[20 Feb 2017]
(...)
Są ludzie skazani na sukces i jest kaczka.
Są ludzie, którzy jakoś tak, od niechcenia przynależą do wyższych sfer – glamour, błysk, hajlajf, a gdy potykają się na ulicy to wyłącznie dlatego, że poślizgnęli się na brylancie. Takim ludziom to nawet, gdy na ścianie rośnie grzyb to ten grzyb okazuje się być zaginionym ogniwem ewolucji, praprzodkiem wszystkich trufli. Noma skupuje go od nich za zylion od strzępki, napycha do pozłacanych ravioli i napełniwszy je helem pozwala im dryfować w powietrzu w kierunku ustawionych na stołach talerzy z bulionem upędzonym na chrobotku.
Są tacy ludzie i jest kaczka.
I to nie spekulacje, ani sezonowy deficyt endorfin, ani konkluzja znaleziona na dnie butelki koniaku, ani też załamanie nerwowe.
To po prostu przeznaczenie.
Kiedy w listopadzie odwiedziliśmy Kościół Wyznawców Montessori, tym, co natychmiast mnie do nich przekonało, była jakość świątyni.
Mój Boże! Co to za świątynia! Rocznik 2016. Chrom, stal, szybkobieżna winda na dziesiąte, widok na cały świat, okna jak w oceanarium, podgrzewana podłoga, bidety w dziecięcych łazienkach, szemrzące strumyki, delfinoterapia, ogród zen, natura, ikea, hygge i ani jednej kartki z cyklu: 'Dziś w menu jelitówka, a na drugie wszy.'
Jaka rozkosz dla oczu po krwistoczerwonych, jak oczy zirytowanego amstaffa, szkolnych lamperiach. Jaka ulga dla zmysłów po codziennym obcowaniu z serią przedszkolnych naściennych, neorealistycznych fresków o tematyce 'Sekretne życie krasnali'.
- Patrz, Norweski - powiedziałam pokrzepiona wystrojem wnętrz świątyni. - Choć jedno z naszych licznych dzieci miałoby szansę odebrać edukację w cywilizowanych warunkach!!!
Nie zwlekając złożyliśmy dokumenty.
Mimo, że jedynie pięć miejsc i te dwa tysiące chętnych.
O dziwo, zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną.
To znaczy, po pierwsze, wcale nie tak o dziwo! Szanujmy się! W końcu Biskwit sam sobie namalował zdjęcie w formularzu. I na miejscu rekrutujących ze zwykłej ciekawości chciałabym osobiście poznać dziecko o sześciu nogach i wystających z uszu czterech rękach, z których każda trzyma w dłoni po pierogu nadnaturalnych rozmiarów.
Po drugie, nie o dziwo, gdyż zachwycona dekoracjami przegapiłam fakt rejonizacji i istnienia dwóch bliźniaczych placówek. I gdy piszę b l i ź n i a c z y c h to niestety nie mam na myśli bliźniąt jednojajowych, a raczej takie bliźnięta, że jedno urodziło się w 2016 i ma szybkobieżną windę zapowiadającą piętra w siedemnastu językach, a drugie już przed pierwszą wojną światową było jakąś jaśniepańską, mikroskopijną stajenką, czy inną obórką i tylko cud sprawił, że zostało skanalizowane.
Jak nietrudno zgadnąć, Biskwita wciągnięto na listę chętnych do obórki.
Nieszczególnie pamiętam, o co pytano nas podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bo siedziałam na brzegu krzesła w zimnej piwnicy, w obórce wstawionej między węzeł kolejowy (intercity z częstotliwością co dziesięć minut ziuuuuuuuuuuuu...) z widokiem na squat hippisów, w którym akurat budziło się życie (wiadomo, dochodziła osiemnasta), sączyłam ziołową herbatę i wewnętrznie darłam szaty opłakując utracony bezpowrotnie glamour, hygge i windę w siedemnastu językach.
(Ale nic po sobie nie dałam poznać, nawet gdy jedna z rekrutujących pokazała mi, że część toalety wydzielono na kącik do zabawy, bo gdzie indziej już się nie zmieścił, choć w sali wciśnięto nawet antresolę, a część dzieci z uwagi na braki lokalowe podwiesza się pod sufitem.)
Jedyne co utkwiło mi w pamięci to naleganie na opowieść o narodzinach Biskwita, a to temat, który mogę eksploatować zawsze i mniej więcej w tylu samo językach co i winda, więc jeśli komisja myślała, że jestem głuchoniema to jednak nie.
Norweski twierdzi - taka konstruktywna krytyka po fakcie - że w każdym z tych języków powinnam zadbać, by ograniczyć krwiste detale.
