[75]

[23 May 2014]

(...)
Zadzwonił telefon.
Odebrałam, gdyż szczęśliwie tkwiłam właśnie w budce telefonicznej czekając na kolejne wezwanie pokrzywdzonych tego świata i przyszywając sobie złotą nicią do outfitu Kapitana Ameryki znaczek z Porucznikiem Borewiczem.
Dyrekcja Instytutu zakończyła śledztwo w sprawie urodzin Hildegardy i pospieszyła, by podzielić się ze mną wynikami.
Pogratulowawszy odwagi cywilnej, ‘bo rodzice zwykle w takich sytuacjach raczej wsuwają nam pod drzwi anonimowe listy', Dyrekcja przeszła do konkretów.
Na wstępie należy podkreślić, że nigdy wcześniej nie zdażały się żadne skargi.
Żadne.
Na nic.
Po dogłębnym przemyśleniu sprawy na zebraniu zespołu ustalono, że to moja wina, bo przyszłam wcześniej po dziecko.
Gdybym nie przyszła, to bym się nie zorientowała i nie byłoby problemu, n'est-ce pas?
Poza tym, to, co mylnie wzięłam za urodziny było jedynie zbiorowym wyjściem dzieci na zajęcia muzyczne.
I dzieci prawdopodobnie niosły futerały na instrumenty, a nie prezenty. Oraz puzony. Nie balony.
Co więcej Hildegardy tam wcale nie było, bo odbierała właśnie lekcję gry na harfie, zatem to wina tych pozostałych, że krzyczały Happy Birthday.
A faktycznie to krzyczały nie Happy Birthday, tylko Happy Wednesday, bo taki jest obyczaj w placówce, by czcić dzień nieświęty.
A może, tak naprawdę to nie było nawet Happy Wednesday, ale Niech żyje Che Guevara? Bo my tu jesteśmy, nie chwaląc się, otwarci na rozmaite wierzenia religijne i polityczne. Mamy nawet jedną rodzinę z Pundżabu, kilku ateistów oraz troje leworęcznych.
Dla jasności, żeby pozostałym dzieciom nie było przykro, personel zapobiegliwie zamknął je w pomieszczeniu na szczotki.
Ten jeden, co się wyrwał być może płakał, ale jego rodzice nie zgłosili problemu.
A czy pomyślałam, że może płakał, bo mu siostrzyczka umarła, a nie dlatego, że urodziny?
Personel, rzecz oczywista, wiedział o urodzinach i tak przygotował konspekt, żeby nagłe zniknięcie dziesięciorga dzieci nie odbiło się negatywnie na nauce alfabetu.
Gdyby dyrekcja była matką i gdyby jej się to przydarzyło, to by dziecku powiedziała: ‘słuchaj, nie zaprosili cię, widocznie nie jesteś wystarczająco popularna, dla odmiany zróbmy zatem coś fajnego razem.’ I nie, broń Boże, przecież to nie sugestia, że wy jeszcze nigdy nic fajnego. Razem.
Ale tu trzeba pochylić się nad problemem, zajrzeć w głąb siebie i zapytać, co zrobiłabym ja, gdybym była matką i chciała urządzić urodziny w środę o piętnastej?
Instytut nie może wprowadzać ciągle i ciągle nowych poprawek do regulaminu.  Dzisiaj wprowadzi, że urodziny, jak pani mówiła?, co to było za słowo? Aaaa... dyskretnie, a jutro pani przyjdzie i powie, że dziecku jest przykro, bo pozostałe wychodzą na lekcje muzyki.
Że dziecko nie wie, czy lekcje muzyki są fajne, ale wie, że urodziny to przyjemna sprawa?  Uuu... to karkołomna hipoteza.
Dodatkowo, czy zauważyłam, że to były dla Dyni trudne miesiące? Przeprowadzka zza morza, narodziny siostry, nowa placówka wychowawcza, może, a nawet z całą pewnością, dlatego płakała, a nie dlatego, że urodziny Hildegardy.
Personel zaobserwował, proszę nie brać tego do siebie, że Dyni trudno sobie wybrać w grupie jednego przyjaciela, ale to nie powód do zmartwienia, bo to kompletnie normalne w tym wieku. Dynia, to oczywiste, powinna po prostu częściej przestawać z dziewczynkami.  No tak, w grupie są dwie dziewczynki. Racja. To może niech Dynia zaprzyjaźni się z jakimś chłopcem?
A matka Hildegardy wcale nie jest pozbawiona elementarnych podstaw empatii, bo trzy lata temu podarowała placówce używany rowerek, a rok temu wrzuciła do puszki pięć ojro na budowę studni w Afryce.
Może zatem niech udam się do matki Hildegardy i powiem, że teraz już rozumiem i nie mam żalu?

