby okazało się, że nie wykupiła całej partii i nie składowała w piwnicach.

(...)
Dwadzieścia dziewięć stopni.
Szare ulice prowadzące do placówki porosły zielenią.
Człowiek ma wrażenie, że ktoś wyciął kawałek tortu i odsłonił biszkopt gęsto przekładany chlorofilem i masą doniczek surfinii.
Miasto w polewie słonecznej.
Chodzę, chłonę.
To ostatnia taka moja wiosna wśród tych ulic.
Od września Dynia zaczyna staż za rogiem w ‘Szwabskich Kluseczkach’.
Zaraz potem pójdzie do szkoły.
Zaskakuje mnie, jak fatalnie znoszę zmiany.
Mimo codziennej, uporczywej praktyki.

©kaczka

[168]

[6 May 2015]

(...)
Rosalinda, faktycznie, tylko po kalabryjsku.
No, ale jak ona ma się uczyć, gdy te dzieci nieużyte (w tym i moje) załatwiają z nią wszystko na migi.
Przesuwają biedulę jak gońca na szachownicy albo ‘yyyyyyy...’ emitują poparte jakąś bollywoodzką choreografią. I że niby z tego ma Rosalinda wydedukować, że ‘a teraz kopsnij się szybko po niebieską piłkę w kropki, która leży pod płotem za szpalerem cyprysów’.
Nic dziwnego, że Rosalinda się zniechęca i idzie samotnie dłubać w piaskownicy.
Pokusiło mnie, żeby odpalić dydaktyczne kadzidło o zapachu integracji.
Zawezwałam przed oblicze Dynię i koleżaneczki, zawołałam Rosalindę.
Tłumaczę łagodnie, szemrzę jak strumyk, że mogą rozszerzać wokabularzyki wymianą barterową.
Wystarczy pokazać palcem, zapytać: ‘Co to?’, a po usłyszeniu wersji kalabryjskiej przedstawić własną w dowolnym języku urzędowym.
Ku obopólnej korzyści!
Posunęłam się nawet do zaprezentowania metody w praktyce.
Pytam Rosalindę: ‘A jak po kalabryjsku mówisz na...’ i pokazuję paluchem na niebieską piłkę w kropki za szpalerem cyprysów.
Rosalinda, pilnie czytająca z ruchu warg, nie zauważyła gestu i całkiem słusznie zapytała: ‘Cosa?’
Dynia spojrzała najpierw na piłkę, potem na Rosalindę, jeszcze raz na piłkę i jeszcze raz na Rosalindę.
Wreszcie spojrzała na mnie.
Z niedowierzaniem. A nawet jakby z drwiną.
- KOZA?! -  zapytała. - GOAT?! [1]
Po czym, razem z taką drugą, pochwyciły Rosalindę za ręce i mową ciała wyjaśniły kierunek i przeznaczenie lotu.
Po tym incydencie złożyłam prywatne śluby neutralności.
A nuż, ten brutalny trening pozwoli Rosalindzie wygrać kiedyś mistrzostwa świata w szaradach towarzyskich?

[1] Klasyka! Dynia ujawnia znajomość słowiańskiego słownictwa jedynie w sytuacjach, w których niemożliwe jest zbicie na tej znajomości żadnego kapitału.

(...)
A gdyby tak.
Gdyby tak, wytatuować sobie wszystkie tutejsze przypadki?
Nie musiałabym już maskować napadami kaszlu swojego odmieńczego niezdecydowania względem rodzajników!

Dynia natomiast życzy sobie romantycznie.

(...)
'I am gonna be EVERYTHING.' ... i w tym celu kompletuję stosowną garderobę.


 ©kaczka

Wpis ze wszech sił motywujący



Najzacniejsi Czytelnicy, Kaczkolubcy, Entenfile, Duckfani!