Trudno.
Najwyżej nas nie przyjmą, ale nawet jeśli to raczej nie przez realizm moich opisów, a tradycyjnie, przez pierwsze wrażenie.
Oto stoimy u wejścia do obórki, dwie minuty przed wyznaczoną godziną spotkania, ja w szoku pourazowym po czołowym zderzeniu z rzeczywistością, cherubięta pchają łapy ku kołatce, drzwi powoli się otwierają, wypływa z nich jakaś dygająca konkurentka do miejsca w obórce, jej nienaganne maniery, jej rodzice w krawatach i garniturach oraz nobliwa komisja kwalifikacyjna w merynosach i alpakach, a tu Biskwit na cały głos, w ojcowskim narzeczu:
- SZAAAAAAJSE! WEŹ SIĘ PRZESTAŃ PCHAĆ DYNIA! TO MOJE PRZEDSZKOLE!
Właściwie jaka obórka, taka kindersztuba.
W ogrodzie zen między delfinami zabrzmiałoby to gorzej.
©kaczka
(...)
Są ludzie skazani na sukces i jest kaczka.
Są ludzie, którzy jakoś tak, od niechcenia przynależą do wyższych sfer – glamour, błysk, hajlajf, a gdy potykają się na ulicy to wyłącznie dlatego, że poślizgnęli się na brylancie. Takim ludziom to nawet, gdy na ścianie rośnie grzyb to ten grzyb okazuje się być zaginionym ogniwem ewolucji, praprzodkiem wszystkich trufli. Noma skupuje go od nich za zylion od strzępki, napycha do pozłacanych ravioli i napełniwszy je helem pozwala im dryfować w powietrzu w kierunku ustawionych na stołach talerzy z bulionem upędzonym na chrobotku.
Są tacy ludzie i jest kaczka.
I to nie spekulacje, ani sezonowy deficyt endorfin, ani konkluzja znaleziona na dnie butelki koniaku, ani też załamanie nerwowe.
To po prostu przeznaczenie.
Kiedy w listopadzie odwiedziliśmy Kościół Wyznawców Montessori, tym, co natychmiast mnie do nich przekonało, była jakość świątyni.
Mój Boże! Co to za świątynia! Rocznik 2016. Chrom, stal, szybkobieżna winda na dziesiąte, widok na cały świat, okna jak w oceanarium, podgrzewana podłoga, bidety w dziecięcych łazienkach, szemrzące strumyki, delfinoterapia, ogród zen, natura, ikea, hygge i ani jednej kartki z cyklu: 'Dziś w menu jelitówka, a na drugie wszy.'
Jaka rozkosz dla oczu po krwistoczerwonych, jak oczy zirytowanego amstaffa, szkolnych lamperiach. Jaka ulga dla zmysłów po codziennym obcowaniu z serią przedszkolnych naściennych, neorealistycznych fresków o tematyce 'Sekretne życie krasnali'.
- Patrz, Norweski - powiedziałam pokrzepiona wystrojem wnętrz świątyni. - Choć jedno z naszych licznych dzieci miałoby szansę odebrać edukację w cywilizowanych warunkach!!!
Nie zwlekając złożyliśmy dokumenty.
Mimo, że jedynie pięć miejsc i te dwa tysiące chętnych.
O dziwo, zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną.
To znaczy, po pierwsze, wcale nie tak o dziwo! Szanujmy się! W końcu Biskwit sam sobie namalował zdjęcie w formularzu. I na miejscu rekrutujących ze zwykłej ciekawości chciałabym osobiście poznać dziecko o sześciu nogach i wystających z uszu czterech rękach, z których każda trzyma w dłoni po pierogu nadnaturalnych rozmiarów.
Po drugie, nie o dziwo, gdyż zachwycona dekoracjami przegapiłam fakt rejonizacji i istnienia dwóch bliźniaczych placówek. I gdy piszę b l i ź n i a c z y c h to niestety nie mam na myśli bliźniąt jednojajowych, a raczej takie bliźnięta, że jedno urodziło się w 2016 i ma szybkobieżną windę zapowiadającą piętra w siedemnastu językach, a drugie już przed pierwszą wojną światową było jakąś jaśniepańską, mikroskopijną stajenką, czy inną obórką i tylko cud sprawił, że zostało skanalizowane.
Jak nietrudno zgadnąć, Biskwita wciągnięto na listę chętnych do obórki.
