Image Slider

919-920

[18 Oct 2011]


(...)
Dynia odmiana chmurna (efekt kiełkowania kłów), Dynia odmiana jesienna, wspina się na palce.
Brodą sięga okiennego parapetu.
(To dość niski parapet.)
Za oknem igrają różowe, nieletnie sąsiadeczki.
Dynia przynosi jeden but, jedną skarpetę,  różową (!), pluszową (!) torebkę (!) z monogramem TEGO japońskiego truchełka (!), palcem wskazuje na drzwi wyjściowe.
Pożąda igrać.
Yyyyyy… yyyyy… yyyy.
(Tlumacząc z dyńskiego: dalejże matko, obuwaj, odziewaj, otwieraj!)
Sąsiadeczki a to padają na trawę symulując agonię Ofelii, a to łamia patyczki, a to pogłębiaja nerwicę u kota.
Dynia na widok kota - wiadomo - [pies! pies! pies!].
Z dobrego serca sąsiadeczki niosą malutowi kota.
(Kot prycha, parska, daje dyla na dach najbliższego samochodu, skąd dzwoni do swojego prawnika albo lokalnego oddziału RSPCA).
Wsciekły kot, patyczki, towarzystwo sąsiadeczek.
Dynia promienna jak atom uranu.
Wciela się w Ofelię, łamie patyczki, domaga się swoich udziałów w kociej nerwicy.
Zagonić Dynię do domu? Niepodobna, póki wokół sąsiadeczki, patyczki, kot z pianą na pysku i aura Gruppenzwang.
Wieczorem z różowej torebki z monogramem wypada kilka konarów i garść głazów narzutowych.
Niezbędnik każdej młodej damy.

(...)
Dynia Strictly Come Dancing tańczy.
Przybywa figur.
Galopujący przytup w miejscu jak rozgrzewka maratończyka.
Ręce do przodu. Kąt prosty względem torsu.
Obrót.
Powtarzać póki ziemia nie podetnie nóg.

(...)
- Dał, dał, dał! - rzecze Dynia z akcentem z Yorkshire.
Rzecze tak skutkiem: get down! tudzież: no, down! wysłuchiwanego do obrzygania w ochronce.
Gdyż najnowsze hobby Dyni to wysokogórska meblana wspinaczka.

(...)
Konsultant – zegarmistrz biologicznych zegarów – nie zstąpił z niebios, skrył się za kulisami, przysłał początkującą lekareczkę-calineczkę.
Efemeryczną jak źródlana nimfa.
Rozumiem, że młodzież musi się uczyć. Rozumiem, że przebrnąć przez akta nie jest bułką z masłem, bo konsultant – zegarmistrz zapisuje ważkie treści charakterem pisma jako żywo przypominającym wykresy EKG i sam się o te wykresy potyka.
Nie rozumiem, że co jedno moje zdanie calineczka biegła za te kulisy konsultować.
Głuchy telefon.

©kaczka

917-918

[14-15 Oct 2011]


(...)
Nim zapomnę.
Piąta rano.
Lotnisko.
Gdzieś w kącie, skąd odlatują ekwiwalenty (nomen omen) Latających Holendrów (piję tu sobie do wystroju wnętrza floty powietrznej oraz do oferty pokładowych rozrywek a’la >Złociutka, ja to mam wypełnić po polsku czy po angielsku? - Cukierki roznoszę!!! <).
W tym kącie, człowiek stylizowany na Śródziemnomorskiego, na oko z grupy wiekowej Fernanda Alonso, próbuje wepchnąć gigantyczną torbę – bagaż podręczny –  w czeluść lotniskowego rentgena.
Dopycha torsem. Dopchnąłby może i kolanem, ale jest śródziemnomorsko przykrótki.
- Płyny? Płyny? Płyny? – przesłuchuje Śródziemnomorskiego strażniczka promieni X.
(Kolejka sunie niemrawo, ale z prędkością constans).
- No. No. No. – odpowiada tenże.
Torba zapycha czeluść, kolejka spiętrza się Śródziemnomorskiemu na plecach klasycznym efektem domina, rozbłyskują pomarańczowe światła, rozdźwiękują się alarmy, dla pełnego efektu brakuje jedynie, by z instalacji pepoż pod sufitem trysnęła woda.
Strażnicy promieni ciągną torbę jak rzepkę, ten odlepiony od monitora krzyczy: Płyny, płyny, płyny! Płyny przmyca!
- No płyny! No płyny! – obstaje Śródziemnomorski.
A następnie wyciąga z torby zgrzewkę (!) płynu do płukania ust, szampon i dwulitrową butelkę Polo Cockty.
Oraz kilkanaście tubek pasty do zębów.
Godna podziwu dbałość o higienę jamy ustnej.

(...)
... A teraz Dyniu, ustaw się do zdjęcia...


[...Whenever you're ready...]

©kaczka

916

[13 Oct 2011]

(...)
- [Pies?] – mówi Dynia po dyńsku wciąż z akcentem z Toledo i pokazuje mi obrazek w egzemplarzu 'Kuny za kaloryferem'. [- Masz, matko, obejrzyj sobie. – taki przekaz odczytuję z sekwencji gardłowych gulgotów.]
- Wydra. – czuję się w obowiązku ewangelizować z pozycji eksperta. Mam w pożółkłym indeksie wysoką notę z odzwierzęcej zoologii. To za obszerną, acz nie do końca opartą na naukowych faktach charakterystykę zająca bielaka... długo by opowiadać.
- [Pies!] - upiera się Dynia.
- Wydra.
- [Pies. Pies. Pies!] - fruwają strony, rącze (sic! bo i szybkie i od ręki?) paluszki wyłuskują kolejne zdjęcia fauny.
- Nie. Wydra. Sowa. Bocian. Bocian. I jeszcze jeden bocian. Wydra.
- [Pies. Tu tu tu.]
- Ni pies, ni wydra, Dyniu. To jest Wajrak. WAJ-RAK. Adam Wajrak.
Dynia chichocze w kułak nad swoją krotochwilą.
Właśnie odkryła ściemę, bajer i wciskanie kitu.

