[92]

[1 Jul 2014]

(...)
Przyznaję.
Sytuacja, w której siadam przed bezdzietną dwudziestolatką, która tłumaczy mi jak wychowywać dzieci, jest mało komfortowa.
Nie wiem, czy dla obu stron?
Możliwe, że tylko dla mnie, bo młodzież dziś, jak obserwuję, często unika pogłębionej refleksji.
Ale, duch Korczaka świadkiem, pokornie i bez uprzedzeń wciąż jeszcze chadzam na wywiadówki.
I nawet pozwalam się upupić mikroskopijnym krzesełkiem.
I podziwiam, teraz już wyłącznie podziwiam, owoce pedagogicznej diagnozy.
Że można znać jasną i prostą odpowiedź na wszystko.
Że, wie pani, jeśli pani dziecko nie chce się brudzić i nie można go przekonać by wlazło po kostki w strumień plakatówki, to pewnie dlatego, że je pani nieustannie przecierała za młodu.
(Wcale nie przecierałam, a tych, co próbowali przecierać biłam rózgą po nerkach. No, ale alibi nie mam, fakt!)
A wie pani, że pani dziecko nie wstaje od stołu zanim nie skończy deseru? Czy pani, aby na nie nie krzyczy, żeby wszystko jadło? Bo ono  WSZYSTKO  je! I to nas martwi, bo to nie jest normalne! Pewnie pani krzyczy.
(Krzyczę. Żeby nie zjadała wszystkiego, bo to obiad dla całej rodziny. Ale kto mi uwierzy?)
No i głośno mówi. Pani jest pewna, że to nie polipy?
(Czy jestem pewna? W sumie nie. Pytałam lekarza tylko trzy razy. To zresztą temat na dykteryjkę. Odkąd naszpani odkryła symptom i słowo nieznane w potocznym angielskim, nadużywa i słowa, i diagnozy.)
I czy musi ją pani tak w te sukienki? Przecież jej jest niewygodnie na placu zabaw. Cała grupa w dresach, a ona w sukience!
(To chłopcy, a jak pamiętamy, jest ich dziesięciu, nie przychodzą w sukienkach!?)
No i popołudniami! Ileż my się namęczymy, żeby po drzemce dołączyła do zajęć grupowych, a ona nic. Siada w kącie tyłem do sali. Tak ją pani zastaje i potem ma pretensje, że dziecko niezintegrowane!
(Pretensjonalnie pytam, czy miło jej minął dzień, a potem czekam dwa kwadranse, aż dojdzie do siebie po drzemce i udzieli logicznej odpowiedzi, bo tak ma. Po tatusiu.)
A do tego dziecko woli towarzystwo dorosłych!  Albo  ostentacyjnie idzie do starszaków i tam (o zgrozo?) pisze!
Litery!
I psiakrwia, tu chętnie zasięgnęłabym opinii: co w takim razie robić droga Lusiu? Odrywać jak plaster?  Kopnąć w sempiternę? Ale Lusi jak raz na tej lekcji psychologii wczesnorozwojowej nie było.
Pytam, w jakich sytuacjach woli? Czy dlatego, że nie lubi hałasu, a może dlatego, że rówieśnicy są akuratnie w tej grupie mocno nieprzewidywalni? Czy próbuje sobie zaskarbić zainteresowanie? Kolaboruje z grupą trzymającą władzę? A może dlatego, że jest nad rozmiar dojrzała (proszę uprzejmie, załóżmy, że z mojej winy), a jednocześnie, choć tego nie widać, wrażliwa. A może, marchwia mać, po prostu, dlatego, że ostatnio sfiksowała na literach [1]?
Ale Lusi już drga bródka, rozpaczliwie gmera w notatkach i ogryza skuwkę ołówka.
Bo nie wie.
Jednak jest światło w tym tunelu.
W tym celu odgrzejmy kotlet z Hildegardą.
Tydzień lub dwa po sprawie otrzymałam list od Anusa tudzież Assmusa, który przedstawił się jako ojciec Hildegardy (czyli ten, który najgłośniej animował wybrane na salony dziateczki), a także prezes zarządu największej w kraju przetwórni buraków i zażądał przeprosin.
Nie sprecyzował za co.
Za Grunwald?
Za ziemie odzyskane?
Za to, że nie słodzę herbaty?
Ponieważ prośba ta nie miała charakteru  ‘wybaczamy i prosimy o wybaczenie’, mogłam najwyżej odpowiedzieć ‘przepraszam, że jest pan głupi’, ale nie zawracałam sobie tym głowy.
Moje milczenie rozsierdziło Anusa bądź Assmusa i nadesłał kolejny list, w którym skutkiem nerwowej literówki zapowiada, że nie zorganizuje mi już nigdy żadnych urodzin oraz dość melodramatycznie informuje, że mam trzymać jego rodzinę i dziecko z dala od swojego dziecka (pisownia oryginalna).
Wydawało mi się co prawda, że Anus vel  Assmus już sam się o to postarał wręczając zaproszenia dziateczkom wybranym w castingu, ale nie zawracałam sobie głowy by wyjaśniać.
List przekazałam Derekcji. No bo, kurcze, co?
Derekcji zaogniły się od tego hemoroidy w ściśniętych pośladkach.
Gdyż trzeba wam wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, pod koniec sezonu letniego odbywa się w placówce promocja do następnej klasy.
Jest to proces bardzo zawiły, bo tradycja nakazuje grupy dzielić na cząstki i mieszać ze sobą według kryterium wieku, sikania w gacie, zawansowania językowego, tego, kto komu najrzadziej daje w ucho oraz z kim Derekcja chodzi na lekcje puzonu.
Klasy są dwie.
W tym jedna należąca do matki Hildegardy.
I serio, serio, gdyby nie list Anusa, który czyni z nas Capulettich i Montecchich, byłoby mi nieomal wszystko jedno, do której z klas trafi Dynia.
Do ‘Tęczowych Popierdółek’ matki Hildegardy?
Ależ proszę.
Może to skutecznie przekonałoby Dynię, by szukać towarzystwa rówieśników?
Miałam jednak dość jasne przeczucie, że tak się nie stanie.
I rzecz jasna się nie stało.
Dwa miesiące zajęło Derekcji przetasowanie wszystkiego.
Efekt skrzydła pterodaktyla!
Od września Dynia będzie przynależeć do ‘Psychodelicznych Małpiatek’.
Małpiatkami dowodzi pan.
Mężczyzna!
Alleluja!
I przebóg, mam nadzieję, że od niego nigdy nie usłyszę, że, tu cytat z naszpani: ‘Dynia jest taka miła, grzeczna i dobrze ułożona. Z niej to taka prawdziwa dziewczynka! [2]’