Nieszczególnie pamiętam, o co pytano nas podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bo siedziałam na brzegu krzesła w zimnej piwnicy, w obórce wstawionej między węzeł kolejowy (intercity z częstotliwością co dziesięć minut ziuuuuuuuuuuuu...) z widokiem na squat hippisów, w którym akurat budziło się życie (wiadomo, dochodziła osiemnasta), sączyłam ziołową herbatę i wewnętrznie darłam szaty opłakując utracony bezpowrotnie glamour, hygge i windę w siedemnastu językach.
(Ale nic po sobie nie dałam poznać, nawet gdy jedna z rekrutujących pokazała mi, że część toalety wydzielono na kącik do zabawy, bo gdzie indziej już się nie zmieścił, choć w sali wciśnięto nawet antresolę, a część dzieci z uwagi na braki lokalowe podwiesza się pod sufitem.)
Jedyne co utkwiło mi w pamięci to naleganie na opowieść o narodzinach Biskwita, a to temat, który mogę eksploatować zawsze i mniej więcej w tylu samo językach co i winda, więc jeśli komisja myślała, że jestem głuchoniema to jednak nie.
Norweski twierdzi - taka konstruktywna krytyka po fakcie - że w każdym z tych języków powinnam zadbać, by ograniczyć krwiste detale.
Trudno.
Najwyżej nas nie przyjmą, ale nawet jeśli to raczej nie przez realizm moich opisów, a tradycyjnie, przez pierwsze wrażenie.
Oto stoimy u wejścia do obórki, dwie minuty przed wyznaczoną godziną spotkania, ja w szoku pourazowym po czołowym zderzeniu z rzeczywistością, cherubięta pchają łapy ku kołatce, drzwi powoli się otwierają, wypływa z nich jakaś dygająca konkurentka do miejsca w obórce, jej nienaganne maniery, jej rodzice w krawatach i garniturach oraz nobliwa komisja kwalifikacyjna w merynosach i alpakach, a tu Biskwit na cały głos, w ojcowskim narzeczu:
- SZAAAAAAJSE! WEŹ SIĘ PRZESTAŃ PCHAĆ DYNIA! TO MOJE PRZEDSZKOLE!
Właściwie jaka obórka, taka kindersztuba.
W ogrodzie zen między delfinami zabrzmiałoby to gorzej.
©kaczka
Biskwit to ma entree:)
ReplyDeleteKrwiste detale przyjścia na świat w tej sytuacji były na miejscu.
Po takich obórkach zostaje się prezesem!
ReplyDeleteNajpierw chciałam zapewnić o swoim wsparciu dla teorii pandeMonii, ale zaczynam się zastanawiać: jakim prezesem?!
DeleteWszystkiego!
DeleteJa podejrzewam ze nawet jak Wysoka Komisja Biskwitowi tego miejsca nie przydzieli - to on sobie je sam wezmie.
ReplyDeleteI nie odda.
(ale te "neorealistyczne freski" to akurat uwielbialam w naszej placówce, ale ja mam ogólnie silny pociag do dzieciecych rysunków :)
(wizja grzyba w wydaniu glamour - piekna!)
Daję głowę, że nie chodzi o dziecięce rysunki, raczej o jakieś pseudodisnejowskie mikimałsy, królewny z krasnoludkami i inne takie, wyrysowane przez panie podczas leżakowania.
DeleteTak,na bank Jarecka ma rację- to są te nieśmiertelne mikimałsy. W przedszkolu które często mijam, są sekcje krakowiaczków,lajkoników, smoczusiów i innych wesołych hejnalistów o dość przerażających twarzach i derekcja zabrania rodzicom podchodzenia na odległość metra z w wózkiem, lub rowerkiem dziecięcym do tych ekhem fresków ekhem zdobiących !!!fronton!!! budynku. A wszystko to w tle supernowoczesnego oszczędnego kompleksu Ogrodów Sztuki-utkanych z betonu ,szkła, drewna i wyrafinowanego minimalizmu :o)
Deleteaaa, chyba ze tak! Bo to jest rzeczywiscie najczesciej koszmar na jawie.
DeleteKaczkę to powinni nadawać 24h/dobę, w ramach podnoszenie morale i napełniania szklanki choćby nie wiadomo jak pustej. Chciałabym, żeby opisała mi moje życie, abym mogła zobaczyć, jak jest dobre i fajne. Kocham, kocham, kocham Kaczkę!
ReplyDeleteSzajse, Magdaleno, nie wpychaj się, to JA kocham Kaczkę!...
Deletekaczki jest tyle, ze dla kazdego wystarczy :*
DeleteGniecie mnie to przeznaczenie.
ReplyDeleteSzklanka pelna: moge sie spotykac z kaczka!