I pytacie, że co? Że wysłuchałam tego nie unosząc brwi, ani głosu?
No nie.
Serio.
Nie mogłam.
Nie dałam rady.
Bo siedziałam w tej budce telefonicznej jak zahipnotyzowana, analizując informację, którą to Dyrekcja podała mi na wstępie.
Bez uprzedzenia.
Że matka Hildegardy pracuje na drugim piętrze Instytutu jako wychowawczyni  grupy pięciolatków.
(Życie mi pisze najlepsze teksty na blog, ja jedynie wybieram czcionkę.)
- Rozumie, pani. – rzekła Dyrekcja. – To dla mnie wyjątkowo delikatna sytuacja. Ja wszystko rozumiem, ale naprawdę nie wiem, po czyjej stronie miałabym stanąć. Pani, czy mego personelu?
- Cóż na pani miejscu, stanęłabym po stronie dzieci. – powiedziałam odkładając słuchawkę.
No, ale co ja tam wiem.

©kaczka

33 comments on "[75]"
  1. Kaczko.
    Co za tekst.
    To znaczy, co za życie, i jak dobrze dobrana do życia czcionka.
    Borewicz na białym koniu ściele się gęsto.
    Odpowiedź Dyrekcji - w punkt.

    W przedszkolu Majki wisi demokratyczna lista z okazji każdziusieńkich urodzin. Najczęściej wspólne urodziny wyprawia się w ramach normalnych godzin w przedszkolu.A jeśli wyprawia się w jakich ekstraordynariach, to wspomniana lista zaprasza każde dziecko przedszkolne, które idzie, jeśli tylko ma czas i ochotę wykonać wyczerpujący kinderbal z jubilatem. Dzieci są z różnych krajów, rodzice są z różnych bajek, takich różnych, że dotąd nie pojawili się jeszcze w jednym tomie, mamy zatem Konopnickie-Grimm i Ommmm i jeszcze nie zdarzyło mi się poczuć, że ktoś dokonał selekcji, pobierając śmietankę starszaków na wspólne lekcje puzonu. I biłabym personel równo, nahajem po białych pleckach, gdyby zaczął na nas realizować urodzinowy projekt eugeniczny.
    Więc Borewicz u Twych stóp.

    Tak się, Placówko, nie robi. Słuchać Kaczki, bo przybędziemy z biczykiem.

    ReplyDelete
  2. O kurcze. Teraz to przesadziłaś z tą fabułą - pogrążasz ich coraz głębiej (no bo w takiej sytuacji nie ma mowy, by personel nie wiedział itd.).
    Dobrze odpowiedziałaś, ale zapewne niestety w próżnię.

    ReplyDelete
  3. Swój swemu tyłek kryje.
    Dorabiając fabułę.
    Mam nieco mściwą satysfakcję, że nie tylko w Polszcze, nie tylko!

    Oczywiście stoję za Tobą murem.
    W placówce Młodego zaproszenia na kinderbale zostawia się w szatni. W szafce zaproszonego. Cichcem.

    ReplyDelete
  4. normalne deja vu :) Kaczko, dzięki za te wpisy :) Przypominasz mi, że w chwilach zwątpienia we własną normalność, jednak większość racji stała po mojej stronie. A tak łatwo pamięć wypiera rzeczy niechciane.