(...)
Reportażu z zajęć u Frau Urlyki nie będzie, bo Dynia wyprosiła mnie z sali.
Byłam jedyną matką czekającą na schodach.

[1]
- A widziała naszpani, że Dynia wszystko chce teraz podpisywać imieniem?
- My tu proszę pani, na siłę nie wyprzedzamy etapów rozwoju dziecka.


[2] ... bo inaczej nigdy sobie nie daruję.


©kaczka
46 comments on "[92]"
  1. Order z ziemniaka dla tatusia Anusa. Ręce mi opadły.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Order z buraka. Sam niech sobie wytnie :-)

      Delete
    2. I przypiety do gumowcow!

      Delete
    3. Kaczko,w NL - no kurka wodna, po sasiedzku - na tablicy ogloszen, przy wjesicu do klasy mojego 4latka, jest rozpiska co mozna, a czego nie w szkole. I czarno na bialbym: nie mozna rozdawac zaproszen na party odbywajace sie w czasie pozalekcyjnym. Zaproszen samych, nie to, ze ktos dzieci gdzies skads zabiera. Skoro juz nawet narod tak uprzejmy i wychowany, jak Holendrzy, do tego dojrzal, tata Anusa musi byc naprawde cham i prostak (przez proste porownanie z typowym Niderlandczykiem).

      Co do liter, to moj ledwo 4latek ma ostatnio kompletnego bzika i maluje swoj inicjal WSZEDZIE, jak sie da to z calym imieniem, czasami dorzuca tez ojcowe ;) i generalnie zafiksowal na literach. Zostawienie jakiegokolwiek notesu na widoku owocuje stronami bazgrolow. I nikt go nie zmusza, nie prosi, ba, probujemy te pasje zamazania kazdej wolnej kartki papieru (dowolnej umowy, egzaminow studentow, kontraktu na nowe mieszkanie itp) powstrzymac.

      Delete
  2. Czy oni mają wszystkie klepki na swoim miejscu aby???

    ReplyDelete
    Replies
    1. Musialabym potrzasnac zeby sprawdzic. Obawiam sie, ze to pewnego dnia mogloby nastapic. Ale moja nadzieja w Malpiatkach.

      Delete
  3. Ja tam już, Kaczko, sama nie wiem, czy gorsza bezdzietna dwudziestolatka, czy wielodzietna po trzydziestce.

    Dynia do małpiatek, mówisz. A nasz Pan ( od Trójki) odszedł z końcem roku. Szkoda.

    Przymus dołączania do zajęć! Co proponujesz? Ja pozwalałam się dąsać po kątach, Alicja - nie. Święte prawo człowieka rozczmuchać się po spaniu, też zabiłabym, gdyby przed kawą ktoś chciał mnie zapędzić do roboty!