©kaczka

915

[12 Oct 2011]


(...)
Nie tęskniłam.
(- Jak to nie tęskniłaś? Nie tęskniłaś? Tęskniłaś? Nie? – będzie nieustannie pytać Grupowa Chinka z obawy, że to kwestia językowej bariery. – Tak zupełnie? Absolutnie? Kompletnie? Pangalaktycznie? Nie tęskniłaś? Wytłumacz. Nie rozumiem.)
Nie tęskniłam.
Nie umiem wytłumaczyć.
Wiedziałam, że dadzą radę, a jak nie dadzą to będą musieli dać.
I już.
Za to jeszcze moment, ja nie dałabym rady.
Szczoteczka do zębów, paszport, bilet, brak dostępu do sieci.
Zadzwonili raz, żeby zapytać, czy bardzo lubiłam nasz chodnik w paski, bo jak wynika z rekonstrukcji zdarzenia, o świcie, gdy w telewizorze jechał Basti Fantasti, Dynia musiała sprawdzić, czy grawitacja działa.
Działa.
(Jaka ulga, czyż nie?)
Może coś tam i popyla szybciej niż światło, ale Newton nadal pod jabłonką.
Dowodem na działanie – plama po kawie na najbielszym z białym pasków chodnika w paski.
Nie odpoczęłam.
Mogłam spać do oporu.
Już nie umiem.
Mózg matki (mózg matki?! klasyczny oksymoron!) dzień w dzień, jak kukułka z zegara,  obwieszczał nowy dzień punktualnie o tej samej godzinie, na długo przed świtem.
Za dużo.
Ktoś zginął, ktoś inny się urodzi.
Ktoś zachorował, ktoś inny wyzdrowiał.
Bilans powinien się wyrównać.
Się nie wyrównuje.

(...)

Dzisiejszy omlet sponsorowały dziecku Pinky, Avril, Bonnie oraz Susie.
Znoszą dla Battery Hen Welfare Trust.
[uśmiech]


©kaczka
[Przerwa techniczna.
Prosimy nie regulować odbiorników.]

913-914

[2-3 Oct 2011]


(...)
... Norweski zebrał pełne kieszenie amonitów, gdyż sprytnie deptał po piętach wycieczce profesjonalnych zbieraczy amonitów, ja u stóp wiktoriańskiego śmietnika wykopałam nienaruszony słoik po paście rybnej (sic!) sprzed stu lat, Dynia zabrała ze sobą tyle piasku i błota, ile tylko mogła.
A właściwie nawet więcej.

(...)
Akwarium beztlenowców.
Przezroczysta szafa z gumowymi rękawami.
Obsypać się talkiem, kichnąć, uwięzić gołe ręce w rękawach z odcinającym dopływ krwi (do mózgu) ściągaczem, odessać rękom tlen, otworzyć zasuwki, drapać sie w nos ramieniem/stopą/szybą/, prosić obcych o podrapanie nosa, pchnąć drzwi, wepchnąć ręce Guliwera do lepkiego od wilgoci, gorącego mikroświata, precyzyjnie manipulować, wetknąć bakterii ezę w oko albo w… antypodę?
Tak jakby nawlekać igłę albo ciąć kurpiowską wycinankę będąc przytrzaśniętym w dybach…

(...)
Emeryk mówi.
Mówi: oh dear, dear! oraz bugger!.
Dynia werbalnie oznacza jedynie wszystkie psy w okolicy.
Skłonność do wytykania psów nosi znamiona obsesji sporych rozmiarów.
Ach, Emeryk sygnalizuje również, że potrzebuje świeżych gatek.
- Cóż, Norweski, a nasza córka jest... (cóż by tu, cóż by?) jest po prostu śliczna?
[uśmiech]

©kaczka

912

[1 Oct 2011]



(...)
Dzisiaj minęły dwa lata odkąd Dynia-Blastula po raz pierwszy przemówiła.
(Testem ciążowym.)
Przypomniała mi o tym otłuczona figura świętej Teresy z garścią stiukowych róż i gruźliczym na licu wypiekiem.
(W cudzym oknie wśród fauny i flory.)
Trzydzieści stopni w cieniu.
(Oto pożytek z dwutlenku węgla, freonu, ozonu, metanowych krów, jednorazowych reklamówek i butelek PET!)
Pojechaliśmy nad morze.
Lyme Regis.
Ulubiona piekarnia.


(Jadłospis Dyni? Połowa migdałowo-jabłkowego scone wielkości mamuta oraz ćwierć pizzy ze słodkim koprem, czerwoną cebulą i cukinią wielkości koca. Co piąty kawałek samodzielnie i precyzyjnie nadziany na widelec, doniesiony do ust, zdjęty z widelca i dopchany ręką.)
Norweski grzebał wśród skamielin, ja grzebałam w wiktoriańskim wysypisku śmieci szukając szklanych oczu i kawałków nocnika, Dynia podniosła i obejrzała z bliska wszystkie kamienie na plaży.
Wokół ludzie zażywający kąpieli, lody, cukrowa wata, balony, rybna smażelina, nadmorsko-promenadowa infrastruktura jednorękich bandytów i zautomatyzowanych szczypczyków do wyłuskiwania niewyłuskiwalnych maskotek.
Tak właśnie powinno zaczynać się lato.
Przewrotnym okrucieństwem natury jest, że kalendarz obstaje przy jesieni.


©kaczka