[101]

[11 Aug 2014]

(...)
Ośmiomiesięczny Biskwit jest ośmiokilową praliną.
Jest jak szwedzka semla. Ze słodkiej bułki, z marcepanu i z zawijasów śmietany.
Jest jak pączek reduced-fat wyciągnięty z frytury, osuszony na serwetce i hojnie unurzany w waniliowym cukrze.
Ośmiomiesięczny Biskwit jest głównie z cukru.
Z cukru i ze sprytu.
Nigdy tu nie było na stanie dziecka, które w mgnieniu oka potrafiłoby stopą otworzyć butelkę z napojem, poodpinać w celach konsumpcyjnych przyczepione do wózka klamerki do bielizny,  albo pochwycić worek z marchwią i próbować  - nieomal z sukcesem - przegryźć się do wnętrza.
(To inwentaryzacja zdarzeń z ostatniej godziny. Teraz Biskwit śpi, ale może tak naprawdę, podpiłowuje kraty swego przenośnego więzienia?)
Dynia była obserwatorem. Biskwit jest, nie ma wątpliwości, manipulatorem.
Ratuj się, kto żyw.
Ośmiomiesięczny Biskwit cieszy się głównie nogą.
Prawą.
(Tak mu śmiesznie podskakuje z radości. Najpierw prawa noga. Reszta wypustek dołącza z opóźnieniem.)
Biskwita rozsadza ciekawość.
Biskwit musi mieć wszystko na oku.
Wyciąga szyję, unosi tors, rzekłbyś nieomal lewituje, by tylko nie uronić nic z akcji.
A przy tym Biskwit wciąż jeszcze odurzająco pachnie niemowlakiem.
Świeżą hodowlą bakterii kwasu mlekowego.
Sianem.
Ryżowym grysikiem.
Nawet zmienne kolejności losu (zęby!), które napadami Biskwiciej goraczki wyciągają mi ostatnio wtyczkę od świata realnego i wirtualnego, Biskwit znosi dość godnie.
Przykładnie przyjmuje lekarstwa, wysypia się (w odróżnieniu od czuwającego z przyrządami do pomiaru temperatury) i nie narzuca sobie diety.

(...)
Zakończył się rok przedszkolny.
(Dynia wykonała dla naszpań pożegnalne kartki z dość motywującą treścią, którą dyktowała w przypływie natchnienia:
It was nice and ...yyyyyyyy... pretty. Now I am going to a new class. So ... yyyyyyyyyyygood job!’)
Zakończył się apelem z częścią artystyczną.
Prawdopodobnie, po ostatnim fiasku organizacyjnym, ktoś (i przysięgam, nie byłam to ja), zwrócił uwagę, że kolejne imprezy można by jednak zaplanować w czasie, w przestrzeni, a nawet w podpunktach.
Derekcja wzięła sobie do serca..
'O trzynastej czterdzieści pięć sharp odbiór dzieci i przejście na plac zabaw, o czternastej sharp początek części artystycznej – dzieci i nauczyciele śpiewają piosenkę, którą przygotowywali od miesiąca, o czternastej pięć sharp – ceremonialne sadzenie drzewa ufundowanego przez rodziców grupy Kangurków, między czternastą dziesięć, a czternastą dwadzieścia sharp – lody, o piętnastej sharp – wszyscy opuszczają teren przedszkola.'
Tak brzmiał list od Derekcji, a nieustannie nawracającym sharp zatemperowałam sobie wszystkie ołówki.
Wyszło, wiadomo, jak zwykle.
Derekcja pojawiła się ściskając ponownie w dłoniach, tak jak na pikniku,  mikrofon podłączony do czegoś na kształt odkurzacza.
Ponieważ sprzęt ten znów niczego nie nagłaśniał zaczynam wierzyć, że to faktycznie może być odkurzacz bez efektu placebo.
O czternastej zero pięć sharp Derekcja odśpiewała solowo piosenkę o drzewku... (i nie, nie było to 'O, Tannenbaum!') wspierana przez bardzo nieśmiały chór Kangurków sfiksowanych raczej na zagadnieniu, o której rzucą lody i w jakich smakach niż 'a teraz zwrotka numer czterdzieści dwa...'
W tle pan od Psychodelicznych Małpiatek coraz bardziej znikał w otchłani, która początkowo miała być otworem pod jabłonkę, a w rezultacie służyć będzie jako dziura tranzytowa do Australii. Następnie ktoś krzyknął, że przyjechały lody i jakoś tak wyszło, że Dynia jako pierwsza pokonała trzy piętra w dół (przedszkolny plac zabaw aspiruje do wiszących ogrodów Semiramidy, ma trzy poziomy, które łączą wąskie, wykute w skale, strome i kamienne schody) i trzy piętra w górę, by przynieść sobie gałkę w waflu.
Bez obaw.
Dla Dyni ta jedna gałka to był aperitif.
Na własne uszy słyszałam, jak Marcelek z grupy Lisków wspinając się na huśtawkę, na której bujała się reszta ferajny z Dynią włącznie, apelował do Dyniowego miłosierdzia: ‘Hold it for me but PLEASE! Not eat! NOT EAT! You can’t eat! O.K.?
Naiwny Marcelek.