    Ale mnie interesuje ton - ona Ci tak, ta Lusia, gwoli informacji, czy z pretensją?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Lusia zaczyna od 'gwoli informacji', ale gdy wymagac od niej analizy sytuacji, podania szczegolow, albo obalac teorie i hipotezy to przechodzi w tryb: pretensja. Chyba w mysl, ze najlepsza obrona jest atak.
      I tak naprawde nie wiem, kto gorszy, a kto lepszy. Wezmy przyklad z brudzeniem sie.Mam przed oczami Dynie, ktora w wieku niemowlecym (6 miesiecy?) dostala napadu histerii jakiego swiat nie slyszal, bo probowalam jej zanurzyc reke w farbie o wesolym kolorze (w celu pozyskania odciskow ku pamieci). A taki Biskwit, tu i teraz w adekwatnym wieku, najchetniej runalby twarza w pojemnik z farba i sie w nim wytaplal. Ani jednej, ani drugiej nie przecieralam. Pamietajac, jak nienawidzilam sliniakow i serwetek, ktorymi mnie owijano w dziecinstwie, bylam/jestem szczegolnie wrazliwa na to zeby nie naduzywac lub stosowac dyskretnie. Pomyslalam zatem, ze moze Lusia musi doswiadczyc na wlasnej skorze, ze dzieci z jednej matki i ojca bywaja rozne. A moze nawet to Lusi nie pomoze? Moze tu po prostu chodzi, ze z pustego to i Salomon...
      Kurdelebele, nie chce byc matka natretem, choc naszpanie maja te komfortowa sytuacje, ze na glowy im przypada po troje, gora czworo dzieci, wiec czasu na ich obserwacje oraz interakcje z rodzicami maja sporo. Jednoczesnie, jesli jest problem to oczekuje, ze naszpanie oprocz zaraportowania, ze takowy maja, wystapia z konkretnymi propozycjami jak go rozwiazac. Slowem, dialog, no dialog byc musi.
      A nie ma.

      Przymus dolaczania do zajec! Chryste Panie! A niech lezy w kacie, byle tak by sie o nia nie potykac. Nieustannie mnie korci, zeby naszpaniom powiedziec, ze moze gdyby zajecia byly ciekawsze to by dolaczyla? :) Ale co oni tam robia po poludniu? Flamastry rozdadza, ukladanke zloza. To ostatnie pol godziny Dyni przed wyjsciem do domu. Moze gdyby pani zaczela polykac ogien, albo zonglowac szafa to i owszem, ale nawet w takiej sytuacji wydaje mi sie, ze geny po tatusiu bylyby gora :)

      Szkoda tracic Pana! Myslisz, ze odszedl do pracy w kopalni argumentujac, ze sie tak nie spoci?

      Delete
    2. Wiki przez bardzo długi czas przy każdym posiłku brudziła ścianę w kuchni rękami. Brała jedzenie, wkładała je do buzi, ręką przecierała ścianę, brała kolejny kęs, ładowała do buzi, znów przecierała ścianę dłonią. Początkowo myślałam, że to takie typowo dziecięce pragnienie paprania wszystkiego wokół. Aż tu któregoś razu wyjaśniła mi, że ona po prostu nie może wytrzymać z tą brudną ręką, więc ją sobie czyści o ścianę. Podpowiedziałam, że może wycierać rękę w nawilżane chusteczki - i tak to teraz wygląda - kęs, chusteczka, kęs, chusteczka, kęs, chusteczka. Kąciki ust też po każdym gryzie trzeba wytrzeć. I atak paniki przy odcisku dłoni też zaliczyła, z osiem miesięcy wtedy miała... Ale idzie ku dobremu. Ela brudzi się na potęgę i Wiki zaczęła się przełamywać. Teraz już swobodnie babrze się w kałużach i smaruje flamastrami. Niech no Biskwit podrośnie, pewnie też namówi Dynię na te farby ;-)

      Delete
    3. Wygląda na to, że nasz Pan został po prostu ewaporowany. Nie było go na zakończeniu roku; myślałam, że miał poranną szychtę, ale nie, już się nie zjawił a indagowana na tę okoliczność Pani mówiła,że nie wie, dokąd odszedł Pan, bo nie rozmawiali na ten temat. Jakoś trudno mi uwierzyć, że jak się pracuje trzeci rok z jedną grupą, nie rozmawia się na wszystkie tematy... Myślę,że Pan zrealizuje się na jakiejś siłowni jako trener dla ambitnych, niech mu się uda!
      Co do wieku pań - osobiście znam kilka młodych FANTASTYCZNYCH przedszkolanek, ale mnie osobiście doświadczenia własne pomogły, bardzo.