Świerszczyk.
Świerszczyk, dziarski, wesolutki staruszek, skończył właśnie siedemdziesiąt lat.
Świat się zmieniał, upadały mury, przesuwały się granice, wklęskały się galaktyki, wybuchały gwiazdy, człowiek wylądował na Księżycu, zniesiono kartki na mięso, a Świerszczyk nieprzerwanie trwał.
Trwał, uczył, bawił, wychowywał kolejne pokolenia.
To najostatniejszy (!) polski magazyn dla dzieci na krajowym rynku.
Perła w morzu edytorsko-wydawniczej bylejakości.
Ginący gatunek.
Dobro narodowe.
Dla uczczenia zaokrąglonej Świerszczykowej rocznicy Kasia Warpas, czyli Bebe, czyli ilustratorka i pierwsza dama lakonicznej kreski – ogłasza razem ze Świerszczykiem fantastyczny KONKURS dla blogerów i nieblogerów, dla dużych i małych, dla literatów i malarzy, dla tych, co czytają Świerszczyk i tych, którzy jeszcze nie.
Nagród jest pod korek i na bogato.
W imieniu Bebe i Świerszczyka prosimy TĘDY.

©kaczka

[167]

[1 May 2015]

(...)
Różne zajścia miały miejsce w placówce wychowawczej w ostatnich miesiącach, a ich niewątpliwą zaletą było to, że nie musiałam uczestniczyć i znam tylko ze słyszenia.
Dla jednych były to zajścia, dla Derekcji  prawdopodobnie każdorazowo zejścia ze skutkiem śmiertelnym.
Gdyż, wiadomo, Derekcja dość łatwo nadwyręża się emocjonalnie.

Odbyło się ognisko.
To, o którym dziateczki mówiły ‘BUMFIRE’(zamiast Bonfire), ale na szczęście nikt nie osmalił sobie spodenek.
Mam film.
Na filmie Derekcja przygrywa na gitarze, a garstka solistów ratuje honor chóru.
Pozostali jedzą kiełbasy, albo fechtują kijaszkami.
(Nietrudno się domyślić, w której grupie znalazła się Dynia.)

Odbyła się wyprawa do Domu Najspokojniejszej Starości.
(Wpuszczenie tam Małpiatek powoduje, rzecz jasna, przejściowe traktowanie przymiotnika ‘najspokojniejszej’ jako soczystego oksymoronu.)
Małpiatki udały się tam z recitalem.
Miało być o motylkach, ale Jack London wyrwał się przed szereg i zaśpiewał utwór autorski o Spajdermanie, co ponoć zaburzyło kruchą strukturę stada i zdruzgotało delikatne morala innych potencjalnych śpiewaków. Zdruzgotane morala miały bezpośredni wpływ na synchronizację głosów a cappella.
Koncert był krótszy i nie wyniesiono zeń, jak rok wcześniej, pełnych kieszeni ciągutek.
- Ale jakże to? – zapytałam przy odbiorze. – Nie dostaliście nawet po ciasteczku?
Dynia miała na tę okoliczność swoje podejrzenia:
- They ate them! Old people! Without sharing!
(Ciasteczka, być może, ale żeby tak ciągutki? Nie wierzę!)

Odbył się dzień ‘Przyjedź do placówki na własnym rowerku’.
Ponieważ większość dziatwy, by dojechać rowerkiem  na zajęcia na czas musiałaby wyruszyć dzień wcześniej, w bardzo wielu rodzinach poranek zaczął się od zderzenia z fizycznymi ograniczeniami materii. Jak przyczepić rowerek do bagażnika własnego roweru lub jak zmieścić tenże rowerek w bagażniku samochodu?
Kwadratura koła. Lub kilku kół.
(Z tą fizyką zmagał się Norweski.
- Maaama! Papa has just said: SCHEISSE! – uczynnie donosiła Dynia obserwując rozwój wydarzeń z balkonu.)
Gdy przybyłam po Dynię, Derekcja tradycyjnie hiperwentylowała się w kąciku otoczona wianuszkiem wrażliwego personelu, a gdzie okiem nie sięgnąć wszędzie stały rowery.
Jest taka liryczna piosenka, którą śpiewa Katie Melua: 'Nine Million Bicycles'.
W Pekinie.
O to to... właśnie tak wyglądało podwórko w placówce.
Zapłakałam na ten widok, bo nie przewidziałam, że koszyczek z Helou Kitty może nie być najszczególniejszym znakiem rozpoznawczym.
Ale w sumie to ja tu nie o tym, ile rowerów przeniosłam tego dnia na plecach.
Raczej o tym, jakim piętnem odciskają się Małpiatki na siwiejącej, wychowawczej głowie Pana od Małpiatek.
Widzę go czasem, gdy wychodzi z placówki i znika w bramie prowadzącej na podwórko najbliższej kamienicy.
Mam dobry widok na to podwórko, gdy odbieram Dynię z lekcji gry na trójkącie.
Pan od Małpiatek trzęsącymi się rękami wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów, odpala jednego (choć mam wrażenie, że gdyby tylko mógł to wraziłby sobie w usta wszystkie) i zaciąga się głęboko.
Jakże ja go rozumiem.