(...)
Goście, co odjechali, a pył drogi już po nich opadł, zastrzegli sobie drobnym drukiem ‘tylko nas nie obsmaruj na blogu’.
(Ja? Kiedykolwiek? Doprawdy!)
Jak trudno pisać w szczękach autocenzury.
A chciałoby się, że dzieci nakarmili mi parówkami (sojowymi) i sznyclem (z warzywa).
Że odkryli w pobliskim kanale amfibiotycznego szczura, który potem okazał się gardzącą precelkami wściekłą nutrią, ale zanim się okazał to pogłębił we mnie dojmujące uczucie, że nie mieszkam w pałacu.
Że pośród nieprzeliczonych, hojnych darów przywieźli kubek Hello Kitty ze spiralną słomką. Odpowiednik świętego Graala w kategorii wiekowej do lat czterech.
Że nie mrugnęli okiem, gdyśmy im kazali siedzieć w domu i czekać na nową lodówkę.
(Nic to. Zemścili się zaszczepiając w niewinnym umyśle Dyni miłość do jednego odcinka kreskówki, która odtąd mogłaby lecieć w trybie autorewind infinitive loop.)
Ale, że przywieźli ze sobą dziecko, które sypia dłużej niźli nasze?
Prawdziwy afront.

©kaczka
16 comments on "[101]"
  1. Nie martw się, Kaczko, na pewno przywiezione dziecko było pod wpływem nielegalnych substancji ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Moze tak sie robi od parowek sojowych? ;-)

      Delete
  2. Biskwit z cukru i ze sprytu - jakbym o własnym potomstwie czytała. Dla odmiany 8,5 kg chłopa i zębów nie widać, choć szukamy.
    A impreza przedszkolna, jak widzę, znów udana. Tradycja przede wszystim! :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Blog by mi skonal, gdybym nie mogla o Derekcji i naszpaniach. Ciekawam, czy naszpan odarty zostanie z pozloty i tez sie okaze felerny. Ostatnio natknelam sie nan i na gromade praktykantek w kawiarni, gdzie palili z zaciaganiem sie. I tu powiadam, rozumiem, gdybym byla wychowawczynia przedszkolakow i ja popadlabym w jakis nalog. Natomiast biorac pod uwage, kto z liskow przechodzi do Malpiatek podejrzewam, ze naszpan bedzie odpalal jeden papieros od drugiego :-)

      Delete
  3. czyli kubka z zakręconą rurką już nie potrzebujecie? no nie!!!
    a ja Was chciałam uszczęśliwić :P

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tu trzeba zapytac sama zainteresowana. Bo co ja wiem? No co? Moze dwa Graale to lepiej niz jeden? Bo gitary plastikowe, i chinskie, i grajace mamy dwie, ale niezaleznie od ilosci dzieci w poblizu jest zawsze o jedna za malo :-) (PS Lepszy kubek niz gitara)

      Delete
  4. Zęby dziecka dwa, angina, koniec roku dziecka jeden, nowa lodówka i goście - Kaczko, to przecież są wakacje ;-))

    arbuz

    ReplyDelete
    Replies
    1. kaczka wie jak sie urzadzic. Sa plusy. Waga mowi, ze schudlam dwa kilo.

      Delete
  5. Niutek tez sie cieszyl jedna noga. Co, przy moim niedoswiadczeniue i patologicznej uwaznosci na wszystko, co z tego braku doswiadczenia wynika, budzilo moje przerazenie neurologiczne (ma jedna polkule zatem bardziej niz druga???), ale na szczescie wokol znajduja sie ludzie normalni, ktorzy potrafia mnie sprowadzic do parteru. Na szczescie. :) A poza tym, chcialabym, bys pisala 24 godziny. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kochanas! :*
      Normalka. Wydaje mi sie, ze drugiemu dziecku noga musialaby odpasc i potoczyc sie przez Patriarsze Prudy, bym znalazla czas nad refleksja o ewentualnych deficytach, syndromach i symptomach. Podczas, gdy pierwsze dziecko jest nieustannym klientem serwisow internetowych 'postaw sobie diagnoze' :-)

      Delete
  6. Jestem Dynią. Ona jest mną.
    Mam z dzieciństwa dykteryjkę z lodami. Tylko to był pączek. Jeden pączek na główkę statystycznego obywatela, zasiedlającego przedszkole. Skąpe chamy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Napadlas na Fort Paczek? Opowiadaj.
      Dynia uwielbia buty. Wchodzi do sklepu. Rzuca w przestrzen 'I am gonna try' i moglaby przymierzac do zamkniecia placowki. Niekompatybilny rozmiar i wysokosc obcasa nigdy jej nie pesza.
      Skrycie jestem bardzo szczesliwa :-)

      Delete
  7. mój synek też jest słodki, jak idziemy na trawkę, to się boję, że mi go mrówki cichcem podprowadzą

    ReplyDelete
    Replies
    1. Biskwita mrowki sie boja. Konsumuje. :-)

      Delete
  8. Jesteś cudowna. Popłakałam się przy opisie przedszkolnego zakończenia roku :-)

    ReplyDelete