      A po spaniu w przedszkolu to już niewiele się da zrobić, jakieś takie zmęczenie materiału ogólne... Tylko na podwórko puścić i baczyć pilnie...

      Kaczko! Ale jak one tam mają po 3,4 sztuki na głowę, to wymagaj, niech chleba darmo nie jedzą!

      Delete
  4. bożesz kochany, strach się bać, moi chłopcy od września idą do przedszkola :)
    ale jest światełko w tunelu: biorąc pod uwagę tradycyjne portugalskie lajtowe podejście do edukacji w ogóle i ogólnonarodowe przywiązanie do analfabetyzmu w szczególności, bardzo możliwe, że kadra w ogóle się nie zorientuje, że mój pięcioletni pisze i czyta w dwóch językach, oraz bezczelnie dodaje i odejmuje pisemnie pięciocyfrowe liczby, a także nie zwróci uwagi na to, że młodszy na zakończenie posiłku wygłasza opresyjną formułę: szanowny ojcze, czy moge odejść od stołu? :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. A właśnie! Zapomniałam o jedzeniu! Moja czterolatka też zjada wszystko. Do końca, do okruszka. Bo lubi.
      Bo co, ma się zmarnować??? ;)))

      Delete
    2. Lusia utrzymuje, ze na tym etapie rozwojowym dzieci musza wybrzydzac :) Zdaje sie wszystkie. Bez wyjatkow.
      Poradzilam Lusi, zeby dla ratowania statystyk powiedziala Dyni, ze w zupie sa grzyby. Dynia grzyby co prawda lubi, ale utrzymuje, ze nie lubi, bo nie lubi jej siedmioletnia idolka :)

      Delete
    3. kociamantro, a jesli jednak sie zorientuja? Wykorzystaja to jako success story portugalskiego systemu edukacji i pokaza was w telewizorach? Nasla na was opieke spoleczna, bo wybiegacie przed etap rozwojowy? A moze od razu przeniosa do ostatniej klasy? :)

      Delete
    4. kaczko, mnie się wydaje, że moi synowie mogą nadrobić "przody" edukacyjne baaardzo niegrzecznym zachowaniem, więc jest szansa na zachowanie równowagi w przyrodzie ;) a w telewizorach niech pokazują: będzie niezbity dowód na to, jak stymulujące są rodziny wielokulturowe i wielojęzyczne :)

      Delete
  5. ach, no a co powiesz na taką sytuację, która zdarzała mi się nagminnie kilka lat temu, kiedy w trzydziestostopniowym upale szłam do sklepu z niemowlęciem jednym bądź drugim, a kitandeiry (uliczne sprzedawczynie, takie, co chodzą po mieście z kilkunastokilogramowymi miskami pełnymi ryb, owoców lub innych dóbr na głowie, z dzieckiem w chuście na plecach i z drugim w brzuchu) pouczały mnie: "twoje dziecko nie ma skarpet, na boso się przeziębi i będzie chore". w tym samym czasie ich maleńkie dzieci luzacko wylizywały ryż z fasolą prosto z chodnika albo wygrzebywały resztki herbatnika z pieluchy. no ale wiadomo - brak skarpet u niemowlęcia to pewna śmierć i dowód na to, iż matka nie dojrzała do macierzyństwa.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Skarpetki? W portugalskim klimacie?! A moze jeszcze sandaly. Jak u niemieckiego turysty!
      Ze skarpetami to dosc smieszna sprawa. Dynia nosila, bo kurcze, na Wyspie bylo zimno. Tubylcy patrzyli podejrzliwie. Biskwit nie nosi, bo po pierwsze musialabym mu je przybic do stop gwozdziami, po drugie tu jest cieplo. Tubylcy patrza podejrzliwie. :)

      Delete
    2. żeby to jeszcze portugalia - ale to afryka subsaharyjska, w porze deszczowej przez kilka miesięcy temperatura w dzień nie spada poniżej 40, a w nocy słodkie 25 :-)

      portugalskie przedszkole od września, bo wracamy do europy. jeszcze zatęsknię za mądrością ludową kitandeiry...

      Delete
    3. a skarpetki - których używamy podczas urlopów w cywilizowanej europie - mają tę zaletę, że dziecko przestaje obgryzać paznokcie u nóg. nie mam wątpliwości, że na tę brzydką przypadłość niemiecka przedszkolanka na pewno też ma fachową diagnozę - to pewnie stres spowodowany dwujęzycznością i nadużywaniem koperku w zupie.