    Wspomniałaś mimochodem o konieczności podzielenia się tą historią z zaprzyjaźnioną Fundacją/Gazetą/Kręgiem ekologicznych wielbicieli truskawek lub wystąpiłaś z prośbą, czy nie mają oczywiście nic przeciwko, żeby koleżanka pisząca właśnie doktorat z socjologii wykorzystała to jako materiał na temat szeroko rozumianego nepotyzmu? Owocuje zwykle lekkim atakiem epilepsji, rzucaniem się po fotelu, wchodzeniem w kabel bezprzewodowej słuchawki.

    ReplyDelete
  5. A mi przyszło do głowy, że znam osobę, co w DE prowadzi zajęcia z psychologii rozwojowej dla przedszkolanek - może się jej spytać, co o tym sądzi? Bo im bardziej o tym myślę, tym bardziej się nakręcam, przedtem to wyglądało, jakby przedszkole nie potrafiło asertywnie odmówić fanaberiom rodziców, teraz wygląda - dzieci są bo muszą, inaczej nie dostalibyśmy pieniędzy, ale komfort pracowników najważniejszy.
    A

    ReplyDelete
  6. Replies
    1. Wstrętne? TO JEST NIEDOPUSZCZALNE!

      Delete
  7. Otóż... jeśli pisałam dwa posty temu, że się w środku trzęsę w alergicznej reakcji na podobne sytuacje, to teraz jestem jednym rozdygotanym neuronem.
    Po czyjej stronie?!
    Mocno niecenzuralne epitety cisną się na usta. No nie mogę, no...

    ReplyDelete
  8. Gdy ludzie zbierają się, by przeanalizować problem, to możemy być pewni, że właśnie trwa burza mózgów pt.: co zrobić, żeby na nas nie było.

    ReplyDelete
  9. Uwielbiam teutońskie podejście do sprawy ....My po 7 miesiącach zostalismy wezwani na rozmowę z pedagogiem bo dziecko wciąż nie nauczylo sie mówic w języku Geothego/Hitlera(niepotrzebne skreslić)Po zbadaniu prze z psychologa,pedagoga i logopedę okazało się ,że jest calkiem normalne ale mówić się nie nauczyło, bo z powodu nieznajomości języka nie wychodziło z opiekunkami i starszymi dziećmi na wycieczki i plac zabaw ,a kiblowało z trzylatkami turecko-jamajskiego (np.) pochodzenia,które w zadnym języku nie potrafiły jeszcze za wiele sklecić.......

    ReplyDelete
    Replies
    1. no to jest juz, kurna, pedagogika Level Master. pourywalabym tym "wychowawczyniom" ich durne lby chyba.

      Delete
    2. To już jest ekstremum wszystkich ekstrem. A ergoterapii profilaktycznie nie zalecono? Dziecku, of koza, nie opiekunkom.

      Delete
  10. Po której stronie ma stanac? Samo to, ze sie zastanawiac musi, napawa niepokojem.

    ReplyDelete
  11. Kaczka! czegoś tutaj nie rozumiem. W ogóle nie wiem, czy zrozumiałam Twój tekst ( gorąco dzisiaj, mózg paruje), jeśli się mylę, proszę naprostować, bo to co wydaje mis ię,że zrozumiałam w głowie mi się nie mieści. Dynia uczęszcza do przedszkola. Jakaś dziewczynka miała urodziny, które zrobiono w innej sali i na które zaproszono wybrane dzieci z tego przedszkola.
    Oczom nie wierzę....
    Zabieraj dzieciaka z takiego przedszkola czym prędzej. Nawet się nie oglądaj! To radzę Ci JA - nauczyciel od maluszków .

    ReplyDelete
  12. Ołboj.
    I że Ty, Kaczko, jeszcze z humorem potrafisz. Ja wiem, że czarnym. I że tym bardziej to, co piszesz, oburza. A właściwie nie to, co piszesz, tylko o czym.
    No i zarżałam nad puzonami i Che Guevarą, no co ja poradzę ;).