(...)
Do urodzin Dyni pozostało sześć tygodni.
Dynia trzyma rękę na pulsie spraw i monitoruje postęp prac organizacyjnych.
Wczorajszej nocy nadpłynęła o trzeciej, żeby stanąć u wezgłowia naszego małżeńskiego łoża, wytrząsnąć nas ze snu i przypomnieć, że musimy bardzo dobrze oznaczyć drogę do toalety.
Gdyż Rosalinda z Kalbrii mówi tylko po kalabryjsku.
Zaintrygowało mnie, rzecz oczywista, jakie intencje przyświecały Dyni z intensywnością, na oko pierdyliarda luksów, by sprawę sygnalizować dwóm zezwłokom nakrytym fazą REM.
Dynia milczy tajemniczo.
Rozważam podejrzliwie, by oprócz piktogramów, strzałek i wstępnej wycieczki po obiekcie, oznaczyć drogę farbą fluorescencyjną.
To tak na wypadek niezapowiedzianych przerw w dostawie prądu elektrycznego lub zaćmienia.

(...)
Oprócz sacrum, jakim są niewątpliwie, portrety infantów i infantek, robimy też dużo w profanum.
Jakiś czas temu powstał jeden z pierwszych, autorskich szkiców ‘ojciec w toalecie’.


Dziś wspólnie pracowałyśmy nad ‘studium z natury w klozecie’.
Dynia zadbała nie tylko o wyraz twarzy, o kolory (klozet złotą kredką!), ale i o gazy.
(Uważni dostrzegą. Zielone. Spiralne.)
...
Norweski przebąkuje (sic!) o kluczu do łazienki.



(...)
Parę tygodni temu Dynia i Norweski polecieli do Oksfordu na urodziny Rubenita i Pięknego Edka.
Wiedząc, jak mi przykro, że nie mogę dołączyć przyobiecali obfitą relację fotograficzną.
I słowa dotrzymali.
Norweski obfotografował urodziwe zabytki, fragmenty królów, tablice pamiątkowe, angielskie ogrody i najzieleńsze trawniki.
Dynia natomiast jednym zdjęciem utrwaliła prawdziwe życie i wywołała lawinę wspomnień.
Tym zdjęciem.


(...)
Piękny Edek jest rozrywany.



©kaczka

[166]

[29 Apr 2015]

(...)
Biskwit poszedł spać z licem nieskalanym.
Wstał ze śliwkową bułą na czole.
Misiek Zdzisiek™ nie ma alibi.
Zastraszeni świadkowie milczą.

(...)
Przetarg na freski wygrał Norweski.
Do spółki z Biskwitem.



(...)
Działo się to na placu zabaw.
Z kimś rozmawiałam. Czymś byłam zajęta.
Coś szarpnęło za poły mego odzienia.
‘Chciałem pani powiedzieć, że się z nią ożenię.’ – oznajmił mi szczerbaty młodzian ruchem głowy wskazując na Dynię. Dynia w tym czasie całkiem nieromantycznie zwisała z drabinek, nieświadoma zrękowin.
Nie czekając na mój komentarz, lakoniczny młodzian oddalił się ratować świat w przebraniu superbohatera.
Pozostałam pod wrażeniem.


 ©kaczka

[165]

[27 Apr 2015]

(...)
- To kim będziesz Dyniu, gdy już wreszcie będziesz duża?
... księżniczką, kosmonautką, lekarzem, rysowaczem, spajdermanem, strażakiem...



[Mam nadzieję, że ci się uda.]