      Delete
  6. Ach, Kaczko, kołacze się we mnie takie jakieś wrażenie, że Dynia i Wiki z jednego mentalnego jaja się wylęgły.
    W niedzielę zjadły z Elunią kilo kabaczku na obiad. Nawet się ucieszyłam - to rokowało nadzieję, że zostawią mi kawałek pieczonej w piwie karkówki. Gdzie tam - zjadły i karkówkę. Chrupałam więc sobie na niedzielny obiad młode ziemniaczki, póki i one nie zostały mi zabrane...
    I z drzemką u nas podobnie, i ze starszakami, i z literami (boję się, że to się może skończyć polonistyką!) i z tą wewnętrzną wrażliwością. I o ile dawniej mnie dziwiło nieco, że Dynia teczki zakłada, o tyle Wiki od tygodnia nosi po domu szkolny zeszyt i chwali się na lewo i prawo, że to jej, do liter pisania :)
    Ale jak to, że promocja do Małpiatek? To nie zmieniacie placówki?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czy ja moge wpasc na obiad? Rozmarzylam sie czytajac menu :), choc przypuszczam, ze mialabym male szanse w wyscigu do talerza.
      Nie znalezlismy jak dotad niczego lepszego, a zalezy nam bardzo by utrwalic Dyni angielszczyzne. Bo ona, cokolwiek bym nie mowila o placowce, pieknie sie tam w ciagu ostatniego polrocza rozgadala. W miedzyczasie bedzie chodzic na rozne popoludniowe zajecia z niemieckimi dziecmi, a za rok pdejmiemy decyzje, ktora sciezke edukacji wybieramy: angielska, czy niemiecka.

      Delete
    2. Ależ jasne, zapraszamy do stołu! :) To może od razu zrobię wszystkiego po pięć kilo, żebyśmy miały szanse zjeść choć ociupinkę.
      I służę też przepisami - wszystko proste i szybkie, samo się robi.
      Karkówka w piwie. Kupić, umyć, pokroić w grube plastry, nasmarować jak się lubi (np. majeranek, słodka papryka, wegeta. Albo: czosnek, miód, musztarda, sól, oliwa, ketchup), wstawić do lodówki, zmienić dziecku pieluchę, nastawić pranie, wyjąć karkówę z lodówki, wrzucić do naczynia żaroodpornego, zalać piwem do połowy wysokości mięcha, piec w 180 st. Ja piekę tak z 1,5-2 godziny, żeby była mięciutka dla Eli. Pod koniec odkrywam pokrywkę, co by się przypiekło ładnie. Najbardziej lubię w miodowym piwie robioną :)
      Kabaczek - kupić, umyć, obrać, pokroić w kostkę, podgotować ze 2 minuty w wodzie. Wrzucić na patelnię na oliwę z czosnkiem, podsypać czymś tam (oregano?), dusić pod przykryciem do miękkości, dodać łychę przecieru pomidorowego.
      A potem to już tylko trzeba się szybko rzucać na jedzenie, bo znika naprawdę szybko :)
      O rety, ale u Was ta edukacja zapięta na ostatni guzik. Wiktoria nie dostała się do przedszkola, więc kolejny rok będziemy dziczeć w domu.

      Delete
  7. Co za telepatia! Nie dalej jak wczoraj nabyłam dla Dyniutki prezent, który pogłębi frustracje Lusi. Dyniu, Naród stoi za Tobą murem!

    Zastanawia mnie, czy Lusia do wszystkich w takim tonie?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Przypuszczam, ze tak. Ze wlasnie w takim tonie. Bo to jest ton znakomitego teoretyka :)

      Kupilas Dyni kostke Rubika, czy komplet szachow? :)

      Delete
  8. Jacieeee, jakie fajne obrazki :)

    Jak ja lubię takie porady fachowców, za którymi murem stoi nauka i twarde przekonanie. Utwierdzane licznymi 'publikacjami i fachowymi seminariami'.

    Mój najmłodszy egzemplarz stanowi sporą zagwozdkę dla systemu przedszkolno-szkolnego, albo staje okoniem i gęby nie otworzy, kreski nie narysuje, a jak przestaje uprawiać kontesty, to udaje Einsteina w najlepszej jego fazie.
    W okolicach półrocza miałam Einsteina i problem z naszą panią Lusią, w wieku pobalzakowskim, ale mentalność niezmienna podejrzewam od lat dwudziestu.
    'Droga Mamo, może pani poradzi. No i co my możemy wpisać na półroczne sprawozdanie w rubryce 'do poprawy/ulepszenia'. No, tego niestety nie bo maxy, tego też nie, bo lepiej się nie da. Aaaa, wiem, ona nie do końca radzi sobie z banknotami. ' I chlastu prastu, mamy wpisane, że dziecko powinno częściej dokonywać zakupów. I broń Boże w bilonie.
    No i problem mamy, bo my wszystko na kredyt.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na Wyspach mloda dama mialby rowniez problem, bo tam za jedna rodzynke placilam karta :) Ale czy to nie fajnie, tak miec czarno na bialym, oficjalnie, ze dziecko powinno pomykac po piwo i papierosy?