    ReplyDelete
  13. A poza zatkaniem.......Kaczko, czapki z głów! Osiągasz słowotwórcze szczyty, choć mam wciąż wrażenie, że dla ciebie to tylko Bieszczady, a na tatry, Alpy i Himalaje dopiero się rozkręcasz. Lovam!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Popieram. Zatkało mnie w dwójnasób. Każden jeden otwór.
      Matulu, jak mnie to źle robi na płodność własną.

      Delete
  14. Bebe, PandeMoniu, mozliwe, ze to efekt uboczny zazywania ostatnimi czasy Dziennikow Plath. Lektura jak narkotyk. Bardzo pomaga na slowa, ale na dluzsza mete zle dziala na psyche...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Śmiem wątpić. U Ciebie to permanentne. W sensie włażenie na szczyty.

      Delete
    2. Błagam Kaczko, nie czytaj Plath, K. wyrzucił mi ją z domu bo działała jak ołowiane butki... Już Ci lepiej jakiś socrealizm podeślę...

      Delete
    3. Wiem, wiem. Doskonale pamietam nasza rozmowe na ten temat. To lektura, ktora rozgniata na proszek. Pocieszam sie, ze jak kazdy nalogowiec 'w kazdej chwili moge przestac czytac' oraz, ze piekarnik w domu mamy elektryczny. Mialam napisac, ze to jedynie Dzienniki, a nie Szklany Klosz, ale po zastanowieniu to jednak chyba Dzienniki sa bardziej depresjogenne.

      Delete
  15. Bardzo wam dziekuje za te krzepiace komentarze. Regularnie niby przegladam sie w lustrze, ale zawsze z podejrzeniem, ze moze byc krzywe. Przegladam sie wiec w was i oddycham z ulga, ze nie jestem jedyna, dla ktorej ta sprawa cuchnie.
    Tak, w skrocie, tak wlasnie to wyglada. Pani wychowawczyni wybrala z grupy kilkoro dzieci na urodziny corki w trakcie trwania zajec i zabrala je czyniac sporo halasu do swego mieszkania za rogiem. Pozostale panie nic o tym nie wiedzialy, choc teraz nagle zmienily zdanie. Dzieciom bylo przykro. Dynia byla zla na mnie, bo wykombinowala, ze nie idzie na impreze dlatego, ze wlasnie po nia przyszlam i zabieram ja do domu.
    Dyrekcja nie widzi w tym nic zdroznego, bo to cytat: 'gdyby pani nie przyszla o 14:45 to by pani tego nie widziala i nie byloby problemu' oraz ze nie nastapi zadna zmiana w regulaminie, bo to rowniez cytat: 'my sie nie mozemy mieszac w prywatne dezyzje rodzicow dotyczace organizacji przyjec urodzinowych'.
    Jakos przedstawionych przez dyrekcje mocno belkotliwych i bzdurnych argumentow upewnia mnie, ze wetknelam kij w mrowisko.
    I jesli wam sie wydaje, ze bardziej nie mozna sie pograzyc to poczekajcie na kolejny odcinek historii, ktory nastapil wczoraj.

    Jest w tej sprawie zlosliwosc losu, bo jednym z glownych powodow do emigracji byla dla nas jakosc edukacji. Niby, ze ta tutejsza nam blizsza, bardziej uregulowana, logiczniejsza, reprezentujaca wiecej stylow, metod i systemow. A tu taki zonk.
    Rozwazamy przeniesienie Dyni do niemieckiej placowki. Rozwazamy pozostawienie jej jeszcze na rok w tutejszej placowce (jezyk!). Rozwazamy takze wpuszczenie ja w edukacje anglojezyczna. Dynia wbrew temu, co zaobserwowal slepy personel ma juz posrod Liskow przyjaciolke i zgrzytam wewnetrznie na wrzucanie Dyni w kolejne zmiany. A jednoczesnie wiem, ze Dynia, ktora marzy o rozpoczeciu szkolnej kariery, kupilaby te zmiane od reki za tutke cukierkow i tornister z kucykiem.
    Dyrekcji obiecalam sporzadzic notatke z naszej rozmowy (tego nauczylo mnie zycie w korpo) z prosba o zlozenie podpisow i wpiecie do akt.
    Ale uprzedzam, w piatek mnie zatkalo jeszcze bardziej.