Kaczko, w ogrodzie zen między delfinami to Biskwit zaklął by szpetnie jak Książę Pan SACREBLEU! W końcu wiadomo, że ma odpowiednie wychowanie i poziom zaklęć dostosowuje do okoliczności.
ReplyDeleteA mnie meczy takie pytanie: Czy miziałaś te alpaki?
ReplyDelete;-)
Przedszkole z alpakoterapią. Ha!
Dzięki Ci, Panie, za Kaczkę.
ReplyDeleteKwiczę, no :DDD
Zapłakałam.... I nie mogę się pozbierać! :-) (Przydałyby się fejsbukowe emotikonki tryskające łzami, ale wiadomo, są ludzie umiejący je wstawiać i są litermatki. Szajseeee!!)
ReplyDeleteZgadzam się, zgadzam😂😂😂
DeleteJa się nauczyłam tydzień temu, proszę Litermatko, za Ciebie - 😂😂😂
DeleteA od siebie powtórzę za Biskwitem: 💩💩💩.
Droga Kaczko! Twoje opisy starcia z rzeczywistością w placówkach są mistrzostwem, zapewniam Cię jednak, że tylko Wydaje Ci się, że jest tak źle. Otóż już w ten pt w środkowej Polsce w klasie '0' z okazji Dnia Babci i Dziadka wystąpią.... rodzice! Jak wiadomo, rodzice nie mają co robić z czasem, tak więc odbyło się 5 prób, rodzice szykują dekorację, powtarzają swoje role, natomiast mój syn w wieku Dyni ambitnie wypowie 5 słów. Zaprawdę, moglibyście z Norweskim nie być jedynie biernymi uczestnikami życia placówki:-) Pozdrawiam, wierna fanka trzymająca w szafie banner" Kaczka na Prezydenta':-) Katrina
ReplyDeleteWymiękam! Z okazji Dnia Dziecka będą występowali Dziadkowie? :D
DeleteSzajse. Zazdroszczę kaczce tych 17 języków.
ReplyDeleteZdaje sie, ze najlatwiej przychodzi mi wyrazanie się, w języku którego nie znam.
No wlasnie, na tej samej zasadzie dziala kaczka ;-)
DeleteCzytelnicy pozlacani! Uprasza sie o cierpliwosc! Nastapi kilkudniowa przerwa w nadawaniu, bo pojechalo sie na gofry i frytki! :*
ReplyDeleteBiskwit znow na wlasnych regulach. Super ;-))
ReplyDeleteAle Kaczko, jesli towarzystwo w jury montessorianskim bylo typu Birkenstock i Wollwalk, to beda zachwyceni naturalnoscia i spontanicznoscia Biskwita. Mysle, ze da to wam nawet dodatkowe punkty. Gdyby jeszcze smarki do brody, koltun we wlosach i bloto na kolanach, to juz w ogole ;-) No i przypadkowo zabrane weganskie ciasto z bio-maki kasztanowej, slodzone syropem z agawy.
arbuz b.d.
This comment has been removed by the author.
ReplyDeleteAleż Biskwit ze swoim niesamowitym genotypem i tak jest skazany na fejm i hajlajf i żadna szkoła (zwykła wurstariańska, czy wypasiona wegańska) mu w tym nie przeszkodzi.
ReplyDeleteŻe zacytuję klasyka, "są ludzie skazani na sukces".
DeleteA czy Dynia tez wyjechała?
ReplyDeleteMoze mogla by nam cos narysować? No i kilka wersów w jezyku language. Do rymu albo i nie;-)
Obserwuję u siebie ewidentne oznaki uzależnienia albo to miłość.
Szajse. Magdalena, Monka suncie sie.
Myślę, że to się dobrze zapowiada...mam nadzieję, że droga do tego przedszkola wiedzie przez wiry i bagniska, a dzieci uczy się używania krzesiwa i odróżniania guana od szyszki w lesie. Biskwit ma szanse na odniesienie sukcesu, nawet jeśli ten zgniły świat runie w zapadlisko z wężami.
ReplyDeleteNo ale co Ty chcesz? Biskwit własnie zaprezentował 1000 procentowa gotowość do podjęcia nauki w ośrodku zbiorowego upupiania. Panie na pewno doszły do wniosku, że oto będzie z czego go ociosywac siekierą systemu edukacji :D
ReplyDeleteSie wrocilo! Ale beda opowiesci o tym jak Biskwit podbijal Beneluks! Z naciskiem na Be!
ReplyDeleteMuszę pójść na odwyk. Codziennie sprawdzam, czy jest już COŚ nowego i im bardziej sprawdzam, tym bardziej cosia nie ma!
ReplyDeleteHania! Juz, juz! Ide wklejac :-)
ReplyDelete