      A poza tym, wiadomo, najslabszym ogniwem w systemach sa ludzie. Od prawiekow. Szkoda, wielka szkoda, ze ludzkosc nie wyciaga wnioskow.

      Delete
  9. Nie mogę sobie odmówić ulubionego komentarza obrazkowego:

    http://kwejk.pl/obrazek/1102684/chron,buraka.html

    ReplyDelete
  10. A ten Anus to coś z zadkiem ma wspólnego?! ;) kaczko, sprawiłaś, że przejawiłam pozytywne uczucia do "mojego" irlandzkiego przedszkola. Cztery lata już się z nim męczę, ale coś takiego jeszcze nas nie spotkało. Naszpani wasza zdaje się być bardzo przejęta swoją misją. Powodzenia u Małpiatek! Aha, u nas też jest pan, ale Matyldę nudzi, bo tylko rysuje i innym nie pozwala :)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Anus ma imie, ktoremu jeszcze mniej trzeba pozmieniac niz Angusowi, zeby wyszlo, ze jest zadkiem.
      Dygresja: kiedys, gdy bylismy mlodzi krazylismy nocami po korytarzach pewnej uczelni i wydlubywalismy litery z tabliczek na drzwiach skladajac z nich anagramy. Nierzadko obsceniczne :-) Wyraznie nam to zostalo.

      Delete
    2. Nagi anus Angusa?! Nie kaczko, na to już jestem zbyt pruderyjna! ;)

      Delete
  11. Łoo rety, a już myślałam, że tylko w Polsce przedszkolne dylematy są TAKIE... jeny i co nie zmieniacie? Bo my chyba jednak zmieniamy... Naszpani jest tak spięta i napięta, że mam wrażenie, że z tyłu gdzieś jakiś sznureczek wiąże ją do kupy, gdyby pociągnąć- rozsypie się w pył... No ale przedszkole działa jak ta lala, angielski 4x w tyg, niemiecki- 2x, rytmika, gimnastyka, teatrzyk, tance afrykańskie ;) Tylko zimno na korytarzach, chłodem wieje od każdej pracującej tam osoby, no i co z tego że dzieci po niemiecku piosenki śpiewają, mnie to przeraża... Ale wiem, że jak pójdę z wypowiedzeniem kobieta nie będzie w stanie tego zrozumieć.. no cóż.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie zmieniamy, bo pan i Malpiatki. Poza tym, Dynia, cokolwiek na ten temat mowia panie, jakos tam lubi to przedszkole, naszpanie i dzieciaki.

      To zreszta jest nieslychanie przewrotna strategia to niezmienianie. Kazde dziecko ma tu prawo do przedszkola i dla kazdego przedszkole musi sie znalezc. W rejonie. Dynia chwilowo jest pozarejonowa, co daje jej dodatkowe punkty, Dodatkowe punkty sa tez za wiek dziecka. Jesli wybralibysmy przedszkole teraz, to byloby to przedszkole za rogiem, ktore wedlug mnie jest srednie. Gdyby okazalo sie, ze jest niefajne, nie mielibysmy duzej szansy go zmienic (jako ci, ktorzy maja juz miejsce i fanaberie). Za rok mamy wieksze szanse na lepsze przedszkole, ktore zamierzam wykopac spod ziemi :-)

      Delete
  12. Niemieckie przedszkola chcą być miejscem dla dzieci, w którym dzieci będą mogły spędzać czas w swój własny dziecięcy sposób, bez narzucania, w wolności, szaleństwie, samodzielności i nieskrępowaniu. To oznacza właśnie brak zakuwania czegokolwiek, brudzenie się, samodzielne decyzje na poziomie możliwości dziecka, beztroskę. To oznacza też brak zgody na dogmaty pedagogiczne z wieku 19, według sentencji: jedz, siedź prosto, ucz się, bądź ciche, grzeczne i posłuszne i rób, co ci każę. To jest super, tego też oczekuję. Myślę, że w Pl tego nie dostałabym, ale to inna historia.

    Jednakże :-)
    Tak jak pisze Kaczka. Reakcją na te dawne dogmaty są inne dogmaty takich panien Lucind. Jeśli dziecko nie szaleje w przedszkolu, to na pewno dlatego, że w domu siedzi cały czas w metalowej klatce 2mx2m podłączonej pod prąd, a nie dlatego, że może po prostu z natury jest spokojne. Jeśli zna literki, to na pewno dlatego, że matka dziecku alfabet biczem wpaja, regularnie przed snem. A jeśli zjada wszystko, to pewnie pod presją stojącego nad nim z paralizatorem w ręku ojca, a nie dlatego, że ma apetyt/lubi jeść/większość rzeczy mu smakuje?