    I co jest u licha z ta ergoterapia? Gdzie nie spojrzec to filie Schuelerhilfe, albo jakies podejrzane gabinety ergoterapeutyczne?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Korepetycje - to prawdopodobnie wynik systemu, w którym pójście na studia po Realschule jest niemal niemożliwe. Systemu, w którym odziedziczalność wykształcenia jest najwyższa w Europie.
      Ergoterapię kojarzę tylko pozytywnie w naszej byłej okolicy, po raz pierwszy widziałam ilu osób nie widywałam w PL (w UK też tak sobie) i ergoterapia była dla nich.
      Trzymaj się bardzo.

      Delete
    2. Kaczko! Wdech, wydech! Nie wiem, co zdarzylo sie nastepnego dnia, ale.... objektywnie rzecz biorac nie podchodzilabym do tego tak emocjonalnie. Sara jest raz zapraszana, a raz nie. Takie zycie. W Niemczech urodziny zwykle swietuje sie w dzien, w jaki wypadaja. Wiec jak sroda to sroda. No i te nieszczesne urodziny sa zwykle o 15, wiec sie te dzieci odbiera wczesniej. I to czesto hurtem. W Polsce nie widzialam takiego zwyczaju - w Niemczech jednen rodzic odbiera hurtem czasami tyle dzieci, ile ma miejsca w aucie. Ja sama woze regularnie trojke na raz.
      NIe wiem, co dyrekcja moglaby poradzic na zaistnialy fakt. Bo jesli ktos sobie chce odebrac swoje dziecko oraz ma pozwolenie na odebranie pozostalych dzieci, to co dyrekcji do tego? Musi te dzieci wydac - nie ma innego wyjscia.
      A matka organizujaca urodziny? Sama nie wiem - miala te dzieci cichaczem jedno po drugim odbierac? Miala w ogole urodzin nie urzadzac? Zrobic o 17:00?
      Kaczko, ty wiesz, ze ja cie uwielbiam i nie pisze tego w sensie prowokacji czy niecnych zamiarow. I zapewniam, ze rozumiem oburzenie, bo mnie tez by ponioslo, gdyby mi sie corka zanosila placzem, ze jej nie zaproszono.
      Ja mysle, ze nikt nie chcial, zeby taka sprawa z tego wyniknela. Jakos glupio wyszlo.

      A jeszcze co do ergoterapii: Jest to terapia przez zabawe. Np. dla dzieci z problemami motorycznymi (nie umie olowka trzymac albo trafic sznurowka w dziurke), z koncentracja, nadpobudliwych - niezdatnych do szkoly, choc w zblizonym wieku. Dzieci szkolne chadzaja tez na ergo, jesli ich zaburzen rozwojowych nie rozpoznano zawczasu.

      Delete
    3. Ale ja sie wcale nie gniewam, slucham kazdej opinii, wyciagam wnioski i sie ucze, serio serio!

      Wiesz, to nie moze byc kwestia obyczajow narodowych, bo to nie jest niemiecka placowka. I jesli ktos wiesza sobie na drzwiach etykiete ‘miedzynarodowy’ to zakladam, ze szanuje obyczaje wszystkich nacji, nie tylko wlasne.

