676

[8 Jan 2011]

(...)
Ciotka Hochzeit i Ciotka Taufe z determinacją Amundsena dotarły do nas przez śniegi.
Dziewięć godzin w jedną stronę i dwanaście w drugą.
(Pięćset kilometrów?)
Przez jedną granicę i wcale nie na piechotę.
Acz już od pierwszej godziny podróży na pytania: gdzie jesteście, biedulki? odpowiadały ‘W CIEMNEJ DUPIE!
(Jak przystało na te, które oficjalnie poprzysięgły wspierać w moralnym wychowaniu Dyni.)
Osiem przesiadek, dziewięć pociągów, minus piętnaście i zabite deskami hale dworcowe jak NRD długie i szerokie.
Zdążyły przed północą na świąteczne zrazy, kaszanki i wątrobianki.
Na Schlangesahne, Rosenkohl albo Rosenkranz.
(Nieszczególnie przykładam się do Norweskich dialektów.)
Ciotka Hochzeit – z nieznanej przyczyny podróżująca z termosem opatrzonym sloganem Keep cool! (nerkę tam wiozła, czy inne narządy do przeszczepu?) -  nie rozmroziła się do końca (nigdy się nie rozmraża ze względu na irytujące ubytki w tkance tłuszczowej), a już musiały wracać.
Towarzyszyliśmy im z Dynią do miejsca jednej z nieprzeliczonych przesiadek i ta część podróży jest odtąd znana w historii jako ‘Ventschow Project’.
Wysiedliśmy w Ventschow prosto w ciemność, zaspę, minus piętnaście i autobusową budkę symulującą dworzec kolejowy.
Miejscowa, rzadka, jednoosobowa ludność zaczęła spoglądać na nas zza firanek.
- Oho! – rzuciła Ciotka Hochzeit –  Zdaje się, że od czterdziestego piątego nikt tu nie wysiadał.
Nadzieje na to, że cokolwiek jeszcze w Ventschow się zatrzyma gwałtownie w nas zamarzły.
Niesłusznie.
Jednoosobowa ludność okazała się zawiadowcą stacji, choć tytuł ten ze względu na gabaryty Ventschow jest chyba nadużyciem.
Zawiadowca najpierw nawiązał z nami kontakt przez swoje kuchene okno, a potem by wywrzeć odpowiednie wrażenie, albo dlatego, że przez to okno było mu zbyt zimno informował nas już wyłącznie przez megafon.
Nadając każdej wypowiedzi bardzo osobisty charakter.
Dzięki temu i my, i cała wieś, i okoliczne lasy wiedzieliśmy, że jeszcze pięć pociągów przemknie bez zatrzymywania, jeszcze jeden wykopią z zaspy i już już będzie mowa o tym, na który czekamy...
Za godzinę?
By dodać sytuacji jakże deficytowej atmosfery surrealizmu dorzućmy jeszcze Frau Norweskoleśną, która nadjechała z paterą sernika i majaki zsiniałej Ciotki Hochzeit, która upierała się, że nie wolno nam się rozdzielać, bo rozdzielonych połykają Obcy.
Wreszcie pięć przemknęło bez zatrzymywania, jeden wykopali z zaspy i ostatecznie nadjechał ten, który uniósł ciotki ku dalszym przygodom.
Zdarzenie, jak i minus piętnaście, Dynia jak zwykle przespała odziana z wyspiarska w dwa sweterki.
Wszak jeden wełniany.


(...)
Zanurzyliśmy Dynię pośrednio w Jordanie.
Dynia przyjęła to w milczeniu choć wiadomo, że do płynów i cieków wodnych ma z reguły stosunek mocno niechętny.
Tyle, że Dynię zachwyca sacrum.
Może chodzi jedynie o refleksy świateł ślizgające się po witrażach, nasączone kadzidłem ściany, liturgiczne dzwonki, huk organów?
Może o wbudowaną fabrycznie naturę kontemplatyczki?
Może.
Ma Dynia ciągle jeszcze ten blask w oczach, który mówi, wiem Skąd przychodzę i Dokąd idę.
Może tak zostanie.