    Taki mały paradoks. Z odrzucenia dogmatów i braku otwartości na indywidualizm dziecka wyłaniają się nowe dogmaty i podobny brak otwartości na indywidualizm dziecięcia. Ale myślę, że - sorry, tym razem ja za dogmat - w wypadku Lucindy wynika to chyba z braku możliwości obserwowania dzieci we własnym domu.

    Sprezentuj jej zdjęcie Dyni z Faustem w ręku ;-))

    arbuz bez dna

    ReplyDelete
  13. No właśnie, przeczytałam teraz nade mną wpis mamy jagody.

    W De z lupą szukać przedszkola, które oferuje angielski, hiszpański, gimnastykę i inne kursy przedsiębiorczości i sukcesu. Nie wpisuje się to w założenia: niech dzieci będą dziećmi i się po dziecięcemu bawią, póki dziećmi są. I przyznaję, że osobiście wolę przedszkola bez tych wszystkich luksusowych zajęć, co to niezbędne (ale dla rodziców) są.
    Ciekawe, że w Pl to jest coś, co przyciąga rodziców do przedszkola, w De budzi raczej podejrzenia i niechęć.

    Z drugiej strony te podejrzenia i niechęć do ofert skierowanych do dzieci, czy też bojaźń o to, żeby/aby dziecię się przypadkiem za dużo nie nauczyło, przybiera niekiedy karykaturalną formę. Przykłady do bólu u Kaczki. Albo sytuacja dziecka trójjęzycznego (matka Polka, ojciec Włoch żyjący w Niemczech) w berlińskim przedszkolu, w którym pani stwierdziła, że lepiej by XY nie chodził na angielski (raz w tygodniu śpiewanie piosenek po angielsku), ponieważ to może zaburzyć jego już zbyt kolorowy lingwistyczny świat.
    Tja, nie wiem, czy poczucie wykluczenia z grupy nie jest aby tym bardziej niebezpiecznym...

    arbuz b.d.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Z niemyslenia. Z niemyslenia sie tak ludziom robi. No, bo inaczej nie da sie chyba tego logicznie wytlumaczyc.

      Ale i tu chyba troche sie zaczyna parcie na kursy i zajecia pozalekcyjne. Jedna dyrekcja chwalila sie tym, ze za dodatkowa oplata organizuja kurs angielskiego (raz w tygodniu spiewanie piosenek po angielsku), co byloby dla nas wymarzona sytuacja, bo przeciez nam zalezy zeby jezyk utrwalic. Jasne (!) oczyma duszy widze Dynke jak entuzjastycznie uczy sie rozpoznawac kolory po angielsku za piec euro na miesiac :)

      Delete
  14. Dziecko, które wszystko zjada? bezcenne. Jak naszapania wasza tak bardzo chce, to polecam moją osobistą córką- niezintegrowaną sensorycznie, obecnie 7,5 roku, od 6 lat zjadającą tak ograniczony zestaw potraw, że polskie przedszkole wysiadało, polska stołówka w szkole wysiadała.
    Co do brudzenia się- jak wyżej nie- zgrane dziecko z zaburzeniami SI albo nie się pobrudzić i nie założy żadnego buta na gołą stopę pod karą śmierci (jak ja), albo wymaga przybicia/przyklejenia skarpetek, kapci i radośnie ubrudzi się wszystkim.
    Po 3 latach płacenia ciężkich pieniędzy za terapię pogodziłam się z tym, a i tak wszelkie naszepanie patrzą na mnie dziwnie. Nie warto się tym przejmować.

    ReplyDelete
    Replies
    1. I ja do tej pory sadzilam, ze jedzenie wszystkiego jest zaleta. Ale moze Dynia odmawia wstania od stolu zanim nie skonczy szostej dokladki i tym dezorganizuje prace grupy.
      Niesamowite dla mnie jest to, ze naszpani, oryginalnie z Wysp Brytyjskich, na tychze Wyspach spiewalaby zupelnie inna melodie. A tu wcisnieta w pseudoniemieckie konspekty (bo niby placowka miedzynarodowa, ale pewnie jakies kuratorium ja nawiedza) nagle jest bardziej papieska od papieza.