      W tej historii rusza mnie to, ze nauczycielka wchodzi do klasy w trakcie zajec, obwieszcza, wiekszej polowie grupy, ze wlasnie teraz wychodza na urodziny i pozostawia reszte w zalu. Istnieje jakis wspolczesny system wychowawczy, ktory zaleca/akceptuje/ uwaza za sluszne takie postepowanie? To nie byla grupa Dyni, z Dyniowej grupy pani zabrala tylko jedno dziecko. Ale czy mimo wszystko wydaje ci sie, ze powinnam skorzystac z porady dyrekcji, ktora rzecze: pani po prostu corce powie, ze nie jest wystarczajaco popularna, zeby zostac zaproszona i zabierze ja na jakies lody, albo cos? Ja najbardziej nie chcialabym, aby skupic sie tu na Dyni (wystarczy, ze skupia sie dyrekcja widzac w tym ratunek, dla wybrniecia z tej gnojowki, bo wedlug dyrekcji to jest proste: baba sie czepia, bo jej dziecka nie zaprosili, nie ma sie czym przejmowac), ale na tym jaki wplyw ma taki postepek wychowawcy na cala grupe, czy chocby tych odrzuconych? Czego to uczy? Co pokazuje?

      Pytasz, co ma zrobic matka, ktora musi urzadzic urodziny corki w srode o pietnastej? Dawaj kartke, mam na podoredziu z piecset pomyslow i zaden z nich nie wymaga zwiekszonego nakladu finansowego, ani zapraszania tych, ktorych sie nie chce zaprosic.

      Gdy raz przez pomylke, w poporodowym amoku wlozylam Dyni do pudelka ze sniadaniem czekoladowy pudding, bo byl w podobnym do jogurtu opakowaniu, zostalam zawezwana na dywanik, ze zasadzam sie na zbilansowana i zdrowa diete jaka promuje placowka. Dowod rzeczowy przechwycono i otworzony oddano mi w plastikowym woreczku. Tego dnia Dynia nie zjadla wiec deseru. Jesli placowka ma zatem nieograniczona wladze nad tym, co moze, a czego nie moze jesc moje dziecko, dlaczego nagle sie okazuje, ze nie ma wladzy nad tym, co z tym dzieckiem robi, a czego nie robi wychowawca? W godzinach pracy placowki?
      Gdyby ktos bil mi dziecko byloby oczywiste, ze rozpetuje afere. A jesli ktos zasadza sie na poczucie wartosci mego, czy cudzego dziecka to nagle to nie jest przestepstwo?

      Wyszlo bardzo glupio. Bezmyslnie. Kretynsko. Zamiast wiec usiasc ze mna, zawolac matke Hildegardy pracownice placowki i powiedziec, ‘sorry, kaczko, faktycznie dalysmy dupy, ale wyciagnelysmy wnioski i sie nie powtorzy’, dyrekcja umywa rece twierdzac, ze ma je zwiazane tym, ze sprawa dotyczy jej personelu (!). Dotychczas wydawalo mi sie, ze dyrekcja jest odpowiedzialna za postepki personelu, ale najwyrazniej sie mylilam.

      Podejrzewam, ze gdyby matka Hildegardy byla jedynie matka Hildegardy to sprawa zostalaby zalatwiona dywanikiem, ostrzezeniem, emailem do rodzicow, etc. Mamunia jest naszapania, wiec co dyrekcja ma uczynic? Rozeslac email do rodzicow, w ktorym przyznaje sie do bledu?

      Ach, dla dyrekcji glownym powodem do niepodejmowania zmian jest fakt, ze tylko my sie skarzymy (trudno, zeby skarzyli sie ci, ktorzy zajscia nie widzieli, bylam, przeciez jedynym rodzicem). Czyli, rozumiem, ze w sytuacji, gdyby, na przyklad, Dynie szczypala zlosliwie pani wychowawczyni musialabym zebrac piecdziesiat podpisow pod lista, aby dyrekcja nakazala pani nie szczypac?
      Serio, bladze tu jak dziecko we mgle w oparach absurdalnego zarzadzania placowka.