(...)
Przy oglądaniu zdjęć z Norweskich podróży po Izraelu.
- Nasz Führer. – rzekła Frau Norweskoleśna wskazując na przewodnika.
Nie mogąc się niestosownie rozpęknąć, doznałam wewnętrznej implozji.

(...)
Nie wiem czemu tak fatalnie zniosłam te trzy tygodnie Norweskich.
Może, dlatego, że zaczęło się od drugiego zęba, gorączki, pieluchowej egzemy i rzężącego kataru i od tego, że zrugała mnie niemiecka pediatra, bo Dynia leżąc na brzuchu nie podnosła głowy.
(Po dwóch godzinach spędzonych w poczekalni, zamęczona przez drugi ząb, gorączkę i rzężący katar?)
Czy może dlatego, że całą cierpliwość ładuję w Dynię?
Czy dlatego, że naprawdę przestałam na siłę szukać usprawiedliwienia dla ludzkich bezsensownych postępków?
A może, poślizgnąwszy się na wydarzeniach sprzed roku, po prostu nie mam ochoty, aby ktokolwiek wykorzystywał moją (miejscami) dobrą wolę i traktował ją jako słabość?
Było kiepsko.
Żeby nie rzec, fatalnie.
Na drodze kompromisów i wiary w ich bezgraniczną miłość do Dyni wydaje mi się, że wiele doceniam, za wiele jestem wdzięczna i na wiele macham ręką.
Dyniu, mówię, życie nie zawsze usłane jest różami, więc cóż począć, gdy w chwili, gdy zasypiasz oni właśnie muszą z tobą rozmawiać, przemeblowywać twoją sypialnię, przekopywać ją w poszukiwaniu zagubionej paczki haribo lub klękać przed twoim łóżkiem z wyznaniem, że skoro nie mieli czasu dla własnych dzieci to tobie zwrócą każdą utraconą minutę.
Macham ręką na zjedzone przez ciebie łyżki bitej śmietany, na wpychane ci do paszczy brudne, dziecięce ręce w kurzajkach, na kwadranse, które spędziłaś pod drzwiami wyjściowymi ubrana i opakowana w wózek, podczas, gdy oni miotali się w poszukiwaniu zaginionych kluczy, butów, rękawic, czyczegotam. Macham, że nie przyjmują, że nie rozumiesz ile czasu zajmuje sekunda, a co dopiero gleich. Macham na zabawki od lat dwóch. Macham, że nie słuchają, gdy się do nich mówi, że nie potrafią ze sobą (jak i ze mną) rozmawiać bez podnoszenia głosu. Macham, że oni machają na mnie i mówią Brednie!
Machnęłam, gdy po dwóch tygodniach zaszmerali, że karmię cię daniami ze słoików, miast gotować.
(Gdzie miałam gotować, mleć i przecierać skoro jedyne kuchenne utensylia służą im do przyrządzania smażelin, tego nie sprecyzowali.)
Machnęłam nawet, gdy Frau Norweskoleśna z nagła – choć to było wiadomo od najpierwszego początku – zorientowała się, że wracam do pracy i urządziła mi niezapomniany wieczór o motywie przewodnim: jak tu taką maluteńką Dynię z obcymi zostawić.
(Słowa nie powiedziałam, choć tu akurat mogłabym wiele.)
Sztywnieje mi od tego kark, ale macham.
Pękłam od jednego.
Gdy zarzucili mi niewdzięczność, bo najbliższa rodzina PRZECIEŻ zaniechała palenia papierosów przy Dyni.
Palili w kuchni.
Przy otwartych, wprost na wózek śpiącej Dyni, drzwiach.
A  w dodatku dzieci szwagra w tym dymie od trzynastu lat i PRZECIEŻ żyją, a Dyni PRZECIEŻ bardziej szkodzi nasza angielska instalacja gazowa i cóż to za demonstracja, że zarządzam powrót do domu, a w domu ostentacyjnie biorę prysznic i piorę ubrania... wiadomo brednie, brednie oraz kwacz!
Pękłam.
I chyba od tego już się nie pozbierałam.