      Delete
    2. Moja Asia niestety nie zjadła ani jednego posiłku przez dwa lata przedszkola oraz rok zerówki. Zjadała pojedyncze fragmenty np. kromkę chleba ale broń boże posmarowaną czymkolwiek, albo jeden ziemniak, który miał szczęście i nie zetknął się z sosem, albo kawałek mięsa- j.w., Z tego co zjadła przez tydzień może by się uskładało jedno danie. W szkole głównie asystowała dzieciom przy obiedzie, kiwając się nad własnym talerzem i nie próbując nawet skosztować tego co się na nim znajdowało Wyjazd na więcej niz jeden dzień poza dom wykluczony, albowiem umarła by z głodu a nie zjada niczego co nie wygląda jak w domu. I nie mija to z wiekiem- moja rodzona matka lat ma tak samo, nawet w wieku 85 lat. To nie mija. Będę się upierać, że wolę dziecko, które zje wszystko, a nawet więcej niż takie, które nie jadło innych owoców niż jabłka, innej wędliny niż kabanosy, innych warzyw niż ziemniaki i marchewka oraz wypija hektolitry kakao. Dezorganizacji pracy grupy też to nieźle sprzyja.

      Delete
    3. No tak, dochodzi do takich paradoksów, że jeśli dziecko wszystko je, to zaczynamy się zastanawiać, czy wszystko z nim ok...

      a b d

      Delete
  15. W Austrii system też stawia na całkowicie nieskrępowany rozwój przedszkolny dziecka pod warunkiem oczywiście, że dziecko nie odstaje od sztywnych schematów organizacyjnych placówki.
    U nas na początku przedszkola zrobiło się nagle bardzo poważnie i trafiliśmy "na dywanik". Pani dyrektor koniecznie musiała udowodnić, że u niej w przedszkolu wszystko jest OK. I tak oznajmiła nam, że:
    1. dziecko ucieka zasłaniając uszy gdy inne dziatki drą się jak opętane - ma autyzm
    2. dziecko nie chce się brudzić nurkując w akrylach - ma autyzm
    3. dziecko chce skakać po kałużach w deszczu i nie rozumie dlaczego nie wychodzi do ogrodu - ma ADHD
    4. dziecko nie znając niemieckiego i będąc olewane przez panie które nic mu nie tłumaczą szybko rezygnuje i siada w kącie - ma autyzm
    5. dziecko odpychane przez rowieśników i panie poza grupę taneczną grzecznie wycofuje się pod ścianę - ma autyzm.
    I tak dalej.
    Dziecko z autyzmu a nas z wizji jugendamt pukającego do drzwi wyleczyła kontrola magistratu w przedszkolu która poskutkowała usunięciem Pań nie zainteresowanych pracą z dziećmi (pod wodzą pani dyrektor) i zatrudnieniem Pań kochających pracę z dziećmi. Magia prysła a nas proza życia uderzyła w pysk na odlew. Dzieci napatrzywszy się na wrzaski i łzy wywołane mobbingiem same zaczeły nerwowo reagować na wszystko i z czasem wycofywały się z życia przedszkola. Po rewolucji personalnej syn ozdrowiał, nauczyl się niemieckiego w stopniu komunikatywnym, zaczął malować, tanczyć i śpiewać - ozdrowiał.
    Czasem jest tak, że nawet w najlepiej zorganizowanym państwie samemu trzeba zostać ostateczną instancją kontroli w imię dobra własnego dziecka.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Acha, jeszcze usłyszeliśmy od pani psycholog, że nie wolno do dziecka mówić po polsku, bo to zaburza mu świat w którym celem nadrzędnym musi być jak najszybsza nauka niemieckiego. I nie wolno nam uczyć dziecka czegokolwiek w domu. Po zmianie ekipy pani psychol nie pojawiła się już więcej a zalecenia zmieniły się o 180 stopni.

      Delete
    2. O litosci!
      Ale ufff! Jednak dobrze sie skonczylo.
      Wkurza mnie koniecznosc bycia zawsze i wszedzie policjantem u lekarza, aptekarza, teraz w szkole.
      Ale moze jesli teraz sie otluke i poobijam to bede bardziej gotowa na kolejne niespodzianki systemu? :)
      Wielkie brawa dla ciebie, ze nie odpuscilas.

      Delete
    3. Zupełnie inna atmosfera panowała w czasie zapisów do szkoły, pani dyrektor nie widziała żadnych problemów w dwujęzyczności, w domowej nauce języka ojczystego, stwierdziła, że po to szkoła jest integracyjna aby pomagać dzieciom.
      Niestety nie sprawdzimy w praktyce czy tak jest naprawdę, wczoraj wypisaliśmy Młodego ze szkoły, od września zamieszkamy na Wyspie więc tak naprawdę wszystko przed nami i modlimy się aby historia się nie powtórzyła.

      Delete
    4. EwKa - no niezła historia, wszędzie trzeba być czujnym, bo wszędzie są różni ludzie.
      W erefenoskim "paradisie" także - mam nadzieję, że nie zostałam źle zrozumiana. Fajnie, że tutaj podstawy i założenia, od których się wychodzi, są może solidniejsze, ale jak tylko zacznie babrać się w nich ktoś mało zdolny, to pobrudzi wszystkich wokoło.

      arbuz

      Delete