      Delete
    4. Kaczko, jeśli mogę, to coś rzeknę.
      A czy nie warto by zrobić pospolitego ruszenia? Dysponujesz może adresami rodziców dzieci przynajmniej z Dyniowej grupy? U nas, tj zarówno w klasie Mata jak i Mima jest taka praktyka, by wychowawca obdarował spisem z mailami i telefonami wszystkich rodziców i swoim, co jest przydatne np. w odpisywaniu lekcji. U Mata poszli krok dalej i mieliśmy forum internetowe.
      Ale do czego piję: Myślę, że trzeba najpierw wyłuszczyć problem innym rodzicom, naprawdę nie chcę nawet myśleć, że wszystkie są w stylu matki Hildegardy. Na pewno są tam zdroworozsądkowe, śmiem twierdzić, że w znacznej części. (Jestem idealistką i wierzę, że głupota przegrywa. Ech, wiem, no ale jestem).Wystarczyłoby im może naświetlić sprawę i delikatnie wstrząsnąć, żeby się obudziły. Może one myślą, że tak po prostu tu jest i nic się nie poradzi?
      A pospolite ruszenie może wiele, o czym przekonałam się we wrześniu w klasie Mata. Zostaliśmy na pierwszym spotkaniu rodziców poinformowani, że w tym roku zmienia się system oceny zachowania ucznia na punktowy. Na wstępie dzieci mają 100pktów, są punkty ujemne (np za absencję, nawiasem mówiąc dziecko chorowite już może się bać), punkty dodatnie za aktywność itp.
      Sprawą istotną i bladą moralnie stało się to, że punkty dodawało się np za zgłoszenie nauczycielowi czegoś, co kolega zrobił nie tak - cokolwiek - biegał, nie wyszedł na przerwę oraz inne tego typu "przestępstwa".
      Opamiętaliśmy się w tempie piorunującym - natychmiastung. Do czego takie zachowanie ma prowadzić? Do promowania donosicielstwa? Do rywalizacji wśród naprawdę fajnej, zgranej grupy? Rywalizacja, owszem, ale zdrowa, w nauce. Grupa składa się naprawdę z samych indywidualności i trochę wody w Warcie upłynęło, zanim się naprawdę zgrali.
      I teraz co?
      Wszystko zostało ustalone podczas wakacji, ponoć rodzice się zgodzili (komitet rodzicielski szkoły), Kuratorium, Dyrekcja i wszyscy święci zaklepali, podpisali i już. Nic się nie da zrobić.
      I co? I udało się rodzicom. Bo byli silni i mieli zdrowe racje. Bo stanęli po stronie dzieci. Bo uważali, idealistycznie, że system tworzą ludzie i ludzie go mogą zmienić.
      Mat idzie za rok do gimnazjum, Jego klasa przerabia w trybie ekspresowym język angielski, są daleko w przodzie w porównaniu z innymi 5-tymi klasami. Uznaliśmy, że szkoda to zmarnować, każdy rozejdzie się do innych klas gimnazjalnych i przez dwa lata będzie się na angielskim nudził, powtarzając materiał. Wobec powyższego ustaliliśmy, że zrobimy wszystko, żeby całą klasę "włożyć" do gimnazjum w całości. Żeby dalej mieli angielski 5 razy w tygodniu (można "dokupić dodatkowe lekcje u nauczyciela prowadzącego).
      Zgadnijcie, czy się udało? :)))))))))))))))

      Delete
    5. Planuje zorganizowac piknik dla rodzicow i ich Liskow i w okolicznosciach przyrody zorientowac sie jakie sa spoleczne odczucia wzgledem placowki. To, kurcze, kolejny wredny rechot losu. Kaczka neurotyczka bedzie z patera ciasteczek krazyc po lace uprawiajac smalltalki. Aaaa...