©kaczka
9 comments on "676"
  1. Jakem stażystka 23letnia - pozbierasz się, bo tak to już jest. Co więcej- musi być.
    A teraz otrzep pył, pójdź w zakamarki niepamięci, nalej kieliszeczek wina i jasno patrz w przyszłość. Spokój z czasem powróci.
    Nigdy nie reklamuję żadnych blogów ale jak byś chciała ukoić nerwy to jest takie coś gdzie ja jak zaglądam to wierze w dobro świata tego. A nuż się przyda?:
    http://zochulek.blox.pl/html

    ReplyDelete
  2. Uffff... Kochana. Nawet nie wiesz, NAWET NIE WIESZ, jak bardzo rozumiem, czuję i współodczuwam tę notkę. Oraz Twoją zgryzotę. Dystans w relacjach rodzinnych jest wyjątkowo trudnym wyzwaniem. Co gorsza, nieustannie dla dobra wspólnego, trzeba się ćwiczyć w tolerancji, zapominaniu, wybaczaniu. Wciąż kuleję na tym polu... Ale wspieram Cię dobrą myślą i najlepszym ze słów. I nie mam wątpliwości, że Twoja cierpliwość i tak już otarła się o wyśrubowane wymogi kanonizacyjne. O klasie i elegancji nie wspominając.

    ReplyDelete
  3. Ja jestem stażystka 6 (11) letnia i się nie zbieram. Książkę mogłabym napisać o mej świekrze, dymie, brudnych rękach i sporach na ten temat z Wilkiem. A Norweski co?

    ReplyDelete
  4. to się nie kończy... szczękościsk albo wojna. U nas kończyło się skracaniem wizyt. Polecam cierpliwość i język za zębami:-(

    Ja mam dobrze, bo o zmarłych tylko dobrze.

    ReplyDelete
  5. Szacun, nawet chyba wiekszy niz za wyprawe do Dzungli! Z jednej strony ciary po plecach (a charakter kompulsywnych komentarzy Frau N. pod fotkami Dyni to wlasnie zapowiadal;-), z drugiej strony wgląd w dobra strone mojego medalu - BRAK takiego stazu, uff...
    Aha...pod Choinke dostalam WENE!

    ReplyDelete
  6. > Zoska: to ide... :-)

    > Tomaszowa: a skad tam! kuleje na kazda z konczyn :-)

    > Muronia: Norweski ma niezle mechanizmy obronno-ochronne, ktore ksztaltowal latami. Szczesciarz :-)
    Norweski bronil i chronil Dynie nawet z wiekszym zacieciem nizli ja. Coz, o kant potluc, gdy zaden przekaz nie dociera. Taktyka jest taka: zapytac, gdy Norweski sie nie zgodzi na porcje smietany czycotam, zajrzec mi gleboko w oczy szukajac poparcia, gdy ja powiem nie i tak zrobic to, co sie od poczatku planowalo.

    > Hermi: Ratuje nas odleglosc :-))) Zal mi, bo kochaja Dynie bardzo, ale sami strzelaja sobie w stopy i kolana. Nie przypuszczam, ze po tym, co tym razem widzialam i doswiadczylam odwazylabym sie z nimi maloletnia Dynie zostawic na dluzej. Na dluzej jak, dla przykladu, stad na ten Szpicbergen i z powrotem :-)))

    > Bebos: co nas nie zabije... Wene, czy WELNE? :-)

    ReplyDelete
  7. Dziadek i Babcia ...
    Fajnie ich miec .
    Przezywam na codzien minusy z posiadania "hamerykanskich" dziadkow.
    Plusy sa takie :
    Naucza ja tego o czym ja nie mam pojecia
    (kultura,jezyk,obyczaje..i.t.d)
    Moga sie zaopiekowac potomstwem - jezeli naprawde nie wiesz do kogo sie zwrocic- gdy akurat nie maja innych planow.
    No i komu bysmy wysylali Swiateczne Kartki?
    W kryzysowych sytuacjach - dzwon do Dziadkow!)
    ....czasem trzeba tupnac nozka .....

    ReplyDelete
  8. i na co w koncu sie zdecydowaliscie? Zlobek czy opiekunka?

    ReplyDelete
  9. > Geemonika: Plusy dodatnie :-)
    > Iwona: opiekunka i zobaczymy co dalej.

    ReplyDelete