 ©kaczka

[164]

[24 Apr 2014]

(...)
Szarm Biskwita jest elektromagentyczny i zmienia tory planet.
Nie dalej, jak wczoraj siedzimy z Biskwitem na podłodze u Małpiatek.
Siedzimy i czekamy zrugane przez Dynię, żeśmy przyszły za wcześnie.
Za wcześnie, bo Dyni nadzwyczajnie szła karta i nie mogła odejść od stołu do Black Jacka.
Samego Jacka też nie widziało jej się zostawiać.
Czekamy.
Co robić? Znudzony Biskwit ziewa i dłubie w nosie.
W tle Dynia raz za razem wykrzykuje ‘BINGOOOOOOLO!’ i zgarnia pulę.
A tu otwierają się drzwi i wpada rodzina z Kalabrii, by odebrać swą Pierworodną za kaucją.
Córkę, siostrę, wnuczkę, siostrzenicę.
Akuratnie zjechali, więc przyszli tłumnie.
I teraz scena rodzajowa.
Wpadają do sali, gestykulują słowem i rękami, mówią dialektem z kalabryjskim akcentem (czytaj: krzyczą), pędzą ku Pierworodnej (Pieworodna już... już... otwiera ramiona...), mijają Biskwita, rzucają nań okiem, hamują z piskiem...
iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii....
STOP!
Skręcają, padają tłumnie na kolana przed Biskwitem i dalejże opiewać różaność cery, płowość tupecika, lazur tęczówek.
Dalejże, oszczypywać, całować po stopach i poprawiać skarpetki.
... a Pierworodna tam ciągle stoi z otwartymi ramionami...
Pod pachy trzeba było pochwycić babki, ciotki i wyciągać z placówki.
A one czepiając się framug  i tak wracały ‘un momento per favore’ żeby jeszcze Biskwitowi przesłać ostatni całus.
Un bacino, Biskwitku! Un bacino! [1]
A Biskwit – różane dziecię – odpowiadał na te całusy plaskając łapą w ust swych korale i z soczystym cmokiem oraz delikatnym jak bryza muśnięciem odsyłał własne.
Oczom nie mogłam uwierzyć.
Mnie bowiem plaskaniem to Biskwit łamie co najwyżej nos.
A jedyne, co odsyła wydmuchując, to zakażenia przenoszone drogą kropelkową.
I jeśli Pierworodna jest mściwa to Biskwit może pewnego ranka obudzić się z leżącą obok odciętą głową Miśka Zdziśka™.

[1] zasadniczo wokabularz sugeruje, że bacino to anatomicznie  miednica, ale widocznie dialekt kalabryjski jest elastyczny. Jak mięśnie Kegla.

(...)
Elektromagnetyzm.

(...)
Nie dalej jak wczoraj, dzwoni telefon.
Na wyświetlaczu: Małpiatki.
W takich chwilach to człowiekowi całe życie przed oczami miga jak filmowy trailer.
Odbieram.
W telefonie roztrzęsiona pani od Małpiatek z informacją, że Dynię użarł kolega (dane personalne zastrzeżone).
Pytam, czy to Per Gwint, bo to on na placu zabaw nieustannie dybie swoją żuchwą na Dynię.
Pani przeprasza, ale nie może wyjawić, gdyż dane personalne zastrzeżone, spieszy jednakoż by mnie zapewnić, że winnych srodze ukarano, a Dynię opatrzono.
Spodziewałam się dramatu po przybyciu do placówki, ale Dynia zajęta była grami hazardowymi i  chowaniem asów w rękawie.
Pytam zatem w drodze do domu, czy zdarzyło się w placówce coś niezwykłego?
- Nope. – odpowiada Dynia.
(W sumie logicznie. Gwint ciągle na nią dybie, zatem nie nosi to znamion niezwykłości.)
- Nikt cię nie użarł? – dociekam.
- Nope. – odpowiada Dynia z wylewnością nastolatki.
-A ten ślad na ręce? – pytam.
Siny odcisk żuchwy przestępcy odciśnięty z taką precyzją, że CSI Miami w dziesięć sekund zrekonstruowałoby twarzoczaszkę zbrodzienia, a w bonusie przygotowało jego profil psychologiczny.
Dynia wzrusza ramionami.
- Sama się ugryzłaś?
- Nope. Gwint [2] did it.
... gdyż Dynia wolała bawić się z innym, takim szczepionym przeciw wściekliźnie.
- Nie mogłaś mu dać w łeb, gdy cię użarł?
Nie mogła, bo podobno powiedziałam, że bicie innych to nieskuteczna metoda rozwiązywania problemów.
Musiałam to chyba w zaćmieniu, na grzbiecie różowego jednorożca, przegryzając tęczą i popijając sokiem z dalajlamy.
Chciałabym zatem oficjalnie zmienić zdanie.


[2] tyle na temat ochrony danych osobowych

 ©kaczka