      Delete
    6. Ja jeszcze dołożę swoje trzy grosze odnośnie ergoterapii. Założenia jej są piękne niczym założenia komunizmu. Być może jestem w mylnym błędzie i takie kwiatki tylko w mojej okolicy, ale jeśli tak, to u nas całe łany kwitną.
      Ergoterapia w wydaniu mi okolicznym często i gęsto sprowadzała się mniej więcej do clou sprawy opisanej przez Kaczkę - a widzianej oczami Dyrekcji jako histeria wymyślna histerycznej mamusi prawdopodobnie histerycznego dziecka. Dziecko nie jest wystarczająco popularne, spróbujmy go wysłać na ergoterapię, będziemy mu rozwijać samoocenę, zrobimy mu dobrze. Ma 3,4,...5,6 lat? Ze za młode, że ma jeszcze czas. Absolutnie nie! Oj, trzeba było jeszcze wcześniej zacząć. Chowaliście go nowocześnie, ekologicznie - oj, trzeba było być surowszym, stanowczym. Byliście surowi i stanowczy - błąd - trzeba było odwrotnie. W dzisiejszych czasach rodzic to reproduktor, bardzo rzadko dający sobie radę sam, większość powinna przechodzić odsiew testowy - czy się nadają. A jeśli sobie radzą? to podejrzane, na pewno jest jakaś skaza.
      Przesadzam. Zapewne tak. Ale cudów się naoglądałam przez ostatnich osiem lat. Wbrew tej wypowiedzi widzę wiele plusów w lokalnym systemie edukacji, ale również cudowną maszynkę do mielenia.
      Każdy drobny problem w naszych okolicznych szkołach/przedszkolach (nie piszę tu o własnych dzieciach, choć raz poniekąd na własne życzenie nas też to spotkało) najlepiej rozwiązać przy pomocy ergoterapeuty, on zrobi wywiad w szkole, porozmawia z nauczycielami, z rodzicem też porozmawia, ale wiecie państwo, jesteście rodzicami, więc jesteście nieobiektywni, my wiemy lepiej, spotykając się przez 45 min tygodniowo zrobimy z dziecka istotę pod każdym względem przydatną społeczeństwu. Nie udało się? To może wykupicie państwo kolejny pakiecik na dodatkowe spotkanka. Że nie było problemów z dzieckiem do tej pory nigdy, że przedszkole/szkoła nie informowała. Ależ, zbierali się do tego, ale jakoś tak im zeszło. A teraz są problemy, popchnięte zostało dziecko w szkole, to państwa dziecko je popchnęło, że tylko oddało - niemożliwe - popchnięte dziecko twierdzi inaczej itd, usw and so on. Trzeba umieć poskromić tę agresję, my pomożemy (wylać całość z kąpielą).

      Delete
  16. Z doświadczenia skórnego - dzieci potrafią być okrutne. Czymś tragicznym było dla mnie niewybieranie mnie do zespołów do gry w piłkę chociażby - zostawałam zazwyczaj jako jedna z ostatnich. Nie życzyłabym sobie jednak, żeby mnie ktoś z dorosłych wtedy na siłę promował wśród rówieśników. To była dobra szkoła relacji, radzenia sobie z odrzuceniem. Ale traumą byłoby dla mnie doznanie, że dorośli w świecie dziecięcych społecznych relacji grają pierwsze skrzypce.
    To powyższe, to tragedia. Dla wszystkich stron myślę. Hildegardy też. Tyle że to żadna pociecha.

    PS
    Szanowne Czytaczki!
    Postulujcie o wydanie Kaczki.
    Wyznam szczerze - muszę mieć Ją na papierze...
    Marnie szczeznę, jak do ręki nie wezmę!

    Rien

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rien, dzieki! Ego mi sie usmiechnelo od ucha do ucha!

      Bylam fatalna we wszelkich konkurencjach olimpijskich, wiec nerw na tym tle mam tuz pod skora. A promowanie na sile w takich sytuacjach to istotnie wiecej szkody niz pozytku. zaskakuje mnie, dzien w dzien, ze w macierzynstwie pulapki tkwia nie tam, gdzie bym sie ich spodziewala.
      Z ostatnich dni? Jak wytlumaczyc dziecku bez popadania w zbrodniczy infantylizm, co to jest smierc, albo kogo przedstawia kiczowata figurka Matki Boskiej. Ojaciekrece... to juz wole na temat skad sie biora dzieci. Ale o to akurat nikt nie pyta.

      Delete
  17. Kaczko wydaj się drukiem albo chociaż ebukiem!

    ReplyDelete